Samotny mężczyznaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Belle i Greta nie chciały iść na smyczy i uciekły Pascalowi. Były szybsze od chłopca, więc się za bardzo nie spieszyły, ale oddaliły się i schowały za kamieniami, które otaczały brzeg zbiornika. Podbiegły do pęknięcia, przez które przelewała się woda, i Greta – raczej nie tyle z powodu okrzyków i pościgu Pascala, ile swojej niecierpliwości dwuletniego psa – wskoczyła na górną część skały i zaczęła spacerować po jej krawędzi, tuż nad huczącą wodą. W jednej chwili wszyscy – Carlos, Danuta, Guiomar, nawet Belle i Pascal – wbili w nią wzrok, wstrzymując oddech. Jeśli się poślizgnie, spadnie do dziury, w której ginęła woda.

– Greta! – wrzasnął Carlos, machając kanapką.

Pies w dwóch skokach znalazł się na bardziej stabilnym gruncie. Zrobił jeszcze dziesięć kroków i, minąwszy Pascala, podbiegł do swojego pana.

– Mądry pies raczej nie spadnie tak sam z siebie – powiedział Carlos. – Tyle że Greta nie jest zbyt mądra. Właściwie to Belle jest inteligentnym psem w tej parze i dlatego nie poszła za nią na skałę, prawda, Belle?

Belle pochłonęła połowę kanapki, tak jak wcześniej Greta swoją część. Potem na znak Carlosa położyły się po dwóch stronach rozłożonego przez Guiomara koca.

W okolicach kąpieliska Samsona ponownie zapanował spokój i między trójką dorosłych rozwinęła się rozmowa. Carlos nie pamiętał już, kiedy ostatnio prowadził tak poważne dysputy. Najpierw musieli jednak poświęcić pół godziny Pascalowi. Trzeba było go uspokoić, gdyż ta historia z Gretą doprowadziła go do płaczu, potem nakarmić kanapką i wreszcie nakłonić, by zostawił psy w spokoju. Ostatecznie Guiomarowi udało się go położyć i uśpić. Wreszcie mogli spokojnie zjeść i porozmawiać. Najedzone psy oddaliły się nieco i położyły w cieniu.

Podczas posiłku Danuta mówiła najwięcej, zwłaszcza odpowiadając na pytania Guiomara o piłkarzy, o to, co myślał Boniek, jaki on był, który z zawodników był najmilszy w obejściu, a który zachowywał się najdziwniej. W momencie gdy sięgnęli po pierwsze kubki kawy, zapanowała między nimi pewna intymność. Wszystko zdawało się sprzyjać rozmowie, od chłodu nadciągającego znad wody, jej szmeru, po odosobnienie tego miejsca.

– Oczywiście, do tej pory mówiłam o naszych piłkarzach w określony sposób – powiedziała zamyślona Danuta. Trzymała kubek kawy w odległości dwóch centymetrów od ust i uśmiechała się lekko do Guiomara i Carlosa. – Ale teraz chcę ująć to z innego punktu widzenia, jak wiecie, zapach kawy wytwarza pewne zaufanie. Tak więc teraz muszę wam powiedzieć, że to banda świń.

Guiomar i Carlos popatrzyli na nią, a na ich twarzach odmalowało się zaskoczenie. Nie tylko z powodu tej niespodziewanej opinii, ale również dlatego, że powiedziała to tak miękkim głosem, iż słowo „świnie” zabrzmiało w jej ustach wręcz melancholijnie.

– Ależ tak, większość z nich pozbawiona jest wszelkiej duchowości, nie oszukujmy się. – Danuta skierowała wzrok ku wodzie. – Nie mówię tak dlatego, że nie czują ducha socjalizmu, a przynajmniej nie tylko z tego powodu. Chcę przez to powiedzieć, że właściwie to nie chodzi o to, że nie mają ducha, lecz że czasami brakuje im skrzydeł. Są bardzo przyziemnymi istotami. Niekiedy widzę, że coś ich porusza, ale nie jest to nic wzniosłego, raczej pospolite rzeczy, które ruszyłyby nawet zwykłą świnię. Nie mogę uwierzyć, że tych chłopców wydała ta sama ziemia, która wydała Różę Luksemburg. Nie wiem, czy słyszeliście o naszej Różyczce?

– Nie za wiele – odparł Guiomar.

Carlos również pokręcił głową, chociaż zdawało mu się, że coś tam kiedyś przeczytał w jej pismach na temat narodowości.

