W drogę!

Tekst
Z serii: Mała czarna
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W drogę!
W drogę!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,89  63,11 
W drogę!
W drogę!
Audiobook
Czyta Michał Klawiter, Monika Chrzanowska
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dylan

W dole, na skraju szosy, rozgrywa się dziwaczna scena z udziałem Rodneya, Kevina i Marcusa – wygląda to tak, jakby uczestniczyli w amatorskich igrzyskach olimpijskich.

Rodney trzyma w ręce pustą butelkę, niczym oszczep, a drugą ręką pomaga sobie namierzyć cel (na szczęście stoi tyłem do ruchliwej autostrady). Na jego twarzy maluje się komiczne skupienie. Tymczasem Marcus i Kevin przykucają, żeby podnieść dwie walizki.

– Najważniejsze są nogi – oświadcza Marcus, chwytając mój bagaż. – Wcale nie trzeba mieć silnych ramion.

Siostra Addie obserwuje z koca te akcje i jednocześnie – jak przypuszczam, mając szczątkową wiedzę w tej dziedzinie – odciąga mleko z piersi jakimś ustrojstwem podobnym do odkurzacza.

– Silne ramiona jednak się przydają – zaznacza Kevin.

Z wprawą podnosi walizkę i ćwiczy biceps, a Marcus, któremu nigdy nie starczało cierpliwości ani zapału do regularnych treningów czy w ogóle jakiejkolwiek regularnej aktywności, próbuje unieść walizkę nad głowę, niczym mistrz w podnoszeniu ciężarów. W połowie wyczynu słabnie i z zaczerwienioną twarzą stawia ją na ziemi.

– Muszę poprawić uchwyt – wyjaśnia.

Kevin rechocze, po czym bez wysiłku robi kilka przysiadów.

Addie stoi obok mnie i obserwuje całe towarzystwo.

– Nie podoba mi się, jak Deb patrzy na tego woźnicę – mówi z ciężkim westchnieniem.

– Na Kevina? No co ty?

– Od narodzin Rileya nie uprawiała seksu. Luźno napomknęła, że w ten weekend chce wrócić do gry.

Jej mina jest lustrzanym odbiciem mojej.

– Rodney faktycznie w tym uczestniczy? – rzucam ze zdziwieniem.

Przyglądam się, jak wykonuje rzut najpierw na niby, a potem naprawdę. Przypomina postać z kresek wprawioną w ruch: ma wystające rzepki kolan i skierowane na zewnątrz stopy. Butelka szybuje w kierunku nasypu, ale nie dosięga drzew na górze i spada na ziemię.

– Chce się włączyć, na swój sposób – wyjaśnia Addie z wyraźną, jak na moje ucho, czułością. – Widać, że on nie leci na Deb, w przeciwieństwie do tamtych dwóch.

– Kevin niewątpliwie pozostaje pod jej urokiem, natomiast Marcus, moim zdaniem… – starannie dobieram słowa – zachowuje się tak jak zawsze w obecności kobiety. Choć Deb nie zbliżyłaby się do niego za żadne skarby. O cholera, stało się… – wykrzykuję, gdy Marcus ląduje na ziemi, a obok niego walizka. – Że też musiał wybrać moją!

Kevin ostrożnie podnosi i stawia walizkę. Rodney wyciąga rękę; dopiero po chwili Kevin orientuje się, że ten gest oznacza „Przybij piątkę”. Gdy rozlega się klaśnięcie, zachwyt na twarzy Rodneya dobitnie świadczy o tym, jak często ludzie go ignorowali.

– Kupa śmiechu z wami – mówi Kevin, podskakując na palcach i pokazując, ile energii daje podkręcanie bicepsów.

– Naprawdę? Rodney też cię bawi? – pyta Marcus. Podnosi się z ziemi i otrzepuje ubranie. – Powinieneś poszerzyć swoje horyzonty, Kevin. Wiesz, spotkałem kiedyś kobietę, która obciągała sobie własne palce u nóg. To dopiero było zabawne.

– O rety – bąka Rodney, a Kevin wybucha śmiechem i klepie Marcusa po plecach.

