W drogę!

Tekst
Z serii: Mała czarna
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W drogę!
W drogę!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,89  63,11 
W drogę!
W drogę!
Audiobook
Czyta Michał Klawiter, Monika Chrzanowska
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zajmę się tym, nie ma problemu.

– Dziękuję. To bardzo uprzejme. Jeszcze jedno… – Patrzy na mnie jakby z wahaniem. – Szukam kogoś.

– Słucham?

– Staram się kogoś odnaleźć. Mogłabyś mi pomóc?

Przechylam głowę na bok, zaintrygowana. Tętno mi przyspiesza. On chyba jest naprawdę uroczy. Zerka na mokre plamy na mojej sukience i znów patrzy mi w twarz. Przenosi wzrok bardzo szybko, jakby zerknął niechcący i boi się, że to zauważyłam. Zaciskam wargi, żeby się nie uśmiechnąć. Ciekawe, czy na trzeźwo jest jeszcze sympatyczniejszy, czy też zawsze jest tak samo sympatyczny?

– Masz samochód? – pyta.

Kiwam głową.

– Mogłabyś mnie zawieźć w jedno miejsce?

* Edmund Spenser, Królowa wieszczek, przełożył Jan Kasprowicz (tu i dalej).

Dylan

Ta dziewczyna o mokrych ciemnych włosach i oczach niebieskich jak rzeczna toń wygląda niczym rusałka. Zaszyła się w małym mieszkanku, w piwnicach domu… Kiedy ją tam znalazłem i by tak rzec, wydobyłem spod ziemi, miałem wrażenie, że czekała, aż wreszcie uwolnię ją z tej ciemnicy.

Być może wypiłem trochę za dużo. Mam nadzieję, że ona tego nie widzi. Staram się patrzeć na nią przykładnie, bez pożądania, ale siedząc wśród wzgórz za domem i czytając zbiór sonetów Astrophel and Stella Philipa Sidneya, wypiłem trzy czwarte butelki wina na lunch i przyznam, że nie całkiem ufam swojemu osądowi.

Kiedy siadam na miejscu pasażera w wynajętym samochodzie niebieskookiej dozorczyni, usiłuję otrzeźwieć i zrozumieć, co ona do mnie mówi – chyba o okiennicach – ale mój umysł zaprząta nowa niespójna myśl, coś na temat „szybkich małych rączek z obgryzionymi paznokietkami”.

Wyjeżdżając za bramę posiadłości, ponownie zerkam na tę dziewczynę: ładnie zarysowany profil, delikatny zadarty nos, drobne piegi na policzkach, jak kropelki wody na piasku. Coś we mnie narasta, na wpół lęk, na wpół podniecenie, a może po prostu pożądanie. Wiedziałem, że lato tego roku będzie wspaniałe, i teraz, tutaj, kiedy wiatr gwiżdże mi w uszach i słońce piecze mnie w policzek, kiedy obok siedzi ciemnowłosa piękność, a jej nagie uda ocierają się o skórzaną tapicerkę… O rany.

– Tak na marginesie, uważaj, żebyś nie wyrwał uchwytu lodówki – dociera do mnie jej głos.

– Słucham?

– Uchwyt lodówki, rączka. Pociągasz za nią od dołu, a trzeba to robić od góry, żebyśmy z Deb nie musiały wzywać fachowca. Wszyscy tutejsi mają nas za kretynki, więc w końcu i tak same będziemy musiały wykonać całą robotę.

– Skąd to wiesz? – Staram się trzymać fason. – Obserwowałaś mnie, mała niewidzialna dozorczyni?

Jej niebieskie oczy wpijają się we mnie. Przy górnej wardze ma pieprzyk, odrobinę na lewo od łagodnych wzgórków na łuku Kupidyna.

– Nie mów do mnie „mała”. To protekcjonalne.

Tracę animusz. Poczucie wspaniałości momentalnie pryska. Czyżbym źle to rozgrywał? Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że ona naprawdę jest mała: drobna i krucha, obojczyk widać pod skórą, nadgarstki są takie cienkie, że oba objąłbym jedną ręką. Przenosi wzrok na drogę i lekko się uśmiecha. Pewnie zauważyła, że tracę animusz.