– Mama Pascala mówi, że Lenin lepiej niż Różyczka rozumiał kwestię małych narodów, więc dlatego wśród Basków czy Katalończyków nie jest ona tak poważana. Może to prawda, trzeba by to sprawdzić, czyż nie? Sytuacja na początku wieku była zupełnie inna niż teraz. W każdym razie Różyczka to była wielka persona, Joanna d’Arc rewolucji socjalistycznej, tylko o duchu większym niż tamta. Nie będę się jednak nad tym rozwodzić, tylko zacytuję samą bohaterkę, wtedy zobaczycie, że to była wielka postać. Jeśli tylko dobrze pamiętam jej słowa, oczywiście…

Zamknęła oczy, by lepiej się skoncentrować. Przez chwilę słychać było jedynie szmer wody uderzającej o kamienie. Owady zamilkły, jakby zasnęły, tak jak Pascal i psy.

– Podczas zamieszek w tysiąc dziewięćset szóstym roku Róża Luksemburg nie przebywała na terenach Polski, a gdy jej opowiedzieli o tym, co się tam działo, napisała do Luizy Kautsky, swojej przyjaciółki, mniej więcej tak: „Mówią, że sprawy bardzo źle idą w Warszawie i że istnieje nieustanne zagrożenie życia, dlatego chcę się tam natychmiast udać. To dziesięć razy ciekawsze niż te petersburskie nudy, Lulu! W tym całym Petersburgu nikt by się nie zorientował, że doszło do rewolucji, nawet gdyby widział ją na ulicy”. To, moim zdaniem, jest ten duch. „Można tam stracić życie, robiąc rewolucję? Więc tam właśnie się udam”. Czyż to nie wspaniałe?

– Rzeczywiście, cudowne – odparł Guiomar, poprawiając okulary. – Jestem jednak zaskoczony. Uważam, że nie można wymagać od Bońka i Laty, żeby ryzykowali życie dla rewolucji. Trzeba od nich wymagać tego, czego się właśnie wymaga – by dobrze grali w piłkę. Moim zdaniem nie ma co ich porównywać z Różą Luksemburg. Poza tym na ile ich poznałem, to porządni ludzie. Zaproponowałem, żeby zagrali z nami turniej ping-ponga, i wszyscy się zgodzili, bez problemu. Z całą pewnością piłkarze reprezentacji Hiszpanii by się nie zgodzili, bo są znacznie bardziej aroganccy.

Guiomar zmarszczył czoło. Dopiero od tygodnia miał do czynienia z reprezentacją Polski, ale to wystarczało. Teraz chłopcy Piechniczka byli jego drużyną na mundialu i był gotów w każdej chwili bronić ich dobrego imienia. Nawet przed ich własną tłumaczką.

– Wydaje mi się, że zbyt dosłownie zrozumiałeś słowa pani Danuty – rzucił Carlos.

Chciał, by mówiła dalej. W hotelu i jego okolicach trudno było spotkać tak oczytaną kobietę.

– Nie wiem, być może pan Guiomar ma rację. Albo nadużyłam jego zaufania…

– Wobec tego proszę napić się jeszcze kawy. Więcej kawy, więcej zaufania – odparł Guiomar, nalewając napój do jej kubka.

Danuta podziękowała skinieniem głowy.

– Cóż, możliwe, że jestem dość negatywnie nastawiona do piłkarzy. To porządni chłopcy, jak mówisz. Z pewnością większość tłumaczy byłaby do nich nastawiona podobnie jak ja. Nie wiecie, co to znaczy przetłumaczyć dwadzieścia wywiadów z Bońkiem czy Latą. Ileż to razy dziś rano powiedziałam, że Rosjanie mają dobrą obronę i niedzielny mecz przeciwko tej drużynie będzie trudny. Co najmniej piętnaście. A to przecież nie koniec.

Danuta zamilkła, jakby dając im czas, by się zastanowili nad jej słowami. Wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów. Carlos zauważył, że paliła marlboro, tak jak Jone.

– Myślał pan, że nie palę? Nie za dużo, to prawda, ale czasami muszę zapalić – powiedziała, widząc, że Carlos wpatruje się w paczkę.

– Nie, myślałem o tym, że też chciałbym zapalić. Po raz pierwszy od dwóch miesięcy.

– Carlos ma wielką siłę woli, pali tyle, ile chce. Papieros raz na miesiąc? Proszę bardzo. Pięć papierosów? Nie ma problemu. Ja tak nie potrafię – wyjaśnił Guiomar.

On również palił, tyle że czarny tytoń.

