Samotny mężczyznaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



© Xavier Idoate

Bernardo Atxaga

(właśc. Joseba Irazu Garmendia; ur. 1951 w Asteasu)

Pisarz uważany za jednego z najważniejszych twórców współczesnej literatury baskijskiej. W latach siedemdziesiątych stawiał pierwsze kroki jako poeta awangardowy, a niedługo potem zdecydował się poświęcić wyłącznie działalności pisarskiej. Opublikował ponad pięćdziesiąt dzieł, w tym kilkanaście powieści, poza tym także książki dla dzieci, zbiory poezji, słuchowiska radiowe, sztuki teatralne. Jest laureatem licznych nagród, m.in Premio Crítica, Premio Nacional de Narrativa czy Premio Euskadi. Jego utwory przetłumaczono dotąd na ponad trzydzieści języków.

W listopadzie 2019 roku Bernardo Atxaga otrzymał prestiżową nagrodę Premio Nacional de las Letras Españolas, przyznaną mu za „istotny wkład w modernizację i rozpowszechnienie języków baskijskiego oraz hiszpańskiego, dokonywane poprzez prozę, w której autor w błyskotliwy sposób łączy fikcję i rzeczywistość”.


Katarzyna Sosnowska

(ur. 1979)

Tłumaczy z angielskiego, niemieckiego i hiszpańskiego, a od niedawna także z baskijskiego. Stypendystka programu „Itzultzaile Berriak” („Nowi Tłumacze”), zorganizowanego przez Baskijski Instytut Etxeparego i Baskijskie Stowarzyszenie Tłumaczy w ramach projektu „Donostia / San Sebastian Europejska Stolica Kultury 2016”. Sześciomiesięczny pobyt w Kraju Basków sprawił, że zafascynowała się tamtejszą kulturą i literaturą oraz plażami. Prywatnie zagorzała fanka piłki nożnej.

Słowo od tłumaczki

W twórczości Bernarda Atxagi sprawy baskijskie zajmują poczesne miejsce. Nie inaczej rzecz ma się w przypadku Samotnego mężczyzny, powieści, której bohaterem jest były członek ETA i która zawiera odniesienia do sytuacji politycznej Hiszpanii przed 1982 rokiem. Dla wyjaśnienia kontekstu pozwalam sobie tutaj bardzo skrótowo nakreślić baskijską trajektorię historii XX wieku.

Baskowie to – obok Katalończyków i Galisyjczyków – jeden z historycznych narodów Hiszpanii, cieszący się na przestrzeni dziejów przywilejami i własnymi prawami w ramach hiszpańskiego królestwa. Jednakże w wieku XIX o te prawa musieli oni stoczyć przegraną walkę z liberalnymi siłami centralnymi, a wkrótce potem, wraz z rozwojem przemysłu wydobywczego i hutniczego, w okolice Bilbao napłynęły tysiące ludzi z całej Hiszpanii. Ta sytuacja (w wielkim uproszczeniu, bo w grę wchodziły również inne czynniki) sprawiła, że pod koniec XIX wieku rozbudzony został baskijski nacjonalizm. Powstała wtedy Nacjonalistyczna Partia Baskijska, a język baskijski, którym do tej pory posługiwano się głównie na terenach rolniczych oraz w rybackich miasteczkach, zaczął nabierać znaczenia także wśród klasy średniej, będącej spiritus movens nacjonalizmu.

W roku 1931 w Hiszpanii powstała II Republika i baskijscy politycy zaczęli swe starania o autonomię. Jednak pierwszy autonomiczny rząd baskijski został utworzony dopiero w październiku 1936 roku, kilka miesięcy po buncie generała Franco i rozpoczęciu wojny domowej. W tym momencie baskijscy nacjonaliści, po pewnym wahaniu, zdecydowali się poprzeć siły republikańskie. Sformowano oddzielne wojsko baskijskie, którego członków zwano eusko gudariak, baskijskimi żołnierzami. Mit oddającego życie za baskijską ojczyznę gudari stał się potem jednym z kluczowych w imaginarium związanym z ETA.

