Siostry

Tekst
Z serii: Thriller
Z serii: Martin Servaz #5
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Siostry
Siostry
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,80  54,24 
Siostry
Audio
Siostry
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
34,90  25,48 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

***

PRELUDIUM (1988)

Siostry

1993

1. O znalezieniu dwóch dziewczyn w sukienkach komunijnych

2. O znalezieniu pewnego ojca (1989)

3. O przeprowadzce

4. O zaginionym krzyżyku

5. O Alice i Ambre po raz drugi

6. O ciszy

7. O książkach i ich czytelniczkach

8. O dziewictwie i piłce nożnej

9. O pierwszym bilansie

10. O pułapce

11. O znalezieniu zdjęć

12. O godzinach

13. O spotkaniu z Karen

14. O spotkaniu w kinie

15. O koszmarnej nocy

16. O tym, jak wszystko się skończyło

2018

1. Środa. Węże

2. Środa. Ocieplenie

3. Środa. Ochłodzenie

4. Środa. Poranek

5. Środa. Czwartek. Ojcostwo

6. Czwartek. Ogród

7. Czwartek. Fan

8. Czwartek. Monitoring

9. Czwartek. Las

10. Piątek. Mrówkolew

11. Piątek. Trwoga

12. Sobota. Zaginiona

13. Sobota. Ali Baba

14. Sobota. Bezwzględny

15. Niedziela. Mgła

16. Niedziela. Krzyżyk

ZATRZYMANIE

1. Niedziela. Maszyna

2. Niedziela. Squat

3. Niedziela. Widzę go

4. Niedziela. Śmierć Puszka

5. Niedziela. Gambit

6. Niedziela. Ambre + Alice

7. Niedziela. To nie jest morderstwo

8. Niedziela. Klub wioślarski

9. Niedziela. Odludzie

10. Niedziela. Wolny

11. Niedziela. Autodafé

Epilog. Ojcowie

Podziękowania

INNE KSIĄŻKI BERNARDA MINIERA

Moim dzieciom

Jako dwudziestolatkowie uwierzyliśmy w ten świat, który był niczym innym, jak tylko naszą przyszłością.

Pierre Michon

Wszyscy w jakiejś części swego jestestwa noszą widzialne znamiona tej fizjologicznej nieuchronności, jaką jest morderstwo. I nie chodzi tu o żadną aberrację mojego umysłu, ale nie mogę zrobić kroku, by nie otrzeć się o morderstwo, nie zobaczyć, jak płonie pod powiekami, nie poczuć jego tajemniczego dotyku w rękach, które się ku mnie wyciągają.

Octave Mirbeau, En mission

PRELUDIUM

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Siostry

Przed ich oczami roztaczał się olbrzymi, bezmierny las.

Była dwudziesta druga trzydzieści i łagodny czerwcowy wieczór niechętnie ustępował miejsca nocy. Która prawie już zapadła, ale nie całkiem. Jeszcze nie. Było coraz ciemniej, ale wciąż na tyle jasno, że w półmroku było widać delikatną mozaikę liści przypominającą wyblakłą tapetę, niematerialne białe plamki drobnych kwiatów rozrzucone w trawie niczym popcorn, blade dłonie sióstr i ich jasne, zlewające się z tłem sukienki, które falowały jak duchy. Pod drzewami za to było zbyt ciemno, by dało się zobaczyć cokolwiek. Spojrzały na siebie i uśmiechnęły się – ale ich młode serca, wygłodniałe i żarliwe, biły zdecydowanie zbyt szybko, zbyt mocno. Zanurzyły się między pnie dębów i kasztanowców, zeszły po łagodnym zboczu na porośnięty paprociami brzeg rzeki. Trzymały się za ręce. Nie czuły najlżejszego podmuchu powietrza, noc była doskonale nieruchoma, nawet liście nie szeleściły. Las wyglądał jak wymarły. W oddali, na granicy drzew, w jakimś gospodarstwie zaszczekał pies, potem drogą przemknął motocyklista, który zwolnił na zakręcie, by po chwili znów przyśpieszyć. Jedna z sióstr miała piętnaście lat, druga szesnaście, ale brano je za bliźniaczki. Identyczne długie włosy w kolorze mokrej słomy, pociągłe twarze, ogromne oczy, takie same wyrośnięte sylwetki. Niewątpliwie były ładne. Nawet piękne – na swój dziwny sposób. Tak, dziwny. W ich spojrzeniach, w ich głosach było coś, co zbijało z tropu. Włosy tej, która miała na imię Alice, musnął nietoperz i dziewczyna wydała z siebie stłumiony krzyk.