– Wracając do tematu, wiecie, co naprawdę mnie oburza? – powiedziała po chwili Danuta. Wydawała się bardzo spokojna, choć mówiła o złości. – Że ci zawodnicy i inni im podobni młodzi ludzie są tak nieprzemakalni. Urodzili się w Polsce, wyrośli w czasach socjalizmu, powinni być zupełnie nowym typem człowieka, ale nic z tego. Nie mogę tego zrozumieć. Nic, zupełnie nic do nich nie dotarło. Jak to możliwe? Jak ktoś może być tak nieprzemakalny, tak gruboskórny? Wystarczy trochę poskrobać i widać jak na dłoni, że dalej hołdują dawnym przesądom, są tak samo wierzący jak ich dziadkowie, gorliwi wyznawcy Matki Boskiej Częstochowskiej. Do czego to prowadzi? Widzieliście, co stało się wczoraj na Camp Nou. Reakcjoniści ich wykorzystują.

Jej złość była dość prawdziwa. Danuta zdjęła kapelusz i zaczęła się nim wachlować.

– Wszyscy ich wykorzystują – dorzucił Guiomar. – Jaruzelski też ich wykorzysta. Jak dobrze wypadną na turnieju, z pewnością polski rząd przypisze sobie te sukcesy. Jasne, że Solidarność też próbuje. Jak dla mnie obie strony robią to samo.

– Tyle że pani Danuta mówi o porażce rewolucji, prawda? Chyba skupiłeś się na drugorzędnych szczegółach – powiedział Carlos.

– Tak, właśnie o tym mówiłam, o porażce – podjęła Danuta z wahaniem w głosie. – Nie wzięli do siebie żadnego przekazu naszego pokolenia, to chciałam powiedzieć. Nie przeczytali ani jednej linijki z pism Róży Luksemburg.

– Z jednej strony to normalne – odparł nieco znużony Guiomar.

Chciał zakończyć ten spór. Lubił takie dyskusje, ale z powodu wczorajszego świętowania był niewyspany.

– Z całą pewnością ma pan rację. – Danuta dopiła swoją kawę. – Co tu jednak mówić, trudno mi codziennie patrzeć na porażkę mojego pokolenia, grającą sobie spokojnie w piłkę. Poza tym – zmieniła nieco ton głosu – skończyła mi się kawa. A bez kawy nie da się ciągnąć takiej poufałej rozmowy. Mimo wszystko milczeć nie będziemy. Zmieńmy temat i rozmawiajmy dalej. Naprawdę bardzo mi się podobała ta wymiana zdań. Znowu czuję się osobą, nie tylko automatem, który piętnaście razy powtarza, że Rosjanie mają dobrą obronę.

– Nie ma już kawy i skończył się czas wolny. O piątej muszę być w Barcelonie, żeby zrobić zakupy. A wcześniej mam odprowadzić dziecko do matki – powiedział Guiomar.

– W takim razie powoli się zbierajmy – zaproponowała Danuta. – Dokończymy rozmowę po drodze. A jeśli chodzi o chłopca, to ja się nim zajmę. Dziennikarze zjawią się tu koło siódmej, tak więc mam czas.

 

Guiomar i Carlos zgodzili się i zebrali puste butelki i kubki do koszyka. Belle dołączyła do nich, gdy tylko się ruszyli, jakby chciała jak najszybciej wrócić do hotelu. Zaraz pojawiła się też Greta, choć wstała z ociąganiem. Tylko Pascal sprawiał problemy, kiedy podeszli do niego „babcia” i wujek Guiomar. Nie chciał wziąć ich za rękę, nie chciał nigdzie iść, nie chciał słyszeć o powrocie do matki ani o słodyczach z hotelowej kuchni.

– Ale jesteś niegrzeczny, jak cię budzą, Pascal – podsumował Guiomar jego niezrozumiałe marudzenie.

Wreszcie dał mu smycz. Rozpogodzone nagle dziecko uznało, że lepiej pobiegać za psami, niż kontynuować protesty.

Ścieżka prowadząca z kąpieliska Samsona do hotelu była zbyt wąska, by trzy osoby mogły swobodnie iść obok siebie, więc ich rozmowa ucichła. Danuta szła na czele grupy z książką Cypriana Kusto pod pachą i wyglądała jak emerytowana nauczycielka. Czasami rzucała jakąś uwagę o otaczającym ich krajobrazie, na którą Carlos i Guiomar krótko odpowiadali. W miarę jak szli, robiło im się coraz goręcej, więc ostatecznie zarzucili wszelką wymianę zdań.

– Nad wodą można zapomnieć o tym upale – powiedziała Danuta, gdy ścieżka zrobiła się nieco szersza i weszli między pola oliwek. – To nie jest jednak najgorsze. Najgorsze jest to, że gdy tam schodziłam, zapomniałam, że później będę musiała iść pod górę.

Zmęczona i z rozmazanym makijażem, wyglądała teraz na kobietę, która przekroczyła sześćdziesiątkę. Wyciągnęła z torby chusteczkę i zaczęła wycierać nią sobie twarz.

