Niebezpieczne kobietyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PIEŚŃ NORY

MONTMIRAIL

Styczeń 1169

Nora rozejrzała się szybko, chcąc się upewnić, że nikt nie patrzy, a następnie zsunęła się w dół, między drzewa, w stronę brzegu małego strumienia. Wiedziała, że nie znajdzie żab, na które mogłaby zapolować. Brat powiedział jej, że jak drzewa nie mają liści, to w strumieniu nie ma żab. Ale woda połyskiwała na jasnych kamieniach i dostrzegła szlaczki wyżłobione w wilgotnym piasku. Przykucnęła, żeby wykopać lśniące odłamki ze strumienia. Byłoby szkoda, gdyby wysechł. Za jej plecami jej młodsza siostra Johanna pospiesznie zsunęła się na brzeg.

— Nora! Co masz?

Podała kamyk siostrze i przeszła kawałek wzdłuż wąskiej strużki wody. Szlaczki okazały się śladami ptasich łapek i przypominały krzyżyki na mokrym piasku. Znów przykucnęła, żeby pogrzebać w kamieniach, a potem w żółtym piaszczystym brzegu strumienia zauważyła dziurę, jak małe okrągłe wejście.

Odsunęła zasłonę z włochatych korzeni, próbując zajrzeć do środka. Czy coś tam mieszkało? Mogła włożyć tam rękę, żeby sprawdzić, ale w natłoku chaotycznych myśli wyobraziła sobie coś puszystego, coś puszystego z zębami, zębami wbijającymi się w jej dłoń, i schowała piąstkę pod spódnicę.

Z góry, zza drzew rozległ się głos:

— Nora?

To była jej nowa opiekunka. Nie zwróciła na nią uwagi, szukając patyka do zbadania dziury. Obok Johanna nagle krzyknęła zaintrygowana i opadła na czworaki, pochylając się nad jamą. Jej sukienka zamoczyła się w strumieniu.

Rozległ się inny głos.

— Nora!

Dziewczynka poderwała się.

— Richard. — Wypowiedziawszy to imię, zaczęła wspinać się na brzeg, prawie gubiąc but. Na trawiastej krawędzi nałożyła go z powrotem. Odwróciła się i pomogła Johannie wdrapać się na górę, po czym pobiegła wśród ogołoconych drzew na otwarty teren.

Brat kroczył w jej stronę, uśmiechając się, z otwartymi ramionami, a ona biegła do niego. Nie widziała go od Bożego Narodzenia, kiedy ostatni raz byli wszyscy razem. Miał dwanaście lat, a więc był dużo starszy od niej, prawie dorosły. Pochwycił ją w ramiona i przytulił. Pachniał koniem. Johanna przybiegła, wydając okrzyki radości i ją też przytulił. Dwie opiekunki, czerwone na twarzach, nadbiegły zdyszane, ze spódnicami w garściach. Richard wyprostował się, jego niebieskie oczy płonęły, gdy wskazał na drugą stronę pola.

— Widzicie? Matka jedzie.

Nora przesłoniła oczy ręką, patrząc przez otwarte pole. Początkowo widziała tylko stłoczonych ludzi, poruszających się i kołyszących na skraju pola, ale potem przez tłum przetoczył się szmer, który ze wszystkich stron przeszedł w ryk. W oddali koń przygalopował na pole i zatrzymał się. Jeździec uniósł rękę w geście pozdrowienia.

— Mama! — krzyknęła Johanna i zaklaskała w dłonie.

Teraz cały tłum krzyczał i wiwatował, a mama Nory galopowała na swoim ciemnoszarym koniu wzdłuż szpaleru ludzi, w kierunku drewnianego podium pod platanami, gdzie wszyscy mogli usiąść. Nora nabrała tyle powietrza, że omal nie pękła.

— Hura! Hura, mama! — krzyknęła.

Tam, przy podium, tuzin mężczyzn wyszło pieszo na spotkanie kobiety na koniu. Zatrzymała się wśród nich, rzuciła wodze i zsiadła. Szybko wspięła się na podium, gdzie czekały dwa krzesła, i stanęła tam, wznosząc rękę i obracając się powoli, żeby pozdrowić wiwatujący tłum. Stała wyprostowana jak drzewo, z powiewającymi wokół niej spódnicami.

Nagle, ponad podium, jej proporzec z akwitańskim orłem rozwinął się jak wielkie skrzydło, a grzmiące okrzyki rozległy się ze zdwojoną siłą:

— Eleanor! Eleanor!