– Ciiii! – skarciła ją starsza siostra, Ambre.

– Nic nie mówiłam!

– Krzyknęłaś.

– Nie krzyknęłam!

– Nieprawda, krzyknęłaś! Boisz się?

– Nie!

– Kłamstwo… Jasne, że się boisz, siostrzyczko.

– Mówię ci, że się nie boję! – zaoponowała młodsza, wysilając się, by jej dziecinny głos brzmiał zdecydowanie. – Po prostu byłam zaskoczona.

– A powinnaś, bo ten las jest niebezpieczny. Tak jak wszystkie lasy – oświadczyła Ambre.

– To co tutaj robimy? – odparowała Alice wyzywającym tonem, rozglądając się dookoła.

– Nie chcesz go zobaczyć?

– Oczywiście, że chcę. Ale serio myślisz, że przyjdzie?

– Obiecał – odparła Ambre z poważną miną.

– Mężczyźni składają obietnice i zapominają ich dotrzymać.

Ambre zachichotała.

– Co ty w twoim wieku możesz wiedzieć o mężczyznach?

– Wystarczająco dużo.

– Ach tak?

– Wiem, że tata zdradza mamę.

– Przecież sama ci o tym powiedziałam!

– Wiem, że Thomas się masturbuje.

– Thomas nie jest mężczyzną, to dzieciak.

– Ma osiemnaście lat!

– No i?

Szły przez cichy las, oddając się słownym gierkom: praktykowały je od dzieciństwa, odkąd tylko sięgały pamięcią. Za dnia łatwiej byłoby dostrzec to, co je różniło: wypukłe czoło Alice, jej zaciętą minę, na wpół jeszcze dziecinne rysy i olśniewającą urodę Ambre, jej rozkwitające, przyciągające spojrzenia kobiece już ciało, bardziej zdecydowane i wyraziste rysy twarzy.

– Dlaczego miałby przyjść? – zapytała młodsza. – Ma nas za głupie idiotki.

– Mylisz się – odparła Ambre, dotknięta do żywego, gdy obchodziły powalony dąb leżący wśród wiciokrzewów. Jego oblepione ziemią korzenie wyciągały się do gwiazd. Przypominały palce. Solidne drzewo, które przegrało ze słabszym od siebie – wiatrem albo szkodnikiem. Tak jest zawsze: silni w końcu zostają pokonani przez słabych. – Bierze nas za kogoś innego – oświadczyła. Miała ochotę dodać: w każdym razie mnie, bo ty oczywiście jesteś tylko dzieckiem, ale się powstrzymała.

 

– Ach tak? Kim w takim razie dla niego jesteśmy? – Alice była zaciekawiona, więc jej głos był odrobinę ostrzejszy.

– Dwiema inteligentnymi dziewczynami, najinteligentniejszymi, jakie spotkał w życiu.

– To wszystko?

– No nie…

– To kim jeszcze? – Znowu ten pełen wyczekiwania ton.

Ambre przystanęła, odwróciła się do siostry i obdarzyła ją żywszym spojrzeniem. Miała rozszerzone źrenice i jej oczy wyglądały na ciemniejsze.

– Popatrz na mnie, siostrzyczko.

Alice zmierzyła ją wzrokiem.

– Patrzę – powiedziała. – I przestań do mnie mówić: siostrzyczko. Jesteś tylko o rok starsza.

– Co widzisz?

– Szesnastoletnią dziewczynę w tandetnej białej sukience – zakpiła.

– Patrz na mnie.

– No przecież patrzę!

– Ale nic nie widzisz!

Ambre rozpięła guzik sukienki.

– Cycki – odpowiedziała już wolniej Alice.

– Tak.

– Kobiece ciało.

– Tak.

– Niezłą laskę.

– Tak. I co jeszcze?

– Nie wiem.

– Pomyśl!

– Nie wiem!

– Kim my dla niego jesteśmy? – Ambre pomogła siostrze, wskazując na książkę, którą trzymała w prawej ręce.

– Fankami – odpowiedziała błyskawicznie Alice głosem drżącym z emocji.

– Otóż to, fankami. On uwielbia fanów. Zwłaszcza takich z piersiami i cipką.