– Już niedaleko – powiedział Guiomar, wskazując na dwa budynki, które prześwitywały między drzewkami oliwek.

Były to magazyn i piekarnia. Nie dokończył zdania, gdy pojawiła się Greta, a za nią Belle, którą Pascal prowadził na smyczy.

– Jesteś mądrym psem, Belle, ale zbyt uległym – powiedział na ten widok Guiomar.

– Pozwoliła mu na to ze względu na nas. Żebyśmy mieli spokój po drodze – odparł Carlos, spuszczając psa ze smyczy.

– Niedobry z pana człowiek! – Danuta uderzyła Carlosa w ramię.

Było to młodzieńcze zachowanie. Po tym jak usunęła z twarzy pot i ślady zmęczenia, znowu wyglądała dziesięć lat młodziej. A gdy on poszedł z psami do magazynu, zbliżyła się do drugiego budynku i krzyknęła donośnie:

– Chleb!

Wciągnęła zapach i odwróciła się do obu mężczyzn.

– A więc tutaj robi się ten wspaniały chleb, który nam serwujecie w hotelu. Nie wiedziałam, że wypiekacie go na miejscu. Co za zapach! Od wielu lat nie czułam tak cudnej woni.

– Carlos piecze nam chleb. To nasz piekarz – wyjaśnił Guiomar.

Stali pod piekarnią, czekając na Carlosa, podczas gdy Pascal próbował sforsować drewniane drzwi. Gdy Carlos wyszedł z magazynu, przez moment nie wiedział, co robić. Iść prosto do hotelu czy najpierw oderwać dzieciaka od drzwi i powiedzieć coś do słuchu Guiomarowi. Miał wielką chęć na to drugie. Nikt bardziej niż Guiomar nie był świadomy, że piekarnia była dla niego tak intymnym miejscem i że nie lubił, gdy kręcili się tu obcy ludzie. Wszyscy pracownicy hotelu o tym wiedzieli. Ugarte nigdy się tam nie pojawiał, może tylko przed kupnem hotelu zajrzał do piekarni, by obejrzeć instalacje. Tym bardziej Laura. Nawet Maria Teresa rzadko tam bywała. „No i raz Beatriz”, wyszeptał mu nagle Szczur, przypominając o tej nieprzyjemnej sytuacji sprzed dwóch miesięcy, którą la nostra bellissima Beatriu podsumowała słowami: „Do tej pory nie przyszło mi na myśl, żeby zdradzić mojego męża, i jeśli kiedyś to się stanie, na pewno nie zrobię tego z tobą. Przykro mi, że cię rozczarowałam”.

– Proszę powiedzieć prawdę. Znowu nadużywam zaufania? Może prosimy o zbyt wiele? – usłyszał i wrócił do rzeczywistości.

Stała przed nim Danuta. Zachowywała się nieco nerwowo, a gdy poruszała głową, dwie zielone łzy tańczyły w jej uszach.

– Naprawdę interesuje panią piekarnia? – spytał.

– Jak mawiała Róża Luksemburg, interesują mnie wszystkie rzeczy, które sprawiają przyjemność. Prawdę mówiąc, niewiele razy miałam okazję spróbować tak dobrego chleba. A widziałam sporo. Poznałam wiele miejsc, poza naszą biedną Polską.

– No to chodźmy.

Carlosowi spodobało się zachowanie Danuty w piekarni. Nie wzdychała ani nie wydawała z siebie okrzyków zachwytu. Poruszała się po pomieszczeniu, jakby znajdowała się w kaplicy, uważnie i w ciszy przyglądając się wszystkiemu – formom piekarskim, workom mąki, łopatce w kształcie wiosła, którą wyciągało się chleb z pieca. W dodatku pozostali zarazili się jej podejściem, nawet Pascal się uspokoił i zajął się pokrętłem pieca, bez swej zwykłej paplaniny. Wyglądało na to, że Danuta zdawała sobie sprawę z wyjątkowości tego miejsca, czy raczej ją przeczuwała. Że nie chodziło jedynie o zwykły budynek z cegieł i betonu, lecz że kryło się za nim coś więcej, coś niematerialnego, złożonego z zapachu chleba i mąki. Było to odseparowane od świata miejsce, choć bezpośrednio połączone z innymi szczęśliwymi miejscami z przeszłości – rodzinną piekarnią czy tą górską chatką w Obabie, w której chronili się z Kropotkinem, albo z samotnym domkiem położonym we francuskiej miejscowości Brissac.

– W dzieciństwie tyle głodowałam, że zapach chleba wydaje mi się najpiękniejszy na świecie – wyznała Danuta, przechadzając się po piekarni.

Carlos usiadł na podłodze, opierając się o jedną ze ścianek schowka na drewno, a Guiomar spoczął w kącie, wśród worków mąki.

