Słowa na pożegnanieTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Strona redakcyjna

5  WSTĘP

6  O marzeniach

7  O wykształceniu

8  O sytuacji życiowej

9  O życiu

10  O zasadach

11  O prawdzie

12  O miłości

13  O wytrwałości

14  O przyszłości

15  PODZIĘKOWANIA

16  O AUTORZE

17  Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Parting Words: 9 Lessons for a Remarkable Life

Redakcja: Beata Wójcik

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: © Adobe Stock/patrick

Korekta: Słowne babki, Katarzyna Rojek

Redaktor inicjująca: Dominika Dudarew-Osiecka

Copyright © Benjamin Ferencz 2020

Written by Nadia Khomami

Copyright © for the Polish translation by Marzenna Rączkowska, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN: 9788381437813


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla mojej ukochanej żony Gertrude,

która odeszła 14 września 2019 roku –

po 74 latach szczęśliwego małżeństwa.

Naszego pełnego miłości partnerstwa

nigdy nie zmąciła kłótnia.

WSTĘP

Często pytam Bena Ferencza, dlaczego jest w takim dobrym nastroju. „Jeśli w środku płaczesz, to na zewnątrz lepiej się śmiać, dziecko. Nie ma co tonąć we własnych łzach” – odpowiada.

Zawsze uważałam, że historia składa się z sentymentalnych opowieści, które nadają się tylko do tego, aby opisać je w książkach i uwiecznić na czarno-białych filmach pokazywanych w szkołach. Obrazy wojny, zniszczenia i odbudowy wydają się bardzo odległe od naszej codzienności. Jednak bohaterowie wydarzeń, które przyczyniły się do ukształtowania świata, to nie zawsze bujające w obłokach postacie z dawno minionych epok – zanim dobro zatriumfowało nad złem.

Na Bena natknęłam się całkiem przypadkowo. Pewnego wieczoru przerzucałam kanały informacyjne amerykańskich stacji telewizyjnych i zobaczyłam go w krótkim doniesieniu. W tamtym czasie pracowałam jako reporterka londyńskiego „Guardiana”. Zaintrygowały mnie jego słowa. Kiedy sprawdziłam, kim jest, zdziwiłam się, jaki jest ważny i jak rozległe ma kompetencje zawodowe.

Na filmiku nakręconym w głównej sali rozpraw częściowo odrestaurowanego Pałacu Sprawiedliwości w Norymberdze, który kiedyś był siedzibą dorocznych zjazdów partii nazistowskiej, zobaczyłam, jak Ben, czyli główny oskarżyciel – stanowczy, dynamiczny dwudziestosiedmiolatek – stoi za wysokim drewnianym pulpitem ukrywającym jego niski wzrost i otwiera największy w historii proces o morderstwo. Dwudziestu dwóch członków Einsatzgruppen, nazistowskich grup operacyjnych do spraw eksterminacji ludności, odpowiedzialnych za śmierć ponad miliona Żydów i innych mniejszości, patrzyło na niego z ławy oskarżonych.

Nie jestem pewna, dlaczego mnie to poruszyło, ale nagle poczułam wielką chęć, aby wziąć do ręki telefon i do niego zadzwonić. Może dlatego, że byłam w tym samym wieku, co on podczas tych rozpraw ponad 70 lat temu. Może z powodu przekazu zasłyszanej wiadomości. Akurat rozpadał się porządek ustalony na świecie po drugiej wojnie światowej, co odzwierciedlały liczne wydarzenia. Obserwowano je wszędzie: od Wielkiej Brytanii, której mieszkańcy postanowili opuścić Unię Europejską, po Amerykę, gdzie 45. prezydentem został celebryta z reality show, czy wciąż szarpany wojnami domowymi Środkowy Wschód. A może chodziło po prostu o to, że właśnie przeżyłam bolesne rozstanie i potrzebowałam, aby ktoś mi przypomniał, że moje osobiste dramaty nie mają znaczenia w obliczu większych nieszczęść, takich jak wojna czy terror.

Poprosiłam o kontakt z Benem i umówiono nas na rozmowę telefoniczną. Przyznam, że spodziewałam się kogoś poważnego i ponurego, ale od razu dostrzegłam, jaki jest czarujący i pełen empatii. W sto pierwszym roku życia zachował przenikliwy dowcip. Pomimo horrorów, których był świadkiem, sypie żartami.