Baskowie przegrali wojnę domową, wraz z całą Republiką. Sporo też przy tym wycierpieli. Wiosną 1937 roku armie Franco zbliżyły się do Bilbao, którego zajęcie było ważne ze względu na dostawy stali dla przemysłu wojennego. Na linii okopów opór stawiały niedobitki armii baskijskiej i republikańskiej, wzmacniane przez lokalne pospolite ruszenie. Gdy jednak doszło do bombardowań baskijskich miasteczek, z których najsłynniejsze to naznaczona tragicznym losem Gernika, było wiadomo, że wojna się skończyła. Wkrótce na Kraj Basków spadły represje – za udział w wojnie po niewłaściwej stronie i z powodu atawistycznej wręcz niechęci frankistowskiej Hiszpanii do swoich mniejszości narodowych. Oprócz masowych aresztowań, rozstrzeliwań i innych represji rozpoczęły się również prześladowanie baskijskiej symboliki oraz tępienie języka baskijskiego. Za jego używanie można było trafić nawet do więzienia, a dzieci w szkołach były dotkliwie karane.

Wskutek tych prześladowań, a także jako efekt ostatecznej porażki wizji baskijskich polityków, którzy do lat pięćdziesiątych z emigracji kierowali dyplomatyczną wojną przeciwko Franco, narodził się ruch wyzwoleńczy znany jako ETA (Euskadi Ta Askatasuna – Kraj Basków i Wolność). W realiach hiszpańskiego powojnia nie było to nic dziwnego, gdyż w całej Hiszpanii istniały podziemne organizacje związane z ugrupowaniami komunistycznymi, anarchistycznymi czy socjalistycznymi. ETA początkowo zajmowała się dywersją i działalnością kulturalną, by ochronić baskijskie tradycje oraz język. Szybko jednak, wobec spirali represji, doszło do eskalacji przemocy i ostatecznie pod koniec lat sześćdziesiątych ETA rozpoczęła działalność, którą określiła mianem walki zbrojnej. Najpierw jej ofiarą padali wojskowi i policjanci, uznawani za okupantów. Z czasem rozszerzono ataki na osoby postrzegane jako nastawione antybaskijsko. Istotnym elementem działalności organizacji stało się także pobieranie tzw. podatku rewolucyjnego, czyli wymuszanie okupu na lokalnych przedsiębiorcach i na osobach zamożnych. Gdy „wezwanie do zapłaty” nie spotykało się z szybkim odzewem, oporną osobę porywano i wymuszano okup na jej rodzinie. W skrajnych sytuacjach porwaną osobę zabijano. Takie akcje stanowią jedno ze wspomnień bohatera Samotnego mężczyzny.

ETA nie tylko walczyła o baskijską niepodległość, lecz również przyswoiła sobie lekcje z rewolucji kubańskiej Fidela Castro i czuła się częścią ruchu antykolonialnego. W jej szeregi wstępowało coraz więcej członków niebędących etnicznymi Baskami – potomków robotników napływających z całej Hiszpanii. Wówczas doszło do zwrotu w ideologii nacjonalistycznej – wyznacznikiem baskijskości stała się znajomość języka, a nie czystość krwi, jak w pierwotnej myśli nacjonalistycznej. Ten zwrot ideologiczny sprawił, że nacjonalizm baskijski mógł się stać ruchem prawdziwie internacjonalistycznym, skupionym na walce zarówno o niepodległość narodową, jak i o wprowadzenie socjalizmu. W ten sposób ETA zyskiwała wsparcie na świecie i przychylność międzynarodowej opinii publicznej. W roku 1970, gdy w słynnym procesie w Burgos sądzono przywódców organizacji, głosy poparcia dla więźniów przychodziły z całego świata, co doprowadziło do tego, że reżim ugiął się i nie skazał aresztantów na karę śmierci. Z kolei w 1973 roku ETA dokonała zamachu na admirała Luisa Carrero Blanco, szykowanego na następcę Franco. Dwa lata później umarł dyktator – wcześniej zdołał podpisać ostatnie wyroki śmierci na dysydentów, wśród których znajdowali się dwaj członkowie ETA: Otaegui i Pardines, czego ślad także pojawia się w powieści Atxagi. Rozpoczęła się burzliwa epoka hiszpańskiej transformacji, w trakcie której zamachy terrorystyczne przeprowadzane przez ugrupowania od prawa do lewa sceny politycznej stały się chlebem powszednim. W roku 1977 uchwalono powszechną amnestię dla więźniów politycznych. Wielu z uwolnionych członków baskijskiego ruchu oporu, tak jak bohaterowie powieści, udawało się na terytorium francuskiego Kraju Basków (które od początku stanowiło „sanktuarium ETA”), by przeczekać niepewną sytuację polityczną.