Danuta podeszła do drewnianych drzwi i wpatrzyła się w zawieszoną na nich kartkę. Po chwili zaczęła czytać dźwięcznym głosem:

– „To w górę błąka się duch, to w dół, spokoju łaknąc; tak ranna zwierzyna ucieka w las…”. Mogę dokończyć? – spytała.

Carlos i Guiomar skinęli głowami.

– „Choć w porze południa zwykła spoczywać w cieniu. Lecz nigdy już nie ukoi leśne leże jej serca, zbolałe, bezsenne, z kolcem w ranie krąży wokół. Ni ciepło dnia, ani chłód nocy nie pomagają, i w falach rzeki daremnie pławi swe rany”.

Danuta nic więcej nie powiedziała, tylko w ciszy przysunęła sobie krzesło w pobliże stołu. Carlos automatycznie porównał jej zachowanie do tego, co robiła w tym samym miejscu Jone. Przyszło mu na myśl, że młoda kobieta nie okazała najmniejszego zainteresowania wierszem. Co teraz robi pod nimi dwójka uciekinierów? Śpią? Przygotowują raporty? Przeglądają artykuły prasowe na swój temat? Przypomniał mu się nagle Neptuno. Zjawi się tu koło siódmej, jak zawsze, i przywiezie baskijską prasę dla Jona i Jone. Jak również odpowiedź organizacji – „tak” albo „nie”. Być może następnego dnia wrócą razem z nim do Kraju Basków.

– Tak sobie myślę – zagaiła Danuta cichutko, jeszcze wzruszona lekturą wiersza – że jesteście niezwykłą grupą. Prawdę mówiąc, jestem tym zaskoczona. Nie spodziewałam się czegoś takiego. Zaskoczona pozytywnie, oczywiście. To miejsce przypomina oazę, można tu schronić się przed tą intelektualną pustynią, jaką jest sport. Mimo wszystko jesteście bardzo niezwykłą grupą. Mama Pascala to zagorzała leninistka, dostrzegłam to od samego początku. Potem sam Pascal powiedział mi, że urodził się we Francji, bo tam schroniła się jego matka, a jego ojciec spędził kilka lat w więzieniu. Nawet tutaj, gdy podeszłam, żeby przeczytać wiersz, zauważyłam na kartce pieczęć więzienną. O co chodzi? Wszyscy przeszliście przez to samo co Ugarte i Laura?

– Mniej więcej – odpowiedział Guiomar bez większego przekonania. Popołudniowy spacer sprawił, że poczuł się senny. – Tylko że Pascal miesza różne rzeczy. Nie urodził się we Francji, ale tutaj, po tym jak przejęliśmy ten hotel. Ale rzeczywiście pewien czas spędziliśmy we Francji, gdy wyszliśmy z więzienia na mocy amnestii. Czekaliśmy, aż się sytuacja polityczna wyklaruje. Pascal nosi imię po pewnym francuskim przyjacielu, który udzielił nam schronienia.

Gdy skończył mówić, spojrzał na chłopca, lecz ten bawił się kawałkami drewna i nie zwracał na nic uwagi.

– A Belle z tego samego powodu tak się nazywa, wszystko jasne – dodała Danuta.

– Belle urodziła się w Brissac, gdy tam przebywaliśmy. Zabraliśmy ją ze sobą. A raczej Carlos ją zabrał – wyjaśnił Guiomar i ziewnął.

– W każdym razie – wtrącił Carlos – nie jesteśmy znowu tacy niezwykli. Większość naszych rówieśników w Kraju Basków przeszła przez więzienie lub przynajmniej przez areszt. Tak to było w czasach frankistowskiej dyktatury. Naprawdę nie ma o czym mówić. Wśród nas to Guiomar ma najciekawszą biografię. Urodził się na Kubie i Fidel wygnał go stamtąd, gdy Guiomar miał siedem lat. Mimo to nasz przyjaciel zawsze był jego zagorzałym wielbicielem.

Patria o muerte. Venceremos! – krzyknął żartobliwie Guiomar, wznosząc zaciśniętą pięść.

Danuta spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami i roześmiała się.

– Naprawdę? – zapytała żywo. – Wobec tego muszę wam coś powiedzieć. Też jakiś czas spędziłam na Kubie. Trzy lata dokładnie. To jeszcze nie wszystko. Przez osiem lat miałam za męża Kubańczyka.

– Kiedy to było? – spytał Carlos.