Deb widzi nas, stojących u szczytu schodów, i macha ręką, a potem odstawia laktator; tylko wyjątkowa bystrość myślenia chroni mnie przed widokiem sutka siostry Addie.

– Gdybyście mieli ochotę coś przegryźć albo wypić, niedaleko stąd jest Tesco – oznajmia Kevin.

Ma dziwnie chrapliwy głos, co nasuwa mi myśl, że w przeciwieństwie do mnie dostrzegł sporą część biustu Deb.

Deb żwawo wstaje z koca.

– Pokażesz mi gdzie? – zwraca się do Kevina.

– A nie mówiłam? – mamrocze Addie.

– Co takiego? Chyba nie myślisz… że planują seks w drodze do Tesco?

– W tobie rzeczywiście zaszła zmiana – stwierdza oschle Addie i zaraz oblewa się rumieńcem, słysząc swoje słowa.

Rumieni się nie bez powodu, a ja odlatuję, ledwie je wymówi. Przypominają mi się te wszystkie wieczory, gdy chcieliśmy jak najszybciej wrócić do domu, gdy kochaliśmy się pod murem, na tylnym siedzeniu auta, na suchej ziemi w winnicy obok Villa Cerise…

– Na zakupy! – woła radośnie Kevin.

Jego szeroki uśmiech wygląda jak grymas – być może rzadko gości na jego twarzy. Rzut okiem na Kevina dobrze powściąga fantazje seksualne, więc teraz obserwuję, jak wspina się po schodach, a jego łysiejąca głowa lśni w słońcu.

Tym razem to nie działa. Myślę wyłącznie o kształtnych biodrach i nagich udach Addie. Długich ciemnych włosach, rozsypanych na mojej piersi, kiedy wodziła ustami przy pasku moich spodenek. Wydaje się nieprawdopodobne, że kiedyś tuliłem ją do siebie nie tylko w myślach, że dość było wyciągnąć rękę, aby jej dotknąć.

Wtedy

Addie

„Czy ta dziewczyna nie może nam skombinować jeszcze jednej butelki wina? Założę się, że ma gdzieś tajemny schowek”.

Ta dziewczyna. Dziewczyna. Przez ostatnie sześć tygodni miałam do czynienia z masą debilnych gości w Villa Cerise, lecz wujek Terry irytuje mnie jak żaden z nich. Od naszego powrotu z La Roque-Alric nic, tylko siedzą z Dylanem na tarasie – przez ten czas robiłam różne rzeczy na dole i na górze, ale wciąż ich słyszę. Wujek Terry jest takim erotomanem gawędziarzem w gronie kumpli, którzy w pubach oblegają automaty do gier. Nigdy nie poderwał dziewczyny, ale zachowuje się tak, jakby zaliczył wszystkie w polu widzenia. Ktoś w tym rodzaju, tylko dwadzieścia lat starszy. Nadal opowiada sprośne dowcipy, nadal nie ma wzięcia.

Krzywię się, patrząc na swoje odbicie w lustrze w naszym salonie. Ale jestem wredna. Stać mnie na więcej. Muszę tylko… chwilę odetchnąć.

Przyglądam się sobie uważniej. Lustro jest trochę wypukłe – a może odwrotnie, trochę wklęsłe. Tak czy owak, mam jakiś mały nos i wyłupiaste jak żuk oczy. Odwracam głowę w lewo i w prawo, zastanawiając się, co takiego widział Dylan. I czy będzie to widział jutro.

Zawsze uważałam, że taką twarz jak moja łatwo zapomnieć. Deb ma piękne gęste brwi, których nie musi regulować – sprawiają, że jej twarz mogłaby stanowić ikonę piękna, jak u modelki. Natomiast moje brwi wyglądają jak… sama nie wiem. Kompletnie nic nie potrafię o nich powiedzieć.

Uch. Odwracam się od lustra i biorę butelkę wina, którą wyjęłam z „tajemnego schowka” dwóch sióstr – z niechęcią muszę przyznać Terry’emu rację: bezapelacyjnie mamy taką skrytkę. Serce mi wali, gdy idę na taras. To niepojęte, że moje ciało w ten sposób reaguje na Dylana. Od wieków żaden chłopak tak mi się nie podobał.

