W drogę!

Tekst
Z serii: Mała czarna
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W drogę!
W drogę!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,89  63,11 
W drogę!
W drogę!
Audiobook
Czyta Michał Klawiter, Monika Chrzanowska
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Teraz

Addie

Słońce stoi wysoko, odbijając się w przedniej szybie tak mocno, że muszę mrużyć oczy, nawet gdy mam ciemne okulary. Kiedy przez nie patrzę, droga przed nami wydaje się zakurzona, jakby wszystko wymagało przetarcia.

Dylan milczy od ponad pół godziny. Do Ettrick mamy jeszcze prawie pięćset kilometrów, a sama jego obecność w samochodzie sprawia, że trudno mi oddychać. Wciąż używa tej samej wody po goleniu, o lekkim drzewnym zapachu z nutą pomarańczy.

– Przyjmij do wiadomości, że w istocie jestem bardzo nowoczesnym mężczyzną – oświadcza Marcus, zwracając się do Deb.

Przed chwilą nazwała go jaskiniowcem. W odpowiedzi rzucił jakiś seksistowski komentarz, który mi umknął – może na szczęście.

– Ach, tak?

– Wiesz, co niedawno zrobiłem?

– No co?

– Posmarowałem się kremem nawilżającym.

Duszę w sobie śmiech. Już zapomniałam, że Marcus jest uroczym facetem, jeśli tylko chce.

– A wiesz, do czego namówił mnie Dylan?

– Do czego? – pyta Rodney, gdy Deb nie okazuje zainteresowania.

Rozmawia przez telefon, a to z pewnością irytuje Marcusa, ponieważ lubi skupiać na sobie całą uwagę rozmówcy.

– Żebym poszedł do jego terapeutki – oznajmia szeptem, jakby wyjawiał wstydliwą tajemnicę.

Coś podobnego. Marcus chodzi na terapię? Dylan też? Równie dziwne byłoby to, gdyby jeden z nich zaczął robić na drutach. Terapeutka musi mieć używanie z tymi chłopakami. Tyle lat do przepracowania.

– Jesteś zadowolony z terapii? – lekkim tonem pytam Dylana.

Patrzę na niego dłuższą chwilę i widzę, jak porusza mu się grdyka.

– Tak.

No dobra. To tyle. Jedziemy w milczeniu. Korci mnie, żeby go zapytać, dlaczego rozpoczął terapię, kiedy, czy z mojego powodu… ale wyszłabym na egocentryczkę.

– Zdałem sobie sprawę, że byłem trochę… hm… że w moim życiu zdarzały się związki nie całkiem zdrowe. – Znowu chodzi mu grdyka.

Za moimi plecami zapada głęboka, bardzo głęboka cisza.

– Pomyślałem, że spróbuję to sobie poukładać. No wiesz, z pomocą specjalisty.

Palą mnie policzki. Mam nauczkę, żeby nie koncentrować się tak bardzo na sobie.

– Zagrajmy w coś – odzywa się Marcus. – Nudzę się.

– Tylko nudziarze się nudzą – zauważa Deb.

– Tylko nudziarze mówią takie rzeczy – poprawia ją Marcus. – Zabawmy się w pięć pytań. Ja idę na pierwszy ogień. Możecie mnie pytać o wszystko. Zaczynamy.

– Co najgorszego zrobiłeś w życiu? – wypala natychmiast Deb.

Marcus parska lekceważąco.

– Według jakiej konkretnie koncepcji norm społecznych miałbym określić, co jest „najgorsze”? Ja nie uznaję powszechnie przyjętego systemu moralności.

– Jakież to w tobie ekscytujące – kwituje Deb.

Marcus jest urażony.

– Pewnego razu złapałem i ugotowałem jedną z oswojonych kaczek naszej sąsiadki – mówi po chwili. – Może być?

Wszystkich aż zatyka.

– To… to okropne! – oburza się Rodney. – Jak mogłeś?