– Dość dawno. Pojechałam tam w 1962 roku, w roku II Deklaracji hawańskiej. Bardzo dobrze to pamiętam. W Warszawie było wtedy minus piętnaście stopni, a już następnego dnia słuchałam Fidela przy dwudziestu stopniach na plusie. To był bardzo intensywny okres w moim życiu…

W piekarni było nawet cieplej niż w Hawanie z opowieści Danuty i Guiomarowi coraz trudniej było się opierać senności. Przymknął oczy. Pascal też opadł z sił i z trudem próbował związać ze sobą dwa końce smyczy.

– Proszę mówić dalej – powiedział Carlos do Danuty, która zamilkła, widząc, że Guiomar przysypia.

Przez kolejne kilka minut rozmawiali tylko we dwoje. Opowiedziała mu o swoim niespokojnym życiu, które miało zarówno dobre, jak i złe strony. Zaznała głodu, ale mieszkała również w paryskiej III dzielnicy. Zdarzało się, że zostawała sama na świecie, ale był także czas, gdy obracała się wśród interesujących ludzi. Przeżyła kilka przykrych chwil, w tym śmierć syna, lecz ostatnie lata spędziła w radosnym towarzystwie trójki dzieci i dwójki wnucząt. To właśnie ze względu na nich przyjęła posadę tłumaczki przy reprezentacji Polski. W krótkim czasie miała zarobić nieco pieniędzy, które były im potrzebne, jako że w Polsce żyło się teraz bardzo biednie.

– Mimo wszystko powtórzyłabym to, co powiedziałeś przed chwilą. Że nie jesteście wcale niezwykli. Moje życie również nie wydaje mi się takie niezwykłe – podsumowała i otworzyła tomik poezji, który nadal trzymała w ręku.

Tymczasem Guiomar zasnął na siedząco, oparty o worek mąki, okulary zsunęły mu się nieco z nosa. Pascal mruczał coś do siebie o trzymanej w ręce smyczy.

– Myślę, że każdy prowadzi niespokojne życie – kontynuowała Danuta. – Tyle że za bardzo to upraszczamy. Ta książka opowiada o tym właśnie, bardzo mnie to zainteresowało. Jej autor, Cyprian Kusto, jest najlepszym polskim poetą współczesnym. Twierdzi, że życie toczymy nie na ziemi, lecz w wodzie. Dlatego mylimy się, gdy opisujemy je jako drogę z jednego punktu do drugiego. Mylimy się również, gdy nasze chwile szczęścia widzimy jako momenty odpoczynku nad piękną rzeką, a chwile niepokoju uznajemy za czas spędzony w ciemnym lesie. Kusto twierdzi, że życie jest znacznie bardziej niebezpieczne, że nie można mu przypisać solidności, jaka cechuje takie obrazy. „Życie – tłumaczę słowo w słowo – wydaje się czymś opartym na dwóch nogach, a na każdej z nich mamy but o mocnej podeszwie, która da nam oparcie na każdej ścieżce”. Mam czytać dalej? – spytała, podnosząc wzrok znad książki.

Carlos skinął głową.

– „Życie jednak, jak dobrze wiedzą ci, którzy potrafią spojrzeć wstecz, nie ma twardej podstawy i żyjemy raczej tak, jakbyśmy samotnie pływali w morzu; musimy nieustannie być czujni, nigdy nie możemy się rozluźnić. I pewnego dnia uderzenie morza rzuca nas w jakieś miejsce i wkrótce kolejne uderzenie przemieszcza nas gdzieś indziej. Przede wszystkim nie możemy myśleć, że chcemy dokądś się udać i że tam dotrzemy. Nie, to morze kieruje naszymi ruchami, naszym zachowaniem, naszymi sukcesami i powinniśmy się cieszyć, gdy własną wolą uda nam się nieco skorygować naszą drogę”.

– Która godzina? O piątej muszę być w Barcelonie! – krzyknął rozbudzony nagle Guiomar. Przestraszona tym Danuta wypuściła książkę z rąk. – Och, przepraszam. Chyba się zdrzemnąłem – dodał.

– Nic się nie stało. Skupiłam się na tłumaczeniu panu Carlosowi myśli pewnego Polaka. Udało się choć trochę wypocząć? A ty, Pascal? Nie mogłeś zasnąć? – spytała.

Pascal pokręcił głową, ale wyglądał na lekko oszołomionego. Guiomar poczochrał mu włosy, żeby się rozbudził.

– To skutki wczorajszej imprezy. My dwaj wyszliśmy z niej jako jedni z ostatnich – wyjaśnił, ocierając sobie pot z czoła i poprawiając ubranie.

 

– Ja nie wyszłam jako ostatnia, ale i tak chętnie teraz odpocznę. Nie wiadomo, ilu dziennikarzy się dziś zjawi. Ponoć Juventus, ten włoski klub, chce kupić Bońka, więc wszyscy będą się chcieli czegoś dowiedzieć. – Danuta wstała i wyciągnęła rękę w stronę Pascala.