– Proszę bardzo! – Podaję im wino.

Poprawia mi się humor, gdy widzę, jak w Dylanie coś się zmienia – dotychczas chłodne, wystudiowane spojrzenie skupia się na mnie, jakby przepełniała go tęsknota, jakby powoli rozbierał mnie wzrokiem. Czuję skurcz żołądka. Sądziłam, że skoro pojawił się Terry, to Dylan przestanie się we mnie wpatrywać. Jak gdyby w obecności jeszcze jednego widza miał zdać sobie sprawę, że nie odznaczam się niczym szczególnym.

– Dobra dziewczynka – mówi Terry, biorąc ode mnie butelkę. – Od razu cię polubiłem.

Odpowiadam dźwięcznym śmiechem, zupełnie nie w moim stylu.

– Mogę coś jeszcze dla pana zrobić?

– Nie dołączyłabyś do nas? – Terry wskazuje puste krzesło. – Zapewne czujesz się samotna w trzewiach tego domu…

Dylan krzywi się i wierci, jakby coś go uwierało. Nie musi się martwić. Nie zamierzam spędzać wieczoru ze zbokiem Terrym i wysłuchiwać przekomarzanek dwóch krewniaków.

– Dziękuję, ale chyba się położę. Miałam długi dzień.

Nie namawiają mnie, żebym została. Gdy już jestem w naszym mieszkaniu, opieram się o drzwi i zamykam oczy. Przypomina mi się spojrzenie Dylana. Pełne tęsknoty. Nie mogę złapać tchu.

Próbuję zasnąć – od początku lata nie dosypiam – ale tylko kręcę się na łóżku. Jest mi gorąco. Wystawiam nogę spod prześcieradła, potem obie, aż wreszcie zsuwam prześcieradło w sam róg.

Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że rozlegnie się pukanie do drzwi. W końcu zaczynam przysypiać i wtedy je słyszę. A może mi się przyśniło? Ale nie, znowu dolatuje mnie ciche puk, puk.

Siadam raptownie na łóżku. Mam nieświeży smak na języku i suche usta. Bóg raczy wiedzieć, w jakim stanie są moje włosy. Pędzę do łazienki, żeby przejechać szczoteczką po zębach i zebrać zmierzwione włosy w niedbały kok. Wydaje się zbyt staranny, więc robię to jeszcze raz. Kiedy staję w drzwiach, zaspane spojrzenie, jakie posyłam Dylanowi, wygląda kompletnie nienaturalnie. Jestem całkowicie rozbudzona. Noc wciąż jest ciepła i wraz z Dylanem wchodzi do pokoju zapach spieczonych słońcem winnic.

– Nie byłem pewny, czy się obudzisz – szepcze Dylan, gdy zamykam drzwi. – Chyba masz mocny sen.

Rzeczywiście, to prawda. Mój były ciągle narzekał, że jak na taką drobną osobę chrapię wyjątkowo głośno, ale nie brzmi to seksownie, więc tylko kręcę głową.

– Właściwie ja… nie tyle czekałam, ile…

Oblewam się rumieńcem i żałuję, że nie jestem bardziej asertywna. Bardziej jak ta nowa Słoneczna Addie.

Na jego twarzy maluje się coraz szerszy uśmiech. W oczach znów widać pewność siebie, jak wcześniej, gdy stanął w drzwiach mieszkania, pozując na chojraka. Bierze mnie za rękę i przyciąga do siebie.

– Myślę, że oboje mamy sobie coś do powiedzenia – mówi cicho.

Robię krok w przód i muszę odchylić do tyłu głowę, żeby na niego spojrzeć. Gdy tylko czuję na ręce jego dotyk, krew zaczyna buzować mi w żyłach. Brązowe włosy, które przedtem opadały mu na czoło, są zgrabnie ułożone. Mimo to, nie wiedzieć czemu, wygląda na jeszcze bardziej zaniedbanego.

– Hm… – Wzdycham. – Do powiedzenia?

– Może raczej do zrobienia.