Wprawdzie nowa konstytucja, uchwalona w 1978 roku, zakładała autonomię dla Kraju Basków, jednak ETA nie złożyła broni. Wręcz przeciwnie, zamachy nasiliły się na początku lat osiemdziesiątych, część Basków nie czuła się w nowej Hiszpanii u siebie i nadal żądała niepodległości, część chciała wprowadzenia socjalizmu, inni zaś rozliczenia frankistowskich zbrodni. Ponadto pofrankistowska Hiszpania była krajem słabym, jej demokracja za bardzo zależała od elit dawnego reżimu, szczególnie od wojska. W lutym 1981 doszło do próby zamachu stanu. Została ona udaremniona, lecz w wielu środowiskach nadal utrzymywał się strach przed siłą wojska i policji.

Nie bez znaczenia była także wewnętrzna dynamika organizacji – ludzie, których młodość upłynęła w podziemiu, rozpaleni rewolucyjnymi ideami i życiem na krawędzi, z trudem wracali do normalnego życia. Część dawnych członków ETA zajęła się oficjalną polityką; w warunkach nowej demokracji zakładali oni partie polityczne. Minie jednak jeszcze wiele lat i zginie wielu ludzi, nim na baskijskiej lewicy zwolennicy drogi politycznej wezmą górę nad zwolennikami walki zbrojnej.

Zamachy ETA, których ofiarą wciąż padali głównie przedstawiciele sił porządkowych, spowodowały nasilenie represji w Kraju Basków, które z kolei utrzymywało poparcie dla ETA wśród ludności. Ta walka przerodziła się w tzw. brudną wojnę, w której państwo – już demokratyczne – opłacało najemników, by likwidowali osoby powiązane z baskijską opozycją. Jednocześnie ETA coraz częściej zaczęła uderzać także w ludność cywilną. Jest to moment, w którym – o czym mówi Bernardo Atxaga w wywiadzie zamieszczonym w tym tomie – baskijska walka zbrojna traci swój aspekt poetycki.

 

Wprawdzie wykracza to poza ramy czasowe powieści, warto jednak wspomnieć, że raz rozpędzonej machiny przemocy nie dało się zatrzymać przez kolejne trzydzieści lat, a konflikt baskijski, mimo samorozwiązania się ETA w 2018 roku (nieaktywnej od czasu „ostatecznego” zawieszenia broni w 2011 roku), nie został tak naprawdę zakończony. Nadal istnieją silne ugrupowania działające na rzecz przeprowadzenia w niedalekiej przyszłości referendum niepodległościowego, a państwo hiszpańskie chętnie sięga po hasło „wszystko to ETA”, uderzając w związane z baskijską lewicą niepodległościową media, oraz podtrzymuje wprowadzoną pod koniec lat osiemdziesiątych zasadę, że baskijscy więźniowie polityczni odbywają karę w ośrodkach oddalonych o setki kilometrów od rodzinnych stron. Jednocześnie konflikt ten nadal stanowi istotny temat dla literatury powstającej w Kraju Basków (zarówno w języku baskijskim, jak i hiszpańskim).

Przez meandry językowe i odniesienia kulturowe podczas prac nad przekładem pomogły mi przebrnąć Erika Castaños, Irantzu Duro i Ainhoa Mendizabal. Nieocenioną pomocą, jak zawsze, służyli też koledzy i koleżanki z facebookowego Forum Tłumaczy Literatury.

Samotny mężczyzna

Lecz biada samotnemu, gdy upadnie! Nie ma drugiego, który by go podniósł.

Księga Kaznodziei Salomona, 4, 10 (Biblia warszawska)

Mężczyzna, na którego mówią Carlos, wiedział, że zamarznięte morze było jedynie obrazem ze snu, wiedział także – przypominał mu o tym sucho jeden z jego wewnętrznych głosów – że powinien otrząsnąć się z letargu, wstać z kanapy i jak najszybciej udać się do saloniku hotelu, gdzie wraz z kolegami miał obejrzeć mecz. Tego dnia, w poniedziałek 28 czerwca 1982 roku, reprezentacja Polski walczyła o awans do półfinału. Ale widziane we śnie morze przyciągało uwagę tej części mózgu Carlosa, która nadal nie wracała do rzeczywistości. Przyjemne wrażenie spadania powstrzymywało go przed otwarciem oczu. Wydawało mu się, że jest kamieniem lecącym ku morzu, czymś w rodzaju asteroidy, a zamarznięte wody, ku którym zmierzał, paradoksalnie sprawiały wrażenie czegoś przytulnego, więc szykował się do przebicia pokrywy lodowej, by zanurzyć się w tym, co się pod nią kryło. Ostatecznie nie doszło jednak do zetknięcia z morzem, mimo że prawie się o nie otarł. Sen uległ zmianie – pojawił się w nim przypominający nietoperza wielki ptak, który coraz wolniej przemieszczał się nad wodami i z wysoka podziwiał drapieżnymi oczami przyprószoną śniegiem powierzchnię morza, przypominającą w tym momencie biały płaskowyż.