Ruszyły dalej. Pod ich stopami trzasnęła sucha gałązka.

– A nie jesteśmy dla niego za smarkate? Przecież on ma trzydzieści lat.

– I o to chodzi.

Weszły między młode drzewa. Zza liści dostrzegły zarys gołębnika, jego cień na środku polany. Księżyc oświetlał okrągłe dachówki i biały mur – budowla przywodziła na myśl wieżę strażniczą.

– Dwie bardzo ładne młode dziewczyny. Tylko my i on, w nocy. Dziewczyny, które go uwielbiają, czczą go. To właśnie widzi. I dlatego przyjdzie.

– Uważa, że jest silny, przystojny, inteligentny, fajny – zawtórowała jej jak echo Alice.

Ambre odsunęła ostatnią gałąź. Patrzyły teraz prosto na gołębnik.

– Tak. Ale my jesteśmy od niego inteligentniejsze, prawda, siostrzyczko?

Obserwował je zza krzaków. Krążyły po polanie, coraz bardziej nerwowe. Zaczęły się kłócić. Jeszcze chwila, a pękną i odejdą. Oblizał wargi koniuszkiem języka, potem włożył go w dziurawą prawą górną ósemkę, która rwała go w nocy, gdy leżał w łóżku, i skrzywił się. Próchnica… Ale na widok dziewcząt w sukienkach komunijnych znowu się uśmiechnął. Przegonił latające nad głową ćmy i wstał.

– Ambre, chodźmy stąd. On nie przyjdzie. Jesteśmy tu same… w tym lesie.

Usłyszawszy własne słowa wypowiedziane na głos, Alice poczuła niepokój. Były to słowa z gatunku tych, których spełnienia wolałoby się nie oglądać. O takich rzeczach człowiek nie chce nawet śnić.

– Boisz się – stwierdziła Ambre.

– Tak, boję się. No i?

Miała ochotę powiedzieć siostrze o swoich obawach: a jeśli w tym lesie ukrył się ktoś inny? A jeśli on naprawdę zapomniał przyjść? A jeśli kręcą się tu jakieś niebezpieczne zwierzęta? Wiedziały, że największymi zwierzętami, jakie tu spotykano, były dziki, lisy i sarny. W koronach drzew żyło też kilka krogulców, dzięcioły średnie i jedna sowa uszata. Całkiem blisko rozległo się jej pohukiwanie: niskie „hu-hu” – samiec z uroczystą intonacją, jak na rejenta lasów przystało. Może siedzi w gołębniku. Odpowiedziały mu trzy piśnięcia puszczyka, który zdawał się kpić z jego sowiego majestatu.

W lesie było też mnóstwo stawów i strumyków. W łagodną czerwcową noc żaby i rzekotki miały w nich prawdziwe używanie.

– Naprawdę sądziłaś, że on przyjdzie?

– Bo przyjdzie.

W głosie starszej siostry zaczynały pobrzmiewać nuty zniecierpliwienia, ale także zwątpienia. Młodsza to dostrzegła.

– Jeszcze pięć minut i wracam – oświadczyła.

– Jak chcesz.

– A ty zostaniesz tu sama.

Tym razem nie doczekała się odpowiedzi.

Nagle w pobliskiej kępie samosiejek rozległ się głośny szmer – jakby pod wpływem wiatru, ale wiatru nie było – i siostry zadrżały. Odwróciły się w stronę, z której dochodził dźwięk.

Mężczyzna wyłonił się spomiędzy krzaków. Odsunął gałąź, która zaszeleściła, i wolno ruszył ku nim, ubrany w garnitur z białej wełny, zupełnie nieodpowiedni do przedzierania się wśród zarośli.

– Śledziłeś nas? – rzuciła Ambre.

– Obserwowałem… Przyszłyście. To dobrze. – Dokładnie przyjrzał się jednej, potem drugiej. – Nie całkiem komunijne te sukienki – powiedział, uśmiechając się.

– Najbardziej podobne, jakie udało się nam znaleźć – odparła Alice.

Był pełen uznania.

– Jesteście cudowne. Jestem naprawdę poruszony tym, że przyszłyście. I waszą… atencją.

Wziął je za ręce.

– Jesteśmy twoimi największymi fankami – wyznała z prostotą Ambre, pokazując mu książkę i ściskając jego ciepłą dłoń.