Puszcza moją rękę i zaczyna mi rozpinać guziki krótkiej koszulki od piżamy. Robi to powoli, od góry, muskając palcami moją pierś. Rozchyla koszulkę, dopiero gdy jest rozpięta do samego dołu. Zaczynam szybko oddychać, jeszcze zanim zsunie ramiączka i koszulka spłynie na podłogę.

 

Wciąż jesteśmy w kuchni – zrobiliśmy zaledwie kilka kroków od drzwi wejściowych. Dylan przygląda mi się przez moment. Ma szeroko otwarte oczy i rozchylone usta. Brak mi tchu. Popycha mnie do tyłu, obejmuje w talii, dotyka wargami moich ust. Walę plecami w drzwi i w tej samej chwili stykają się nasze języki.

To nie jest prawdziwy pocałunek – to gra wstępna. Tracę poczucie czasu i rzeczywistości, omdlewam z pożądania, słyszę swój jęk, mnę jego podkoszulek w dłoniach. Dylan odsuwa się ode mnie i zdziera go przez głowę. Kiedy stykają się nasze ciała, oboje jednocześnie łapiemy oddech.

– Chryste, wykańczasz mnie na starcie – mamrocze Dylan, odgarniając mi włosy z twarzy i pochylając się do pocałunku.

Zaczynam się kręcić, zsuwając spodenki od piżamy. Rozpinam klamerkę paska przy spodniach Dylana i wtedy za moimi plecami rozlega się pukanie do drzwi.

Podskakuję tak gwałtownie, że uderzam zębami o zęby Dylana. Objęci, na chwiejnych nogach, odsuwamy się od drzwi. Dylan odwraca się i zasłania mnie, akurat w chwili, gdy zza drzwi wyłania się głowa wujka Terry’ego.

Na litość boską, to ten typ człowieka, który puka do drzwi i jednocześnie od razu naciska klamkę!

– A kuku! Maddy? – szczebiocze. – O, cześć, gołąbki! Czyżbym przeszkadzał?

Przywieram do Dylana i chowam twarz na jego piersi, a on obejmuje mnie ramionami. Maddy! Wiele osób tak się do mnie zwraca, czasem również Ali albo Annie.

– Wyjdź stąd, Terry – mówi Dylan. – Czekaj za drzwiami, dopóki kobieta się nie przyodzieje.

– Jak sobie życzysz! – Terry rechocze i zamyka głośno drzwi.

– O Boże – wydaję stłumiony jęk.

– Popierniczony piernik Terry – bąka pod nosem Dylan i podnosi z podłogi moją koszulkę i swój podkoszulek.

Ciężko sapie. Ja też.

– Słyszę cię, chłopcze! – krzyczy Terry zza drzwi.

– Co ci przyszło do głowy, żeby o drugiej nad ranem pukać do jej drzwi? – odkrzykuje Dylan tak głośno, że aż się wzdrygam.

– A ja chciałbym wiedzieć, co tobie przyszło do głowy, żeby o drugiej nad ranem pukać do jej drzwi.

– To chyba oczywiste. – Dylan nerwowo przeczesuje palcami włosy. – Poza tym ona ma na imię Addie, nie Maddy.

Parskam śmiechem. Sytuacja jest okropna, wcale nie zabawna, ale jednak… trochę śmieszna. Zwłaszcza to „a kuku”.

– Zszedłem na dół, żeby coś przegryźć, i usłyszałem hałas – tłumaczy się Terry. – Uznałem, że trzeba sprawdzić, czy kobiecie nic nie grozi.

– Dziękuję, panie Abbott, u mnie wszystko w porządku! – mówię pełnym głosem i zasłaniając dłonią usta, dodaję szeptem: – O mój Boże.

– Ogromnie cię przepraszam – kaja się Dylan.

Włosy mu sterczą na wszystkie strony, ma nabrzmiałe usta. Stracił pewność siebie. Ale teraz wygląda jeszcze seksowniej. Jakby był trochę zagubiony.

Staję na palcach i wolniutko całuję go w szyję. Dylan zdusza w sobie jęk, a ja czuję, jak przesuwa mu się grdyka.

– Innym razem – szepczę. – Już wiesz, gdzie mnie szukać.