– Cóż… – Marcus wzrusza ramionami. – Pusta lodówka, zamknięte sklepy…

– Zjadłeś ją? – drąży dalej Rodney i niemal słyszę, jak wbija go w fotel.

– Z sosem hoisin. Proszę o następne pytanie.

– Zakochałeś się kiedyś? – pyta Deb. – Czy to też nie mieści się w twoim specyficznym systemie moralności?

Cisza się przeciąga, napięcie rośnie. Nie patrzę na Dylana.

– Zakochuję się ze sto razy w miesiącu, kotku – rzuca beztrosko Marcus.

Zaczyna się następna piosenka, I Did Something Bad Taylor Swift.

– Nikt nie zakochuje się sto razy – wtrącam, nim zdążę ugryźć się w język. – Nie zdołałbyś. To by cię zabiło.

Marcus prycha pod nosem tak cicho, że ledwie go słychać. Czerwienię się po same uszy.

– Ja zakochałam się tylko raz. Kiedy położna podała mi mojego syna – oświadcza Deb.

Spoglądam na nią, wdzięczna za zmianę tematu. Na karku czuję wzrok Marcusa. Gdybym zerknęła w lusterko, odwróciłby oczy – jestem pewna – ale nie mam tyle tupetu.

– Mówiąc wprost, jest jedynym mężczyzną, jakiego spotkałam, wartym takich starań – dodaje moja siostra i jednocześnie posyła mi szybki uśmiech. – Następne pytanie do Marcusa?

– Co najlepszego zrobiłeś dla drugiego człowieka? – odzywa się znowu Rodney.

Wszyscy patrzą na niego ze zdumieniem.

– Może być? – upewnia się nieśmiało.

– Boże drogi! Chłopie, ty przepraszasz, że żyjesz! – wykrzykuje Marcus.

– Że co… ja…

Uważam, że muszę wesprzeć Rodneya.

– On jest zwyczajnie uprzejmy, Marcusie. To dobra cecha charakteru. Większość ludzi ceni uprzejmość.

Marcus unosi i opuszcza brwi. W lusterku widzę jego minę – jakby rzucał mi wyzwanie.

– Uważaj, Dylanie. Masz konkurencję – ironizuje.

– Zamknij się. Dobrze wiesz, że to nie tak – warczę.

– Ludzie, spokojnie – wtrąca się Dylan i pogłaśnia muzykę. – Odpuśćcie sobie.

– Nie tak? – ciągnie Marcus. – Hm, już to kiedyś słyszeliśmy, prawda?

W jednej chwili wzbiera we mnie gniew i dostaję wypieków. Nienawidzę tego faceta, nienawidzę. Boże, wciąż nie mam odwagi powiedzieć mu, żeby się odpierdolił, choć ciśnie mi się to na usta.

– Marcusie – Dylan przybiera ostry ton – uważaj, co mówisz, bo będziesz tego żałował.

W samochodzie nagle jest jakby ciaśniej, powietrze gęstnieje.

– Będę żałował, że tu siedzę i nic nie mówię, kiedy ty znowu do niej wzdychasz. Ta kobieta cię rozwaliła. Myślałem, że to do ciebie już dotarło. Lepiej skacz pod koła innego samochodu, zamiast pozwalać, żeby znowu zalazła ci za skórę.

Co to ma być, do diabła? Jest mi gorąco, serce bije mi jak szalone, gotuję się z wściekłości. Otwieram usta, żeby wrzasnąć na niego, ale ubiega mnie Deb.

– Jak śmiesz wypowiadać się o mojej siostrze tak, jakbyś cokolwiek o niej wiedział, ty…

– Dużo wiem o twojej siostrze.

– Marcus, zamknij się, do cholery! – wrzeszczy Dylan, a ja aż podskakuję.

Zaciskam do bólu ręce na kierownicy.

– Nie zamknę się! Mam, kurwa, dość traktowania mnie jak znerwicowanego pacjenta, który wymaga twojej pomocy, podczas gdy…

– Addie? – rozlega się cichy głos Rodneya.