– Największymi – zawtórowała jej z przekonaniem Alice i uścisnęła drugą rękę mężczyzny.

Mówiły prawdę. Zaczęły czytać jego książki w wieku dwunastu lat – powieści dla dorosłych pełne przemocy niemal nie do zniesienia, szokujących i odstręczających scen, morderstw i tortur. Podobało im się, że winowajcom często uchodziło na sucho, a ofiary nigdy nie były całkiem niewinne. Nade wszystko zaś to, że w jego książkach panowała dekadencka atmosfera, a bohaterami rządziły niezdrowe instynkty, brudne motywacje i niezwykle inspirujące perwersje. I oczywiście był w nich seks.

– Wiem – przyznał.

Wyglądał na wzruszonego, jego oczy o długich, czarnych rzęsach były wilgotne. Nie był szczególnie przystojny, ale miał regularne rysy, a w jego spojrzeniu wciąż gościła jakaś żarłoczność – niektórzy mogli ją uznać za urzekającą.

Nagle zerwał się wiatr i w górze, w koronach najwyższych drzew rozległ się potężny szum. Zobaczył, że siostry zadrżały, i uśmiechnął się szerzej.

– „Czy panienki boją się lasu?” – wyrecytował. To był cytat: Źródło Bergmana. Pokiwał głową, zmarszczył brwi i udał, że rozgląda się dookoła. – To miejsce jest takie ciche i odludne.

– Dlaczego miałybyśmy się bać? Przecież jesteśmy z tobą – odparowała Ambre.

– To prawda – powiedział.

– A ty jesteś z nami – mówiła dalej. – Co robisz w lesie tak późno z dwiema szesnastolatkami?

– Piętnasto – uściśliła Alice. Zabrzmiało to jak oskarżenie.

– Nic złego, nie? – zakpił mężczyzna.

Przyjrzał im się uważnie. Tym razem się nie zgrywał. Najwyraźniej zastanawiał się, gdzie jest haczyk. Potoczył wzrokiem po okolicy.

– Ktoś za wami szedł?

– Nikt.

– Jesteście tego pewne?

Ambre uśmiechnęła się do niego bezceremonialnie i nagle zaczęła sobie z niego drwić:

– Spójrz na siebie. Mężczyzna, który w swoich książkach opowiada o najokrutniejszych zbrodniach, pisarz słynący z krwawych scen boi się dwóch nastolatek.

– Ja się nie boję – zaoponował uprzejmie.

– Ale jesteś zaniepokojony.

– Nie zaniepokojony. Ostrożny.

– Wszyscy jakoś nazywamy swoje emocje, ale emocje pozostają emocjami. Jak ci się udało napisać takie straszne i fascynujące książki? – zapytała starsza z sióstr, patrząc mu w oczy. – Jak zdołałeś stworzyć tak cudownie trujące strony. Wyglądasz tak… normalnie.

Jej głos był teraz mroczny – jak las. Okoliczni mieszkańcy musieli wyczuć panujące napięcie, ponieważ nocne ptaki na pobliskich drzewach nagle zaczęły się nawoływać. Gdzieś zaryczał jeleń, a może to był kozioł – pisarz się na tym nie znał. Kępa drzew się poruszyła, jakby cały las nagle się budził i zwierzęta, niczym orkiestra strojąca instrumenty przed koncertem, zaczęły się przygotowywać do nocnej symfonii.

– Nigdy nie miałeś ochoty wprowadzić swoich pomysłów w życie? – zapytała Ambre.

– Jak to?

– No tych wszystkich morderstw, tortur, gwałtów…

Popatrzył na nią zbity z tropu.

– Żartujesz, prawda?

Przyjrzał się uważnie jej minie. Nie żartowała.

– Nie masz pojęcia, jak twoje książki na nas działają – dodała.

Wpatrywał się w nią. Podeszła jeszcze bliżej.

– Nie zapominaj, że jesteśmy twoimi największymi fankami – wyszeptała i poczuł w uchu pieszczotę jej ciepłego oddechu. – Możesz nas poprosić o wszystko.

Jej ton i bliskość sprawiły, że dostał gęsiej skórki na karku. Dziewczyna się odsunęła i z satysfakcją zauważyła, że jego oczy stają się czarne, tą czernią, którą widziała w tylu innych spojrzeniach. Wyczuła jego wewnętrzny zamęt. Lubiła doprowadzać mężczyzn do takiego stanu. Jak łatwo nimi manipulować. Była tym prawie zawiedziona. Wcale nie trzeba być piękną ani szczególnie inteligentną. Wystarczy po prostu dać im to, czego chcą – ale nie za szybko. I nie za często.