Dylan

Oczarowała mnie. Jestem Odyseuszem na wyspie Kirke, jestem Szekspirowskim Romeem, mam niemal nieustanną erekcję.

Cztery godziny temu, w swojej małej zagraconej kuchni, Addie złożyła ten jeden gorący pocałunek na mojej szyi, a ja od tamtej pory przespałem najwyżej godzinę. Kłębią mi się w głowie pospieszne, płomienne wiersze z pogranicza erotyków; na papierze wydają się jeszcze gorsze. W przypływie szaleństwa, koło szóstej rano, nachodzi mnie myśl, żeby wsunąć złożone kartki pod jej drzwi, ale na szczęście powstrzymuję się na progu mojego pokoju, uprzytamniając sobie, jak dziwnie albo – co gorsza – desperacko by to wyglądało. Wobec tego wracam do łóżka i wyobrażam sobie, że czytam jej te wiersze tutaj, nagi, w pościeli, no i potem muszę wziąć zimny prysznic.

Jest dziesiąta, gdy widzę ją znowu. Wchodzi na taras, gdzie Terry i ja pijemy kawę – wygląda rześko, ma krótką wzorzystą sukienkę, która przy każdym kroku kołysze się wokół górnych partii jej ud. Trzyma w ręce papierową torbę, tu i ówdzie poplamioną masłem, z apetycznymi croissantami prosto z piekarni w pobliskiej wiosce. Muska moje palce, podając mi rogaliki. Tak naładowane seksualnie jak żadne inne na świecie.

– Dziękuję – udaje mi się wymamrotać.

– Blado wyglądasz – zauważa z udawaną powagą, na co wskazuje lekkie drżenie pieprzyka przy górnej wardze. – Nie najlepiej ci się spało?

– Zdaniem mojego bratanka jestem ci winny przeprosiny za to wtargnięcie – odzywa się Terry. – Zachowałem się nie po dżentelmeńsku.

Gdy Addie odwraca się w stronę Terry’ego, chcę, żeby natychmiast znowu na mnie spojrzała. Pragnę ją mieć tylko dla siebie.

– Wszystko wyleciało mi z głowy. Niczego nie pamiętam – trajkocze Terry. – W porządku?

Addie przez chwilę milczy.

– Doceniam to i dziękuję – odpowiada wreszcie z lekkim uśmiechem, po czym odchodzi.

– Dokąd idziesz? – wypalam bezwiednie.

Patrzy na mnie przez ramię.

– Robota czeka. – Uśmiecha się. – Do zobaczenia.

*

Zjawia się, gdy jemy lunch na tarasie; ma na sobie czerwony kostium kąpielowy i zamierza wybrać liście z basenu. Chyba się rozpłaczę. Tyle przy tym będzie pochylania się i wyginania.

Wczesnym popołudniem już jestem pijany. Miałem nadzieję, że po alkoholu będzie mi lżej albo wuj Terence wyda się bardziej interesujący. W rezultacie tylko rozwiązał mi się język.

– Myślę, że to może być ta jedyna – wyznaję Terry’emu, rozsiadając się na kanapie w chłodnym salonie, pełnym dekoracyjnych poduszek i jedwabnych gobelinów, gdzie schroniliśmy się przed upałem.

– Zobaczymy, czy będziesz tak myślał, gdy już… – Chichocze i wykonuje wulgarny gest, aż mam ochotę rąbnąć go w głowę butelką po winie.

– To nie tak – obruszam się, napełniając swój kieliszek. – Ona jest… cudowna. Jeszcze żadna nie budziła we mnie tak „twardych” uczuć…

Miałem na myśli „silnych”, ale to określenie pasuje lepiej. Aż sztywnieję z pożądania.

– Ach, ta młodzieńcza skłonność do uniesień – mówi Terry dobrotliwym tonem. – Poczekaj, aż dziewczę przytyje dziesięć kilo i uzależni się od telezakupów.

– Wuju, dosłownie wszystko, co mówisz, jest absolutnie nie do przyjęcia.

– Należysz do pokolenia wrażliwców – kwituje, po czym odchyla się do tyłu i stawia kieliszek na wydatnym brzuchu.

