Samotny mężczyznaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dlaczego na mnie nie poczekałaś? – spytał, kiedy ponownie spotkali się w drzwiach piekarni.

– Powiedziałam ci, że muszę zanieść kolację. Jon podgrzewa mięso w piekarniku. Poza tym musiałam pomyśleć – dodała nieco zmienionym, mocniejszym głosem.

– Ty też? – odparł Carlos, stawiając na ziemi kanister.

Inaczej niż jemu, dziewczynie przemyślenia dobrze zrobiły, a przynajmniej tak mu się wydawało. Uśmiechała się, cała jej złość gdzieś znikła.

– Pomóc ci z wodą? – spytała.

– Dam sobie radę – odparł Carlos.

Podniósł kanister i pchnął drewniane drzwi.

Piekarnia miała trzydzieści metrów kwadratowych, a piec znajdował się w głębi, naprzeciwko drzwi. Wokół leżały stosy worków z mąką i różne narzędzia do wyrabiania ciasta, a na środku stał marmurowy stół, którego Carlos używał do przygotowywania chleba. Jone weszła do pomieszczenia pierwsza, pobiegła przed siebie niczym rozbawiona dziewczynka i schowała się za wielkim stołem. Carlos pomyślał, że wstydziła się swojego ciała, które teraz, w jaskrawym świetle, pozbawione łagodzącego wpływu ciemności, jaka panowała przy źródle, odsłaniało być może nieco za szerokie biodra – sprawiające wrażenie, jakby Jone urodziła już wiele dzieci – a także mocne uda, nieco zakłócające harmonię całej sylwetki. Postawił kanister na swoim miejscu i przypomniał sobie nagle program telewizyjny, w którym mówiono o tym, że mężczyźni z epoki paleolitycznej znosili zimno i ból, by zdobyć muszle do ozdoby. Przyszło mu do głowy, że pomiędzy obiema sytuacjami można znaleźć związek: być może trudno wyobrazić sobie, by żyjący przed czterdziestoma tysiącami lat ludzie zachowywali się tak kokieteryjnie czy też odczuwali tak silną potrzebę ozdabiania swego ciała, ale tak samo zachowywała się ta kobieta, która chciała ukryć swą brzydotę za wielkim stołem, chociaż niewielu mogłoby się spodziewać takiego zachowania po członkini organizacji, która prowadziła walkę zbrojną. Oczywiście, jeśli ją zapytać, dlaczego wstąpiła do organizacji, skąd brała siłę, by stawić czoła przyszłości, w której czekało ją tylko więzienie, cmentarz albo pogarda ze strony większości społeczeństwa, pewnie powołałaby się na idee, które widniały w dokumentach i ulotkach. Skąd jednak brał się u niej ten wstyd wobec własnego ciała i inne, równie banalne uczucia? Carlos nie był tego pewien, gdyż z trudem ogarniał całość problemu, ale czasami sądził, że chodziło o brak hierarchii. Czy w jego przypadku było coś, co przyniosło mu więcej radości niż gol strzelony w wieku szesnastu lat? „Nie ma hierarchii”, usłyszał. Szczur nie przepuścił okazji, by się wypowiedzieć i na ten temat. „Nie można jednak powiedzieć, że każda sprawa ma taką samą cenę. Gdzie się podziało te dziesięć lat spędzonych w organizacji i więzieniu? I co będzie, jeśli złapią tych dwoje i zamkną cię na kolejne dziesięć? Naprawdę, zapomnij o starych historiach i jak najszybciej wypuść stąd Jone i jej towarzysza”.

– Po raz pierwszy widzę, jak ktoś piecze chleb – powiedziała dziewczyna. Stali naprzeciwko siebie i Carlos mieszał stare ciasto z mąką. – Czego dodajesz do tej masy?

– Na pewno nie dymu – odparł, widząc, że Jone zapala kolejnego papierosa.

– Dobra – powiedziała i schowała papierosa. Paliła marlboro.

– Pieczenie chleba nie jest trudne – zaczął wyjaśniać Carlos, nabierając chochlą wody z garnka postawionego na wolnym ogniu. – Ja robię to w prosty sposób: mieszam wodę i mąkę, a potem do ciasta dodaję trochę masy z wczoraj. To jednak nie składniki są tutaj sekretem. Chodzi o pilnowanie ciasta. Ciągle go pilnuję. Przychodzę cztery, pięć razy dziennie, żeby zamieszać ciasto.

Dziewczyna uważnie słuchała jego wyjaśnień i na koniec zagwizdała z podziwem.

– Naprawdę ci się to podoba! – krzyknęła, jakby się tego po nim nie spodziewała.

Tak, naprawdę mu się podobało. Był dumny ze swoich umiejętności pieczenia chleba i cieszył się, gdy goście hotelowej restauracji wyraźnie żądali jego wypieków, co wydawało mu się, tak samo jak Szczurowi, dość zabawne. Często podczas bezsennych nocy, gdy w myślach ponownie przebiegał ścieżki swojego życia – to wszystko, co nastąpiło po tamtym pamiętnym golu szesnastolatka – wydawało mu się, że sens mają tylko te ostatnie lata po przybyciu do hotelu, spędzone na pieczeniu chleba. „Świetnie – mówił w takich chwilach Szczur – prawie czterdzieści lat walki na tym świecie i co jest jej owocem czy owocem całego życiowego wysiłku? Chleb, ha, ha, ha, chleb, którym drobnomieszczanin wybiera resztki sosu pomidorowego z talerza”. Te uwagi złośliwej części jego sumienia były jednak Carlosowi obojętne. Bardzo kochał swoją pracę.

– Mówią, że jestem dobrym pasterzem chleba – powiedział do Jone, gdy nalewał wody z kanistra do utworzonego w kupce mąki krateru.

Był to wymyślony przez Guiomara żart, u którego źródła leżał, zdaniem Carlosa, pewien wyrzut. Carlos rzadko spędzał czas ze swoimi wspólnikami, jedynie czasami jadał z nimi kolację na tarasie restauracji albo grał w ping-ponga obok basenu. Jego wymówką zawsze była konieczność pilnowania chleba o niezwykłych porach.

– Tutejszy chleb jest bardzo smaczny. Dawno nie jadłam tak dobrego chleba, naprawdę – powiedziała dziewczyna.

Zanurzyła palec w cieście i spróbowała go. Wyszła zza stołu i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Wydawało się, że z każdą chwilą jej nastrój się poprawia.

– Woda też ma tutaj znaczenie. Woda z tamtego źródła jest wyśmienita, nie każdy piekarz ma dostęp do takiego luksusu – stwierdził Carlos, a w jego głosie dało się wyczuć pewną niecierpliwość.

Chciał już rozstać się z Jone, miał dość tych intymności, w dodatku mecz pewnie się właśnie kończył. Rozwalił kupkę mąki, która piętrzyła się na stole, i od nowa zaczął mieszać ciasto.

– Wiem, że ta woda jest dobra, to jasne.

Dziewczyna przejechała dłońmi po włosach. Panujące w piekarni ciepło zdążyło je już prawie wysuszyć.

Carlos kontynuował rozrabianie ciasta z coraz większym wigorem. Zwykle pracował w samotności, tracąc przy tym poczucie czasu, nurzając się we własnych myślach, które postrzegał jako obłoki leniwie zstępujące na niego z dalekiego nieba. Tym razem jednak było to niemożliwe. Dziewczyna nie chciała porzucić intymności, jaka powstała między nimi, i nieustannie zadawała mu pytania. Jak trafił do tego hotelu i stał się piekarzem? Istniał jakiś powód, dla którego nie wrócił do Kraju Basków? Czy długo siedział w więzieniu? Jednocześnie rozglądała się po pomieszczeniu, sprawdzała zawartość półek albo bawiła się pokrętłem pieca.

Carlos wyjął ręce z ciasta i odwrócił się w stronę dziewczyny. Nie rozumiał, dlaczego tak się zachowywała. Wystarczało już, że naruszyła wszystkie zasady bezpieczeństwa, nawet te najbardziej podstawowe. Jej ciekawość wydała mu się zupełnie nie na miejscu.

Jone zbliżyła się do niego. Carlos zamarł w oczekiwaniu na kolejne pytanie.

– Co sądzisz o przyjętej ostatnio polityce organizacji?

Usłyszawszy to pytanie, zrozumiał wszystko. Jego nieufne dotąd spojrzenie z miejsca się rozjaśniło. Był zaskoczony tym, co usłyszał, kierunkiem, jaki obrała rozmowa. Zapewne dziewczyna myślała sobie: „Temu facetowi niewiele brakuje, by wrócić do organizacji, dlatego zgodził się nas tu przechować. Przydałby nam się ktoś taki, bo ma dostęp do najlepszej możliwej kryjówki – hotelu parę kilometrów od Barcelony, idealnego miejsca, w którym mogliby się ukrywać nasi ludzie. Gdyby się zgodził, byłby to prawdziwy as w rękawie organizacji i rozwiązanie wielu problemów. Nie można stracić takiej okazji. Dzięki intymności, jaka się między nami nawiązała, będzie to łatwiejsze”.

Carlos nie chciał znać całego toku jej myślenia, bo reszta łączyła się z namiętnością, jaką odczuwała wobec niego Jone, i z kłamstewkami, które szeptał jej do ucha przy Fontannie Derby. Wystarczało mu to, czego już się domyślał. Wyjaśniało to jej pytania i okazywane mu zaufanie. Możliwe, że stanowiło też powód, dla którego odbyła z nim stosunek – ta świadomość sprawiła, że poczuł się jeszcze dziwniej. Miał wrażenie, że nie było w tym jednak wyrachowania, że dziewczyna raczej wymyśliła to sobie w drodze między źródłem a piekarnią i że to był powód zmiany w jej zachowaniu. Nie miał jednak pewności. Dla Jone zdobycie takiej kryjówki, jaką mógł stać się hotel, było bardzo ważne. Poza tym czy on też sobie podobnie nie pogrywał? Czy nie dał jej powodu, by tak myślała? Może w rzeczywistości dziewczyna zawsze miała na względzie tylko dobro organizacji.

– Sądzę, że wasza walka jest w obecnych warunkach absurdalna – powiedział sucho.

Tak rzeczywiście myślał, ale ostry ton głosu, jakim wypowiedział te słowa, wynikał z odkrycia prawdziwych intencji dziewczyny.

Jone zamilkła na moment, nie wiedziała, co zrobić. Potem wyjęła papierosa z paczki.

– Dobra – powiedziała wreszcie, gestem poprosiła o pozwolenie i zapaliła papierosa.

Nagle oboje zdali sobie sprawę z dystansu, jaki między nimi zapanował, a Carlos popatrzył na Jone jakby przez ciągnący się w nieskończoność tunel. Mogli rozmawiać, kokosić się na trawie, mogło łączyć ich pochodzenie, edukacja i doświadczenie, a jednak to wszystko nie wystarczało, by się do siebie naprawdę zbliżyli.

– To dlaczego nas ukrywasz? Zobaczyłeś moje zdjęcie w gazecie i chciałeś mnie poznać? – dziewczyna wróciła do rozmowy po krótkiej ciszy.

Naprawdę miał wrażenie, jakby mówiła do niego z końca długiego korytarza.

– Nie ma się o co gniewać – powiedział Carlos rozkazująco. – Ukrywam was teraz, zgoda, bo gdy mnie o to poproszono, wydawało mi się, że tak trzeba. Żadna decyzja nie jest jednak nieodwołalna. Być może następnym razem podejmę inną. Musicie to zrozumieć. Ja nie należę do organizacji. Przykro mi, ale taka jest prawda.

– Nie musi ci być przykro z mojego powodu – powiedziała dziewczyna.

 

Jej głos również zabrzmiał mocno. Zaciągnęła się krótko papierosem.

Carlos nie miał chęci kontynuować tej rozmowy, nie było żadnych szans na zrozumienie. Zabrakło połączenia między dwiema końcówkami tunelu. Wrócił do stołu i ponownie zajął się wyrabianiem ciasta.

– Dziękuję za kolację. Jak skończymy, przyniosę tacę na górę – powiedziała Jone.

Następnie uniosła pokrywę w podłodze schowka na drewno i zaczęła schodzić do znajdującego się pod nim pomieszczenia.

– Gdyby coś się działo, zadzwonię, jak zwykle – rzucił za nią Carlos, nim klapa się zamknęła.

– Nikt nie podsłucha? – spytała, wysuwając głowę.

Jej twarz była najładniejszą częścią jej ciała, okrągła, o pełnych ustach.

– To komunikacja wewnętrzna, więc nie sądzę.

Dziewczyna westchnęła, a w jej pełnych ustach pojawił się papieros.

– Może organizacja przekaże coś nowego. Mam dość tej dziupli. Prawie nie da się tam w środku palić przy tak słabej wentylacji – powiedziała.

– Nie patrz tak na mnie, to wina organizacji. Powiedzieli mi, że będziecie tu najwyżej tydzień, a minęły już dwa.

– Wiele kryjówek zostało spalonych. Musisz to zrozumieć.

Przymknęła oczy.

– Do tego mamy teraz problem z dzieciakiem. Czas działa na naszą niekorzyść – dodał Carlos, nakrywając ciasto białą ścierką.

– Dobra, Yulu Brynnerze, przekażesz mi instrukcje.

Dziewczyna zrobiła niechętną minę. Obok jej ładnej twarzy pojawiło się ramię, sięgnęło po klapę i sprawnie zamknęło ją nad sobą, równiutko z podłogą.

Carlos trochę uporządkował marmurowy stół, a także wrzucił kawałki drewna na miejsce i wyszedł z piekarni. „To w górę błąka się duch, to w dół”, przeczytał, nim zgasił światło.

Belle i Greta odezwały się niespokojnie, gdy przechodził obok ściany magazynu. Dochodziła jedenasta, psy długo już czekały na swoją kolację. Gdy kopnął w drzwi magazynu, zwierzęta ucichły, później przyniesie im coś do jedzenia. Ruszył żwawo w stronę hotelu, być może uda mu się zobaczyć końcówkę programu sportowego. Wkrótce, jeszcze zanim tam dotarł, dobiegły go głosy Ugartego, Guiomara i pozostałych zebranych w saloniku, mieszanka wybuchów śmiechu i okrzyków dobywających się z telewizora. Zrozumiał, dlaczego Guiomar tak nalegał. Zorganizował prawdziwe święto. Wrażenie, że trwa tam wielka impreza, pogłębiały zapalone na tarasie i w restauracji lampy oraz dźwięk dzwonów dochodzący z kościoła położonego u stóp góry Montserrat. W pewnej chwili Carlos poczuł z ulgą, że to wszystko stanowiło dowód, iż sformułowana przez niego tego popołudnia myśl jest prawdziwa. W sercu ludzi nie liczy się hierarchia, nie istnieją rzeczy ważne i nieważne, a więc nie można było udawać, że zwycięstwo Polski nie miało dla tych wszystkich ludzi w hotelu czy w miasteczku jakiegoś znaczenia. Zaraz jednak skorygował swój sąd, przynajmniej w kwestii dotyczącej dzwonów. Jako że było tak gorąco, od początku lata codziennie wybuchały pożary, a teraz w odległości jakichś trzech kilometrów od miasteczka rozciągała się czerwona łuna, będąca przyczyną bicia w dzwony. Jak donosiła prasa, czasami sadza niosła się aż w okolice stadionu Camp Nou i gdy w dniu meczu zapalano na nim światła, nad piłkarzami wisiała czarna mgła. Być może jednak dziennikarze przesadzali. W okolicach hotelu powietrze było tak samo czyste jak zawsze. Wokół ulicznej latarni krążył pospiesznie ten sam nietoperz.

Carlos potrząsnął głową i zatrzymał się na moment w wejściu do hotelu. Poprzez szeroko otwarte drzwi popatrzył w stronę tarasu. Tak, ładnie to wszystko przygotowano. Biała zastawa, niebieskie serwetki, obrusy także białe, małe biało-czerwone flagi, złocone lampy, czerwona flaga z gwiazdą… Wszystko sprawiało wrażenie niedawno zakupionego. Rzeczywiście, w pewnym sensie źle to wyglądało, że nie integrował się z grupą.

– Gdzie ty się włóczysz? – usłyszał, gdy przechodził obok recepcji. Zaraz poczuł też delikatny pocałunek na policzku. – Spokojnie, nikt nie widzi. Wszyscy są tam, w środku, mają już nieźle w czubie.

Nim zdążył zareagować, Maria Teresa zniknęła za drzwiami prowadzącymi do saloniku, niosąc tacę z piwem i kanapeczkami z szynką. Taka była, żwawa i skłonna do żartów, w kwadrans wykonywała pracę, która synowi Dora lub jakiemukolwiek kelnerowi zajmowała godzinę. Chociaż miała już prawie czterdzieści lat i dorosłego syna, zachowała dziewczęcą sylwetkę i musiała nosić buty na obcasie, by nikt nie brał jej za nastolatkę. Carlos mrugnął do niej, wchodząc do saloniku.

– Proszę – podała mu butelkę zimnego piwa i poszła do kuchni.

Salonik był sporym pomieszczeniem, poprzedni właściciele hotelu urządzili tu rodzaj sali widowiskowej z czterdziestoma fotelami i podestem. Zazwyczaj odbywały się w nim prezentacje dla sprzedawców, ale latem 1982 roku całą salę poświęcono futbolowi. Tutaj zbierali się piłkarze reprezentacji Polski, by poznać taktykę trenera Piechniczka, tutaj także przeprowadzano konferencje prasowe. To wszystko w godzinach porannych lub wczesnopopołudniowych. Natomiast od piątej po południu oglądano w saloniku mundialowe mecze. W tym celu Guiomar zakupił ogromny telewizor, który umieszczono na podeście.

Gdy Carlos wszedł do saloniku, właśnie ucichł panujący tu wcześniej zgiełk, a siedzący w fotelach skupili się na parze, która pojawiła się na ekranie. Po lewej stał zdyszany, spocony Piechniczek, obok niego zaś tłumaczka Danuta Wyka, sprawiająca wrażenie porcelanowej figurki, której powietrze nie jest potrzebne do życia. Cisza trwała już dobrą chwilę, gdy Pascal, który siedział w pierwszym rzędzie razem z Guiomarem i synami Dora, zaczął krzyczeć, odwracając się do tyłu i sprawdzając, czy wszyscy zdali sobie sprawę, że na ekranie widzą Danutę Wykę. Carlos skorzystał z wybuchu śmiechu, jaki spowodowała reakcja chłopaka, i bezszelestnie usiadł w ostatnim rzędzie. Po prawej miał kilku policjantów przydzielonych do ochrony reprezentacji Polski.

– Myśli, że Danuta to jego babcia. Niestety nie jest to najbystrzejsze dziecko na świecie – powiedział do Carlosa Ugarte, który przeszedł właśnie korytarzem dzielącym na dwie części rzędy foteli i zachowywał się tak, jakby cały wieczór spędzili razem i kontynuowali teraz wcześniej rozpoczętą rozmowę. Większość obecnych piła piwo, ale on trzymał w ręku prawie pełną szklankę whisky. Kostki lodu w jej wnętrzu odbijały światło.

– Po co miałby być najbystrzejszy na świecie, mając takiego ojca jak ty – odpowiedział mu podobnym tonem Carlos.

Przed Pascalem z podestu zwisała wielka latarka. Na pewno to w jej świetle widział pistolet Jone.

– Gdyby wdał się we mnie, miałby jakieś szanse, ale niestety wszystko ma po Laurze – dodał Ugarte, pokazując na ciemnowłosą kobietę siedzącą tuż za chłopakiem. – Nawet nie wie, kto jest jego prawdziwą babką. A ma pięć lat, wyobraź sobie!

– Trzeba go wysłać do tej prawdziwej – odparł Carlos, wpatrując się w gesty trenera Piechniczka na ekranie.

Jednak również myślał o dziecku. Co ono ma w głowie? A dokładniej: w którym miejscu jego głowy znajduje się obraz pistoletu?

– Pewnie, że go wyślę, nie myśl sobie. Samochodem, pociągiem, samolotem, statkiem, balonem, a nawet na piechotę. Dla mnie teoretyczna deklaracja, że ojciec ma zajmować się dzieckiem, nie ma nic wspólnego z praktycznym faktem, że to ja mam zajmować się Pascalem. Jestem całym sercem za teorią, jak większość lewicowców południowej Europy, ale już w praktyce widzę wiele niedociągnięć. W tej kwestii również jestem typowym przedstawicielem lewicy z południowej Europy.

Carlos roześmiał się na tę niezwykle szczerą odpowiedź. Ugarte raczej nie był pijany. Lubił udawać osobę będącą pod wpływem alkoholu i walić prawdę między oczy, jak to robili pijacy. W tym momencie także zwrócił uwagę na pewną kwestię. Odkąd w hotelu zjawiła się reprezentacja Polski, trudno było wytrzymać ekscytację Pascala i wywołany nią nieustanny potok słów. Nawet psy, zwłaszcza Belle, unikały dziecka. Teraz Pascal stanął na fotelu i podniecony prosił o ciszę.

– Bądźmy cicho, bo przemawia jego babcia – powiedział konspiracyjnym tonem Ugarte.

„Lato rozegrał dziś setny mecz w barwach reprezentacji Polski”, powiedziała Danuta Wyka, tłumacząc ostatnie słowa Piechniczka. „Z tego względu dzisiejsze zwycięstwo cieszy nas podwójnie. Z jednej strony, bo zagraliśmy dobrze i podbudowaliśmy morale przed czekającym nas w niedzielę meczem ze Związkiem Radzieckim. Z drugiej strony, Lato rozegrał fantastyczny mecz, prowadził piłkę z mocą i natchnieniem. Te trzy gole Bońka wyszły spod butów Laty”.

Mówiła wolno i czystym głosem, ale za bardzo podkreślała głoskę „r”.

– Co ciekawe, prawdziwa babcia Pascala też nosi zielone kolczyki – zauważył Ugarte, unosząc swoją szklankę w stronę ekranu.

– Dlatego chłopak się myli. Być może z twoim synem jest wszystko w porządku – dodał Carlos.

Lubił pojedynki słowne z Ugartem. Bawili się tak od dawna, od czasu, gdy razem zaczęli działać w organizacji.

– Jestem ci wdzięczny – odparł Ugarte i poklepał go po plecach. – Ojcu zawsze miło posłuchać takich pocieszających słów. Ale Pascal to przegrana sprawa. Wiesz, o co wczoraj mnie zapytał? Czy Boniek jest jego drugim ojcem. Dlaczego? To proste. Skoro zawsze podczas wywiadów widzi Danutę z Bońkiem, myśli, że ona jest matką piłkarza. A skoro to jego babka… To niegłupie rozumowanie, nie przeczę. Nie sądziłem, że jest zdolny do wyciągania tak logicznych wniosków.

Być może naprawdę martwił się problemami swojego syna? Carlos nie miał pojęcia, jak to rozumieć. Często słowotoki jego wspólnika miały podwójny sens i zwykle można było się domyślić, o co mu chodziło.

– Powiedziałem mu: „Pascal, przykro mi. Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć”. – Ugarte pociągnął łyk ze szklanki. – „Musisz jednak znać prawdę. Twój prawdziwy ojciec nie mierzy stu osiemdziesięciu jeden centymetrów ani nie waży siedemdziesięciu pięciu kilo, tylko ma sto siedemdziesiąt dwa centymetry i sześćdziesiąt kilo wagi. Poza tym nigdy nie dostał powołania do żadnej reprezentacji, nawet w więzieniu, gdy my, polityczni, graliśmy przeciwko zwykłym osadzonym. Wujek Carlos i wujek Guiomar zagrali, ale twój tata nie. Wreszcie, za twojego tatę nikt nie zapłaciłby stu osiemdziesięciu milionów, które ponoć Juventus chce dać za Bońka. I te trzy miliony, jakie w tym tygodniu zarobił Boniek na mistrzostwach. Twój tato nie mógłby tyle zarobić, chyba że…” – Ugarte podniósł w teatralnym geście obie ręce – „chyba że napotkałby tę parę uciekinierów, Jona i Jone, no i wydał ich w ręce policji, rzecz jasna”.

Carlos nie odrywał wzroku od telewizora, ale stał się czujny. W prasie codziennie mówiono o trzymilionowej nagrodzie policji dla tego, kto przekaże jakieś informacje dotyczące tej pary – do tego pił Ugarte. Wiadomość pojawiała się pod zdjęciem Jona i Jone.

Nie zdążył nic odpowiedzieć, gdyż zbliżył się do nich Guiomar z Pascalem pod pachą. Postawił chłopca niczym paczkę i pokazał uwolnioną ręką tace na stole w głębi pomieszczenia, pytając, czy chcieliby coś zjeść. Carlos i Ugarte pokręcili głowami.

– Ale mecz straciłeś! – zawołał do Carlosa. – To było głupie z twojej strony. Niesamowity mecz. Spytaj tylko Pascala – zakończył, podnosząc dziecko tak wysoko, że mogło dotknąć sufitu.

– Boniek strzelił trzy bramki – pisnął chłopiec z wysoka.

Gdy zostali sami, Ugarte powiedział do Carlosa:

– Guiomar nie tylko jest z nas najwyższy, ale też najlepszy. Zawsze tak było. Dobra dusza grupy, un noi exemplar, jak to mówią w Katalonii. Byłby też idealnym ojcem dla Pascala. Nie wiem, czy równie dobrym mężem dla Laury, bo nie jest to takie proste. Wiesz przecież, że ona za dużo gada o komunizmie i podobnych sprawach. Jak nie o Leninie, to o Aleksandrze Kołłontaj, a jak nie o niej, to o Róży Luksemburg. Nie, nie sądzę, że byłby lepszym mężem dla Laury niż ja. Ale ojcem z całą pewnością. Czasami naprawdę się tego wstydzę. Wydaje mi się, że Pascalowi dostał się najbardziej rozczarowujący ojciec na świecie. Dlatego mu palnąłem to kazanie o Bońku. Żeby jak najszybciej stracił złudzenia. Niech nie czeka, aż będzie większy, żeby się rozczarować, bo wtedy trudniej mu będzie się z tego podnieść.

– Cisza! – krzyknął Pascal z ramion Guiomara, machając kawałkiem szynki.

Guiomar wsparł tę prośbę, pokazując ręką w stronę ekranu. Widniały na nim plakaty z napisami „Solidarność” i „Freedom for Walesa”, których pojawienie się na stadionie zostało przywitane przez liczne sektory publiczności – nawet loże – oklaskami. Na drugim planie Piechniczek, Danuta i prowadzący program nadal siedzieli w studiu.

„Wszyscy, którzy oglądali mecz, mogli zobaczyć, że starcie Polski z Belgią miało pewien posmak polityczny. Z jednej strony te plakaty i obecność niektórych przywódców Solidarności na stadionie. Wiadomo też, że papież Karol Wojtyła wyraził swoje zainteresowanie z Watykanu. Ponoć oglądał dzisiejszy mecz we włoskiej telewizji. Co pan na to, panie trenerze?”.

 

Danuta Wyka uśmiechnęła się i przetłumaczyła pytanie. Wyglądało na to, że Piechniczek z każdą chwilą coraz bardziej się poci.

„Nie rrobimy polityki, interresuje nas tylko sporrt”.

Ugarte trafnie przewidział odpowiedź.

„Przyjechaliśmy do Barcelony, żeby grać w piłkę, a nie zajmować się polityką”, przetłumaczyła Danuta.

– Patrz tylko, jak się poci. Moim zdaniem Piechniczek boi się naszej babci. Danuta Wyka robi pewnie za komisarza politycznego tej ekspedycji. Agentka Jaruzelskiego, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Carlos zaśmiał się z przymusem na te słowa Ugartego. Trener pocił się z powodu upału, z kolei Danuta naprawdę wyglądała jak babcia, choć może taka z arystokratycznej rodziny.

– Tak, tak, martwi mnie to, jak odgrywam rolę ojca – wrócił do poprzedniego tematu Ugarte, odwracając się od telewizora. – Myślę, że niewiele mu pomagam. Być może teraz trochę tak. Tyle że to nie wystarczy. Nie chcę przecież zostawić go samego i bez pieniędzy. Przypuśćmy, że zachowuję się jak ci turyści, którzy ostatnio przyjeżdżają pod Montserrat i przygotowując paellę, zaprószają ogień niedaleko hotelowego basenu. Przypuśćmy, że ogień dociera aż tutaj i pochłania nasz hotelik, razem z twoją piekarnią, oczywiście, bo ogień działa na ślepo. Co się wówczas stanie? Ubezpieczenie tego nie obejmuje i Pascal, nasz spadkobierca, nasz el hereu, jak to tutaj mówią, zostaje z niczym. To byłoby dla niego wielkie rozczarowanie, prawda? Ja tego jednak nie chcę, niech się trochę rozczaruje tym światem, ale nie aż tak. Wiesz sam, co się potem dzieje, jak tacy synkowie całe życie są w konflikcie z rodzicami, ciągle gadają na rodziców. Tak było z Guiomarem, pamiętasz? Całymi dniami mówił tylko o tym, że jego ojciec to świnia, i przecież nawet nie kłamał. Ja naprawdę czegoś takiego nie chcę.

Carlos wzmógł czujność. Najpierw nieco w to wątpił, lecz teraz wyraźnie widział, do czego zmierzała ta rozmowa. Ugarte miał pewne powody, by tak do niego mówić.

– Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, postaraj się zrobić to przed powtórką goli. Strasznie owijasz w bawełnę – rzucił swoim zwykłym, spokojnym tonem.

Ugarte pociągnął kolejny łyk whisky, a jego ciało napięło się w fotelu.

– Tak, chcę ci coś powiedzieć. Przedwczoraj przeglądałem rachunki w biurze i coś mi się nie zgadzało w kwestii ryb, jakie zjadamy w restauracji. Pomyślałem, że przecież jest piątek, czyli Neptuno powinien być w okolicy, więc zapytam bezpośrednio jego. – Ugarte cedził słowa mocniej niż poprzednio.

Neptuno to był ich kumpel z dawnych lat, który, odkąd przejęli hotel, przywoził im ryby z Kraju Basków.

– Był tutaj. Przynajmniej widziałem jego samochód.

– Więc go zawołałem, żeby przyszedł do biura, i co mam ci powiedzieć? Wiesz, jaki on jest, niby król morza, ale na lądzie to jest prawie taki sam jak Pascal, i w dodatku nie można powiedzieć, że umie cokolwiek udawać. Pamiętasz, jak niebezpiecznie było się z nim umawiać, nawet między dziesięcioma tysiącami kibiców, bo policja zaraz go wyławiała z tłumu, choćby zachował wszystkie środki ostrożności i kibicował z największym zapałem. Kto wie, może właśnie dlatego ciągle go podejrzewali, bo tak się zapalał na tych meczach koszykówki, nie mając o niej pojęcia. Ale do rzeczy, masz rację, za bardzo owijam w bawełnę. Neptuno myślał, że poprosiłem go z innego powodu, nie z powodu ryb. I im więcej starał się udawać, że nic nie wie, tym większej pewności nabierałem, że coś wie. I zadałem sobie pytanie: do czego doszło między Carlosem a Neptunem? Bo na pewno Neptuno nie ruszy palcem bez zgody komendanta.

– Dziękuję za tego komendanta, ale nie wiem, co mam ci powiedzieć. Nie rozumiem twoich tajemniczych uwag. – Carlos skrzyżował ręce na piersi i rozluźnił się w fotelu.

„Teraz chciałbym porozmawiać o meczu między Polską a Związkiem Radzieckim”, powiedział dziennikarz. Program sportowy miał się już ku końcowi.

– Tak, na tym świecie jest wiele tajemnic – odparł Ugarte i poruszył szklanką, w której kostki lodu prawie już się rozpuściły. – Na przykład dlaczego ten biznes z hotelikiem tak dobrze nam wyszedł. Albo dlaczego się ożeniłem, albo dlaczego taki człowiek akcji jak ty łazi otumaniony, spędzając pół dnia na spaniu i drugie pół na pieczeniu chleba. Tajemnicze rzeczy. W każdym razie ta moja tajemnica nie jest jakoś specjalnie skomplikowana. Sądzę – zniżył nieco głos – że Neptuno zajął się pewną drobną sprawą. Niejaki Jon i niejaka Jone przyjechali z Kraju Basków na pace jego furgonetki, między skrzynkami z dorszem. Dla mnie to oczywiste. Jeśli się mylę, to nigdy nie brałem udziału w tej wojnie.

– Neptuno nie należy do organizacji, ja też nie. Tyle ci powiem. Niezłą historię sobie wymyśliłeś.

Carlos powiedział to flegmatycznie, jak byk opędzający się niespiesznie od much. „Tak trzymać, Carlos”, wyszeptał w jego wnętrzu głos Sabina. „Ugarte spędza mało czasu z Pascalem, nie mógł usłyszeć historii z pistoletem. A jeśli się o niej dowie, nie może jej z niczym powiązać”.

– W takim razie coś mi się pomyliło i moje wynurzenia to tylko delirium pijaka – powiedział Ugarte.

– Nie sądzę, żebyś był pijany, ale lata w organizacji wywarły na ciebie pewien wpływ. W twojej głowie siedzą duchy, a ja mam już dość zajmowania się idiotycznymi historiami. Niczym się nie martw, nic się nie dzieje.

– Jaka szkoda, że nie mogę w tym samym momencie powiedzieć tego Laurze. – Ugarte postawił szklankę na podłodze. – Jest zajęta, robi wykład temu porucznikowi. Inaczej od razu poszedłbym przekazać jej dobre wieści. – Wskazał na róg pomieszczenia, w którym jego żona rozmawiała z szefem ochrony reprezentacji. – Szkoda, naprawdę szkoda, że Laura nie może się dowiedzieć, co mi powiedziałeś.

– Jest przyzwyczajona, że niewiele jej mówisz o tym, co się tutaj dzieje. Powiedziałeś jej, że ta nowa pomoc kuchenna tak cię kręci? Wiesz, o kim mówię, ta dziewczyna z miasteczka. Tak przy okazji, nie sądzę, że jest komunistką. Myślę, że należy do tych z Caritasu, bo mówi tak jak oni.

Ten cios poniżej pasa nie wynikał jedynie z gniewu. Carlos chciał także wysondować, ile Ugarte wie. Dziewczyna mogła mu powiedzieć, że jego wspólnik wynosi psom porządne jedzenie. To rzeczywiście mogło mu się wydać podejrzane, bo Ugarte dobrze wiedział, że psy jadły głównie resztki z kuchni.

– Mówisz o Nurii, o pulchniutkiej Nurii. Nawet nie wiesz, jak ona spodobała się mojej żonie. Nie tylko dlatego, że przykładnie pracuje w kuchni, pomaga jej i Dorowi, ale także z powodu swoich uszu. Uszy Nurii zniosą wszystko. Tak na dobry początek Laura wyjaśniła jej, jak zorganizowano radziecką służbę zdrowia, punkt po punkcie, i ta przyjęła to bez komentarza. Prawdę mówiąc, Laura ostatnio jest bardzo zadowolona. Gdy nie ma pod ręką Nurii, ma Guiomara, a gdy nie może znaleźć tych dwojga, jest jeszcze babcia Pascala. Ponadto babcia z nią dyskutuje, bo Danuta jest dość obeznana w tych tematach, i tak sobie pytlują o Róży Luksemburg. Naprawdę, moja żona za dużo gada o komunizmie, ale to nie jej wina. Sam wiesz, że już jako mała dziewczynka wpadła w gar, w którym gotowały się dzieła Lenina.

Na ekranie Kupcewicz podawał do Laty, a ten prowadził piłkę i omijał dwóch belgijskich obrońców. Następnie podał do tyłu, a Boniek posłał piłkę do bramki niesamowitym strzałem. Tak padł pierwszy gol Polaków.

– Tyle że z czasem Laura stała się taka jak ja – ciągnął Ugarte. – Teorie Lenina bardzo jej się podobają, ale gorzej z praktyką. Na przykład nie chciałaby stracić ani części z tego, co jej przysługuje z własności hotelu. Wiesz, jak haruje w kuchni, a efekty tej harówki według niej należą się Pascalowi.