– To jak? – zapytała.

Mimo panujących ciemności zauważyła, że się zarumienił. Spojrzał na nie. Na jego twarzy malował się szeroki uśmiech, a jego oczy lśniły pożądaniem i okrucieństwem.

– Niedobre dziewczynki – powiedział.

1993

1
O znalezieniu dwóch dziewczyn w sukienkach komunijnych

Kochał tę chwilę. Trzy razy w tygodniu. Latem i zimą. Sunąć po wodzie, pędzić z prędkością wiatru, mijając wyspy na Garonnie: le Grand Ramier, l’îlot des Moulins, l’île d’Empalot. O wschodzie słońca, gdy miasto dopiero się budziło. Była szósta trzydzieści, a temperatura powietrza wynosiła już piętnaście stopni.

W granatowych szortach i białym T-shircie, z ugiętymi kolanami, wyciągniętymi rękoma i wypiętą piersią wiosłował smukłym skifem, siedząc plecami do dziobu na ruchomej ławeczce i wpatrując się jak zahipnotyzowany w wodę rozgarnianą piórami. Każdy jego ruch składał się z czterech faz: wypchnięcie nóg i przyciągnięcie ramion, wyjęcie piór z wody, przeniesienie ich do tyłu przy wolnym i płynnym ugięciu kolan (aby nie zakłócić ślizgu) oraz ponowne zanurzenie wioseł. Płynność to podstawa. Czysty ślizg. Wszystko służyło właśnie temu: siła, delikatność, nacisk i rozluźnienie. Ten sport angażuje wszystkie mięśnie: pleców, ramion, barków, ud, pośladków, brzucha. Wymaga też koncentracji.

Sunął wzdłuż zachodniego brzegu wyspy Grand Ramier, na której znajdował się stadion i ukryte wśród drzew miasteczko studenckie, samotny na szerokiej rzece: nie cierpiał pływać w grupie. Po jego lewej stronie, w odległości jakichś stu metrów, na betonowym nabrzeżu wznosiły się długie bloki mieszkalne. Bliżej, po prawej, gęsta roślinność i odnogi rzeki przywodzące na myśl Luizjanę. Wziął kurs na wysoki, pomalowany na zielono komin, który okoliczni mieszkańcy nazywali „Zieloną Wieżą” i który wypluwał wprost w bladoniebieskie niebo opary azotanu amonu. Był chemikiem. Wiedział, że wieża granulacyjna zakładów azotowych, jak większość takich konstrukcji, powinna być wyposażona w system oczyszczania – ale nie była. Stowarzyszenie Les Amis de la Terre zaczęło ostatnio głośno mówić, że obecność zakładów chemicznych w samym sercu Tuluzy to bomba z opóźnionym zapłonem. Jako chemik wiedział, o czym mowa. Oprócz tego, że zabudowania znajdowały się zbyt blisko terenów mieszkalnych, to jeszcze podczas pierwszej wojny światowej produkowano tu duże ilości prochu i materiałów wybuchowych. Po wojnie popyt zdecydowanie spadł i w fabryce zostały ogromne zapasy nitrocelulozy, które umieszczono w czterech stawach między Saudrune i Garonną. Jak wynikało z najnowszych doniesień, zapasy wciąż tam były. Od osiemdziesięciu lat czekały pod wodą, aż ktoś się nimi zainteresuje. „Wystarczająca ilość prochu, by wysadzić cały departament”. Do tej pory nikt nie pomyślał o jego neutralizacji. Osiemdziesiąt lat: jak bardzo wzrosła w tym czasie liczba mieszkańców? – zastanawiał się.

Nie podpłynął w okolice fabryki, ale odbił w wąskie odgałęzienie rzeki po prawej burcie. Otaczające go z obu stron ściany roślinności sprawiały wrażenie, jakby miejsce przekształcało się w starorzecze. Jak zawsze uderzyły go panująca tutaj cisza i spokój. Prawie jak w kościele. Poczuł się, jakby w jednej chwili przeniósł się z miasta do jakiegoś równoległego świata. Zwolnił. Ten moment lubił najbardziej. Przy brzegu pływało trochę śmieci, a na gałęziach wisiało parę foliowych toreb, ale pominąwszy te drobne szczegóły, brakowało tylko skrzypiec i akordeonu. Born on the Bayou. W sezonie można tu spotkać kanie czarne, niebieskawe ważki i żaby dalmatyńskie, zwane sikającymi żabami, ponieważ gdy próbuje się je złapać, tryskają moczem.