Wypijam wino do dna. Jeszcze nigdy dzień tak mi się nie dłużył.

*

Kiedy napotykamy Addie w holu, wuj Terry zaprasza ją na kolację, ale ona odmawia, patrząc prosto na mnie. Nie wiem, co to oznacza: czy po zastanowieniu – a miała na to cały dzień – odrzuca teraz coś więcej niż zaproszenie na kolację? Sama myśl, że Addie nie będzie chciała wpuścić mnie do siebie dziś wieczorem, zdecydowanie wytrąca mnie z równowagi.

Przy kolacji wuj Terry rozwodzi się o wuju Rupie i jego kiepskich inwestycjach w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Te sprawy w ogóle mnie nie interesują – nie cierpię rozmawiać o pieniądzach, czuję się wtedy nieswojo. Przez to gadanie Terry je tak wolno, że chętnie nadziałbym na widelec resztę steku na jego talerzu i przerzucił na swój. Widząc, jak niemrawo wyciera sos pieczywem, wstaję i zbieram naczynia ze stołu, a wtedy on z piskiem przytrzymuje swój talerz.

– Wiem, dlaczego chcesz się ode mnie uwolnić – burczy, gdy stawiam talerze na blacie w kuchni. – Spieszno ci do służbówki, tak?

– Zgadza się. Chcę zobaczyć Addie – cedzę przez zęby.

– Najwyraźniej już cię owinęła wokół małego palca. Wystarczyło cały dzień kręcić się w stroju kąpielowym i cię prowokować.

Wracam do jadalni. Terry potrząsa głową i się śmieje.

– Z tą dziewczyną będziesz miał pomieszanie z poplątaniem.

Terry zawsze był odpychający, ale wypowiadanie się o Addie w takich słowach jest nie do wytrzymania. Zaciskam pięści. No cóż, przynajmniej zachowuje się lepiej niż tato. Przez chwilę próbuję sobie wyobrazić, jak by to było, gdyby zjechała tu na wakacje cała rodzina, zgodnie z planem mojego ojca. Wuj Rupe i jego przywiędła amerykańska żona; trójka wścibskich kuzynów z Notting Hill; mój brat Luke, ale bez swojego partnera, ponieważ Javier nigdy nie jest zapraszany. Luke znosiłby zakamuflowaną homofobię naszej rodziny w niemej boleści, ja miałbym ochotę komuś przyłożyć, tato ciągle by powtarzał, że sprawiamy mu zawód, a mama, jak to ona, nieustannie starałaby się załagodzić sytuację.

No tak, muszę przyznać, że te wakacje są darem od losu, mimo obecności Terry’ego. Powoli rozluźniam pięści.

– Posłuchaj… – Staram się nie okazać, jak bardzo jestem zdesperowany. – Jeżeli dasz radę sam spędzić dzisiejszy wieczór, jutro wybierzemy się razem na przejażdżkę po tutejszych winnicach. Na cały dzień. We dwóch. Nie wypiję nawet kieliszka i będę cię wozić.

Terry jest w rozterce. Zawsze uważał się za duszę towarzystwa, więc na myśl, że miałby zostać choć na chwilę sam, wpada w popłoch. Ale degustacja win należy do jego ulubionych zajęć, a dodatkowo przekonuje go obietnica, że przez cały dzień będę wyłącznie jemu poświęcał uwagę.

– No dobrze. – Daje za wygraną. – Może mógłbym… coś poczytać. Jakąś książkę.

Niepewnie rozgląda się wokoło.

– W salonie jest telewizor – podrzucam myśl. – Mają tu Szybkich i wściekłych na DVD, wszystkie części.

Trochę poprawia mu się humor.

– Baw się dobrze, chłopcze. – Puszcza do mnie oko. – Przed snem włożę zatyczki do uszu.

Przechodzi mnie dreszcz.

– I… słusznie. Dzięki, Terry. Dobranoc.

Addie

Dylan staje w drzwiach, zadyszany. Pewnie biegiem pokonał drogę z jadalni. To było urocze, gdy przez cały dzień wodził za mną wzrokiem zbitego psa. Wczoraj był seksowny, intrygujący – dzisiaj jest po prostu słodki. Jakiś czas temu widziałam go nad basenem, jak wysuwając język, zapisywał coś w oprawionym w skórę notatniku.