– Poza tym wcale cię nie obserwowałam. Wystarczyło słuchać. Wszystko na lodówce zaczyna podskakiwać, gdy tak szarpiesz.

– Słuchać?

Hm. Przez ostatnie dwa dni niemal cały czas recytowałem na głos fragmenty Królowej wieszczek. Ten utwór jest dla mnie głównym źródłem inspiracji przy pracy nad zbiorem wierszy, które mają być swego rodzaj hołdem złożonym Spenserowi. A wczoraj odśpiewałem całą piosenkę 22 Taylor Swift, siedząc na tarasie i trzymając butelkę wina jako mikrofon.

– Ładnie śpiewasz – mówi dziewczyna, przygryzając dolną wargę.

Białe zęby naciskają na miękką różową skórę i nagle pojawia się w mojej głowie śmiała, podniecająca myśl o tym, że te zęby wpijają się w moje nagie ramię.

– Naprawdę?

Patrzy na mnie z niedowierzaniem.

– Co ty. Beznadziejnie. Przecież to jasne i oczywiste.

Przełykam nerwowo ślinę. Trzymanie fasonu przychodzi mi z coraz większym trudem.

– Jesteś trochę nieuprzejma. Nikt ci tego nie uświadomił, niewidzialna dozorczyni?

– Mam na imię Addie – odpala. – I nie jestem nieuprzejma. Raczej… szczera. Jest w tym pewien urok.

Mówi to tak, jakby sama doszukiwała się w swoich słowach sensu, i posyła mi uśmiech, który przeszywa mnie na wylot. W jednej chwili ulatuje mi z głowy wers rodzącego się wiersza i moją uwagę przyciąga zarys jej ust, sukienka opinająca jej piersi… Jej intrygujące zachowanie wobec mnie. Rewiduję swoją opinię: rusałka jak najbardziej, ale ostra, z zębami i pazurami, słodycz połączona z dzikością. Spodobałaby się Marcusowi.

Dziwnie się tu czuję bez Marcusa. Podróżujemy razem przez całe lato – oprócz tych trzech tygodni, które miałem spędzić z krewnymi w willi Cherry, ale oni zrezygnowali po tradycyjnej kłótni, ulubionej rozrywce Abbottów, kiedy to jak zawsze okazało się, że wszyscy są dla wszystkich rozczarowaniem. Awantura nieodmiennie kończy się występem mojego ojca, który opluwa nas i znieważa, a potem ja i mój brat robimy mu na złość i szastamy pieniędzmi na lewo i prawo. W tym roku potraktowałem ojca łagodnie: postanowiłem sam jechać na rodzinne wakacje i w ten sposób pozbawiłem go możliwości wycofania pieniędzy za wynajęcie willi Cherry.

Mama wciąż nagrywa mi się trzy razy dziennie na komórkę i zostawia wiadomość, zawsze tej samej treści: „Dylan, kochanie, twój ojciec bardzo przeprasza, koniecznie do nas zadzwoń”.

Zabawne, ale sam do mnie nigdy nie zadzwoni, mimo że tak się kaja.

To był jego pomysł, żebym przez całe lato jeździł po Europie. Jak to mieli w zwyczaju angielscy dżentelmeni, ja również powinienem wyruszyć w podróż na kontynent i tam się wyszumieć, zanim zacznę wypełniać obowiązki, jakie nakłada na mnie życie. Do tej pory stanowczo odrzucałem tę koncepcję – jestem tu, bo szukam Grace.

Odnalezienie Grace okazuje się jednak bardzo trudne. I oto zjawia się Addie, drobna i piękna, niczym duszek mieszka pod podłogą mojego pokoju.

– A więc kto widział twoją przyjaciółkę w La Roque-Alric? – pyta Addie.

Jedziemy wśród winnic, sami na krętej drodze. Mimo wiatru słychać cykanie świerszczy w zaroślach na poboczu.

– Znajomy znajomego – rzucam obojętnym tonem i macham od niechcenia ręką.