– Ciesz się, że jest przy tobie Dylan – mówi do Marcusa Deb. – A tak naprawdę, że w ogóle ktoś jest przy tobie.

– A ty jaki masz problem?! – wydziera się Marcus.

– Addie… – Rodney już się niecierpliwi. – No, Addie…

– Słyszę, słyszę. – Ciężko oddycham. – O Boże…

– Jaki mam problem? – odwarkuje Deb, a jednocześnie Dylan ciągnie swoje.

– Mówiłeś, Marcus, że się postarasz, mówiłeś…

Tymczasem Rodney raz po raz wymawia moje imię, coraz głośniej i…

– Zamknąć się, wszyscy! – wrzeszczę.

Samochód zjeżdża na bok. W pierwszej chwili mam wrażenie, że coś dzieje się ze mną – wiruje mi w głowie – ale nie, to na pewno z samochodem. Co oznacza, jak auto ściąga na lewo? Natychmiast myślę: oblodzenie, trzeba skręcić kierownicą w stronę, w którą ucieka tył auta, tyle że przecież jest upał, asfalt lśni w słońcu – to nie oblodzenie.

Przesuwam się na lewy pas. Wpadłam w poślizg, więc skręcam kierownicą w prawo, ale dużo za mocno, tak że przecinam białe linie. Próbuję zwolnić. W jakimś amoku wydaje mi się, że nacisnęłam niewłaściwy pedał. Samochód nie reaguje na hamowanie tak jak należy. Chcę krzyknąć, jednak czuję, że nie wydobywa się ze mnie żaden dźwięk. Wciskam mocniej pedał, auto trochę zwalnia, ale nadal zjeżdża w lewo, i wtedy krzyczę z przerażenia i bezsilności.

– Aaaaaa!

– Pobocze jest utwardzone, Addie, wjedź na nie – dochodzi mnie z tyłu głos Deb.

Reszta siedzi cicho, słychać tylko oddechy.

Zmieniam biegi: trójka, dwójka, jedynka. Oby to utwardzone pobocze raptem się nie skończyło. Czuję dzwonienie w uszach, jakby coś stłumiło odgłosy całego świata. W karku odzywa się ból, stwierdzam machinalnie. Skutek tamtego zderzenia.

– Trzymajcie się – mówię ponurym tonem.

Jedziemy już najwyżej piętnaście kilometrów na godzinę, ale gdy zaciągam hamulec ręczny, wszyscy lecą do przodu. Samochód stęka. Siedzimy w milczeniu i po chwili wolno, bardzo wolno opuszczam głowę na kierownicę.

Czekam, kiedy przestanę czuć serce w gardle. Dylan pomału wyciąga rękę i włącza światła awaryjne. Zaczynamy się rozluźniać.

– O kurwa – odzywa się z tyłu Marcus.

– Dobry Boże – mamrocze Rodney.

– Wszyscy cali? – pyta Deb.

Odwracam się, nie odrywając czoła od kierownicy, i patrzę na Dylana. Jest tak wstrząśnięty, że drżą mu mięśnie twarzy. Nagle przypomina mi się, jak wyglądał, gdy stał w drzwiach naszego mieszkania, a ja waliłam go pięściami w pierś i powtarzałam raz po raz, że nie może mnie zostawić.

Marcus śmieje się donośnie.

– Ożeż w mordę, Addie Gilbert, uratowałaś nam życie.

Nadal ciężko oddycham. Zadaję sobie pytanie, czy bliskie spotkania ze śmiercią są za każdym kolejnym razem mniej, czy bardziej przerażające. To znaczy, czy powinnam reagować spokojniej, bo dzisiaj już uczestniczyłam w wypadku samochodowym? Czy też bardziej panikować, ponieważ nadal pozostaje we mnie tamten strach?

Rozlega się stukanie w okno od strony pasażera. Z gardła wyrywa mi się krzyk. Łapię się za serce. Na tylnym siedzeniu wszyscy piszczą. Ale najdziwniej zachowuje się Dylan – wyciąga rękę i zasłania mnie, tak jakby samochód wciąż jechał i zaraz miał się z czymś zderzyć.

