Wieczny początekTekst

Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Beata Szady
Wieczny początek
Warmia i Mazury


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Tadeusz Rolke / Agencja Gazeta

Fotografia Autorki © by Paulina Szady

Copyright © by Beata Szady, 2020

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Małgorzata Tarnowska

Korekta Katarzyna Barcik, Iwona Łaskawiec

Skład d2d.pl

Mapy Barbara Peek, Katarzyna Wicher

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-011-8

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Wstęp

Plebiscyt

Matematyka to nie życie

Sukienka bez hakenkreuza

Niemandsland

A w głowie wojna polsko-niemiecka

Banda czworga

Kikity. Historia znikania

Rozbieracze

Praca w teatr

Strzyżenie trawników

Postscriptum. Warmia i Mazury

Na zakończenie – o pisaniu książki w XXI wieku

Podziękowania i bibliografia

Kolofon

Czy wie pan, dlaczego jem tylko korzonki? Bo korzenie są ważne.

Z filmu Wielkie piękno

Nie wiem, kim my jesteśmy – chyba wędrowcami.

Czasem myślę, że wcale nas nie ma. Tylko inni są.

Adam Zagajewski, Lekcja fortepianu

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp
I

Mówią, że był ostatnim Warmiakiem w Kikitach. To taka mała wieś o śmiesznej nazwie (kiki-riki, riki-tiki, tiki-taki), o której jeszcze nie raz będę pisać w tej książce. Józef Orzołek mieszkał z dala od wsi, wśród pól nazywanych tutaj kolonią. Ostatni Warmiak? Kiedy usłyszałam to po raz pierwszy, nie tyle zapaliła mi się czerwona lampka, ile zaczęła wyć syrena. Dlaczego ostatni? I czy to znaczy, że Warmiaków już nie ma? Jakim cudem, skoro istnieje Warmia?

Kikity to był mój pierwszy kontakt z Warmią. Dziesięć lat temu nic o niej nie wiedziałam, a na Mazurach byłam kilka razy w życiu. Wszystko się zmieniło, kiedy po raz pierwszy przyjechałam na zaproszenie przyjaciela właśnie do Kikit. Od tego czasu nazywam je miłością od pierwszego odczucia.

Później usłyszałam historię Orzołka i nie było już dla mnie odwrotu.

Mam wrażenie, że to nie ja wybrałam temat tej książki.

II

Warmia i Mazury stały się polskie dopiero po II wojnie światowej. Po pierwszej ich los miał rozstrzygnąć plebiscyt z 1920 roku, który zaskoczył wszystkich. Tym tekstem, w mojej opinii najstarszym i najtrudniejszym, otwieram tę książkę. Później będzie już łatwiej. Moi rozmówcy mimo często podeszłego wieku opowiadają żwawo, rześko i z przytupem. Nie raz słucham ich z rozdziawioną gębą.

Herbert Monkowski podczas wojennej ucieczki z Allenstein (dzisiejszego Olsztyna) umierał kilkakrotnie. Na jego oczach doszło do zatonięcia statku pasażerskiego Wilhelm Gustloff, które przeszło do historii jako największa katastrofa morska w dziejach ludzkości. To wtedy chciał uratować z okrętu nienaturalnie czerwoną marmoladę. „O mój Boże! – pomyślał sobie wówczas. – Jest wojna, a oni marmoladę wyrzucają!” Później, jako dojrzały mężczyzna, po wydostaniu się z Polski niechcący jej pomaga.

Adi i Albert Burdinscy są Niemcami urodzonymi przed wojną na Mazurach. Stosunkowo szybko dostają zgodę na wyjazd z Polski, ale później tu wracają, a jeszcze później – budują dom. Swoje życie dzielą na miesiące ciepłe (Mazury) i zimne (Niemcy). Do czasu.

Hubert Orłowski i Herbert Sobottka po wojnie zostają, ale na Warmii i Mazurach nie mają łatwego życia. Z różnych względów.

Reportaż A w głowie wojna polsko-niemiecka to historia tych, którzy długo nie chcą wyjeżdżać ze swojej małej ojczyzny, ale jednak to robią, z różnych powodów. Najciekawsze jest jednak to, co dzieje się w głowach niektórych z nich po wyjeździe do Niemiec.