W istocie dowiedziałem się o tym na Instagramie, od cyberstalkerów, którym spodobał się ostatni post Grace. Wolę jednak nie dzielić się tą informacją z Addie. Zaczynam trzeźwieć – może pod wpływem świeżego górskiego powietrza – i bez kopa, jakiego daje wino, czuję, że nie mam szans. Addie jest bystra i powściągliwa, ma rewelacyjne nogi, a ja chyba zapomniałem dziś rano o żelu do włosów. Ukradkiem dotykam głowy – no tak, niech to diabli.

– Co się z nią stało? Zaginęła?

– Miewa chimery – wyjaśniam po chwili namysłu. – Lubi wzbudzać zainteresowanie.

– Ach, tak? Pewnie jest uciążliwa – konstatuje Addie.

Marszczę brwi.

– Jest wspaniała.

– Skoro tak mówisz.

Grace spotykała się z Marcusem niemal przez cały trzeci rok studiów, choć ani jedno, ani drugie w żaden sposób nie definiowało tego związku. Jawnie flirtowała ze mną po kolacji z tutorami na zakończenie ostatniego trymestru, co Marcus przyjmował ze śmiechem. „Czemu nie? – powiedział, kiedy Grace usiadła mi na kolanach, a ja, pijany i nieco stropiony, posłałem mu pytające spojrzenie. – Przecież dzielimy się wszystkim”. No i stosunki między Grace a mną… tuż przed wakacjami ułożyły się tak, jak się ułożyły, a potem ona zniknęła. „Ruszam w drogę, chłopcy – brzmiała wiadomość od niej. – Spróbujcie mnie złapać. G”.

Przez pewien czas to było ekscytujące, nadawało jakiś kształt naszemu wałęsaniu się z Marcusem po Europie, ale wciąż nie udawało nam się odnaleźć Grace, a wskazówki, które nam zostawiała – sporadyczne SMS-y, wiadomości na poczcie głosowej późną nocą, informacje w recepcjach schronisk młodzieżowych – były coraz krótsze i coraz rzadsze. Dręczyła mnie myśl, że ona przestanie się interesować nami oboma i że trop się urwie, a wtedy już będę musiał zmierzyć się z pytaniem, przed którym bardzo staram się uciec: Co ja, do diabła, robię ze swoim życiem?

Droga pnie się zakosami po zalesionym zboczu pagórka i z wierzchołka znowu roztacza się widok na spieczone wapienne pola, pokryte winnicami. Nie chcę krytykować, ale jedziemy o wiele za wolno – tutejsze drogi łatwo się korkują, więc trzeba dać gazu, a ta dziewczyna wlecze się i hamuje przed każdym zakrętem, jak staruszka za kierownicą škody.

– Mam wrażenie, że należysz do ludzi, którzy są wożeni samochodem i rzadko sami prowadzą – mówi. – A jednak wyczuwam coś, co nazywa się kierowaniem z tylnego siedzenia.

– Wożony jest mój ojciec – oświadczam. – Ja zawsze sam prowadzę.

– Kto by pomyślał, że z ciebie taki zwyczajny facet. – Addie parska śmiechem.

Ściągam brwi, zirytowany – w pierwszej chwili na nią, potem na siebie – ale zanim przyjdzie mi do głowy stosowna riposta, wyjeżdżamy z zakrętu i w górze przed nami widać wioskę wrzynającą się w skałę i tak piękną, że zapominam o wszystkim innym. Surowe piaskowożółte lico skały jest upstrzone domami takiego samego koloru, o byle jakich dachach nachylonych to w tę, to w tamtą stronę wśród cyprysów i oliwek. Na wzgórzu stoi zamek z wieżyczką, której szczelinowe okna wyglądają jak zmrużone oczy wypatrujące przybyszów.

Gwiżdżę z zachwytu.

– Widok jak z bajki.

– Ze wszystkich miejsc w okolicy moja siostra to lubi najmniej. Nie znosi wysokości.

– Masz dość negatywne nastawienie do świata – zauważam.