– Halo! Nic wam nie jest?

Mrużę oczy, bo razi mnie słońce, i widzę jakiegoś mężczyznę przy oknie. Jest potężny, umięśniony, chyba po pięćdziesiątce. Obwisłą twarz pokrywa szpakowaty zarost. Ma na sobie biały podkoszulek, spod którego wystaje kawałek wytatuowanego słowa: „bezwarun”.

 

– Potrzebujecie pomocy? – pyta.

Dylan cofa rękę i otwiera okno.

– Cześć. – Odchrząkuje. – Mamy kłopoty z samochodem. Jak pan się domyśla.

Mężczyzna kiwa głową ze współczuciem.

– Widziałem was – mówi, machając uniesioną ręką.

Stoimy tuż przed dużym betonowym wiaduktem, który biegnie nad autostradą. W zboczu są schody na dół i to z nich skorzystał ten człowiek, gdy zobaczył, co się dzieje. Miło z jego strony. Zakładając, że nie jest potencjalnym mordercą.

– Czy nie należałoby, no wiecie… wezwać pomocy drogowej? – pyta Rodney.

– Powinniśmy wysiąść, prawda? – zwracam się do dobrego samarytanina, który właśnie przygląda się nam przez szybę.

– No tak… Ale na tę stronę. – Wskazuje za siebie.

Dylan wyłazi pierwszy, potem Deb, Rodney i Marcus. Ja wysiadam ostatnia, gramoląc się nad drążkiem zmiany biegów, co wymaga sporej zręczności.

Kiedy już stoję na twardej ziemi, okazuje się, że zwalisty samarytanin nie odrywa oczu od Deb i z zachwytem na twarzy zagaja:

– Cześć, ślicznotko.

Deb prześlizguje się po nim wzrokiem, a ja staram się nie przewrócić oczami. Nie mamy czasu na takie głupoty.

– Muszę zgłosić awarię w serwisie ubezpieczyciela. – Patrzę na ekran swojej komórki. – Czy ktoś mógłby poszukać tego czegoś z oznaczeniem, gdzie dokładnie jesteśmy na tej drodze?

– Ja pójdę – zgłasza się Dylan.

Ma piskliwy głos, więc próbuje odchrząknąć, zażenowany.

Deb już otworzyła maskę samochodu i zagląda do środka. Rodney podchodzi do dobrego samarytanina.

– No więc – odzywa się radosnym tonem, jaki przybierają ludzie pozbawieni umiejętności prowadzenia rozmów o niczym – czym się pan zajmuje?

Zamykam oczy. Inaczej miał wyglądać ten weekend. Dlaczego nie pędzę autostradą i nie śpiewam na cały głos piosenki Dolly Parton, a obok mnie Deb nie zajada cukierków czekoladowych? Taki był plan. Doskonały, patrząc z obecnej perspektywy.

Dylan idzie z powrotem, wykrzykując do mnie liczbę kilometrów na słupku. Trzyma ręce w kieszeniach dżinsów; wiatr nadyma mu T-shirt. Wygląda aż za dobrze – oczy bolą patrzeć. Odwracam głowę w stronę przejeżdżających pojazdów i wybieram numer serwisu ubezpieczyciela, żeby zgłosić awarię.

Jest niebezpiecznie. Mam na myśli nie samochód, lecz Dylana. Przez ułamek sekundy, kiedy przechodził przez szosę i wiatr rozwiewał mu włosy, nie żałowałam, że nie śpiewam z moją siostrą piosenek Dolly Parton i nie zajadamy cukierków czekoladowych. Chciałam być właśnie tu. Razem z nim.

*

Dwie godziny. Chryste, aż dwie godziny!

– Moja polisa gwarantuje przyjazd pomocy drogowej w ciągu trzydziestu minut – oznajmia Marcus, gdy rozkładamy koc na poboczu.