Już po kilku minutach stało się jasne, że ma dar inspirowania innych. Nasza rozmowa rozwinęła się w wywiad, który opublikowano w dziale felietonów „Guardiana”. Artykuł cieszył się największym zainteresowaniem ze wszystkiego, co napisaliśmy tego dnia. Chociaż w dzisiejszych czasach to rzadkie, ludzie czytali go od początku do końca. W swojej pięcioletniej pracy reporterskiej nigdy przedtem nie zebrałam tylu pochwał. Czytelnicy w różnym wieku, z całego świata, kontaktowali się ze mną, aby powiedzieć, jak bardzo poruszyły ich słowa Bena.

Niniejsza książka jest wynikiem serii rozmów, jakie odbyłam z Benem w ciągu kilku miesięcy. Mogłabym powiedzieć, że kontynuowałam je, aby ludzie mieli przywilej usłyszenia, co mówi. Byłoby to zgodne z prawdą, ale – szczerze mówiąc – pozostałam w kontakcie z Benem także z pobudek czysto egoistycznych: jest bardzo miły i wesoły, a poza tym udziela świetnych rad.

„Smutno mi dzisiaj, Benny” – mawiałam czasem. „Moja droga – odpowiadał – niezależnie od tego, o co chodzi, na pewno zdarzało ci się przetrwać trudniejsze czasy”.

* * *

Benny ma niesamowitą pamięć do najdrobniejszych szczegółów i anegdot z różnych okresów swojego życia. Bez trudu sypie pełnymi imionami i nazwiskami ludzi, z którymi się zetknął, oraz opisami, jaka danego dnia była pogoda. Kiedy zaproponowałam mu przeprowadzenie rozmów, na podstawie których powstała ta książka, musiałam go długo namawiać. „Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo jestem zajęty” – powiedział. „Nie mam czasu zastanowić się, dlaczego jestem, jaki jestem. Nie mam nawet czasu umrzeć”. Przez jakiś czas prowadziliśmy tego typu słowną żonglerkę: on upierał się, że ma za dużo na głowie, a ja, że to długo nie potrwa. „Moja droga” – podsumował z ironią po 45 minutach – „jak tak dalej pójdzie, wykończysz rozmówcę”.

W naszej relacji najbardziej uderzyło mnie, że choć dzieli nas ocean i siedem dekad różnicy wieku, mamy z Benem dużo wspólnego. Oboje w młodym wieku wyemigrowaliśmy z naszych krajów i dorastaliśmy w dzielnicach pełnych przemocy, w klinczu między krajami i kontynentami. Oboje uczyliśmy się języków od przyjaciół i z napisów filmowych. Oboje lubiliśmy się uczyć, ale nie potrafiliśmy trzymać się zasad i przepisów. Jako pierwsi ze swojej najbliższej rodziny poszliśmy na studia i szybko zorientowaliśmy się, że jeżeli nie chcemy wypaść z wyścigu, musimy się do nich przykładać bardziej niż inni i poświęcać im więcej czasu. Oboje studiowaliśmy prawo, lubiliśmy pływać i odnajdowaliśmy humor w sytuacjach go pozbawionych. Nawet urodziliśmy się tego samego dnia i w tym samym miesiącu, chociaż za każdym razem, kiedy mu o tym przypominam, Ben ostrzega mnie: „Tylko nie wywiń wtedy jakiegoś numeru, dziecko, bo zrujnujesz mi urodziny”.

Na zdjęciach do artykułu w Guardianie” Ben jest jowialnym staruszkiem buszującym po domu w Delray Beach na Florydzie, w którym ma zapewnioną opiekę. Spogląda zza okularów, z uśmiechem na ustach i z rękami na biodrach, a za jego głową świeci słońce. Przeciętnemu obserwatorowi wydaje się sympatycznym staruszkiem z sąsiedztwa, do którego wpada się w weekendy i święta. W jego ogrodzie często słychać kwakanie kaczek.

Ale Ben nie jest zwykłym człowiekiem. Fatou Bensouda, główna oskarżycielka Międzynarodowego Trybunału Karnego, mówiła o nim jako o „ikonie międzynarodowego prawa karnego”. Alan Dershowitz, wybitny prawnik i obrońca praw obywatelskich, który reprezentował O.J. Simpsona i prezydenta Donalda Trumpa, nazwał go „personifikacją międzynarodowego naprawiacza świata”, a Barry Avrich – filmowiec odpowiedzialny za wyprodukowany przez Netflix film dokumentalny o prawnych osiągnięciach Bena Prosecuting Evil (Oskarżenie zła), w którym pojawiają się wszyscy wyżej wymienieni – stwierdził, że Ben należy do największych ikon naszych czasów.