– Ugarte mi coś wczoraj mówił na ten temat. Juventus daje sto pięćdziesiąt milionów – powiedział Carlos.

– Nie sto pięćdziesiąt milionów, tylko sto osiemdziesiąt! – sprostował Pascal.

Danuta ciągnęła go już na zewnątrz.

– Zostaje pan tutaj? – spytała Carlosa, zatrzymując się w drzwiach.

Skinął głową i pokazał marmurowy stół z ciastem.

– A potem zje pan z nami kolację? Gdybym była młodą dziewczyną, nie miałabym czelności tego proponować, ale sześćdziesięcioletnia kobieta może sobie pozwolić na więcej. Atmosfera na tarasie jest fantastyczna, pan Guiomar może potwierdzić. Piłkarze i dziennikarze przy swoich stołach, a my przy tym okrągłym. Przyjdzie pan? Może uda się spędzić czas tak miło jak dziś na kąpielisku.

– Nie wiem. Być może się zjawię.

– Carlos dobrze zna nasz okrągły stół – wyjaśnił Guiomar. – Na początku wszyscy jadaliśmy tam razem kolację. Ale ostatnio, zwłaszcza od kiedy pojawili się piłkarze, porzuciliśmy ten zwyczaj. W dużej mierze z jego powodu.

– Można przecież czasami zrobić wyjątek. – Danuta uśmiechnęła się do Carlosa.

Zaraz pożegnała się i wyszła z Pascalem. Chwilę potem usłyszeli krzyki chłopca, na które Greta odpowiedziała z magazynu szczekaniem.

Promienie słoneczne padały prawie bezpośrednio na otoczenie piekarni, a drzewka oliwne, o tej porze pełne już malutkich owoców, emanowały niezwykłym spokojem – przypominały raczej skały niż drzewa. Co więcej, rzucany przez nie cień wzmacniał jeszcze to wrażenie, podkreślając każdy szczegół. Samo słońce wydawało się jasnym punktem przyczepionym do nieba między magazynem a piekarnią. Lekki wiatr poruszał jedynie źdźbłami trawy, a ten ruch – podobnie jak monotonny śpiew owadów – jeszcze mocniej podkreślał spokój popołudniowej sjesty.

– Znajdziesz czas, by mi czegoś poszukać w Barcelonie? – spytał Carlos, gdy wyszli z piekarni.

– Myślę, że tak. O co chodzi?

– O książki Róży Luksemburg. Jeśli jakieś znajdziesz, to przywieź, proszę.

– Od kiedy Danuta jest z nami, Róża Luksemburg zyskała na popularności w tym hotelu. Laura też mówiła, że chciałaby ponownie ją poczytać.

Guiomar w zamyśleniu wpatrywał się w ścianę magazynu.

– Danuta to niezwykła kobieta. Bez wątpienia bardzo oczytana. Laura mówi, że zna wszystkie pisma marksistowskie, do ostatniej linijki. – Nie odrywał wzroku od ściany. – Nie jestem jednak pewny, czy ją lubię. To, co powiedziała nad wodą o piłkarzach. Jakby nimi pogardzała, nie masz takiego wrażenia? To mi się nie spodobało. W końcu codziennie się z nimi stykam. Boniek i jego koledzy nie zasługują na taką pogardę.

Carlos rozłożył tylko ręce, nie miał zdania. Chciał pobyć sam, zająć się ciastem i pomyśleć o tym, co usłyszał tego popołudnia. Poza tym wydawało mu się, że Guiomar za bardzo się wszystkim przejmuje. W końcu co Bońka i innych obchodziły opinie tłumaczki? Z całą pewnością uważali ją tylko za zwykłą pracownicę reprezentacji.

– W tym, co mówiła, widzę pewną sprzeczność – kontynuował Guiomar. – Powiedziała, że piłkarze są nieprzemakalni i że chociaż wzrastali w socjalizmie, to nim nie nasiąkli i nie okazują ani śladu socjalistycznego myślenia. Tyle że to samo można powiedzieć o niej, prawda? Bo ostatnie tygodnie spędziła w środowisku piłkarzy i nim nie nasiąkła, nie poczuła do nich żadnej sympatii, nie dostrzega piękna, jakie może się kryć i w tym otoczeniu. Krótko mówiąc, ona też ma grubą skórę i jest nieprzemakalna.

– Nie brakuje ci racji, Foksi – powiedział żartobliwie Carlos.