Boże, nie znoszę tego faceta. Wciąż mnie rozstraja. Gdyby ktoś inny wygadywał to co on przed tą awarią – pieprzył głupoty, że z mojego powodu Dylan był zdruzgotany – wyrzuciłabym go z samochodu. Ale w obecności Marcusa, mimo upływu czasu, muszę zmagać się ze sobą, żeby znów nie być dawną Addie. Małą, niewartą zapamiętania Addie, która zawsze jest na drugim miejscu. Ten typ wyzwala we mnie wszystko, co najgorsze, niemal pod każdym względem.

– Nie wątpię – odpowiadam jak najspokojniej. – Ale założę się, że moja jest w przystępnej cenie.

– I tu popełniasz błąd. Otrzymujesz to, za co płacisz.

Nadal unika mojego spojrzenia. Dylan, Rodney i Deb udali się na siku, każde w innym kierunku, a mnie przyszło urządzać piknik z Marcusem. Wolałabym mieć słaby pęcherz.

Trudno, muszę być ponad to. Zachowywać się jak dorosła osoba.

– Dylan i ja potrafimy na jeden dzień zostawić przeszłość za sobą. Może ty też spróbuj, Marcusie.

– Chciałabyś, no nie? – prycha.

– Ja już… – odzywa się za moimi plecami dobry samarytanin – będę się chyba zbierał.

– O Boże, przepraszam. – Czerwona ze wstydu odwracam się w jego stronę. – Bardzo dziękuję za pomoc.

Dzisiaj kompletnie nie mam głowy do uprzejmości wobec ludzi spoza najbliższego kręgu. Wystarczy, że borykam się z Rodneyem, który wysyła sygnały świadczące o kompletnej nieporadności i potrzebie oddania się pod czyjąś opiekę, jak mały brzdąc albo mój tato na przyjęciu.

– Przepraszam, wyleciało mi z głowy, jak pan ma na imię.

– Kevin. – Ruch na szosie sprawia, że ciągle uderzają w nas podmuchy wiatru. Musimy rozmawiać trochę głośniej, jak w hałaśliwym pubie. – Jestem kierowcą ciężarówki.

– Kevinie, kierowco ciężarówki – odzywa się Marcus – wyglądasz na człowieka, który ma w zanadrzu wiele historii… Może byś z nami usiadł i coś nam opowiedział?

Mam spóźniony refleks. Kiedy stałam tyłem do Marcusa, znalazł moją torbę z zapasowymi przegryzkami. Odłamał połowę batonika bakaliowego i już go pożera. Patrzę na niego, mrużąc oczy, a po chwili przenoszę wzrok na Kevina.

Nie widzę uśmiechu na jego ustach, takiego konkretnego, ale on jakoś tak… uśmiecha się bez uśmiechu. Tak jak to robią psy. Teraz, gdy już jestem spokojniejsza i nie razi mnie słońce za jego plecami, zaczynam mu się przyglądać. Jest krępy, ma pomarszczoną twarz. Nie sprawia wrażenia takiego, co dba o siebie. Skórę pokrywają mu tatuaże, cała masa: flaga brytyjska na udzie, tuż nad kolanem; data 05.09.16 z boku szyi; na przedramieniu mały piesek, uroczy, i napis: „Cookie, RIP”.

Jego spojrzenie wędruje w kierunku Deb, która właśnie się do nas zbliża.

– Czemu nie – odpowiada. – Właściwie nie jestem w pracy, robię przysługę znajomemu.

I tak Kevin, kierowca ciężarówki, dołącza do nas. Na kocu jest trochę ciasno. Siedzimy wokół stosu przekąsek. Słońce stoi już wysoko i mocno przypieka, więc smaruję się balsamem ochronnym, a Deb podwija T-shirt, żeby opalać brzuch.

– Mamy niemal dwie godziny opóźnienia w stosunku do planu – oznajmia Deb, patrząc na ekran komórki. – W żadnym razie nie zdążymy pomóc przy grillu. Jesteśmy… Gdzie my jesteśmy?