Niniejszy wywiad obejmuje tylko wybrane sprawy, których Ben nauczył się w trakcie swego niezwykłego życia, ale część jego życiorysu spróbuję podsumować poniżej. Otrzymał z Pentagonu pięć gwiazd bitewnych Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych za to, że podczas drugiej wojny światowej przetrwał wszystkie najważniejsze walki w Europie. Wylądował na plażach Normandii, przebił się przez obronę niemiecką na liniach Maginota i Zygfryda, przeprawił się przez Ren pod Remagen i wziął udział w bitwie o Ardeny pod Bastogne.

 

W 1944 roku przeniesiono go do zarządu 3 Armii pod dowództwem generała George’a Pattona i powierzono mu uformowanie nowego oddziału do spraw zbrodni wojennych. Był obecny przy wyzwoleniu wielu obozów koncentracyjnych, takich jak: Buchenwald, Mauthausen, Flossenbürg i Ebensee, albo przybył tam tuż po nich. Szukał dowodów zbrodni, aby przedstawić je przed sądem. Wykopywał ciała z płytkich grobów, niekiedy gołymi rękami. Był świadkiem scen grozy, które prześladują go do dzisiaj.

Kiedy Stany Zjednoczone zaangażowały się w wojnę w Wietnamie, Ben postanowił zrezygnować z pracy w prywatnej kancelarii adwokackiej i poświęcić się promowaniu pokoju. Napisał kilka książek, w których zawarł pomysły na utworzenie międzynarodowej instytucji prawnej. Odegrały one kluczową rolę w powołaniu do życia Międzynarodowego Trybunału Karnego. Ponadto przewodził staraniom o zwrot majątku trwałego osobom ocalałym z Holocaustu i uczestniczył w negocjacjach między Izraelem i Niemcami Zachodnimi dotyczących reparacji wojennych.

Kariera Bena obejmuje ponad 70 lat. Był świadkiem większej liczby ważnych wydarzeń niż przeciętny człowiek. Jego życie to klasyczna historia od pucybuta do milionera. Urodził się w żydowskiej rodzinie w Transylwanii. Kiedy miał dziewięć miesięcy, rodzice podjęli decyzję o przeprowadzce do nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen. Potem ciężko pracował, żeby uciec od biedy, aż wreszcie zdobył stypendium Harvard Law School.

Otrzymał wiele nagród, między innymi w roku 2014 Harvard uhonorował go Medalem Wolności, którego poprzednim laureatem był Nelson Mandela. Nadal wykorzystuje swoją pozycję, aby czynić dobro. Ofiarował miliony dolarów centrum zapobiegania ludobójstwu Muzeum Pamięci Holocaustu (United States Holocaust Memorial Museum). Jego nieustające wysiłki, aby ustanowić globalne prawo ścigania ludobójstwa, zbrodni wojennych i zbrodni przeciw ludzkości zasługują na miano niezwykłych. „Nie zależy mi na chwale, na spuściźnie ani na pieniądzach: wszystkie bym rozdał” – mówi. „Przyszedłem na świat jako biedak i większość młodych lat spędziłem w ubóstwie, a teraz to wszystko oddaję”.

Ben to facet, który nigdy nie odpoczywa. Pewnego weekendu, przed jego wyjazdem do Los Angeles, gdzie miał promować film dokumentalny Netflixa, zapytałam go, czy nie chciałby się ze mną zamienić. „Ty wyjeżdżasz do słonecznego Hollywood, a ja tkwię w deszczowym Londynie” – zrzędziłam. Jak zwykle wybuchnął serdecznym śmiechem i powiedział mi, że oczywiście chętnie by to zrobił. „Kiedyś byłem na tournée promocyjnym na rzecz Muzeum Pamięci Holocaustu” – ciągnął. „Zaczęliśmy od Nowego Jorku, stamtąd ruszyłem do Waszyngtonu, Los Angeles, San Diego i Chicago. Pewnego dnia straciłem przytomność. Ocknąłem się w szpitalu. I od razu się uspokoiłem, bo na ścianie mojej małej salki wisiał krzyż, a pod nim widniał napis: „Towarzystwo rezurekcyjne w Chicago”. Jestem osobą logicznie myślącą, więc natychmiast założyłem, że skoro zmartwychwstałem, to przedtem musiałem umrzeć. Zostałem tam przez dwa tygodnie”.

Myśli o śmierci i umieraniu stale mu towarzyszą. A jednak, kiedy go pytam, jak się miewa, odpowiada: „Czuję się wspaniale. Wiesz dlaczego? Bo mam świadomość, że istnieje mnóstwo opcji”.