Carlos usiadł wygodnie na kanapie i odwrócił się plecami do okna, przez które wpadały ostatnie tego dnia promienie słońca. Nie chciał wybudzić się z tego snu, chciał zatrzymać pojawiające się w nim obrazy. Ponadto muzyka symfoniczna dochodząca z jakiegoś miejsca w morskich głębinach sprawiała, że ogarniał go spokój.

Jego pragnieniu nie stało się jednak zadość. Muzyka została zagłuszona pytaniem, które jakaś kobieta zadała paleontologowi o nazwisku Ruiz Agirre, a ponieważ nazwiska baskijskie zwracały jego uwagę, odkąd zamieszkał w Barcelonie, Carlos otworzył oczy i spojrzał na stojący przed nim szesnastocalowy telewizor. Na ekranie młody okularnik, paleontolog, odpowiadał na pytanie prowadzącej program.

„Oczywiście, że nie. Sama pani wie, że na wybrzeżu baskijskim olbrzymie pterodaktyle z trudem by przetrwały. Nawet jeśliby im się to udało, nie mogłyby latać, bo te gady, tak samo jak ich współcześni krewniacy, były zmiennocieplne, to znaczy niezdolne do utrzymania stałej temperatury ciała, tak więc między tymi lodami nie miałyby siły latać”.

„Tak, to prawda – przytaknęła z uśmiechem prowadząca program. – W epoce, o której mówimy, pterodaktyle nie mogły żyć, bo zniknęły z powierzchni ziemi miliony lat wcześniej. Musiałam jednak o nie spytać, bo moje dzieci nigdy by mi tego nie wybaczyły. Szaleją na punkcie dinozaurów”.

Był to program naukowy, w którym zarówno prowadząca, jak i paleontolog mocno się wysilali, by podtrzymać rozmowę. Carlos, nieco rozczarowany odkryciem, że jego sen miał tak banalne źródło, spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma trzydzieści, a więc za pół godziny rozpoczynał się mecz Bońka, Laty i reszty przeciwko Belgom. Mieli go pokazywać na innym kanale niż ten, który emitował właśnie program o czasach prehistorycznych.

„Boniek jest teraz wielką gwiazdą futbolu”, przeczytał Carlos w leżącej na dywanie gazecie sportowej, na którą padł jego wzrok. „Jest doceniany, kochany, a nawet, jak mieliśmy okazję zobaczyć w Barcelonie, ubóstwiany. Ponadto koledzy z drużyny bardzo go szanują, a w Polsce nikt nie zapomni, jak wstawił się za bramkarzem Młynarczykiem, który pojawił się na lotnisku w Warszawie totalnie zawiany. Kierownictwo Związku nie chciało wpuścić go do samolotu, lecz Boniek zagroził, że w takiej sytuacji on również nie leci”.

Wzrok Carlosa przeniósł się w stronę leżącej obok gazety codziennej. „Trudna sytuacja Palestyńczyków w Bejrucie”. „ETA zaprzecza, że podłożyła bombę, która poważnie zraniła dziecko”, przeczytał. To były główne wiadomości z pierwszej strony.

Chociaż nie był to jeszcze najgorętszy moment lata, temperatura w pomieszczeniu przekraczała dwadzieścia pięć stopni. Nie podnosząc się z kanapy, Carlos sięgnął do okna, by je otworzyć. Niedługo potem, gdy popołudniowa bryza ochłodziła mu twarz, ponownie zamknął oczy i znieruchomiał. Pod wpływem chłodnego wietrzyku poczuł, jak jego oczy stały się jakby dwoma gorącymi, napuchniętymi punktami, zarazem jednak przepełnione poczuciem winy myśli, które pojawiły się, gdy przeczytał nagłówki gazet, oddaliły się. Poza tym to przyjemne wrażenie wzmacniały dochodzące zza okna odgłosy owadów. Równy jak zawsze dźwięk tych samych co zawsze owadów, metaliczny i regularny, czasami wymieszany z kumkaniem żab, a innym razem – gdy synowie kucharza wyciągali swoje motocykle „Montesa” lub „Derby” – tworzący coś w rodzaju chóru z odgłosami silnika. Lubił wszystkie te dźwięki, nawet hałas motorów. Uspokajały go one i usypiały. Tak samo było tamtego dnia. Tyle że niestety nie mógł się temu poddać. Musiał rozbudzić się i zejść do saloniku. Obiecał, że wraz z Guiomarem, Ugartem i resztą obejrzy tam mecz Polaków i Belgów.