Przed wojną Mazury były protestanckie, Warmia – katolicka. Kiedy po 1945 roku rdzenni mieszkańcy stąd wyjeżdżają, ich miejsce zajmują przesiedleńcy katolicy. Brakuje dla nich kościołów. Ewangelickie zaś użytkowane są rzadko bądź wcale, bo protestantów jest tyle, co kot napłakał. Dlatego katolicy postanawiają je przejąć. Często dziwnymi metodami, często pod wodzą księży, często pozostawiając niesmak, jak w Spychowie czy Rozogach. O tym właśnie opowiada reportaż Banda czworga.

W ukochanych Kikitach również znalazłam nie lada historię. I bohatera, który zbił mnie z pantałyku, bo rozmył granice między prawdą a fikcją. Eugeniusz Kowalski, bo o nim mowa, opowiedział mi historię znikania pewnego siedliska, a także podzielił się ze mną przygodą ze snami, ukrytym krzyżem i tajemniczym listem.

Każdy z powyższych tekstów to reportaż historyczny zahaczający o teraźniejszość. Inaczej jest z trzema kolejnymi. Tutaj królową jest współczesność. W pierwszym tytułowi rozbieracze opowiadają o intratnym biznesie, jakim jest obecnie na Warmii rozbiórka starych domów, obór, stodół. Niestety interes ten rujnuje również w ekspresowym tempie krajobraz kulturowy regionu. Kto jest winien? Czy właśnie rozbieracze? Drugi tekst na czasie to Praca w teatr. Ewa i Robert Wasilewscy tworzą na Mazurach teatr tożsamościowy – przez sztukę opowiadają o przeszłości regionu, edukują i zadają pytanie: „A ty kim jesteś?”. Wreszcie ostatni reportaż, którego bohaterami są potomkowie powojennych osiedleńców. Pytam ich, czy utożsamiają się z Warmią i Mazurami i czy nadal ciąży na nich klątwa wiecznego początku.

Postscriptum to próba przedstawienia Warmii i Mazur jako dwóch oddzielnych bytów. Bo choć najczęściej mówimy o nich łącznie, w rzeczywistości to dwie odmienne krainy. Staram się pokazać te różnice, a także odpowiedzieć na pytanie o to, dlaczego jedna żyje w cieniu drugiej.

W ten oto sposób opowiadam ostatnie sto lat Warmii i Mazur.

III

Termin „klątwa wiecznego początku” ukuła profesor Barbara Fatyga. Użyła go w raporcie Kultura pod pochmurnym niebem (2014 rok), który jest diagnozą stanu kultury w województwie warmińsko-mazurskim. Jednak samo wyrażenie nasunęło jej się o wiele wcześniej, bo już w roku 1986, kiedy analizowała pamiętniki chłopów nadesłanych na ogólnopolski konkurs „Łączy nas ziemia”. Jednym bardzo wyrazistym motywem, niezależnie od tego, kto pisał – czy starzy, czy młodzi – była prawie identyczna fraza na początku opowieści o losach rodziny, mianowicie: „Rodzice moi zaczynali od zera”.

– W momencie, kiedy w znacznie późniejszych badaniach na Warmii i Mazurach pojawił się ten sam wątek zaczynania od początku, dość naturalnie pojawiło się wyrażenie „klątwa wiecznego początku” – tłumaczy profesor Fatyga. Definicja tego hasła jest wbrew pozorom dość szeroka. – Klątwa wiecznego początku odnosi się do okoliczności zewnętrznych: politycznych, ekonomicznych, przyrodniczych. Przyjdzie wojna – trzeba uciekać i zaczynać życie w nowym miejscu. Przyjdzie burza – zniszczy dom i trzeba zaczynać od zera. Umrze ojciec – świat się wali w sekundę, bo matka zostaje sama z dziećmi. Czyli aktywność ludzi, którym się przyglądamy, zostaje w sposób przez nich niezawiniony zniszczona, przerwana, zdestruowana. Jeżeli mają oni w sobie jeszcze jakąś wolę walki, to podejmują ten wysiłek po raz drugi. Nie dają się zniszczyć, ale muszą zaczynać od zera.

Jeżeli prześledzić losy bohaterów tej książki, to wszyscy po 1945 roku zaczynali od nowa: zarówno ci, którzy wyjechali z byłych Prus Wschodnich – nieważne, czy tuż po wojnie, czy później (Monkowski, Burdinski) – wszystkie te matki, których mężowie nie wrócili z wojny (jak chociażby matka Orłowskiego), jak i powojenni osiedleńcy z centralnej Polski czy Kresów Wschodnich (Kowalscy, Kądzielewscy). To łączy moich bohaterów – są ofiarami klątwy wiecznego początku.

 

Plebiscyt

Kazimierz Jaroszyk – dobrze zbudowany, łysy pan z mocnymi brwiami – życie rodzinne wkomponowuje w zawodowe. Dom w Szczytnie jest jednocześnie redakcją gazety „Mazur” i miejscem spotkań działaczy polskich. Często przypomina ul. Żywe rozmowy nie mają końca. Przysłuchuje się im jego dziesięcioletni syn Heniek. Wiele nie rozumie – to zbyt trudne sprawy na jego chłopięcą główkę. Zauważa jednak, że od jakiegoś czasu często pada w nich jedno dziwne słowo. W wolnej chwili pyta więc ojca, co to jest ten plebiscyt. „Wytłumaczył mi wtedy, że lud zamieszkały na Mazurach [również na Warmii – przyp. aut.] ma zadecydować o tym, czy chce należeć do Polski, czy do Niemiec” – mówi Henryk Jaroszyk w reportażu radiowym Interludium mazurskie.

Do plebiscytu nie zostało wiele czasu. To martwi Kazimierza Jaroszyka, który na Warmię i Mazury przybywa pod koniec XIX wieku z Wielkopolski, żeby tutaj ratować polskość. Jakie przedsięwziąć działania, żeby jak najwięcej mieszkańców Warmii i Mazur głosowało za Polską? Nad tym zastanawiano się w ulu. Jaroszyk, tylko metaforycznie, rwie sobie włosy z głowy.

Postanowienia kończącego I wojnę światową traktatu wersalskiego dotyczące Warmii i Mazur nie przypadają Jaroszykowi do gustu. Jest racjonalistą. Uważa, że plebiscyt skazuje Polskę na przegraną, gdyż ludność pozbawiona polskiej świadomości narodowej, a związana od lat z niemieckim państwem, zagłosuje za pozostawieniem regionu w granicach Niemiec. Nawet jedzie w tej sprawie do Warszawy. Jego wniosek, żeby odwlec plebiscyt, a najlepiej z niego zrezygnować, nie znajduje zrozumienia. Ktoś mu w tej Warszawie mówi: „To jest nie do wyobrażenia, żeby nawet Niemiec na Mazurach głosował za przegranymi!”. Czyli za Niemcami, którzy są wielkimi pokonanymi w I wojnie światowej. „Przecież nikt nie głosuje na zwyciężonych!”

Plebiscyt pokaże jednak co innego.

Język

To była dziwna polskość. Taka polskość z alzheimerem. Warmia bowiem w momencie plebiscytu od prawie stu pięćdziesięciu lat (czyli od pierwszego rozbioru Polski) należała do Niemiec, a dokładnie do Prus Wschodnich – najbardziej wysuniętej na wschód niemieckiej prowincji. Podobnie zresztą jak Mazury, tylko że one nigdy nie wchodziły w skład Rzeczypospolitej, a przez zaledwie dwieście lat (od XVI do XVIII wieku) były z nią luźno związane jako państwo lenne. Mimo to ich mieszkańcy mówili po polsku. Gwara mazurska bowiem jest mieszaniną języka ludowego i staropolskiego z pewnymi naleciałościami niemieckimi. To dlatego reporter Melchior Wańkowicz w książce Na tropach Smętka tłumaczy swojej córce, dlaczego na Mazurach (które w tym czasie należały do Rzeszy) nie trzeba znać języka niemieckiego:

– […] wszędzie tam rozmówisz się po polsku.

– Dlaczego?

– Bo to, w istocie, kraj polski. Bo tam mieszka 400 000 ludności mówiącej po polsku.

– To czemu nie wrócili po wojnie [I światowej – przyp. aut.] do Polski?

– Mogli przyjść, ale nie wrócić, bo w niej nigdy nie byli. Mieszkają na tej ziemi od siedmiuset lat. […] Wyznają wiarę ewangelicką. O Polsce wiedzieć nie chcą, a raczej po prostu nie wiedzą nic. […]

Tili głowa pracuje:

– A mówią po polsku?

– Mówią po polsku.

– To są Polacy…

– Ja tak sądzę. Ale oni nawet o tym nie wiedzą. Oni niezupełnie zdają sobie sprawę, że ich mowa jest polska.

Skąd wziął się ten język? Jego genezę próbowało tłumaczyć wielu. Jedni pisali trudno i zawoalowanie, inni bardzo prosto: że gwara mazurska wywodzi się z dawnego języka staropolskiego, który przybył na tereny pruskie wraz z osadnikami polskimi z Mazowsza w XV–XVI wieku.

Jednak przywiązanie do polskiej mowy nie oznaczało istnienia u Mazurów polskiej świadomości narodowej.

Mazurzy

To była dziwna polskość. Taka polskość w stanie rozkładu. Setki lat germanizacji i asymilacji zrobiły swoje. To dlatego ani związki z językiem polskim, ani pokrewieństwo etniczne nie miały większego znaczenia w kształtowaniu tożsamości narodowej Mazurów. W 1918 roku historyk Stanisław Zieliński pisał:

Polskość ludu mazurskiego jest, niestety, tylko językowa. Narodowo uświadomionym chłop mazurski nie jest, przeciwnie, zaliczyć go trzeba pod względem politycznym do najwierniejszych poddanych króla pruskiego. Nic w tym dziwnego. Pozostawiony wieki całe sam sobie, nie posiadając własnej inteligencji, polskość znając tylko z jej reprezentantów, których ma sposobność do oglądania, tj. w biednym robotniku sezonowym i przekupniu żydowskim spod Mławy, […] uważa tę polskość za coś niższego, [a – przyp. aut.] niemieckość za synonim kultury.

Mazurzy mentalnie byli Niemcami. Tylko mówili po polsku. Niektórzy nazywali ich dość osobliwie: niemieckie Poloki.

Warmiacy

Na Warmii było ciut lepiej. Miała swoje zrywy polskości. Pierwszy przypada na rok 1886, kiedy to powstaje „Gazeta Olsztyńska”. Ma ona rozbudzić w czytelnikach ducha polskiego patriotyzmu. Jej redaktorzy stają w obronie języka polskiego, który wówczas jest już w Prusach Wschodnich zakazany (łącznie z nauką w szkołach). Apelują do rodziców, aby uczyli dzieci pisać i czytać po polsku, gdyż język ten najlepiej utrzymuje się w mowie, bo godano nim w domach. Niektórzy uważają, że „Gazeta Olsztyńska” była jedyną wielką polską gazetą w tym regionie. Jednak w porównaniu z niemieckimi tubami propagandowymi, które w okręgu olsztyńskim ze stałą siecią abonentów osiągały liczbę stu tysięcy egzemplarzy tygodniowo, ze swoim pięciotysięcznym nakładem nie była dla nich żadnym zagrożeniem.

Taka to była polskość na Warmii. Polskość ledwie pełzająca.

Purda

Niewielu było takich jak pradziadek profesora Huberta Orłowskiego, germanisty, literaturoznawcy, wykładowcy uniwersyteckiego. Nazywał się Michał Preyłowski i był „szanowanym w okolicy gospodarzem, o dużym autorytecie moralnym”, jak pisze jego prawnuk w książce Warmia z oddali. Odpominania. Podczas rozmowy Orłowski dodaje:

– On odbierał sobie i dzieciom z ust, żeby móc abonować „Gazetę Olsztyńską”.

Po latach solidnie oprawione roczniki tej gazety znajdzie młodziutki Hubert, buszując na strychu domu Preyłowskich.

W 1892 roku Michał Preyłowski organizuje w Purdzie wraz z Sewerynem Pieniężnym, redaktorem naczelnym „Gazety Olsztyńskiej”, wiec propagujący nauczanie religii w języku polskim. Pisze też w tej sprawie osobiście do samego Królewca.

– To był chłop uświadomiony – tłumaczy Hubert Orłowski. – I uważam, że jego zasługi są większe aniżeli profesora z Uniwersytetu Wileńskiego, który walczył o zachowanie kultury polskiej. Bo jeżeli robi to zwykły człowiek, który od rana do wieczora haruje, a dodatkowo jeszcze czyta i angażuje się w sprawy polskie, to jest to nie lada wyczyn. Wszak byli na Warmii wśród chłopstwa światli ludzie.

W domu Michał Preyłowski uczy swoje wnuki pisania i czytania z polskich elementarzy. Kiedy jego wnuczka Monika, mama profesora Orłowskiego, idzie do szkoły, nie zna ani jednego słowa po niemiecku.

– To był ewenement – potwierdza profesor. – Takich Polaków na Warmii było niewielu.

Objawienie

Warmia – w przeciwieństwie do Mazur – była katolicka i wielki wpływ na rozbudzenie polskości miały tutaj objawienia maryjne. W połowie 1877 roku, czyli ponad sto czterdzieści lat temu, rozeszły się wieści, że na klonie przy kościele w Gietrzwałdzie objawiła się dwóm kilkunastoletnim dziewczynkom Matka Boska i przemówiła do nich po polsku. „Po polsku? Jak to po polsku? Przecież polski jest zakazany!” – mówili między sobą mieszkańcy. Potraktowano więc to wydarzenie jako wolę Maryi, by ziemia warmińska pozostała przy Polsce, i wysuwano ten argument przed plebiscytem. Podobnego zdania była „Gazeta Olsztyńska”, w której pisano: „[…] jeżeli w niebie nie gardzą polskim językiem, czyż się może na to odważyć nędzny proch ziemski?”.

Maryi – za pośrednictwem dziewczynek – lud zadawał różne pytania. Była ona terapeutką, pocieszycielką i polityczką w jednym. A sąsiad zostanie zbawiony? Dziewuszka się opamięta i zejdzie na dobrą drogę? Mąż pijak się wreszcie nawróci? Hubert Orłowski w książce Rzecz o dobrach symbolicznych. Gietrzwałd zwraca uwagę na pytania o nawrócenie pijaków i upadłych dziewcząt. „Alkoholizm musiał być naówczas niebagatelnym problemem społecznym i obyczajowym na Warmii, skoro właśnie ten wątek eksponują niemal wszyscy autorzy broszurek o Gietrzwałdzie” – pisze. Maryja zawsze miała tę samą odpowiedź – tak, jeżeli ludzie będą gorliwie odmawiać różaniec.

Było i inne pytanie. Absolutnie polityczne.

– Mieszkańcy za pośrednictwem dziewczynek zapytali Maryję, czy skończy się prześladowanie Kościoła na Warmii. Trzeba pamiętać, że były to czasy Kulturkampfu, który w moim mniemaniu nie był walką rządu pruskiego z Kościołem katolickim, a podporządkowaniem Kościoła swoim prawom. Według Niemców bowiem miał on być instytucją państwową, która będzie służyć produkowaniu tożsamości narodowej – tłumaczy Orłowski.

Padło pytanie, czy skończy się prześladowanie Kościoła na Warmii. Maryja odpowiedziała: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić”.

– Można uczynić jakiś zarzut Matce Boskiej? Okazała się dobrą dyplomatką. Przydałby się nam taki minister spraw zagranicznych – podsumowuje profesor.

Gietrzwałd przez lata obrósł kultem. W 1977 roku, sto lat po widzeniach, władze kościelne zatwierdziły objawienia na Warmii. To jedyne w Polsce, i jedno z dwunastu na świecie, miejsce objawień maryjnych uznanych przez władzę kościelną. Jednak nawet dla Polaków Lourdes czy Fatima są bardziej oczywiste niż Gietrzwałd. Ba, wyprzedza go nawet Licheń, choć Kościół nie uznał tamtejszych wydarzeń. Wieś warmińska jest na szarym końcu. Może właśnie dlatego nadal jest uduchowiona i skromna. Inaczej niż Kościół.

Strona niemiecka

Jak pisze historyk Stanisław Achremczyk w Historii Warmii i Mazur, Niemcy nie czekali na postanowienia traktatu wersalskiego, tylko już od początku 1919 roku podjęli przedplebiscytową propagandę. Mimo przegranej wojny władze zdecydowały się zwiększyć pomoc finansową dla Prus Wschodnich, byleby tylko zatrzymać je przy sobie. Plebiscyt w Niemczech podniesiono do rangi sprawy ogólnonarodowej, jednoczącej wszystkich ponad politycznymi podziałami.

Ogromny zastrzyk pieniędzy otrzymała perfekcyjnie działająca Wschodnioniemiecka Służba Ojczyźniana. Olbrzymia sieć jej członków objęła zasięgiem cały teren plebiscytowy. To oni będą organizować wiece proniemieckie i rozgramiać te polskie, używając również przemocy fizycznej. Dlatego też w Mazurach o propolskim nastawieniu – będących w mniejszości – zakiełkował strach. Jeden z bohaterów reportażu radiowego Interludium mazurskie powiedział: „W 1919 roku jeszcze można było liczyć na Mazurów [że zagłosują na Polskę – przyp. aut.], ale później, w miarę nasilania się terroru i zorganizowania na całych Mazurach niezwykle sprawnie działających bojówek, było ich coraz mniej”. Ktoś inny jeszcze dodał: „W roku 1918, tuż po zakończeniu działań wojennych, kiedy padłoby pytanie, kto decyduje się za Polską, a kto za Niemcami, to byłby chyba ułamek procenta tych, co za Niemcami”.

Jeżeli tak, to propaganda niemiecka była wyjątkowo skuteczna. Tym bardziej że przekonywała też po ludzku – alkoholem. Pisze o tym Andreas Kossert w książce Powiat szczycieński. Przeszłość – współczesność. Chcąc wpłynąć na „odpowiednie nastawienie ludności”, dla obszaru plebiscytowego zakupiono dodatkowe dwadzieścia tysięcy litrów wysokoprocentowego alkoholu w celach propagandowych, „na rzecz niemczyzny”.

Mała ojczyzna

W reportażu Interludium mazurskie jeden z bohaterów zauważył:

Początkowo […] w ogóle nie było mowy o Mazurach, tylko […] o Polakach. Henzel pisze, że w powiecie szczycieńskim było dziewięćdziesiąt procent Polaków. Kiedy Niemcy obawiali się, że to może być problemem, wtedy zmienili narodowość polską na mazurską i stworzyli nowy naród mazurski, jakiego nigdy nie było.

To dlatego powstaje Związek Mazurów i Warmiaków, na którego czele staje mistrz ciętego języka i propagandy niemieckiej – Max Worgitzki. Organizacja szerzy hasła związane z poczuciem wspólnoty regionalnej, przywiązaniem do ziemi rodzinnej, miłości do małej ojczyzny. I to był strzał w dziesiątkę! Tutejsi połykają haczyk.

Tę narrację wykorzystali również Niemcy, przygotowując plebiscytowe karty do głosowania. Zamiast nazwy „Deutschland” (Niemcy) wydrukowali „Ostpreußen” (Prusy Wschodnie). Bo Ostpreußami chcieli być wszyscy. Po przeciwnej stronie barykady była karta z nazwą „Polen (Polska)”, co w praktyce oznaczało wybór między swoim a obcym. Andrzej Wakar, historyk i literat, pisał:

 

Chłop mazurski, którego świat zamykał się w obrębie jeśli nie parafii czy powiatu, to prowincji, głosował podczas plebiscytu za ojcowizną. Nie głosował za państwem niemieckim, bo Niemcy to byli obcy, przybysze. Wybierał między Polską […], a swym regionem: Prusami Wschodnimi, jak gdyby jakimś autonomicznym państewkiem.

Wybierał więc kartę z Ostpreußen.

Niemcy liczyli, że ludność w tę pułapkę wpadnie. I się nie pomylili. Andrzej Wakar zaś dodaje: „[…] działaczom polskim zabrakło dowcipu, bo gdyby Prusom Wschodnim przeciwstawili nie Polskę, a Mazury, wprowadziliby wyborców w nie lada rozterkę i przebiegły chwyt strony niemieckiej zostałby odsłonięty”.