– Cześć – mówi bez tchu. – Przychodzę tu z nadzieją, że choć przez cały dzień dolatywały cię niestosowne uwagi mojego wuja, to jednak będziesz miała ochotę mnie pocałować.

Śmieję się i opieram ciężar ciała na jednej nodze. Mam na sobie ogrodniczki z nogawkami nad kolana, a pod spodem czerwony kostium kąpielowy. W ogrodniczkach czuję się najbardziej sobą. Dziś rano byłam na siebie zła, że po powrocie z piekarni przebrałam się dla Dylana w tę krótką sukienkę. Podziałało – dosłownie opadła mu szczęka – ale wiedziałam, że to był tani chwyt.

– Jak się go pozbyłeś?

Dylan zaciska i rozluźnia pięści, jakby korciło go, żeby mnie dotknąć. Czuję żar w żołądku.

– Obiecałem, że jutro skupię się wyłącznie na nim i zabiorę go na przejażdżkę po winnicach. – Odgarnia do tyłu włosy. – Mogę wejść?

Udaję, że się zastanawiam, ale on ma tak udręczoną minę, że nie wytrzymuję i parskam śmiechem.

– Wchodź.

– Bogu niech będą dzięki. – Zamyka za sobą drzwi, po czym delikatnym, a zarazem zdecydowanym ruchem kładzie dłonie na moich ramionach i przyciska mnie do drzwi. – Na czym skończyliśmy?

– Mniej więcej na tym.

Przyciągam go do siebie. Jest wyższy ode mnie o ponad trzydzieści centymetrów, a ja i tak już stoję na palcach i odchylam głowę, żeby spojrzeć mu w oczy. Ma płomienny wzrok.

– Wpędzisz mnie do grobu, Addie. Przez ostatnie osiemnaście godzin pragnąłem cię do nieprzytomności.

Pierwszy raz spotykam faceta, który tak się wysławia. Nie chodzi o akcent. Mam na myśli dobór słów. Wszystko, co mówi, można od razu przelać na papier.

– Od tego jeszcze nikt nie umarł. – Wtulam się w niego całym ciałem. – Poćwicz cierpliwość.

– Z doświadczenia wiem, że ćwiczenie cierpliwości jest przeraźliwie nudne.

Całuje mnie. Jest w tym świetny, ale nie dlatego cała płonę, ledwie jego język dotknie mojego. Rozpala mnie obietnica, jaka zawiera się w tym pocałunku: „Teraz zostanę tu na noc”.

*

Pierwszy raz robimy to gorączkowo. Drżenie rąk i łapanie powietrza. Wciąż w kuchni. Kiedy wyplątujemy się z objęć, roześmiani, na miękkich nogach, Dylan odwraca mnie tyłem do siebie i strzepuje okruszki chleba z pupy i moich ud.

– Jesteś oszałamiająca – szepcze.

Stoi za moimi plecami i nie pozwala mi się ruszyć. Dalej gładzi mnie po udach, z rozmysłem i spokojem. Spoglądam przez ramię. Patrzy na moje ciało tak, jakby się go uczył – niemal nabożnie. Nasze spojrzenia się spotykają. Przytrzymuje mój wzrok i od razu pragnę go znowu. Krew coraz szybciej pulsuje mi w żyłach.

 

Drżą mi nogi. Potykam się, gdy zmierzamy w stronę sypialni. Padam twarzą na łóżko, on sekundę później i przyciąga mnie do siebie. Muska ustami mój kark, a ja znowu czuję w środku płomień.

– Tutaj – mówi chrapliwie, dotykając czubkiem palca miejsca, gdzie moja talia przechodzi w biodro – znajduje się najseksowniejsze parę milimetrów, jakie kiedykolwiek widziałem.

– Tutaj? – Odwracam się w jego objęciach. – Poważnie?

Lekko przesuwa się w dół łóżka.

– Może tutaj. – Obsypuje gorącymi pocałunkami moją szyję.

Odchylam do tyłu głowę, wzdychając z błogością.