– Tuż za Banbury – mówi Kevin, pociągając lemoniadę z dużej butelki, która wędruje tam i z powrotem, między nim a Deb.

– Jasna cholera. – Deb znów rozkłada się na kocu. – Ujechaliśmy ledwie kawałeczek. Może ktoś pchnie wiadomość do Cherry?

Dylan i ja wymieniamy spojrzenia. Cherry nie będzie zachwycona, jeśli spóźnimy się na jej wesele.

– Poczekajmy, Deb – rzucam. – Ludzie od napraw awaryjnych mogą przyjechać wcześniej. Powiedzieli za dwie godziny w najgorszym razie. Poza tym w planie uwzględniłyśmy sporo czasu na postoje.

– Teraz wy powiedzcie coś o sobie – prosi Kevin, nie odrywając wzroku od mojej siostry. – Dużo was jak na mini.

Dylan pokasłuje. Lewym pasem pędzi ciężarówka i podmuch powietrza rozwiewa włosy Deb.

– Może nie powinienem pytać…

– Addie złamała serce Dylanowi – informuje Kevina Marcus, wskazując najpierw na mnie, potem na Dylana – jakieś półtora roku temu, a dziś rano rozwaliła samochód, którym jechał. Ponieważ zniszczyła mu życie, ma wyrzuty sumienia i dlatego zgodziła się zabrać nas do swojego mini i zawieźć na ślub Cherry, jedynej osoby na tym świecie, która lubi zarówno Dylana, jak i Addie.

Serce zaczyna mi bić szybciej i znowu wzbiera we mnie gniew. „Addie złamała serce Dylanowi”, niech to szlag, tak jakby przez niego moje nie rozpadło się na milion kawałków. Z trudem trzymam język za zębami, ale nie dam się sprowokować. Wykluczone.

Deb podpiera się na łokciu.

– Gówno prawda – mówi. – Jest lepsza wersja: Dylan zostawił Addie w grudniu dwa tysiące siedemnastego roku. Popełnił największy błąd w swoim życiu, to oczywiste, i ma tego świadomość.

Dylan patrzy na trawę.

– A dziś rano walnął w tył naszego auta i zniszczył swoje. Zgodziłyśmy się zabrać ich na ślub Cherry, bo jesteśmy dobrymi ludźmi. A ja też lubiłam i Dylana, i Addie. Do czasu.

Kevin wodzi po nas wszystkich wzrokiem. Niemal słychać, jak pracują jego szare komórki.

– A ten? – Wskazuje na Rodneya.

– Och, Rodney poprosił nas o podwózkę – wyjaśnia Deb i znów kładzie się na kocu.

– Przepraszam – bąka Rodney.

Marcus przewraca oczami. Dylan ciągle patrzy na trawę. Chciałabym lepiej widzieć jego twarz.

– No co? Nie zamierzasz jej oświecić? – naciska Marcus, kiwając głową w stronę Deb. – Miej jaja, Dylan, i powiedz jej, że było inaczej.

Hałas od autostrady wdziera się w ciszę.

– Do kurwy nędzy. – Marcus wstaje i otrzepuje dżinsy. – Czy tylko mnie przelatują przez głowę sceny z dwa tysiące siedemnastego?

– Nie mówmy o tym, Marcus – prosi cicho Dylan.

– Nie mówmy?!

– Marcus! – Podnosi głos.

Rodney patrzy to na jednego, to na drugiego, jakby oglądał mecz tenisowy. Zaciskam pięści. Chcę stąd iść. Mięśnie mi się napinają w gotowości do działania.

– A o Etiennie? O nim też nie mówmy, Dylan?

Wbijam paznokcie w dłoń. Serce wali mi jak szalone. Nie sądziłam, że Marcus do tego wróci.

– Nie poruszaj spraw, których nie rozumiesz – irytuje się Deb.

Kevin marszczy czoło i przesuwa po nas wzrokiem.

– O cholera, jakbym oglądał talk-show Jeremy’ego Kyle’a.