Z niemrawością charakterystyczną dla osób zaspanych Carlos dał się wciągnąć odgłosom zza okna i powrócił do pewnej myśli, która pojawiła się w jego głowie już jakiś czas temu. Regularność życia była mianowicie zbawienna, nie tylko dla zdrowia fizycznego, dla prawidłowej pracy żołądka i jelit, ale również dla życia duchowego. Kto mógł robić to, co miał robić, w momencie, w którym miał to robić, kto cieszył się miesiącami i latami pozbawionymi niespodziewanych wydarzeń, bez wątpienia wszedł na dobrą drogę. Tak, w tym tkwił cały sekret – w regularności. Jego brat też kiedyś powiedział, że regularność życia była najlepszym rozwiązaniem w trudnych chwilach. Była niczym piasek, który podsypuje się pod koła, gdy ślizgają się po lodzie.

„Trudno stwierdzić, czy ta regularność wiele mu dała. Bo gdzie jest teraz Kropotkin? Czy nie w szpitalu psychiatrycznym?”, usłyszał. To był jeden z wewnętrznych głosów, wypowiadających się w imieniu jego sumienia, ten najmniej przyjemny. Carlos potrząsnął głową. Chociaż od dawna miał w zwyczaju wysłuchiwać tych głosów – był to system, jaki wypracował w więzieniu, system rozmawiania z samym sobą – nie udało mu się dotąd zidentyfikować osoby, która w tym momencie do niego przemówiła. Zazwyczaj w jego umyśle pojawiał się ktoś znajomy, z własną sylwetką i twarzą. Ten nieprzyjemny głos nie wiązał się jednak z żadną z osób, które należały do jego przeszłości. Czasami Carlos miał wrażenie, że ten niezidentyfikowany głos był jak szczur, który rósł w jego wnętrzu i którego jedynym celem było go dręczyć.

Żeby odsunąć myśl o bracie, wstał z kanapy i spojrzał przez okno. Latarnia na podjeździe hotelu właśnie się zapaliła, nieco dalej widać było drzewa oliwkowe i migdałowce, całą tę formację roślinną zwaną garigiem, którą właśnie zaczynały pochłaniać ciemności; tam też – jakieś trzysta metrów od hotelu, przy drodze do Barcelony – stacja benzynowa migała czerwonym i niebieskim światłem, a jeszcze dalej, jako ostateczne tło, masyw góry Montserrat powoli tracił wyrazistość. Tak, wszystko było jak co dzień i powtarzało swój zwykły rytm. Wkrótce, gdy na dobre zapadnie już noc, Montserrat przyjmie postać żłobionej ściany, a u jej stóp rozświetli się kościół. Następnie nadejdzie pora snu dla owadów i słychać będzie jedynie odgłosy przejeżdżających ciężarówek. Potem, około trzeciej nad ranem, zapadnie kompletna cisza. Jedynie czerwone i niebieskie światła stacji benzynowej będą nieustannie migały aż do świtu.

Carlos usiadł z powrotem na kanapie i zaczął wkładać buty. Chociaż był to widok na miejsce jego zesłania i mimo że znajdował się naprawdę daleko od swych ukochanych gór, domów i ścieżek, okolica góry Montserrat wypełniona była regularnością życia, która go uspokajała, pomagała mu pacyfikować ten zły głos, który żył w jego wnętrzu. Nie wiedział, co mu szykuje przyszłość, lecz to miejsce nie ponosiło za to odpowiedzialności.

„Myślę, że tak. Poza Altamirą i Lascaux mało jest w Europie tak znaczących jaskiń jak Ekain w Kraju Basków. Przede wszystkim znajdują się tam malunki o wielkiej wartości artystycznej, a poza tym stanowi ona bogate źródło świadectw. Znaleziono w niej wiele pozostałości, zarówno paleolitycznych, jak i neolitycznych”.

Na ekranie telewizora pojawiły się obrazki. Jeden z nich przedstawiał mapę Zatoki Biskajskiej i otaczających ją ziem. Nagle pulsujący w okolicach wybrzeża czerwony punkcik wyznaczył położenie jaskini, a zaraz potem kamera najechała na wskazane miejsce. Można było teraz dostrzec okolone paprocią i mchem wejście do groty, mokre po niedawnym deszczu.