– A może tu. – Łuk piersi. – Albo tu. – Zagłębienie przy biodrze. – Tu też. – Wewnętrzna strona uda.

Jest inny niż wszyscy mężczyźni, z którymi byłam. Już się nie spieszymy. Minuty przepływają jak mgła – mam wrażenie, że śnię. Dylan raz jest niepohamowany, raz prowokacyjnie powolny, a potem taki słodki i delikatny, że to aż rozczula, pieką mnie oczy, gdy opiera czoło na moim i porusza się w przód i w tył, odrobinę, za mało, nie tak szybko, aż zaczynam się rozpływać w szaleńczym pożądaniu.

Spleceni w uścisku i mokrzy od potu, zasypiamy. Budzę się, zdezorientowana, w ciemnym pokoju. Włosy na piersi Dylana łaskoczą mnie w policzek. Gwałtownie siadam na łóżku. Mój wzrok pada na plątaninę ubrań i prześcieradeł, na książkę, którą strąciłam ze stolika gdzieś po północy. Oczy przyzwyczajają mi się do mroku i coraz wyraźniej widzę sylwetkę Dylana, jego nagie ogorzałe ciało.

Uśmiech ciśnie mi się na usta. Przykładam dłonie do twarzy. Czuję, że to… coś więcej niż letni romans. To kosmos.

*

Jest już jasno, gdy znowu się budzę. Słyszę, jak do drzwi mieszkania puka Terry.

Zasnęłam z głową na ramieniu Dylana. Kiedy się budzi, raptownie podnosi rękę, a ja robię unik, żeby we mnie nie trafił.

– Ostrożnie!

– Hę? – Ma błędny wzrok. Włosy opadają mu na twarz. Jak w komedii, reaguje z opóźnieniem. – O, cześć.

Nie mogę powstrzymać uśmiechu.

– Cześć. Prawie mi przyłożyłeś.

– Naprawdę? – Siada, opierając się o poduszkę, i odgarnia włosy. Pociera twarz, tak jakby chciał przywrócić ją do życia. – O Boże, przepraszam. Macham rękami przez sen. Bardzo przepraszam. Za to ty chrapiesz, więc jesteśmy kwita.

– Halo! Dylan! – woła zza drzwi Terry.

Głęboko wzdycham, wciskając twarz w poduszkę. Spaliśmy najwyżej trzy godziny. Chętnie zostałabym w łóżku jeszcze z dziewięć.

– Ten cholerny wuj Terry. – Wznosi oczy do sufitu.

Poduszka tłumi mój śmiech.

– Czy w twojej rodzinie wszyscy są tacy dziwaczni?

– Zdecydowanie tak. Ale każdy na swój sposób. – Przewraca oczami i całuje mnie w ramię. – Dzień dobry. – Opiera o mnie czoło. – Bardzo proszę, nie ruszaj się, pozostań w tym odzieniu, w tym łóżku, dopóki nie wrócę po pijackiej wyprawie z moim wujem.

– Nie mam żadnego „odzienia”. – Spoglądam na niego.

– I o to chodzi.

– Chłopcze! Pora na nas! – woła Terry.

Dylan delikatnie całuje mnie w usta.

– No dobrze, możesz coś włożyć i chodzić sobie, jeśli to absolutnie konieczne. Tylko nie znikaj. Proszę cię.

– Będę tu przez całe lato. Nigdzie się nie wybieram.

Uśmiecha się. Na luzie, trochę niechlujny, znowu rozczochrany.

– Doskonale. – Całuje mnie jeszcze raz. – Tej nocy… nigdy nie zapomnę. Jesteś niezwykła.

Kiedy oblewam się szkarłatnym rumieńcem, cicho chichocze – z pewnością czuje, jaki bije ode mnie żar. Chciałabym mu powiedzieć, że zawsze idealnie dobiera słowa, ale to by było za wiele. Wolę tego nie przyznawać. Wolę, żeby nie wiedział, że już posiadł mnie bez reszty. Bo jeśli się dowie, będzie miał nade mną władzę. A wtedy to przyjemne uczucie, gdy przez cały wczorajszy dzień wodził za mną wzrokiem zbitego psa, pryśnie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora