Samotny mężczyznaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wydaje mi się to logiczne – przyznał Carlos, nie odrywając wzroku od telewizora. Boniek strzelał właśnie główką swojego drugiego gola.

– W hotelu nie jesteśmy tylko we trójkę z Pascalem – kontynuował Ugarte nieco znużonym głosem. – Jest jeszcze nasz trzeci wspólnik Guiomar, twój najbliższy przyjaciel. Jest też Doroteo, nasz kochany Doro, i jego dwaj synowie motocykliści… Wiesz sam, że prawie nic nie mówią i że ich jedyną religią jest motocykl, ale to też ludzie i byłoby okrutne, gdybyśmy zabrali im te ukochane derby i montesy. No i są jeszcze ci, którzy nam pomogli nabyć ten hotel, wreszcie pracownicy, Maria Teresa, na przykład, i Beatriz, przede wszystkim Beatriz. Jak to mówi Guiomar? La nostra bellissima Beatriu, prawda?

– Wiesz, o czym myślę? – przerwał mu Carlos. – Po pierwsze, powinieneś mniej pić. Wkurzasz mnie, naprawdę. Wszyscy wiemy, że zamknięcie hotelu to byłaby katastrofa dla wielu ludzi. Ja sam dużo bym stracił, jeśli się nie mylę. I tak samo osoba, której imienia nie raczyłeś wymienić. Tyle że twoja hipoteza nie ma sensu, już ci mówiłem.

Carlos skrzywił się, jakby ta rozmowa nie pozwalała mu skupić się na tym, co pokazywali w telewizji. Nie chodziło mu jednak o niemożność spokojnego obejrzenia gola Bońka, lecz o to, że wężowy język Ugartego ugodził go w dwa miejsca. Po pierwsze, Ugarte wspomniał o jego bracie Kropotkinie. „Ja sam dużo bym stracił, jeśli się nie mylę. I tak samo osoba, której imienia nie raczyłeś wymienić”. Po drugie, rzucił uwagę dotyczącą Marii Teresy i Beatriz. O jego relacji z Marią Teresą wiedział w hotelu tylko Guiomar. Jeśli chodzi o Beatriz, to nie było żadnych podstaw, by Guiomar czy ktokolwiek inny mógł sądzić, że coś ich łączy. Dlatego gdy usłyszał przed kilkoma godzinami pytanie Guiomara, czy Beatriz jest jego nową przyjaciółką, pomyślał, że jednej rzeczy nie brał pod uwagę: w hotelu o nim mówiono, a ponieważ żył w pewnym odosobnieniu, być może także go obserwowano.

Carlos wstał z fotela, gotów zakończyć tę rozmowę.

– Powtarzam ci po raz ostatni – powiedział do Ugartego, siląc się na spokojny ton. Przeszkadzały mu w tym jednak nowo zdobyte informacje. – Twoje wymysły nie mają żadnego sensu i masz o nich zapomnieć.

– Chciałbym, żeby nie miały żadnego sensu – odparł Ugarte, który także się podniósł. – Ale my, którzy chcemy dalej mieszkać w tym hotelu, musimy to powiedzieć. Proszę, jeśli Jon i Jone są tutaj, muszą się wynieść. Niech idą do swoich dziupli.

Porucznik i Laura zwrócili uwagę na tę wymianę zdań i Ugarte obniżył ton głosu.

– Proszę cię, tylko bez głupstw. Już ci uciekinierzy przysporzyliby nam mnóstwa problemów. Ale gdy coś się stanie i zaczną tu węszyć, będzie grubo. Mogą nam postawić nie tylko zarzut współpracy z terrorystami, nie muszę ci przecież mówić – powiedział.

Od jakiegoś czasu Ugarte mówił w pierwszej osobie liczby mnogiej, włączając siebie. Odnosił się do dwóch napadów, które przeprowadzili całą grupą wkrótce po wyjściu z więzienia na mocy amnestii. Nikt o tym nigdy nie wspominał, Ugarte złamał więc niepisaną zasadę.

– Ciągle ci powtarzam, że za dużo gadasz – palnął Carlos. Nie mógł powstrzymać wściekłości.

– Dobra, nic więcej nie powiem. Tylko mi nie rozwal nosa.

Sięgnął po pozostawioną na podłodze szklankę i skierował się w stronę stolika z przekąskami.

Do hotelowego holu Carlos miał zaledwie parę metrów, a stamtąd do wyjścia nie więcej niż dziesięć. Jednak z powodu zamieszania spowodowanego zakończeniem programu sportowego oraz z powodu swojego poczucia, że musi się stąd jak najszybciej ulotnić, miał wrażenie, że przedziera się przez niekończącą się dżunglę. W dodatku pojawiły się przed nim różne duchy, podobne do tych, o jakich czytał w książkach na temat dżungli afrykańskiej. Najpierw Guiomar – duch przyjazny – z pytaniem, czy zamierza z nimi świętować zwycięstwo, i przy okazji informujący o planowanym na środę turnieju ping-ponga między pracownikami hotelu a polskimi piłkarzami. Potem pojawiła się Laura – duch nieprzyjazny – żądając wyjaśnień, czemu zachował się tak nieprzyjemnie w stosunku do Nurii, jej pomocy kuchennej, kobiety, która nie była w stanie się bronić, czy nie było mu wstyd. Zaraz potem – zjawa przyjemna – Maria Teresa, która poinformowała go, że tej nocy pewnie odbędą się tańce z polską ekipą i że ona ma zamiar zatańczyć z Bońkiem, ale żeby nie był zazdrosny, bo robi to tylko dlatego, by opowiedzieć o tym swojemu synowi. Na koniec pojawiła się prawdziwa zjawa, la nostra bellissima Beatriu, której w rzeczywistości nie było teraz w hotelu. W wyobraźni Carlosa Beatriz siedziała w recepcji i patrzyła na niego z obojętnością, a przez jej białą bluzkę dość wyraźnie prześwitywał biustonosz.

Gdy udało mu się wreszcie przebrnąć tę dżunglę, czuł się niczym pływak, który zbyt długo przebywał pod wodą. Dotarł do latarni, wokół której krążył mały nietoperz, i zaczerpnął powietrza. Nie mógł jednak uspokoić ani oddechu, ani tętna. Był zbyt wściekły, chciał coś rozwalić. Rozmowa z Ugartem zdenerwowała go, tak jak wcześniej to, co mu powiedziała Jone. Czuł, że nosi go z powodu tych nerwów.

„Trzeba bardzo ostrożnie postępować z osobami, które dużo gadają lub zachowują się nerwowo”, usłyszał. Wróciło wspomnienie Sabina czytającego z białej książeczki w gronie młodych ludzi, którzy mieli wstąpić do organizacji. „Wcześniej czy później takie osoby stają się widoczne albo popełniają jakąś niedyskrecję. Najpewniejszym zabezpieczeniem członka organizacji jest jego naturalność, a wy powinniście się trzymać z dala od osób, które nie posiadają tego daru”.

Przeklinając w duchu, Carlos ruszył w stronę piekarni. Ten cały Neptuno, który przywoził im ryby i który przywiózł tu także Jona i Jone – jak dobrze wywąchał Ugarte – był jednym z tych, o których mówił Sabino. Prędzej czy później coś w jego obejściu go zdradzało, zarówno przed Ugartem, jak i przed innymi. Tyle że nie była to wina dostawcy ryb – ograniczona inteligencja Neptuna była powszechnie znanym faktem – tylko jego, Carlosa, że przyjął zadanie, które tamten mu narzucił. Powiedział: „Jeśli nie pomożemy tej dwójce, rozgniotą ich jak karaluchy”. Na co Carlos odparł: „Ile czasu mam ich tu trzymać?”. Neptuno: „Najwyżej tydzień. Jak tylko uspokoją się sprawy w Bilbao, wsadzam ich do furgonetki i zabieram. Bez hałasu, jak lis podkradający kury”. Carlos: „Jeśli tylko tyle, to zgoda. Przeżyjemy intensywny tydzień, jak w dawnych czasach”. Ponownie rzucił przekleństwo. Zabrakło mu wyobraźni i zachował się jak ci, którzy nie pamiętają złych momentów w dobrych czasach. Poza tym co to za zdanie! „Przeżyjemy intensywny tydzień, jak w dawnych czasach”. To był żart w bardzo złym guście. Ta podjęta zaledwie po minucie decyzja mogła ich zrujnować. Groziło im co najmniej kolejne cztery, pięć lat w więzieniu, a może nawet dziesięć, jak powiedział Ugarte. To było możliwe. Sabino mówił im: „Bóg nie czyni cudów na korzyść tych, którzy biorą udział w walce zbrojnej, a ten, kto łamie zasady bezpieczeństwa, natychmiast wpada w ręce policji”. Ponadto w tym przypadku pojawiły się komplikacje i zamiast uzgodnionego tygodnia Jon i Jone siedzieli pod podłogą piekarni już ponad dwa. Jeśli Neptuno nie zabierze ich do niedzieli, to będą już trzy. Za długo, jakkolwiek na to patrzeć. Z tym upałem w ciasnej kryjówce. Ze spotkaniem z Pascalem. Z Ugartem, który coś podejrzewa – czy tylko on?

Zapalił światła w piekarni i zobaczył tacę po kolacji Jona i Jone. Na jednym talerzu zostały tylko resztki, drugi – Carlos pomyślał, że jadła z niego dziewczyna – był prawie nietknięty. Pod nim leżała wydrukowana na powielaczu ulotka. Nagłówek głosił: „Ta demokracja to oszustwo”, a cały tekst sprawiał wrażenie podsumowania obecnego stanowiska organizacji.

Schował ulotkę do kieszeni koszuli, zabrał tacę i poszedł do psów. Gdy po raz ostatni rzucił okiem na pomieszczenie, zobaczył, że ciasto nie było przykryte chustką. Zaklął, gdy zdał sobie sprawę, że Jone lub jej towarzysz zostawili na nim ślad palców. Nie to go zdenerwowało, tylko fakt, że nie wolno było odsłaniać ciasta, bo chociaż było gorąco, nieprzykryte schładzało się i chleb wychodził niedobry. Szybko je przykrył i ponownie ruszył w stronę magazynu, w którym siedziały Belle i Greta. Noc była cicha, a niebo jasne. Sierpowaty księżyc przybliżył się i widać było więcej gwiazd.

Greta, niespełna dwuletnia wyżełka pirenejska, najpierw przywitała Carlosa, skacząc obiema nogami na jego pierś, zaraz potem rzuciła się do swojej miski. Za to Belle – seterka, którą Carlos kupił we Francji, gdy cała grupa przebywała tam po wyjściu z więzienia – usiadła przed miską, czekając na pozwolenie, by zacząć jeść.

– Jedz, Belle, jedz – powiedział niecierpliwie Carlos.

Chciał się przejść, chodzić, aż się zmęczy. Może w ten sposób opuści go napięcie, a krążące chaotycznie myśli się uporządkują.

Belle w okamgnieniu pochłonęła kawałki mięsa i liznęła resztki owoców morza. Następnie popatrzyła na Carlosa z gotowością w oczach. Lubiła nocne spacery, bo mogła wtedy swobodnie pobiegać i powęszyć w krzakach za gniazdami ptaków. Gdy zobaczyła, że jej pan bierze do ręki kij, wyskoczyła z magazynu w poszukiwaniu pierwszej ofiary. Greta wybiegła za Belle, chociaż nie wiedziała za dobrze dokąd ani po co.

Oddaliwszy się od skupiska oliwek i migdałowców, Carlos przez godzinę chodził wśród zarośli rozciągających się na tyłach hotelu. Mimo rozgwieżdżonego nieba, któremu światła Barcelony nadawały odcień szarości, w tym pozbawionym ludzi i domów miejscu noc nabierała dawnego znaczenia i stawała się tą samą nocą, jaką znali ludzie czy gady sprzed czterdziestu tysięcy lat. Niekiedy, widząc w oddali czerwoną smugę ognia, czując nagły powiew wiatru lub niespodziewanie wpadając w ciemności na Belle albo Gretę, Carlos myślał, że samotni nocni wędrowcy sprzed czterdziestu tysięcy lat odczuwali podobny lęk, który objawiał się drżeniem na powierzchni skóry. Dostawał wtedy gęsiej skórki, włoski na ciele stawały mu dęba, jakby w przeczuciu niebezpieczeństwa, i tak kroczył, coraz spokojniejszy, coraz bardziej oddalony od niepokojących myśli. Czuł potrzebę wyładowania się, machał kijem jak ślepiec, torując sobie drogę przez chaszcze, chociaż mimo wszystko nie udawało mu się uniknąć zadrapań na wyczuwającej niebezpieczeństwo skórze. Nagle, gdy przechodził obok kamiennego muru, jego kij uderzył w coś lekkiego; nie była to ani gałąź, ani kamień, raczej coś w rodzaju materiału. Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Za chwilę przybiegła do niego Belle. Węszyła pod murem. Pojął, że to coś miękkiego było ptaszkiem, którego uderzył kijem w momencie, gdy ten, przestraszony, szykował się do ucieczki. Gdy wyciągnął go z pyska Belle, wyczuł jego ciepło. Lecz ptak był już martwy. Carlos poczuł nagłe zagubienie, nie wiedział, co robić, trzymał ptaka, jakby ten nadal był żywy. Skóra mężczyzny nie miała jednak pamięci i nie mogła mu podpowiedzieć, co w takiej sytuacji zrobiłby człowiek sprzed czterdziestu tysięcy lat.

 

– Zostaw to, Greta! – krzyknął na psa, który pojawił się przy nim. Odganiana suka nie ustępowała, próbowała wyciągnąć mu z dłoni ptaka. – Nie ma mowy. Możesz sobie skakać do woli, i tak nie dostaniesz. – Położył truchło na murze i ruszył z powrotem. Trzeba było wracać, z powodu ptaka i dlatego, że odechciało mu się wędrówki.