 

Za drzewami było widać zabudowania, ale tutaj, na wodzie, był sam. Sunął dalej, wciąż w zwolnionym tempie, korzystając z tego spokojnego interludium, gdy nagle z prawej strony pojawiło się coś, czego ostatnim razem tu nie było: dwa duże białe kształty pod drzewami. Coś jakby ogromne foliowe torby. Ale to nie były torby. O nie… Matko Boska. Przezroczyste białe kształty unoszące się na wietrze okazały się sukienkami. A z ich otworów wystawały ręce, nogi i głowy. Dwie ludzkie istoty. Albo coś, co je imitowało. Poczuł, że jego puls oszalał. Wioślarstwo znakomicie wpływa na pracę serca i mężczyzna z biegiem lat wypracował dobrą wydolność zarówno tlenową, jak i beztlenową, jednak jego mózg, nie rozumiejąc tego, co widziały oczy, natychmiast wysłał histeryczną informację do nadnerczy, które zaczęły obficie wydzielać adrenalinę. W efekcie – jak każdy – doświadczył trzech nieuniknionych reakcji fizjologicznych: przyśpieszenia czynności serca i wzrostu ciśnienia tętniczego, rozszerzenia płuc i przekierowania krwi z układu pokarmowego do mięśni, płuc i mózgu. Wszystkich automatycznych reakcji, których zadaniem pierwotnie było przygotowanie organizmu do ucieczki lub walki z wrogiem.

I François-Régis Bercot zareagował. Najpierw pionowo zanurzył pióra wioseł w wodzie i naparł na nie, by wyhamować. Następnie wyjął wiosła z wody, przyciągnął dłonie do klatki piersiowej, znowu zanurzył wiosła i wyprostował ramiona, by cofnąć łódź w stronę białych sukienek (i ich zawartości, czymkolwiek ona była). Dwa kształty znalazły się bliżej. Sunął dalej siłą rozpędu i zatrzymał się prawie na ich wysokości.

Widok, który ukazał się jego oczom, bynajmniej nie przywrócił jego metabolizmu do równowagi. Białe sukienki wyglądały jak pierwszokomunijne alby przepasane sznurkiem lub ostatecznie bardzo skromne suknie ślubne i – na rany boskie – ciała, które je wypełniały, należały do dwóch dziewcząt o włosach w kolorze mokrej słomy. Przywiązane twarzą w twarz, w pozycji siedzącej, do dwóch drzew rosnących w odległości około trzech metrów, tuż przy brzegu. Ich tułowie oplatały grube liny, a twarz jednej z dziewcząt – tej z drewnianym krzyżykiem na piersi – ukryta pod zasłoną mokrych włosów, wydawała się okrutnie zmiażdżona i obrzęknięta. Poczuł, jak żółć podchodzi mu do gardła. Bliski wymiotów wychylił się za burtę, o mało nie wywracając łodzi.

Do głowy przyszła mu absurdalna myśl, że ostatni raz płynie tą odnogą, a może i tą cholerną rzeką, a nawet że, do kurwy nędzy, już nigdy nie weźmie do rąk wioseł. Jakkolwiek by było, wiedział, że ilekroć będzie mijał to drzewo, obraz, który właśnie ma przed oczami, na pewno pojawi się w jego wyobraźni. Zastanawiał się, jaki potwór był zdolny do czegoś takiego, i mimo że było ciepło, przebiegł go dreszcz.

Zrobić coś… Nie zostawać tutaj… Gdzieś na zachodzie po niebie przetoczył się grzmot. Bercot, choć wciąż drżał, wziął się w garść. Zawrócił łodzią, wiosłując z jednej burty do przodu, z drugiej do tyłu, niezdarny z emocji jak nowicjusz. Niewielka szerokość odnogi nie ułatwiała sprawy i pożałował, że nie ma kajaka. Telefon… Natychmiast muszę znaleźć jakiś telefon, pomyślał. Nigdy w życiu nie wiosłował tak szybko.