 

Krętą drogą zbliżamy się do wioski. Gaje oliwne ustępują gęstym żywopłotom i wcinającym się w zbocze kamiennym murkom, między którymi wystają kępy szczeciniastej, suchej trawy.

– Ja? – Addie robi zdziwioną minę.

– Bajkowy zamek stoi za wysoko, moja chimeryczna przyjaciółka jest uciążliwa, mój śpiew ci nie odpowiada…

Zastanawia się, zaciska usta i pieprzyk na jej wardze lekko się przesuwa. Nagle czuję, że widok jej ust to dla mnie za wiele: wpadam po uszy, myślę o tym, żeby ją pocałować, żeby poczuć jej usta na swojej skórze. Wychwytuje moje spojrzenie i patrzy na mnie jakoś łagodniej.

Nerwowo przełykam ślinę. Addie przenosi wzrok na drogę i zjeżdża do zatoczki, przepuszczając pędzącą w dół ciężarówkę z pustą naczepą.

– Wcale nie mam negatywnego nastawienia. Jestem tylko dość praktyczna.

Niechcący się krzywię – czyli wciąż jestem wstawiony – a ona dostrzega mój grymas i wybucha śmiechem.

– Co to miało znaczyć?

– Po prostu… no wiesz… Słowem „praktyczna” określa się szacowną, korpulentną matronę. Ciotkę, która z wprawą ceruje skarpetki.

– Aha. Wielkie dzięki – rzuca oschle, zsuwając okulary z czubka głowy na nos.

Wyjeżdżamy z kolejnego zakrętu wprost na intensywne, choć jeszcze nisko zawieszone słońce.

– Sama tak powiedziałaś o sobie. „Praktyczna”. Ja bym powiedział „zadziorna”.

– Ryzykując, że cię wykopię z samochodu?

– Jesteś pewna?

Dobrze wiem, że krew by się w niej zagotowała.

– Wobec tego może „napastliwa”? „Pyskata”?

Wyczuwa żart i uśmiecha się kącikami ust.

– Nabijasz się ze mnie, tak?

Czyli lubi się droczyć. Zapisuję to sobie w pamięci.

– Po wpadce z „małą” chcę ci pokazać, że się uczę.

– I po tym, jak mylnie oceniłeś moje umiejętności jako kierowcy.

– Po tym też.

Nieźle sobie radzę – jej głos się ocieplił.

Wjeżdżamy do wioski. Widok prześwitujący między domami zapiera dech: przysłonięte niebieską mgiełką wzgórza majaczą w oddali, a przed nimi rozpościerają się połacie winorośli i drzewek oliwnych. Wrażenie jest niemal mityczne, jakby człowiek patrzył nie na realny krajobraz, lecz na jakąś inscenizację, która posłuży za tło do rozmaitych historii; znów przepełnia mnie poczucie wspaniałości i głęboko wdycham intensywny zapach drzew oliwnych.

Addie parkuje przed małą kawiarenką. Pod bambusową markizą stoi kilka plastikowych stolików; te przy drzwiach zajmuje grupka Francuzów, którzy z umiarkowanym zainteresowaniem patrzą, jak wchodzimy do środka.

Pytam siedzącą przy kasie kobietę, czy nie widziała młodej wysokiej dziewczyny o wyglądzie hipiski, z różowymi włosami do pasa, złotym kolczykiem w nosie i z angielską różą wytatuowaną na ramieniu. Nikogo takiego nie widziała, więc wypytuję o dziewczynę z fioletowymi albo niebieskimi włosami – Grace zmienia kolor włosów tak często, jak Marcus zmienia ładne studentki pierwszego roku, które jeszcze nie mają pojęcia o jego okropnej reputacji.

A tak, była tu jedna o niebieskich włosach, może tydzień temu, z mężczyzną, informuje mnie kobieta przy kasie. On był starszawy, z dużym brzuchem, i miał zegarek kieszonkowy. Siedziała mu na kolanach i karmiła go kawałkami gruyère’a. Nie, nie zostawiła wiadomości.