Na świecie nie ma już nikogo pośród żywych, kto widziałby świat z perspektywy Bena. Jako ostatni żyjący oskarżyciel procesów norymberskich ma slogan dla każdego, kto się chce upewnić, że zdrowy rozsądek zatriumfuje nad morderstwem: „Prawo, nie wojna”. Wraca do niego przy każdym żarcie czy anegdocie. To dlatego mówiono, że Ben de facto jest sumieniem świata i codziennie walczy o bardziej sprawiedliwą rzeczywistość. Z tego, co mówi jego syn Donald, nawet rodzinne obiady zaczynają się u nich od pytania: „Co dzisiaj zrobiłeś dla ludzkości?”.

„Zawsze mam świadomość, jak wielkie mi sprzyjało szczęście” – mówi Ben. „Urodziłem się w ubogiej rodzinie, żyłem w biedzie. Przetrwałem horror wojny i przeżyłem wszystkie główne bitwy. Spotkałem cudowną kobietę. Wychowałem czworo dzieci, które są dobrze wykształcone. I cieszę się fantastycznym zdrowiem. Nikt nie mógłby chcieć więcej. Za każdym razem, kiedy wychodzę z domu albo do niego wracam, dziękuję za to wszystko, za całe moje życie”.

Jako redaktorka prasowych wiadomości codziennie mierzę się z negatywnymi nagłówkami. Nie zmniejszył się napór nacjonalizmu; przywódcy tak zwanego wolnego świata promują unilateralizm i otaczają się doradcami, którzy biją w wojenne bębny; wir krwawych protestów rozciąga się od Bejrutu po Hongkong i Paryż. Nasze społeczeństwa stały się polem bitwy wojen kulturowych, a podejście „oni przeciw nam” zamyka ludzi na empatię i odcina im drogę do kompromisów. Dzieje się tak, podczas gdy panujące systemy gospodarcze generują nierówności i korupcję, a autokraci podburzają przeciw sobie mniejszości i atakują podstawy konstytucji oraz instytucje, które się na nich opierają. Wartości i ideały niedawno uznawane za coś raz nam danego, takie jak sprawiedliwość i szczodrość, są narażone na coraz większe ryzyko. Jeszcze nigdy nie było tak wielkiego zapotrzebowania na przesłanie Bena.

Niemniej jednak czasem zgiełk świata tak mi przeszkadza, że albo jestem zbyt zajęta, albo zapominam, aby zadzwonić do mojego przyjaciela w innej strefie czasowej. „Zagubiona Nadia” – przekomarza się, kiedy wreszcie go złapię. „Czy dzwonisz tylko po to, żeby się upewnić, że jeszcze cię rozpoznaję?”.

Ale Ben wszystko rozumie, bo i on śledzi wiadomości. Wie, że gramy o wysoką stawkę – jest wręcz przekonany, że następna wojna będzie ostatnią. Nadal interweniuje tam, gdzie uznaje to za stosowne. Ostatnio na przykład napisał list do „New York Timesa”, kiedy Stany Zjednoczone wydawały się na krawędzi konfliktu z Iranem. „Cały czas ta sama farsa” – mówi. „Zachowują się jak idioci”. Jeździ po szkołach i uniwersyteckich kampusach, gdzie wygłasza mowy motywacyjne dla młodzieży. Przebija się przez sterty codziennie przychodzącej do niego poczty – albo, jak to lubi określać – listów miłosnych. Czasem na niektóre z nich odpowiada.

Są na świecie cynicy, którzy przekonują nas, że między ludźmi istnieją podziały spowodowane okolicznościami ich urodzenia, rasą, religią albo przekonaniami, że migranci stanowią zagrożenie dla dobrobytu i kultury narodu. Najróżniejsze historie o obozach dla uchodźców, przeprawianiu się przez kanał i ośrodkach zatrzymań mają na celu dehumanizację nieznanego. Przyjmujemy je (celowo albo i nie), a przy tym podajemy w wątpliwość naszą własną zdolność do wychodzenia ponad przeciętność i czynienia dobra, a co więcej, odmawiamy jej innym. Jednak w Benie zobaczyłam coś, czego nie dostrzegłam w sobie: wyobraźnię, pracowitość i dumę. Możemy brać od niego lekcje hartu ludzkiego ducha, odporności nawet w obliczu najgorszego. Pokazuje nam, że niezależnie od tego, skąd pochodzimy albo co robimy, mamy ze sobą więcej wspólnego, niż nam się wydaje, a razem jesteśmy mocniejsi.