Gdy doszedł do miejsca, z którego widać było światła hotelu, zboczył nieco w stronę stawu o nazwie Banyera de Samsó, kąpielisko Samsona. Chciał jeszcze popływać. Ale na skrzyżowaniu ścieżek, gdy już kazał psom iść w dół, zmienił zdanie. Nie będzie się dziś kąpał, zrobi to następnego dnia po upieczeniu chleba. Tak naprawdę nie miał wielkich chęci położyć się na wodzie, jak zwykł się relaksować. Odczuwał już spokój, jego oddech i rytm serca się wyrównały, a myśli rozwiały się nieco i już mu tak nie ciążyły.

– Zmęczyłyście się trochę, co nie? – powiedział do psów, które weszły do magazynu bez protestu.

Zamknął drzwi budynku i ruszył w stronę hotelu, skąd dochodziła muzyka – jakby klarnet i bębny – zmieszana z radosnymi okrzykami i hałasem silnika. Przez moment poczuł zaskoczenie tymi dźwiękami, ale to była tylko chwila, bo zaraz przypomniał sobie trzy gole Bońka. Reprezentacja Polski wróciła do hotelu, a wraz z nią – jak sądził po dochodzącym go hałasie – dziennikarze albo spora grupa kibiców.

Minął hotelowy podjazd, wypełniony teraz autobusami i ludźmi, i skierował się w stronę kuchennego wejścia dla pracowników. Nim tam dotarł, pod dachem otwartego garażu zobaczył synów Dora. Jeden z nich leżał pod rozbebeszonym silnikiem montesy, a drugi się nad nim schylał. Świeciła nad nimi jedynie zabezpieczona drutem żarówka.

– Nie macie ochoty dołączyć? – powiedział do nich, zatrzymując się. – Wszyscy zajmują się piłkarzami, a wy sobie tu reperujecie stary motocykl.

– Może i stary, ale piękny. Tato mi go przywiózł z Barcelony – odparł Juan Manuel, starszy z braci. Miał dwadzieścia dwa lata i był lekko opóźniony w rozwoju.

– Sam widzisz, jak się sprawy mają, Carlos. Mówi, że tato mu przywiózł motocykl, a przecież to ja pracuję. Co o tym sądzisz? – dodał drugi syn Dora, porzucając śrubokręt.

Nazywał się Doro, tak jak ojciec, i Carlosowi przypominał kogoś z dawnych czasów, z jego rodzinnych stron, kogoś takiego jak ci młodzi pasterze z gór, którzy schodzili do miasteczka tylko po to, by pójść do fryzjera. Tutaj, w hotelu na obrzeżach Barcelony, ten chłopak wydawał się jak z innej planety. Powinien mieszkać w Kraju Basków, w jednym z tamtych małych miast położonych między zielonymi czy wręcz błękitnymi wzgórzami. W każdym razie synowie Dora rzadko jeździli do Barcelony. Podobnie jak on sam.

– Sądzę, że ojciec za bardzo was rozpieszcza – odparł Carlos i wszedł do kuchni.

– To prawda – potwierdził ze śmiechem Juan Manuel. – Dzisiaj też zwolnił nas z przygotowań do kolacji. Zdaje się, że Laura i Maria Teresa same wszystko zrobią.

– To tylko pretekst, by nie pozwolić nam iść na imprezę. Taka jest prawda, Carlos – dodał młodszy brat i obaj wybuchnęli śmiechem.

Carlos szybko przeszedł przez kuchnię, rzucił jedynie krótkie pozdrowienie wszystkim tam pracującym – Dorowi, Laurze, Nurii, Marii Teresie – i skierował się ku klatce schodowej prowadzącej do jego apartamentu, niczego nikomu nie wyjaśniając. Choć był głodny, nie miał ochoty iść na przyjęcie. Nie ciągnęło go do czczych, chaotycznych rozmów. Gdy wchodził na górę, pomyślał, że podobnie jak synów Dora cieszyły go proste rzeczy, a nie bibki na restauracyjnym tarasie.

Jadł jabłko, wyglądając przez okno swojego apartamentu. Widział kolorowe światła i słyszał głośną muzykę. Wędrówka przez chaszcze sprawiła jednak, że nie bardzo interesowało go, co tam się działo. Wręcz przeciwnie, chciał tylko trzymać się chmury podpisanej jako myśl o Kropotkinie, całkowicie się temu poświęcił.

„W hotelu nie jesteśmy tylko we trójkę z Pascalem. Jest jeszcze Guiomar. I Doroteo, i jego dwaj synowie, i ci, którzy nam pomogli nabyć ten hotel, i pracownicy, Maria Teresa, Beatriz…”. Jak Ugarte mógł zapomnieć, co zawdzięczał jego bratu? Wymienił wszystkich, którzy straciliby, gdyby hotel zamknięto, a nie wspomniał imienia Kropotkina? Jasne, gdyby policja znalazła tu Jona i Jone, ich interes byłby zagrożony, bo podczas śledztwa mogłyby wyjść na jaw nielegalne źródła jego finansowania. Ale tylko jeśli to śledztwo będzie naprawdę wnikliwe, bo kapitał, jaki zdobyli podczas napadów na banki przeprowadzonych po wyjściu z więzienia, był dobrze zakamuflowany. I właśnie w tym kamuflażu istotną rolę odegrał Kropotkin. Ugarte powiedział wówczas: „Słuchajcie, mam propozycję godną mistrza finansów, bo tak jak ty, Carlos, jesteś w naszej grupie mistrzem akcji, a ty, Guiomar, alias Foksi, alias Fangio, jesteś mistrzem kierownicy, ja jestem mistrzem finansów. Myślę, że jeśli chcemy bezpiecznie kupić ten hotel, musimy najpierw zrobić jedną rzecz. Carlos, powiem ci to bez ogródek i jeśli się nie zgodzisz, to sprawa zamknięta i o wszystkim zapominamy… Musimy wsadzić twojego brata do psychiatryka. Tak, Carlos, daj mi skończyć, do psychiatryka, musimy zrobić z niego oficjalnego szaleńca, rozumiesz, Carlos. Wiem, że to dla ciebie trudne, ale zrozum, Kropotkin od jakichś dwóch, trzech lat nie ma dobrze w głowie, wielu już to zgłaszało, nawet ludzie, którzy chodzą z nim na jogę, to zgłaszali, to się źle skończy. Z jednej strony wyjdzie mu to na dobre, gdy ogłosimy go prawnie niepoczytalnym i oddamy do zakładu, do jakiegoś prywatnego, jak ten koło Biarritz, nazywa się La Rosaire. Z drugiej strony my też na tym skorzystamy, czuję się jak sęp, gdy o tym mówię, ale muszę to powiedzieć. Osoba uznana prawnie za niepoczytalną nie może dysponować swoją kasą, ani jej wydawać, ani jej dotykać, nie może nic podpisać, nic nie może, jeśli chodzi o finanse, i w tym przypadku ty, Carlos, byłbyś dysponentem prawnym jego czterdziestu czy pięćdziesięciu milionów, nie wiem, czy mnie rozumiesz”. „Tak, Ugarte – odparł na tę tyradę – wiem, o co ci chodzi. Chcesz zakamuflować pieniądze z napadów jako spadek mój i Kropotkina. Tyle że z jednej strony to kupa kasy, a z drugiej Kropotkin nie jest świrnięty. Gdy z nim rozmawiam, nie sprawia takiego wrażenia. Jest aspołeczny i może ma lekkiego fioła na punkcie Wschodu, ale raczej nic poza tym. Mówię to zupełnie bezstronnie, bo wiesz przecież, że od dawna moje stosunki z Kropotkinem są napięte”. Na to znowu Ugarte: „Tak naprawdę, Carlos, mamy tu dwie sprawy: łatwą i trudną. Tą łatwą jest kamuflaż pieniędzy. Przyjmijmy, że umieszczamy Kropotkina w La Rosaire i ty przejmujesz kontrolę nad całym spadkiem. Sprzedajesz pensjonat, dom i ziemię, sprzedajesz piekarnię i wszystko inne, a my zawyżamy cenę, dogadujemy się z kupującymi, dajemy im zniżkę za to, żeby wpisać w dokumenty to, co chcemy. Dodaj do tego złoto, które ponoć gromadził twój dziadek, ten bogacz, cała okolica twierdzi, że kupował w Szwajcarii sztabki złota i trzymał je w skrzyni w swoim pokoju. Ktoś by mi nawet dostarczył prawdziwe sztabki, żebyśmy je mogli pokazać, więc z tym, co naprawdę byś miał, i z tym, co dały nam banki, mielibyśmy jakieś sto milionów. I w obecnej sytuacji, po tym jak dopiero co skończyła się dyktatura, raczej nikt się nie zorientuje. Przez najbliższe dziesięć lat będą organizować państwo i kontrolę skarbową. Tak więc tutaj nie ma problemu. Zostaw to mnie; jak już mówiłem, wyszedłem z więzienia jako mistrz finansów. Teraz zajmijmy się tą trudną sprawą, przede wszystkim trudną dla ciebie, Carlos, bo to twojego brata trzeba wsadzić do sanatorium. Mówisz, że nie wydaje ci się świrnięty, tylko aspołeczny, i że po prostu zajmuje się dziwną filozofią. Tyle że ludzie uważają inaczej, wybacz, ale tak jest. Idź do Obaby, gdzie Kropotkin i jego towarzysze praktykowali jogę, i popytaj. Dla sąsiadów on jest świrnięty, w dodatku jest niebezpieczny, zwłaszcza od czasu tej historii z LSD. Nie trafił do więzienia tylko dlatego, że jego adwokaci ogłosili go przed sądem czasowo niepoczytalnym. Jasne, chodzi o twojego jedynego brata, Guiomar i ja nie będziemy się do tego mieszać. Powiem ci tylko, że lepiej mu będzie w sanatorium”. „Lepiej, lepiej, lepiej… jak możesz tak mówić, Ugarte”, Guiomar odezwał się po raz pierwszy. „Jak może mu być lepiej w psychiatryku niż w jego komunie? Powiedz, że będzie tam bezpieczniejszy, tu się zgadzamy, że nikt go tam nie będzie atakować. Bo ja myślę, że prawdziwym problemem Kropotkina jest właśnie to, że któregoś dnia go zlinczują, popatrz tylko, ile razy go pobili pod byle pretekstem. Tak więc to możesz powiedzieć, ale proszę, nie gadaj, że w psychiatryku będzie mu lepiej, i nie używaj tego eufemizmu, sanatorium, wyszedłeś właśnie z więzienia i opiewasz nam tu zalety instytucji represyjnej”. „Niczego nie opiewam”, odparł Ugarte. „A zwłaszcza zalet instytucji represyjnej. Sam przecież powiedziałeś, że będzie tam bezpieczny, to jest pewna zaleta. Nic już więcej nie powiem, bo wygląda na to, że tylko mnie interesuje zakup tego hotelu i że tylko mnie zależy na kasie, a skoro Laura jest w ciąży, to muszę myśleć o przyszłości. Powiedziałem tylko, że jest to dla nas pewna szansa. Ale musimy najpierw doprowadzić do uznania Kropotkina za niepoczytalnego. Bo jeśli tego nie zrobimy, musielibyśmy go wtajemniczyć we wszystko. A ja mu nie ufam. Po pierwsze, nie wiem, czy dotrzymałby tajemnicy, a po drugie swoją część spadku i tego, co mu przypada z części bankowej, wydałby na narkotyki czy diabli go tam wiedzą na co. Szef finansów grupy kończy w tym miejscu swoją gadkę i decyzję zostawia Carlosowi. W końcu to on zawsze był odpowiedzialny za rejon”.

Pięć lat później Ugarte zdawał się nie pamiętać o jego bracie. Jak mógł o nim zapomnieć? Więc jak to jest? Gdyby Carlos trafił z powrotem do więzienia za tę sprawę z Jonem i Jone, to nikt nie zająłby się jego bratem? Z sanatorium przysyłali raporty, że jego stan się pogarsza i coraz trudniej jest się z nim porozumieć, jego autystyczne zachowania się pogłębiają. Ale ogólny stan jego zdrowia był dobry, ponoć był zadowolony ze swojego pojedynczego pokoju i z zajęć, jakie mu oferowano. Jeśli nie będzie czym płacić, wyślą go do publicznego psychiatryka. Co wówczas pomyśli sobie Kropotkin? Carlos był pewien, że jego brat zdaje sobie świetnie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. Tylko zwyczajnie nie chce z nikim rozmawiać.

Skupił się na niebiesko-czerwonych światłach stacji benzynowej i za chwilę – jakby ich migotanie przywróciło go do rzeczywistości – dostrzegł wszystkie pozostałe, te oświetlające kościół, lampy uliczne, łunę pożaru pod górą Montserrat. Z kolei z tarasu nie dobiegał go prawie żaden dźwięk, ledwo było słychać szmer głosów. Nagle rozległ się dzwonek telefonu. Carlos zrozumiał, że to nie światła stacji benzynowej wyrwały go z zamyślenia, lecz właśnie telefon. Najpierw stwierdził, że to Jone z jakimś swoim problemem. Ale nie, w okolicach piekarni nie działo się nic niepokojącego, dlatego uznał, że to raczej Guiomar chce go zapytać, czy ma ochotę zejść na deser. To jest naprawdę wierny przyjaciel. W razie potrzeby zająłby się Kropotkinem. Nie można jednak było go tym obarczać, bo Guiomar od zawsze chciał wyjechać na Kubę i zajmowanie się Kropotkinem by mu to uniemożliwiło.