Mrużę oczy. Choć bardzo chciałbym powiedzieć, że to mi nie pasuje do Grace, dobrze wiem, że po niej można się spodziewać wszystkiego – jest kompletnie nieprzewidywalna. Zapewne dlatego Marcus ją lubi.

– Dobrze znasz francuski – mówi Addie, gdy zmierzamy do stolika przed kawiarnią, każde z butelką oranginy w ręce.

– Radzę sobie. A ty? – Nagle zaczyna mnie nurtować pytanie, ile ona zrozumiała z mojej rozmowy z kasjerką.

– Jestem denna. Ale sporo rozumiem… na przykład wiem, że z twoją przyjaciółką był jakiś facet. – Addie zerka na mnie kątem oka. Kiedy wyciąga przed siebie nogi, Francuzi z zainteresowaniem śledzą jej ruchy. – To cię martwi?

– Nie za bardzo. – Przeczesuję palcami moje koszmarnie rozczochrane włosy i staram się nie gapić na jej nogi.

Addie przechyla na bok głowę i znowu uśmiecha się kącikami ust.

– Mam wrażenie, że bardzo się wysilasz dla dziewczyny, która nawet nie napisze do ciebie pocztówki.

– To nie w jej stylu – szybko wyjaśniam, bo nie chcę, żeby pomyślała sobie, że uganiam się za dziewczyną, która skutecznie się przede mną ukrywa.

– Dlaczego nie przyjechała tu twoja rodzina? – pyta Addie.

Zastanawiam się, czy jest zdenerwowana. Jeśli tak, to świetnie się maskuje; niewiele można wyczytać z jej drobnej twarzy o delikatnych rysach, gładkiej jak nowa kartka w notesie.

– Doszło do sprzeczki rodzinnej. Nic ważnego.

– I co? Zostali w domu? Najzwyczajniej w świecie zrezygnowali ze spędzenia trzech tygodni w Villa Cerise? – Milknie, a gdy kiwam głową i wzruszam ramionami, wytrzeszcza oczy. – Kto tak robi? Tu jest niesamowicie.

Istotnie. Teraz jestem całkiem z siebie dumny, że tu przyjechałem. Wygłaszam jakiś banał, że przebywanie w tym pięknym miejscu jest przywilejem, i widzę wzruszenie w oczach Addie. Patrzy na mnie przez dłuższą chwilę. Czuję, że krew pulsuje mi w żyłach.

– A ty jak się tu bawisz? – pytam.

Przeszywa mnie wzrokiem, dając do zrozumienia, że wie, co oznacza to pytanie.

– Uprawiam seks z gośćmi – oświadcza z całą powagą. – Bzykanko od rana do wieczora, gdzie popadnie.

Patrzę, jak pije oranginę przez słomkę. Samo słowo „bzykanko” w jej ustach wywołuje krępujące podniecenie. Pragnę tej dziewczyny. Dwa miesiące nie uprawiałem seksu i raptem chcę tylko tego; aż robi mi się słabo na myśl, że pochylam się i całuję Addie.

– Naprawdę?

– Co ty! Oczywiście, że nie. To byłoby obrzydliwie nieprofesjonalne.

No tak. Biorę się w garść i odwracam wzrok od jej ust.

– Tylko żartuję – mówi ze śmiechem.

Teraz już nic nie rozumiem. Bzyka się czy nie? Czy spanie z gośćmi jest wykluczone? Boże, oby nie. Jeśli tak, może po prostu przeprowadzę się do hotelu gdzieś niedaleko, choć byłby to krok… trochę desperacki.

Addie ma figlarne iskierki w oczach; sączę swój napój i staram się pozbierać myśli.

– Goście są w większości… jak to powiedzieć?… zmurszali. Przyjeżdżają tu tatusiowie, dziadusiowie i bogaci faceci z atrakcyjnymi pannami uwieszonymi na ich ramieniu.

– Ach, tak? – bąkam. – No i…

– Wykonuję tę pracę już dwa miesiące.

– Jasne. Rozumiem.

– I od dwóch miesięcy zapijam się winem, które po nich zostaje. Poza tym opalam się. I patrzę na gwiazdy, leżąc na plecach w tym niesamowitym basenie na tarasie.