– Czego tu nie rozumieć? – Marcus jest autentycznie wzburzony.

Nie mogę patrzeć na tego człowieka. Nie wytrzymam tu ani chwili dłużej. Z napięcia boli mnie całe ciało.

Wstaję tak raptownie, że potrącam plastikowy kubek z sokiem pomarańczowym. Rodney – bo to akurat jego sok – podnosi krzyk i łapie kubek, ale napój już się wylał i wsiąka w koc.

Zostawiam ich. Wspinam się na zbocze, na schody, którymi zszedł do nas Kevin. Serce o mało nie wyskoczy mi z piersi. Słyszę, że Deb mnie woła, ale się nie odwracam. Mija trochę czasu, nim uprzytamniam sobie, że ktoś za mną idzie, i jeszcze trochę, nim widzę, że to Dylan.

– Wracaj do nich – rzucam przez ramię.

– Nie.

– Wracaj – powtarzam.

Nic więcej nie mówi, ale w szumie samochodów nadal słyszę jego kroki. Przyspieszam i dochodzę do drogi prowadzącej na wiadukt nad autostradą. Widzę ścieżkę, wąską, ale jedna osoba się zmieści. Po obu stronach są pola, oddzielone od drogi nasypem, na którym rośnie trawa i białe kwiatki. Gdyby nie hałas samochodów, pomyślałabym, że jestem na wsi.

– Addie, nie pędź, poczekaj. – Dylan biegnie za mną. – Już dobrze?

Robię zwrot na pięcie tak szybko, że Dylan niemal na mnie wpada.

– Ze mną? Marcus jest takim… – Odwracam głowę. O rany, jakie to trudne stać tak blisko Dylana i patrzeć mu w oczy. – Jest dupkiem.

– Wiem. Spróbuję z nim porozmawiać.

– Nie trzeba… Daj mi teraz minutę.

– Rozumiem, że to nie jest łatwe, ale najlepiej nie zwracać na niego uwagi.

– Aha, i ty właśnie tak robisz, zgadza się?

Jakie to znajome. Jakbym wchodziła w stare buty. Złoszczę się, bo mi wstyd, wiem, że tak jest, a mimo to wypowiadam słowa, które go zranią.

– No bo ja mam wrażenie, że nadal jesteś jego wiernym przybocznym. Trzymasz się go jak psiak.

Dylan otwiera usta, żeby coś mi odburknąć, ale zaraz je zamyka. Spuszcza wzrok i patrzy pod nogi. Serce mi krwawi. Dobrze pamiętam to uczucie obrzydzenia do samej siebie. Czy wciąż jestem tamtą osobą? Czy to oznacza, że się nie zmieniłam, skoro wszystko jest takie znajome?

Być może te stare buty już na mnie nie pasują. Gniew mija równie szybko, jak się pojawił.

– Przepraszam – mamroczę. – Przepraszam. Ja nie… po prostu się zdenerwowałam.

Dylan podnosi głowę.

– Z Marcusem jest inaczej. Nie tak jak dawniej. On się zmienia.

Uch! No nie. Odrywam od niego wzrok i skręcam na drogę, oddalając się od autostrady.

– Ani trochę się nie zmienił. Nie da się zmienić kogoś takiego jak Marcus.

– Rozumiem, dlaczego tak uważasz. – Głos Dylana brzmi spokojnie, powściągliwie. – Ale moim zdaniem on robi postępy. Jest inny.

Dylan idzie obok mnie, skrajem drogi. Jego ramię co trochę ociera się o moje, zmazując warstewkę lepkiego balsamu przeciwsłonecznego. W pewnej chwili dolatuje mnie znajomy zapach Dylana, aż kręci mi się w głowie – mam wrażenie, że świat się odkształca, jak w telewizji, gdy ktoś cofa się w czasie.

– W stosunku do mnie nie jest inny.

– Przecież wiesz, że on nie zna całej historii – mówi cicho Dylan.