Nie odrywając oczu od ekranu, Carlos wyciągnął rękę i podniósł słuchawkę telefonu. W tym czasie plan pokazywanych okolic poszerzał się i skała zmieniła się w bukowy las, a ten z kolei w górski szczyt, cały zielony. Na horyzoncie, za innymi szczytami, które z daleka wydawały się niebieskie, pojawiła się świetlista linia morza. Nagle, niczym wielki nietoperz z jego snu, kamera skierowała się nad góry, domy i ścieżki, które naprawdę kochał. „Tam są me ukochane góry, tam są me łąki”. Pamięć Carlosa automatycznie przywołała słowa znanej pieśni, która stanowiła podkład dźwiękowy programu telewizyjnego: „Tam są me ukochane góry, tam są me łąki. Piękne bieluśkie domy, źródła i rzeki. Stoję na granicy w Hendai, oczy otwarte szeroko. Och, Euskal Herria, Kraju Basków…”.

Wybrał wewnętrzny numer 17 i zaraz odłożył słuchawkę.

– Oglądacie telewizję? – zapytał, gdy po tym jak ponownie wybrał numer, odpowiedziano mu z drugiej strony. Zaraz dodał nieco kpiącym tonem: – Włączcie kanał pierwszy, zobaczycie wybrzeże w okolicach Zarautz. Pomyślałem sobie, że w końcu to już dwa tygodnie od waszego wyjazdu, pewnie tęsknicie.

Minął ponad rok, od kiedy Carlos ostatni raz odwiedził strony pokazywane teraz w telewizji, i słowa o tęsknocie miały być żartem. Kobieta po drugiej stronie telefonu widocznie go nie zrozumiała, bo odpowiedziała znużonym głosem:

– Dobrze, zaraz włączymy. Ale tęsknimy tak naprawdę za jedzeniem. Ileż można jeść same konserwy!

– Nie można mieć wszystkiego – odparł Carlos i odłożył słuchawkę.

Na tle pokazywanych zdjęć paleontolog opowiadał o ludziach, którzy czterdzieści tysięcy lat temu żyli na terenach otaczających jaskinię. Mówił, że ich zwyczaje były zadziwiające, a najciekawsze było chyba to, że zbierali mięczaki, ale nie te jadalne, tylko takie, które posiadały piękne, kolorowe muszle, na przykład gatunek Nassa reticulata lub Littorina obtusata. Służyły im one jedynie do ozdoby. Trzeba pamiętać, kontynuował głos z ekranu, że morze nie znajdowało się tam, gdzie sięga obecnie, w XX wieku, tylko było znacznie bardziej oddalone, co najmniej dwadzieścia kilometrów od dzisiejszego wybrzeża, i że temperatura nad Zatoką Biskajską nie była tak przyjemna jak tego lata, lecz wynosiła jakieś czterdzieści stopni poniżej zera. Więc czyż to nie zaskakujące, że ci mężczyźni i te kobiety sprzed czterdziestu tysięcy lat odczuwali taką potrzebę ozdabiania się? Czy opłacało się wkładać tyle pracy i ponosić takie ryzyko wyłącznie po to, by założyć naszyjnik z muszli?

Gdy paleontolog skończył mówić, zniknęły wszystkie zdjęcia, zniknęły góry, łąki, domy, źródła, a także konie i żubry namalowane w jaskini. Na ekranie widniało tylko oblicze prowadzącej program. Malowała się na nim niecierpliwość, skrywana pod uśmiechem.

„Możemy więc stwierdzić, że byli tacy jak my, mieli swoje pomysły i kaprysy – powiedziała. – A teraz, tak szybciutko, bo kończy nam się czas, pokażemy na mapie, gdzie na wybrzeżu północnym znajdują się inne jaskinie. Jeśli w te wakacje chcecie państwo połączyć zwiedzanie z rozrywką, koniecznie je odwiedźcie. Wyjazd do Kraju Basków jest, jest, jak by to powiedzieć…”.

 

„Nie tak prosty jak wyjazd w inne, bardziej spokojne miejsca. Prawdę mówiąc, ostatnie zamachy wyrządzają wielkie szkody turystyce, którą państwu proponujemy”, przyszedł jej z pomocą paleontolog.

Carlos zamknął oczy i usiłował wyobrazić sobie kobiety i mężczyzn sprzed czterdziestu tysięcy lat, ubranych jedynie w naszyjniki z muszli. Było to coś więcej niż tylko przyjemny obraz. Wyczuwał, że pod tą historią kryła się jakaś głębsza prawda. Ale nazwy, które pojawiły się właśnie na mapie pokazywanej na ekranie – Biarritz, Zarautz, Gernika, Bilbao – obudziły w nim tę mroczną część podświadomości i natychmiast pojawił się Szczur, tym razem milcząco szermujący obrazami z przeszłości Carlosa, obrazami bolesnymi i nieprzyjemnymi. Zamiast plaż i białych muszli mężczyzna widział teraz główny plac w Zarautz z jego kioskiem muzycznym, a potem lekko skręcającą ulicę, przy której znajdowało się kino. Gdy tylko pojawiły się obrazy kina, wspomnienia przywołane przez Szczura stały się bardziej wyraziste, a duch Carlosa – „ciało astralne”, jak by to ujął jego brat Kropotkin – kontynuował podróż, najpierw do sali widowiskowej kina, następnie do pomieszczenia pod nią, o powierzchni czterech metrów kwadratowych. Leżał tam na pryczy przedsiębiorca, którego Carlos porwał, a potem zastrzelił.

Zadzwonił telefon. Carlos wyłączył telewizor i wyciągnął rękę po słuchawkę. Zawahał się jednak w ostatniej chwili, bo jego duch – jego „ciało astralne” – nadal unosił się nad dręczącymi obrazami z przeszłości. Najpierw zobaczył Biarritz i samego siebie w wieku dwudziestu trzech lat, siedzącego w kinie „Daguerre”, w którym często spotykali się uchodźcy polityczni. Ze swoim ówczesnym najlepszym przyjacielem Sabinem oglądał film pornograficzny. Potem Carlos przeniósł się do Gerniki, gdzie znowu zobaczył siebie, jeszcze jako nastolatka, przysłuchującego się przemówieniu swojego brata. Z tupetem i hardością, jakie zawsze go charakteryzowały, Kropotkin – ta scena zawstydzała Carlosa – recytował stary wiersz Wordswortha: „Drzewo Gerniki! […] Jakże kwitnąć możesz w tych dniach zniszczenia? Jaką nadzieję, jaką radość niosą ci słońce i bryza od strony Atlantyku, poranna rosa, słodki kwietniowy deszcz?”. Z im większym zapałem Kropotkin recytował te strofy, tym większy wstyd odczuwał Carlos.

Wreszcie udało mu się usunąć z głowy obrazy przywołane przez Szczura i podnieść słuchawkę. Najpierw usłyszał kaszel Ugartego, a następnie odgłosy tła. Wspólnik dzwonił do niego z hotelowego saloniku.

– Czy można wiedzieć, dlaczego jeden z dyrrektorrów tego hotelu nadal do nas nie zszedł? A rraczej czy można wiedzieć, dlaczego jeden z moich wspólników nie uczestniczy w imprrezie, w którrej biorrą udział właściciele i prracownicy? – spytał Ugarte.

Nie był nigdy aktorem, ale od lat nie mówił swoim normalnym głosem. Wrzeszczał, akcentował wybrane słowa w zdaniu, a przede wszystkim zawsze kogoś przedrzeźniał.

W tle było słychać innych. Toczyła się zażarta kłótnia o to, czy w jednym z poprzednich meczów słusznie podyktowano karnego przeciwko drużynie Hiszpanii, a komentator sportowy w telewizji podawał wyjściową jedenastkę Belgów, w której nie znalazł się bramkarz Pfaff. Carlos spojrzał na zegarek, za dwadzieścia minut rozpoczynał się mecz Polaków z Belgami.

– Już idę, tylko włożę buty – powiedział.

Jego głos był przyjemny, również wystudiowany niczym u aktora, jednak, inaczej niż w tym zawodzie, nie zdradzał najmniejszej zmiany nastroju, nie zdradzał niczego – niepewności, wątpliwości, niepokoju. Podobnie jak inne cechy charakteru Carlosa, ten niczego niezdradzający głos – który nadawał mu pozór człowieka spokojnego i zrelaksowanego – był pozostałością z czasów jego działalności w organizacji.

– Tak, ależ prroszę. Chodź tu do nas. Solidarrność jest barrdzo ważna. Właściciele, prracownicy, wszyscy rrazem kibicujemy naszej rreprrezentacji. Naszym Polakom. Policjanci też. Hiszpańscy policjanci kibicują polskiej rreprrezentacji – mówił dalej Ugarte.

W jego żyłach krążył alkohol z kilku spożytych piw. A nową ofiarą jego zdolności imitowania stała się Danuta Wyka, tłumaczka reprezentacji Polski.

Carlos powtórzył, że już schodzi, ale najpierw podszedł do okna i otworzył je na oścież. Nadal było ciepło, temperatura prawie w ogóle nie spadała, a owady kłębiące się w gąszczach krzaków rosnących między drzewami oliwkowymi a migdałowcami nie przestawały wydawać swojego zwykłego dźwięku. Mimo to nie wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Jak wspomniał Ugarte, policjanci, którzy mieli zapewniać bezpieczeństwo Lacie, Bońkowi i pozostałym zawodnikom polskiej reprezentacji, zeszli ze swych posterunków przy wejściu i dookoła hotelu i udali się do saloniku, gdzie transmitowano mecz, a może gdzieś indziej. Przynajmniej przez okno nie było widać żadnego z nich. Pod wpływem nowej myśli Carlos szybko podszedł do telefonu i powtórzył operację sprzed pięciu minut: wybrał numer wewnętrzny 17, odłożył słuchawkę i wybrał ten sam numer ponownie.

– Mam pewien pomysł. Mógłbym wam przynieść porządną kolację. Co wy na to? – odezwał się do słuchawki.

Mimo że się spieszył, jego głos emanował spokojem.

– Jeśli nie będzie problemów, to przynieś. Już ci mówiłam, że mam dość tych puszek – powiedziała kobieta po drugiej stronie. – Mój kolega też się zgadza. Domyślił się, o czym rozmawiamy – dodała po chwili milczenia.

– Przyniosę wam trochę mięsa z grilla i może jeszcze coś. Będę za niecałe pół godziny.

Za oknem góra Montserrat praktycznie zniknęła z oczu, a oświetlony kościół u jej stóp stał się najbardziej widocznym punktem całej okolicy. Gdyby istniały nietoperze takie jak ten ze snu i gdyby jeden z nich tu przypadkiem trafił i poczuł potrzebę odpoczynku, na pewno usiadłby na dachu kościoła. Carlos westchnął. Ogólnie rzecz biorąc, za oknem niewiele się działo. Jak zawsze w porach transmisji mundialowych meczów, zamarł ruch drogowy, a jedyny nietoperz znajdujący się w okolicy hotelu, niemający wiele wspólnego z tym ze snu, krążył nieregularnie w świetle hotelowej latarni. Carlos pomyślał, że przypomina on czarną chustkę rzucaną przez wiatr.

Usłyszał, że ktoś otwiera drzwi, dokładnie w tym samym momencie, w którym zamierzał zejść do hotelowej kuchni, zostawiając na boku swoje myśli. Zobaczył Pascala, pięcioletniego syna Ugartego, a za nim Guiomara, przyjaciela, z którym dzielił hotelowy apartament. Dziecko roześmiało się i rzuciło w jego stronę piłkę. Uderzyła w lampę.

– Jak to w końcu jest, Pascal? Chcesz być d’Artagnanem czy Bońkiem? – spytał Carlos.

Chłopczyk nie przestawał się nieco histerycznie śmiać i nawet nie próbując odpowiedzieć, po raz drugi kopnął piłkę. Tym razem odbiła się od stolika i przewróciła stojak na gazety.

– Karny! – krzyknęło dziecko.

– Odpowiedz, Pascal. Odpowiedz na pytanie Carlosa – wtrącił się Guiomar z drugiej strony drewnianego parawanu, który oddzielał salon od drzwi wejściowych.

Nowo przybyły mężczyzna mierzył prawie dwa metry i krawędź parawanu znajdowała się na wysokości jego okularów.

– Właśnie, odpowiedz. Kim chcesz być? D’Artagnanem czy Bońkiem? – powtórzył Carlos.

Ale chłopak był bardzo podekscytowany tym, że udało mu się wejść do apartamentu wujków, i nie zwracał uwagi na żadne pytania, tylko nieustannie się śmiał.

– Odpowiedz mu – zwrócił się Guiomar do dziecka, wychodząc zza parawanu i zapalając papierosa. – Masz mu powiedzieć: „Jestem trochę d’Artagnanem i dlatego noszę szpadę, ale też jestem trochę przedstawicielem polskiej reprezentacji w tym hotelu i dlatego nie mogę znieść, że siedzisz tu sobie tak spokojnie, właśnie teraz, gdy Boniek i jego koledzy przygotowują się do walki”.

– Wiem, że zaraz zacznie się mecz, ale teraz nie mogę przyjść – powiedział Carlos Guiomarowi. – Za jakieś pół godziny wszystko ci wyjaśnię.

Przy tych słowach podniósł ciągle śmiejącego się chłopca. Czasami Pascal szalał tak, że prawie tracił oddech.