Gdy umilkł dzwonek telefonu, Carlos udał się do swojego pokoju i położył się do łóżka. Przez głowę przemknęły mu ostatnie przed zaśnięciem myśli. Że zabity dziś ptaszek był jego drugim w życiu, pierwszego uśmiercił dwadzieścia pięć lat temu w swoich rodzinnych stronach, był to dla niego szok. Tamten ptak to był drozd śpiewak. Następnie przypomniał sobie, jak kiedyś podczas jakiegoś lokalnego festynu on i jego brat prawie zasnęli, słuchając orkiestry na głównym placu miasteczka; jednym z instrumentów był klarnet, taki jak ten, którego dźwięk dochodził go teraz z tarasu. Nagle usłyszał głos Szczura, który żądał od niego wyznania, że to nie wina Ugartego, że to on sam ostatecznie zgodził się na wysłanie brata do sanatorium i jeśli kiedyś Kropotkina nazywano Kainem, on również nim był, byli braćmi Kainami. Poczuł ogromne zmęczenie, myśli te przebiegły mu przez głowę jak ulotne obłoki, a głos Szczura dobiegał go jakby zza kilku ścian. W końcu Carlos zasnął w ubraniu.

 

Zbiornik wodny, który nosił nazwę „kąpielisko Samsona”, znajdował się w odległości dwudziestu minut piechotą od hotelu. Z daleka sprawiał wrażenie wielkiej kałuży, pozostałości po deszczu, otoczonej przez zarośla. Nie było to wcale niewinne miejsce, jak mogłoby sugerować jego położenie i miano kąpieliska. Ci, którzy podchodzili bliżej, mogli zaobserwować, że tamtejsza woda była w ciągłym ruchu, a na jej powierzchni formowały się fale. Jednak ta pozorna sprzeczność – ruch wody w zamkniętym zbiorniku – wyjaśniała się w momencie, gdy dostrzegało się bąbelki, które wskazywały, że zbiornik zasila woda ze źródła. W dodatku z bliska okazywało się, że zbiornik nie jest zamknięty, lecz woda odpływa z niego przez szerokie pęknięcie w skale, będące wejściem do groty. Tam znikała na zawsze pod ziemią, co najwyżej wychodząc w jakimś miejscu w formie niewielkiego źródełka – być może Fontanna Derby była tego przykładem – ale nigdy nie w postaci rzeki. Wprawdzie istniało koryto tej hipotetycznej rzeki, które nosiło katalońską nazwę Riera Blanca, czyli Biała Rzeka, lecz nikt nigdy nie widział w nim wody. W każdym razie niewielu docierało w okolice kąpieliska Samsona. Nie tylko dlatego, że kąpiel w nim była niebezpieczna, ale również z bardziej istotnego powodu: prowadząca do niego ścieżka była zarośnięta krzakami. Poza tym dojście do zbiornika prowadziło przez teren hotelu.

Carlos lubił to miejsce i wolał kąpać się tam niż w hotelowym basenie. Kąpielisko Samsona wydawało mu się miejscem chronionym i oddzielonym od świata, tak samo jak jego pokój czy piekarnia. Gdy się nudził, ale nie chciał mieć z nikim do czynienia, lub też gdy zmęczyła go monotonia hotelowego życia i potrzebował jakiejś podniety, przychodził na kąpielisko, by trochę popływać i zanurkować w okolice groty, gdzie czuł na całym ciele siłę uciekającej wody. Chronił się tam też przed złymi głosami w swojej głowie, gdyż zimny strumień wody z powodzeniem tłumił oskarżenia Szczura. Czasami wyprowadzał psy z Guiomarem – wtedy kąpielisko stawało się celem spaceru i zanim ruszali w drogę powrotną do hotelu, Guiomar zapalał papierosa.

Następnego dnia po zwycięstwie Polski nad Belgią Carlos zażywał właśnie spokojnej kąpieli, gdy usłyszał szczekanie Belle i Grety. Spora część jego głowy zanurzona była pod wodą, więc szczekanie dobiegało go jakby z daleka, ale natychmiast zdał sobie sprawę, że psy wyczuły kogoś obcego. Nie szczekałyby tak ani na Guiomara, ani na nikogo z hotelu. Postanowił nie zwracać na to uwagi i nie ruszać się. Leżał właśnie na plecach, nieruchomy, spokojny, jakby spał. Szczekanie jednak się wzmogło i psy wydawały się bardzo poruszone, więc ostatecznie musiał wynurzyć się, by sprawdzić, co się dzieje. Zobaczył stojącą na brzegu kobietę, która pozdrowiła go i poprosiła, by sobie nie przerywał. To była tłumaczka polskiej reprezentacji, Danuta Wyka, „babcia” Pascala. Nosiła białą bawełnianą sukienkę, a na głowie miała słomkowy kapelusz. Carlos nie ruszył się, więc pokazała mu książkę, którą trzymała w ręku. Niech sobie dalej pływa i się nią nie przejmuje, ona usiądzie sobie na kamieniu i poczyta, czekając, aż on skończy swoją kąpiel.