Dochodzę do wniosku, że mogę znowu zerknąć na jej nogi.

Addie śledzi moje spojrzenie i na jej ustach pojawia się lekki uśmieszek.

– O czym tak rozmyślasz?

Serce bije mi coraz szybciej.

– Moje myśli… nie nadają się do publicznej wiadomości.

– Coś podobnego. – Gdy widzę, że jej brwi się unoszą i uśmiech staje się szerszy, powoli się uspokajam. Addie przesuwa się na krześle, dotykając bosą stopą mojej nogi; sandały już zrzuciła: leżą pod stolikiem. – W takim razie spróbujmy poszukać bardziej ustronnego miejsca.

– Ile potrwa jazda z powrotem do willi? – rzucam bez zastanowienia.

– Zależy, kto prowadzi. – Kładzie kluczyki na blacie.

– Założę się o sto euro, że będę miał czas lepszy od twojego o piętnaście minut.

Robi wielkie oczy.

– Zakład stoi. Ale ostrzegam, że potrafię grać nieczysto.

Moja wyobraźnia szaleje. Wyjmuję słomkę i wypijam resztę napoju duszkiem, rozbawiając Addie. Teraz już wiem, jakie jest przeznaczenie tej pięknej wioski: powstała przed setkami lat właśnie dla tej chwili, gdy Addie wkłada sandały i maszeruje przede mną do samochodu, obiecująco kołysząc biodrami.

*

Nie ma człowieka, który w tej sytuacji jechałby szybciej ode mnie.

Addie zsuwa sukienkę z jednego ramienia, potem z drugiego. Obserwuję ruch na drodze najwyżej przez dwadzieścia procent czasu, a do tego przypomniało mi się, ile wina wypiłem na lunch, ale… no nie, kolejny raz wyleciało mi to z głowy, ponieważ Addie zsunęła sukienkę do pasa i nie mogę oderwać wzroku od jej gładkiego ciała. Ma na sobie ciemnopomarańczowe bikini, dwa mikroskopijne kawałki materiału ze sznurkami zawiązanymi na szyi, i z szelmowskim uśmiechem rozgląda się wokoło. Robi mi się sucho w gardle.

Szkoda, że Marcus tego nie widzi, przelatuje mi przez myśl – rozebrana dziewczyna siedzi na fotelu pasażera, a ja w promieniach słońca gnam wąską drogą na południu Francji. Gdy Addie dotyka mojej nogi, w jednej chwili zapominam o Marcusie. Prowadzę brawurowo, lecz szczerze mówiąc, to najlepszy możliwy sposób.

Kiedy wjeżdżamy do posiadłości, cały drżę z podniecenia. Odwracam się do Addie i widzę jej rozpalone spojrzenie, trochę przekorne, jakby rzucała mi wyzwanie, ale również odrobinę bezbronne. Chłodny nawiew z klimatyzatora powoduje gęsią skórkę na jej brzoskwiniowym ciele. Pod cienkim stanikiem od bikini zaznaczają się sutki. Zaczynam szybciej oddychać. Nie wiem, jak wykonać pierwszy krok. Addie patrzy na moje usta – i nagle, zaintrygowana dolatującym z zewnątrz hałasem, odwraca się i spogląda przez okno.

Już zbieram się na odwagę, by położyć rękę na jej udzie, gdy słyszę:

– To nie jest samochód Deb.

Moja ręka zawisa nad drążkiem zmiany biegów. Podążam za wzrokiem Addie i widzę samochód z wypożyczalni, który stoi pod platanami przed willą. Gapię się w niego jak sroka w gnat. Nic nie pojmuję. Samochód, no tak, stoi sobie, ale dlaczego miałby być teraz ważniejszy niż pocałowanie Addie?

– Spodziewasz się kogoś? – pyta.

Widząc, że już wkłada sukienkę, bezwiednie wydaję cichy jęk rozpaczy i zaraz maskuję go męskim chrząknięciem.

– Nie, skąd.