– Wiem. – Skręcam w lewo, na drogę biegnącą przez nowo wybudowane osiedle, zastawioną samochodami. Mrużę oczy, gdy słońce odbija się w szybie. – I tak jest dupkiem.

 

Dylan nie dyskutuje z tym stwierdzeniem. Idziemy dalej, nie odzywając się słowem. Dziwnie się czuję, jakbyśmy ni stąd, ni zowąd zaczęli improwizować scenę, którą odegraliśmy już tysiąc razy. Dylan ma poważną twarz. Jakoś nie wpadam na nowo w gniew, który uszedł ze mnie, kiedy zorientowałam się, jak mocno zraniłam Dylana. Co dziwne, chcę tylko jednego: skłonić go do uśmiechu. Pragnienie jest tak dojmujące, że przykładam rękę do brzucha, by je powstrzymać.

– Skoro już tu jesteśmy, tylko we dwoje, chciałbym… przeprosić cię za to, co powiedziałem wcześniej… o tym, że postanowiłaś się do mnie więcej nie odzywać. Decyzja należała do ciebie.

Trzeba oddać mu sprawiedliwość – cały czas szanował tę moją decyzję. Choć tyle razy aż mnie skręcało, żeby ją zmienić.

– Myślałam, że tak będzie łatwiej. Że… – Milknę.

– I było?

Nie. Nic nie pomagało. Rozpadłam się, kiedy Dylan mnie opuścił, i nie było prostego sposobu, żeby się skleić. Musiałam to robić kawałek po kawałku.

– Nie nazwałabym tych lat najłatwiejszymi – przyznaję w końcu.

– Rzeczywiście. – Znów ociera się ramieniem o moje ramię, umyślnie, jak sądzę. – Żałuję, że nie mogłem…

– Nie mów tak. – Ściska mnie w gardle. – Żałowanie nic nie da.

Dylan przyjmuje to w milczeniu.

– Marcus naprawdę się zmienił… zmienia się… Spróbuj dostrzec ten proces, proszę, Addie. Zrób to dla mnie.

– Tak też nie mów. Nie chcę słyszeć „Zrób to dla mnie”, jakby…

– Przepraszam. Ale wiedz, że nie jechałbym z Marcusem, gdyby był człowiekiem, jakiego znaliśmy, będąc razem.

Obrzucam go spojrzeniem. Czegoś takiego nie powiedziałby półtora roku temu. Znowu bawię się w „znajdź różnice”: krótsze włosy, zmarszczka między brwiami… a dzisiaj, kiedy Marcus chce mi dopiec, Dylan naskakuje na niego. To też jest nowe.

Wszystko razem sprawia, że Dylan wydaje się jakiś bardziej „z tego świata”. Trochę poobijany, a trochę wzmocniony, bardziej opanowany.

– Chyba powinniśmy… – Ogląda się za siebie i wzdycha. – Zostawiliśmy tam bardzo dziwną kombinację osobowości.

Pocieram twarz dłońmi, maskując niepewny uśmiech.

– O Boże, ten kierowca ciężarówki pewnie ich pozabijał.

– Albo Rodney. Cicha woda brzegi rwie.

Uśmiechamy się do siebie. Zawracam pierwsza, ocierając się o jego ramię.

– Myliłam się – przyznaję pod wpływem impulsu. – Zerwanie kontaktów tylko pogorszyło sytuację. Ja… to… nie powinnam była nalegać, żebyś zostawił mnie w spokoju.

Widzę, jak unoszą się kąciki jego ust. Swego czasu zrobiłabym wszystko, żeby tak się uśmiechnął.

– Dziękuję, że mi to mówisz.

W milczeniu wracamy do samochodu. Po takiej rozmowie nie wiadomo, co jeszcze powiedzieć. Idę wolniej, niżbym mogła – z miłym uczuciem, że Dylan jest przy mnie.

Kiedy docieramy do schodów prowadzących w dół, na autostradę, oboje stajemy jak wryci.

– Chryste Panie – mówi Dylan. – Tych ludzi nie można zostawić samych nawet na pięć minut.

Inne książki tego autora