Postęp nie przychodzi natychmiast, jest powolny i skomplikowany. Kiedykolwiek czuję się sfrustrowana, Ben niestrudzenie mi przypomina, że można dokonywać cudów. Czyż zaledwie nie kilka dekad temu niemożliwe wydawały się tak dziś oczywiste rzeczy jak: koniec kolonializmu i niewolnictwa, prawa kobiet i emancypacja seksualności, a nawet lądowanie na Księżycu?

Pomimo jego optymizmu ostatnie miesiące były dla mojego przyjaciela bolesne. Niedawno zmarła jego żona Gertrude, z którą przeżył ponad 80 lat. Często ją wspomina i dodaje, że miałaby teraz 100 lat. Wymawianie jej imienia oraz mówienie o jego ciągłej miłości do niej należą do niewielu rzeczy, które doprowadzają go do łez. W swej istocie są to łzy radości, ponieważ była dla niego bratnią duszą, z którą dzielił pasję naprawiania świata i pomagania ludziom, aby lepiej im się żyło. Oboje byli cudzoziemcami w obcym kraju. Chcieli udowodnić, że są coś warci, i ciężko pracowali, aby poprawić swoje warunki życiowe.

Kiedy pytam Bena, jakie trzy rady dałby młodzieży, nigdy się nie waha, co odpowiedzieć. „To proste” – mówi. „Po pierwsze: nigdy się nie poddawaj. Po drugie: nigdy się nie poddawaj. Po trzecie: nigdy się nie poddawaj”. To przesłanie stale mi towarzyszy.

Nadia Khomami


O marzeniach

Urodziłem się w domu, w Transylwanii – kraju, który już nie istnieje. Rok wcześniej moja siostra przyszła na świat na tym samym łóżku co ja. Była Węgierką. Ja zaś – według mojego paszportu – Rumunem. Po pierwszej wojnie światowej część Transylwanii przyznano Rumunii, znanej na świecie jako ojczyzna hrabiego Draculi. Zmiana nazwy państwa nie miała znaczenia; bardzo ważny był jednak sposób, w jaki traktowano jego mieszkańców. I na Węgrzech, i w Rumunii panował taki sam antysemityzm, więc moi rodzice uznali, że kiedy tylko będzie taka możliwość, opuszczą swoje miasteczko i wyjadą z kraju (czy krajów).

Tak zaczęła się moja podróż przez życie: w skrajnej biedzie. W wiejskiej chacie, gdzie się urodziłem, nie było bieżącej wody, toalety ani prądu. Miała tylko parter i stryszek. Po wodę trzeba było iść kilka kilometrów do studni w centrum miasteczka.

Najszybciej, jak to było możliwe, wsiedliśmy na mały statek do Ameryki. W środku zimy spaliśmy na otwartym pokładzie. Był rok 1920. Podróżowaliśmy trzecią klasą, bo czwartej nie było. Mój ojciec był tak niespokojny i wymęczony brakiem snu, że kusiło go, aby wyrzucić mnie za burtę, gdyż ciągle wrzeszczałem z głodu. Uratowała mnie tylko interwencja wujka, który z nami płynął.

Kiedy wpływaliśmy do portu w Nowym Jorku, minęliśmy Statuę Wolności, ale ja tego nie pamiętam, bo miałem dopiero dziewięć miesięcy. Urzędnik imigracyjny na Ellis Island zapytał moich rodziców, jak mam na imię. Jednak oni nie znali angielskiego, a on nie potrafił porozumieć się z nimi po węgiersku, rumuńsku ani w jidysz, więc prawie wszystko pomieszał. Rodzice podali moje imię w jidysz: Berrel. Urzędnik powtórzył: „Bella?”, zajrzał do kołyski i oszacował, że mam cztery miesiące. W wieku 84 lat całkiem przypadkowo dowiedziałem się, że do Stanów Zjednoczonych przybyłem z fałszywą tożsamością – jako czteromiesięczna dziewczynka.

Tak oto znalazłem się w Ameryce. Pierwsze kilka dni albo tygodni spędziliśmy w zatłoczonym pomieszczeniu Hebrajskiego Stowarzyszenia Pomocy Imigrantom (Hebrew Immigrant Aid Society), które dawało schronienie nowo przybyłym. Kiedy 40 lat później wygłaszałem tam wykład, mieszkańcy ze zdziwieniem, ale i z zadowoleniem przyjęli do wiadomości, że to tam spędziłem swój pierwszy dzień w Ameryce. Mój ojciec był jednookim szewcem. Na próżno szukał płatnego zatrudnienia. Chwalił się, że pomimo kłopotów ze wzrokiem potrafi zrobić buty z cholewami z jednego kawałka krowiej skóry. Przytargał przez Atlantyk swoje ciężkie kopyto, młotki i narzędzia do szycia butów. Ktoś powinien był go ostrzec, że w Nowym Jorku nie dość, że trudno o krowę, to tym bardziej nie ma tam klientów, którzy chcieliby kupić trzewiki ręcznie wykonane przez jednookiego szewca z Transylwanii.

Nie znał angielskiego, prawie nie umiał czytać i pisać, był bezdomny i bez grosza przy duszy, więc ucieszył się, kiedy żydowski czynszownik zaproponował mu pracę dozorcy opiekującego się budynkami przy 56. ulicy w dzielnicy zwanej Hell’s Kitchen. Pozwolono nam mieszkać w piwnicy jednego z mieszkań. Był to mój pierwszy dom na ziemi obiecanej, miejsce, gdzie mój umysł wyswobodził się ze swego kokonu.

Przypominam sobie, że nasze mieszkanie oddzielono od reszty piwnicy. Była w nim kuchnia na drewno ustawiona koło dużej, głębokiej balii do prania służącej nam także do kąpieli. Urządziliśmy sobie święto, kiedy w końcu kupiliśmy galwanizowaną metalową wannę. Ustawiliśmy ją w holu i napełnialiśmy wodą z wiader. Pokój, w którym spałem, w ogóle nie miał okien, a ściany zawsze były wilgotne od podziemnych fundamentów. Pozostałe części piwnicy często okupowali alkoholicy albo włóczędzy. Chronili się tu przed zimnem i spali na posłaniach ze starych gazet.

Naszą dzielnicę nie bez powodu nazywano Hell’s Kitchen. Była piekłem. Znajdowała się w zachodniej części Manhattanu. Wzdłuż ulicy stały tam stare czynszowe kamienice bez wind, typowe dla Nowego Jorku, jaki można zobaczyć w starych filmach. Pióropusze dymu unoszą się tam nad budynkami z brązowego kamienia, ulice są pełne robotników i gangów, a na rogach zawadiacy palą papierosy. Stanowiła obszar o najwyższej przestępczości w całym kraju; przedszkole dla twardzieli, które dało mi najważniejszą lekcję na przyszłość: „żyj i daj żyć innym”.

Cały czas doskwierał nam głód. Moi rodzice byli zaręczeni, jeszcze zanim się urodzili. W ogóle się ze sobą nie dogadywali. Byłem drobniutkim, ale żywym dzieckiem, które nie potrafiło usiedzieć w jednym miejscu. Płakałem z węgierskim akcentem. Siostra i ja nie mogliśmy wychodzić na ulicę, „do włóczęgów”, bo nie było tam bezpiecznie. Aby zażyć świeżego powietrza, siadaliśmy na najwyższym schodku naszej piwnicy, na poziomie chodnika. Kiedy matka schodziła na dół, żeby coś ugotować, uciekałem w poszukiwaniu przygód. Nigdy nie czułem się tam obco. Zawsze byłem Amerykaninem. Wiedziałem, że jestem Żydem, ale nie miałem pojęcia, że także Rumunem lub Węgrem. Dzieciaki rozumieją się doskonale, nie musieliśmy znać języków. Mówiłem jakimś łamanym narzeczem, posługiwałem się gestami i znanymi mi słowami, aż w końcu dostosowałem się do innych.

 

Tylko dzieci nie zwracają uwagi na różnice między rówieśnikami, takie jak rasa, kolor skóry czy wyznanie. Radko zdarza im się narzekać na warunki bytowe, chyba że ktoś im to zasugeruje. One po prostu nie znają innego życia. Ważniejsze od wynajdywania podziałów albo od posiadania nieznanych im dóbr materialnych czy możliwości jest poczucie wspólnoty, zabawa, wolność i niezależność. Taki stan umysłu powinniśmy się starać zachować jako dorośli.

Mieszkańcami Hell’s Kitchen byli głównie imigranci z Irlandii albo z Włoch, a ich dzieciaki skupiały się przede wszystkim na bójkach między sobą albo na grze w kości na chodniku, zwaną craps. Mnie obie strony adoptowały w roli maskotki. W tamtych czasach nie było takich rozrywek jak telewizja, gry wideo albo telefony komórkowe; jedyną odskocznią było pałętanie się przed domem w poszukiwaniu rozróby.

W okolicy stale toczyły się bójki, a przestępczość uważano za część normalnego życia. Moje doświadczenia chuligańskie ograniczały się do podwędzania z warzywniaka ziemniaków na ognisko albo stania na czatach, kiedy moi kumple zajmowali się jakimiś podejrzanymi sprawkami. Jeśli kilkoro dzieciaków klęczało na chodniku, na pewno się nie modliły, tylko grały w kości. Wkładały pieniądze do garnuszka, a ja chroniłem kumpli przed napastnikami i przed policją. Stałem na rogu i krzyczałem: „Glina, glina!”, co oznaczało, że idą mundurowi. Irlandzki policjant przeganiał dzieciaki, klnąc siarczyście, a potem wracał, żeby zagarnąć garnuszek dla siebie. Stwierdzałem, że jeżeli łup nadaje się dla niego, może być i dla mnie, więc zanim wrócił, cichutko pakowałem drobniaki do kieszeni. Zawsze zostawiałem jednak coś dla niego. Możemy to nazwać zmysłem sprawiedliwości pięciolatka.

Nie wyciągałem żadnych wniosków. Funkcjonowałem z dnia na dzień. Kierowałem się sprytem. Czasami wszyscy musimy tak postępować w życiu. Kiedy zauważyłem, że chłopaki sprzedają na ulicy gazety, pomyślałem, że też mogę w ten sposób zarobić parę centów. Nazbierałem w piwnicy starych gazet i zacząłem paradować z okrzykiem: „Gazeeetyyy sprzedaję, gazeeetyyy!”. Brałem za nie po dwa centy i szło mi wyśmienicie, aż któregoś dnia pewien mężczyzna spojrzał na datę i stwierdził, że jego nowy nabytek wcale nie jest nowy. Odprowadził mnie do ojca, który najpierw ostro mnie złajał, a potem spytał: „A gdzie forsa?”.

Jednak pieniądze to nie wszystko. Kiedyś młody plastyk szukał dziewczynki, która pozowałaby mu do rysunku na okładkę popularnego czasopisma. Moje długie jasne włosy – jak zwykle obcięte od garnka przez matkę – i dziewczęca bluzka, którą pożyczyłem od siostry, sprawiły, że dostałem tę pracę. Zarobiłem dwa dolary i pięćdziesiąt centów, ale co ważniejsze, moją urodą zachwyciły się śliczne młode modelki, które obsypały mnie całusami i uściskami. Stanowiło to dla mnie wartość dodaną.

Dużo można osiągnąć bez bogactwa. Moje stosunki z pucybutem Tonym okazały się korzystne dla nas obu. Zawsze zatrzymywałem się przed jego budką wciśniętą między dwa wysokie budynki przy 56. ulicy, żeby mu powiedzieć „dzień dobry”. Uczyłem się mówić z włoskim akcentem, a on na znak przyjaźni zawsze dawał mi baton Tootsie Roll. Jeśli zdarzyło mi się spóźnić do domu, wykorzystywałem smakołyk do obłaskawienia mamy. Potem już do końca życia, za każdym razem gdy starałem się jej przypochlebić, mawiała: „Cały Benny ze swoim Tootsie Roll”.

W tym czasie mój ojciec, który w okolicy zyskał przezwisko „Joe dozorca”, został bimbrownikiem, co w latach dwudziestych dwudziestego wieku było w Hell’s Kitchen zajęciem dość powszechnym. Pędził whisky, w czasie kiedy produkcja, sprzedaż i konsumowanie alkoholu było nielegalne. Robił ją w miedzianej destylarni urządzonej w naszej piwnicy z gotujących się tłuczonych ziemniaków. Dawał po butelce odwiedzającym nas ludziom, między innymi irlandzkim gliniarzom, którzy wpadali, żeby trochę się orzeźwić. Jeśli byli uczciwi, zostawiali mu na stole kilka dolarów. Wiedziałem, że to ciemny interes, więc otwarcie mówiłem o nowym zajęciu taty i jego komitywie z gliniarzami. Wkrótce destylarnia znikła, co można uznać za moje pierwsze zwycięstwo nad przestępczością zorganizowaną.

Atmosfera, w której dorastałem, w znacznym stopniu wpłynęła na moje zainteresowanie zapobieganiem przestępczości. W tamtych czasach za nianię służyło mi kino przy Dziewiątej Alei. Wstęp kosztował tylko dziesiątaka, więc rodzice zostawiali mnie tam i odbierali parę godzin później. Wszystkie filmy okazywały się takie same: faceci w porządnych kapeluszach byli kowbojami, a Indianie mieli na głowach pióropusze. Ci w ładnych kapeluszach zawsze wygrywali i zabijali tych drugich. Ale pamiętam też jeden konkretny film, z Jamesem Cagneyem, zatytułowany Aniołowie o brudnych twarzach.

Młody Cagney i jego kolega usiłują obrabować wagon kolejowy. Kumpel ucieka i zostaje księdzem, a Cagneya łapie policja. Trafia do poprawczaka, a potem zostaje przywódcą gangu. W końcu popełnia morderstwo. Jego przyjaciel, ksiądz, mówi mu wtedy: „Stary, wszyscy się ciebie słuchają, powiedz im, że to błędna ścieżka”. No i w drodze na krzesło elektryczne Cagney zaczyna z krzykiem błagać o litość. Mówi: „Nie chcę odejść, nie chcę umierać”, ale chwilę potem zostaje stracony. Reszta gangu czyta w gazetach o tym, jak Cagney w obliczu śmierci „złapał cykora”. Pytanie do widza brzmi: czy zrobił tak, aby zadowolić przyjaciela, czy naprawdę żałował?

Pamiętam ten film. Pytałem siebie, dlaczego jeden z bohaterów został księdzem i przestrzegał prawa, a drugi wyrósł na bandziora. Co o tym decyduje? Ten temat czy też zagadnienie bardzo często towarzyszyły mi w trakcie mojej kariery. Pewnie znacie dylemat: co jest ważniejsze – natura czy wychowanie? Chodzi w nim o rozstrzygnięcie, w jakim stopniu zachowanie człowieka zależy od cech odziedziczonych (i wynika z genów), a w jakim od nabytych z zewnętrznego środowiska. Według mnie ostateczny kształt osobowości zależy od wielu różnych czynników, także od tego, jakimi ludźmi się otaczamy i jakie mamy możliwości, a także od naszej wiary w siebie, samozaparcia i upartego dążenia do celu.

Dzieciństwo było dla mnie lekcją przetrwania. Wówczas nauczyłem się także, że są dwa rodzaje ludzi: uczciwi i kanciarze. Wolałem nie być oszustem. Za dużo z tym było zachodu. Ścigali człowieka gliniarze, lądowało się w pudle, ciągle uczestniczyło się w bójkach. Już w młodym wieku dowiedziałem się, że przestępstwo nie popłaca.

Na świecie nadal jest wiele miejsc przypominających dzielnicę, w której spędziłem dzieciństwo; być może wychowali się w nich niektórzy z moich czytelników. Niezależnie od tego, w jakich warunkach dorastałeś, uwierz, że jeśli tylko zechcesz, możesz robić coś innego. Jestem doskonałym przykładem na to, że nie trzeba podążać za tłumem. W Ameryce, a także w wielu innych miejscach na świecie, nadal istnieje głęboki podział na bogatych i biednych. Przeprowadzone niedawno badanie wykazało, że 77% osób, które w Stanach Zjednoczonych kończą studia z dyplomem licencjata, pochodzi z rodzin o ponadprzeciętnie wysokich dochodach. Postępowanie wbrew oczekiwaniom otoczenia, kiedy twoje środowisko ci nie sprzyja, jest trudne i niesprawiedliwe, ale nie jest niemożliwe. Historia pełna jest przykładów ludzi, którzy szli pod prąd i odnosili sukcesy. Jeśli komuś się to udało, to dlaczego nie tobie? A zresztą, jeśli jeszcze nikt tego nie dokonał, dlaczego nie miałbyś być pierwszy?

Moi rodzice byli tylko dwojgiem z dwunastu milionów ludzi, którzy emigrowali do Ameryki przez Ellis Island. Przeprowadzili się tysiące mil od domu, do kraju, którego języka nie znali. Nie mieli tam żadnych znajomych, byli bez pieniędzy, bez domu czy pracy. Może łatwiej skacze się na głęboką wodę, kiedy człowiek nie ma niczego, ale nie powinno tak być. Ta lekcja jest pierwszą i najważniejszą ze wszystkich. Jeśli masz marzenie – nieważne, czy chcesz zmienić zawód, założyć fundację charytatywną, poprawić swoją wydolność fizyczną, ubiegać się o nową pracę czy zdobyć górski szczyt, nie pozwól, aby powstrzymała cię świadomość, że twoi koledzy tego nie zrobili albo czekają cię przeszkody. Człowiek chodził po Księżycu. Z odpowiednią dozą wiary i zaangażowania możesz osiągnąć wszystko, co tylko zechcesz.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?