– Wiem, co chcesz powiedzieć, ale może znowu nadszedł czas Foksiego. Nie tyle z powodu Danuty, ile z twojego. Ostatnio jesteś jakiś nieswój. Wszyscy wiemy… – Guiomar przymknął oczy i kontynuował kpiarskim tonem – że uwielbiasz samotność, jak mawia Maria Teresa, ale że wczoraj nie przyszedłeś obejrzeć z nami meczu, to już był szczyt wszystkiego. To było naprawdę dziwne, drogi przyjacielu. – Guiomar wycelował w niego oskarżycielsko palec.

Nie wiadomo było, czy jeszcze żartuje, czy mówi serio. Carlos uznał, że to pierwsze.

– Myślę, że wszystko jest jasne. Wiesz la nostra bellissima Beatriu i takie tam inne sprawy…

– Właśnie te inne sprawy mnie interesują – odparł Guiomar przebiegle. – W każdym razie trudno uwierzyć, że byłeś z Beatriz. O tej porze ona była w domu. Skąd to wiem? Dzisiaj rano rozmawialiśmy o meczu. Opowiadała, że to niesamowite, że mogła oglądać w telewizji osoby, z którymi na co dzień styka się w recepcji. I że obejrzała mecz, podczas gdy jej mąż przygotowywał kolację. Doprawdy, Carlos, jesteś wśród nas jedyną osobą, która nie widziała meczu.

– Dziewczyna, z którą byłem, też go nie widziała. Powiedziałem ci prawdę – odparł Carlos, także przebiegle się uśmiechając.

– Nie sądziłem, że jesteś aż tak nieufny. Co zrobić, któregoś dnia prawda i tak wyjdzie na jaw.

– Zrobimy tak – powiedział Carlos, gotów już się pożegnać. – Wczoraj powiedziałeś, że masz jakiś sekret. Gdy mi go wyjawisz, to ci opowiem swój. Zgoda?

Guiomar podrapał się po brodzie.

– Wobec tego, jeśli się nie mylę, to nastąpi na jutrzejszym turnieju ping-ponga. Do tego czasu dowiem się wszystkiego i będę mógł o tym opowiedzieć.

– Świetnie. Ty i ja zagramy w ping-ponga i ten, kto przegra, zacznie mówić.

– Zgoda. Wszystko już chyba jasne, więc jadę do Barcelony.

– Nie zapomnij, proszę, o książkach Róży Luksemburg.

Gdy Guiomar udał się w stronę hotelowego garażu, Carlos zamknął za sobą drzwi piekarni i zajął się mieszaniem ciasta na marmurowym stole. Gdy już zapomniał, co robiły jego ręce, a raczej gdy te ruchy jego rąk – zawsze takie same i zawsze wyjątkowe, podobne do ruchu wody lub ognia – pomogły mu stopniowo zapaść się w sobie, prawie bez udziału jego świadomości zaczęło docierać do niego wszystko, co dziś usłyszał. Mimo że stąpał po podłodze piekarni, a Guiomar w niepokojący sposób przypomniał mu o ukrywających się pod nią Jonie i Jone, jego myśli nie krążyły wokół zwykłych wątpliwości czy problemów. Wręcz przeciwnie, zbliżały się do niego powoli jak letnie obłoczki, nie budząc Szczura, coraz gęstsze i być może z tego też powodu słodsze. Spośród nich wszystkich wybrał te odnoszące się do słów czytanego przez Danutę poety. Tak, życie to unoszenie się na morzu, a nie stąpanie po ziemi, a my wszyscy jesteśmy tylko pływakami. Carlos też był pływakiem niesionym przez fale. Dwadzieścia lat temu został zatrzymany przez policję i po tym zdarzeniu fale uniosły go ku organizacji. Kolejny ruch morza sprawił, że podczas porwania przedsiębiorcy coś poszło nie tak i w konsekwencji to właśnie Carlos został wyznaczony do zabicia tego człowieka. Inna fala oddaliła go od brata. Wreszcie następna fala przyniosła mu do hotelu Jona i Jone. Czy jego wola mogła uchronić go przed tymi ślepymi przypadkami? To raczej mało prawdopodobne. Niczemu nie był winien. To prawda, że mroczna strona jego sumienia nie zgadzała się z tą opinią, ale nie miała również racji, był to bowiem jedynie dowód jego słabości. Gdyby tylko miał inne dzieciństwo i został inaczej wychowany. Wtedy Szczur nie mógłby dojść do głosu.

Carlos porzucił swoje myśli i zwrócił uwagę na coś czerwonego przy okienku pieca. To była paczka marlboro. Wstał i wyciągnął z niej papierosa, drugiego tego dnia. Nagle przypomniał sobie, że zarówno Danuta, jak i Jone paliły marlboro. Ten zbieg okoliczności wydałby się jego bratu znaczący. Nie zastanawiał się nad tym dłużej. Zapalił papierosa znalezioną w paczce zapałką i zanurzył się w kolejną chmurę, w kolejną myśl.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?