– Guiomar i Pascal niedługo tu przyjdą – powiedziała, dźwięcznie artykułując słowa, lecz nie wysilając za bardzo głosu.

Machała książką przed nosami Belle i Grety. Psy zainteresowały się raczej nieskazitelną bielą jej sukienki.

Guiomar i Pascal jednak się nie pojawili. Po jakichś dziesięciu minutach od przyjścia kobiety Carlos zdecydował się wyjść z wody. Przy świadkach nie mógł się skoncentrować. Jego kąpiel polegała między innymi na rozłożeniu rąk i nóg szeroko na powierzchni wody, skupianiu się na kroplach, które pryskały mu w nos i na powieki, wpatrywaniu się aż do łez w błękit nieba – by jednak odprawić tę ceremonię, musiał być sam, czasami pozwalał jedynie na obecność kogoś bliskiego, na przykład Guiomara czy Marii Teresy.

Po wyjściu z wody włożył koszulkę z krótkim rękawem i powiedział, że dzisiaj nie jest tak gorąco jak w ostatnich dniach, a niebo wydaje się czystsze. Danuta skinęła głową. Następnie położyła książkę na kolanach i wskazała na otaczające wodę znaki zakazujące kąpieli.

– Ja też bym złamała te zakazy. To miejsce wydaje mi się ciekawsze niż hotelowy basen – powiedziała ze śmiechem.

Podczas rozmowy twarzą w twarz potwierdzała wrażenie, jakie sprawiała w telewizji. Rzeczywiście okazywała dość arystokratyczne maniery. Miała jakieś sześćdziesiąt lat, była przesadnie umalowana, w fioletowych odcieniach. W uszach nosiła zielone kolczyki w kształcie łzy w srebrnej oprawie, a na szyi podwójny naszyjnik z błyszczących kryształków.

– Dobrze wyglądam pana zdaniem? – spytała nagle, ustawiając się jak do zdjęcia, z pełnym uśmiechem.

Carlos się zmieszał. Pomyślał, że zbyt długo się jej przyglądał.

– Tak. Ma pani bardzo ładny kapelusz. I kolczyki, piękne – odparł Carlos.

Mówił spokojnym tonem, lecz nie czuł się w tej sytuacji swobodnie. Danuta nie zachowywała się jak typowa kobieta w swoim wieku.

– To tylko sztuczne ozdoby, nic więcej. Wie pan, w Polsce żyjemy teraz dość biednie.

Podała mu jeden z kolczyków. Prawie nic nie ważył.

– Są znacznie ładniejsze od prawdziwych klejnotów – powiedział, zwracając ozdobę.

– Ma pan rację, są rzeczywiście ładne. Nie przesadzajmy jednak. Prawdziwe szmaragdy są znacznie piękniejsze. Ale co się panu stało? Całe ramiona ma pan porysowane.

– Wczoraj przycinałem zarośla, nic takiego – powiedział Carlos, rzuciwszy okiem na swoje ręce.

Psy znów zaczęły szczekać, ale usłyszawszy gwizdnięcie, pobiegły ścieżką przed siebie. Chwilę potem nad kąpieliskiem pojawił się Guiomar z Pascalem. Ten pierwszy niósł na ramieniu koszyk, a chłopak trzymał w ręku podwójną smycz.

– Myślę, że Guiomar chce nam urządzić tu piknik – powiedziała Danuta, odkładając książkę na kamień obok i wychodząc naprzeciwko nowo przybyłym.

Książka była autorstwa niejakiego Cypriana Kusto i jak się Carlos zorientował, był to tomik poezji.

– Trzy rodzaje kanapek, dwa gatunki piwa, nieco owoców i osiem kubków kawy w termosie. Wystarczy, żeby świętować zwycięstwo Polski? My dwoje, Danuto, po raz drugi, a niektórzy tutaj po raz pierwszy.

Guiomar postawił koszyk na ziemi i go otworzył. Był w dobrym humorze, jak zwykle. Danuta i Carlos zgodzili się, że to świetny pomysł. Tłumaczka popatrzyła na koszyk z podziwem i roześmiała się.

– Gdzieś ty łaził, że masz takie ślady na ramionach? – spytał Carlosa Guiomar.

Usłyszał to samo wyjaśnienie co Danuta.

– A ja nie będę znowu świętował? – spytał Pascal, podchodząc do kanapek.

Chłopiec wolał jednak pobawić się z psami, więc pobiegł za nimi, nie czekając na odpowiedź. Carlos poczuł ulgę. Miał wrażenie, że dziecko mogło szybko zapomnieć o spotkaniu z Jonem i Jone. Zbyt łatwo się rozpraszało.