Z niechęcią spoglądam na tamten samochód i staram się wolniej oddychać. Czyżby to był… żołądek podchodzi mi do gardła, krew wrze mi w żyłach… nie, to nie mój ojciec. Widzę kurtkę przewieszoną przez oparcie ławki, która stoi przed domem, zwrócona ku górom i dolinie. Brązową skórzaną kurtkę od Gucciego – wuj Terence chodzi w niej niemal dzień w dzień przez dwadzieścia dwa lata mojego życia.

– Ja pierdolę. – Gaszę silnik i opieram czoło na kierownicy.

– Co się dzieje?

– To wuj Terence.

– Przyjechał twój wujek?

– Taki był plan. Zanim doszło do kłótni w rodzinie.

Siadam prosto, przymykam na chwilę oczy i otwieram drzwi samochodu.

– Dylan, mój chłopcze! – niesie się tubalny głos z tarasu. – Już myślałem, żeś czmychnął! A niech mnie, kim jest ta piękna młoda dama? Gdzieś ty ją znalazł?

No i po wszystkim. Nie ma na świecie drugiego takiego obrzydliwca jak mój wuj Terence.

– Cześć, Terry – mówię zrezygnowanym tonem. – To jest Addie. Pracuje w Villa Cerise.

– Witam. – Addie macha mu ręką. – Mogę coś dla pana zrobić?

Patrzę na nią z niedowierzaniem. Ma odmienioną twarz, jakiś dziwny, sztuczny uśmiech. Założyła służbową maskę, na użytek klienta – z przyjemnością widzę, jak bardzo różni się od tamtego przeciągłego, figlarnego uśmiechu, jakim mnie obdarzyła, ledwie się poznaliśmy.

– Kolację! Podaje pani kolację? – pyta Terry.

Aż się wzdrygam.

– Addie nie jest…

– Naturalnie – odpowiada Addie bez mrugnięcia okiem. Poprawia sukienkę, nieco zasłaniając dekolt. – Mogę panu sprowadzić szefa kuchni. Mamy tu naprawdę fantastycznych kucharzy. Przyniosę spis.

Odprowadzam ją wzrokiem: już nie kołysze biodrami. Zżera mnie tęsknota.

– Ślicznotka! – wykrzykuje z tarasu Terry. – Ale ty, jak sądzę, nadal jesteś zadurzony w tej blondynce z Atlanty.

Znowu się wzdrygam. Widzę, jak Addie przystaje w drzwiach kuchni, opierając się dłonią o kamienną ścianę. Terry jest nie na czasie pod każdym względem – Chryste Panie, ta jego kurtka wyglądała źle już w latach dziewięćdziesiątych, a Michele z Atlanty zniknęła ze sceny w trymestrze jesiennym na trzecim roku studiów.

– Co tu robisz, wuju?

– Usłyszałem pocztą pantoflową, że jednak postanowiłeś udać się na rodzinne wakacje! – Posyła mi szeroki uśmiech. – Trzy tygodnie z moim ulubionym bratankiem w słonecznej, płynącej winem Francji? I bez tamtej zgrai? Jak mógłbym przepuścić taką okazję? Chodź na górę, chłopcze, uczcijmy to przy butelce wina.

Włażę po schodach na taras. Basen znajduje się na jego skraju, jasnoniebieska woda aż się skrzy, a zalane słońcem winnice, ciągnące się w dal, sprawiają nadnaturalne wrażenie.

 

Terry klepie mnie w plecy. Jeszcze bardziej wyłysiał: zakola się powiększyły i została mu tylko kępka włosów nad czołem i pasek przy skroniach, trochę jak u średniowiecznych mnichów.

– Miło cię widzieć, Dylanie.

Zaciskam zęby, ale się przemagam.

– Ciebie też, Terry.

Moja rodzina. Jest jak grypa, której nie mogę się pozbyć, jak okropna piosenka pop, której nie mogę przestać śpiewać. W jaki sposób uwolnić się od tych ludzi?

A przede wszystkim, w jaki sposób szybko uwolnić się od wuja Terry’ego?

Inne książki tego autora