Po raz ostatni pomachała do tłumu i wtedy dostrzegła swoje dzieci biegnące w jej stronę i na nich skupiła całą uwagę. Wyciąg nęła do nich ręce. Richard pochwycił Johannę w ramiona i pobiegł w kierunku podium. Nora wchodziła bocznymi schodami. Wchodząc od frontu, Richard postawił siostrę u stóp matki.

Ręce matki opadły na nich. Nora ukryła twarz w spódnicach królowej.

— Mama.

— Ach. — Ich matka usiadła, lekko odsuwając od siebie Johannę. Wolnym ramieniem objęła Norę. — Ach, moje kochane. Jak ja za wami tęskniłam. — Ucałowała je obie kilka razy, gwałtownie. — Johanno, zmoczyłaś się. To nie powinno mieć miejsca. — Skinęła ręką i natychmiast przybiegła opiekunka dziewczynki. Ta piszczała, ale i tak została zabrana.

Wciąż trzymając przy sobie Norę, Eleanor pochyliła się i spojrzała w oczy Richardowi, opierającemu się skrzyżowanymi ramionami o krawędź podium na wprost niej.

— Cóż, mój synu, jesteś podekscytowany?

Odepchnął się od podium i stanął prosto z zarumienioną twarzą i jasnymi włosami dziko splątanymi przez wiatr.

— Matko. Nie mogę się doczekać! Kiedy papa tu przybędzie?

Nora pochyliła się ku matce. Kochała Richarda, ale chciała, żeby rodzicielka poświęcała jej więcej uwagi. Jej matka była piękna, nawet jeśli była naprawdę stara. Nie nosiła czepca, tylko ciężką złotą obręcz na lśniących rudokasztanowych włosach. Włosy Nory wyglądały jak wyschnięta trawa. Nigdy nie będzie piękna. Ramię królowej zacisnęło się wokół niej, ale wciąż nachylała się do Richarda, całkowicie na nim skupiona.

— Nadjeżdża. Powinieneś przygotować się do ceremonii. — Dotknęła przodu jego płaszcza, a następnie uniosła rękę do jego policzka. — W każdym razie rozczesz włosy.

Podskakiwał ożywiony.

— Nie mogę się doczekać. Nie mogę się doczekać. Zostanę księciem Akwitanii!

Królowa roześmiała się. Rozległ się dźwięk rogu.

— Patrz, zaczyna się. Idź. Znajdź swój płaszcz. — Odwróciła się i skinęła w bok. — Towarzyszcie lordowi Richardowi. Nora, teraz… — Szturchnęła dziewczynkę, by ta cofnęła się, przez co mogła zmierzyć ją wzrokiem od stóp do głów. Kąciki jej ust uniosły się w uśmiechu, a oczy zabłysły. — Co ty robiłaś, kulałaś się po trawie? Jesteś moją dużą dziewczynką, musisz się dobrze prezentować.

— Mamo. — Nora nie chciała być dużą dziewczynką. To określenie przypomniało jej, że Mattie, prawdziwa duża dziewczynka, odeszła. Ale Nora uwielbiała, kiedy matka poświęcała jej uwagę, dlatego gorączkowo szukała w pamięci czegoś, co mogłaby powiedzieć, żeby podtrzymać jej zainteresowanie. — Czy to znaczy, że nie mogę się już bawić?

Eleanor roześmiała się i znów ją przytuliła.

— Zawsze będziesz mogła się bawić, moja dziewczynko. Tylko w inne gry. — Musnęła ustami czoło Nory. Dziecko uświadomiło sobie, że powiedziało właściwą rzecz. Potem Eleanor odwróciła się. — Patrz, przyjechał twój ojciec.

Szmer emocji narastał pośród tłumu jak wiatr w suchym polu, przechodząc w pomruk i wybuchając grzmiącymi wiwatami. Wzdłuż pola podążała kolumna jeźdźców. Nora wyprostowała się, klasnęła w dłonie, wzięła głęboki oddech i wstrzymała go. Jej ojciec jechał w środku kolumny. Nie miał na sobie ani korony, ani królewskich szat, a jednak wydawało się, że wszystko kłaniało się i pochylało wokół niego, jakby nikt, prócz niego, nie miał znaczenia.

— Papa.

— Tak — powiedziała Eleanor pod nosem. — Królewski papa. — Opuściła ramię, którym obejmowała Norę, i usiadła wyprostowana na krześle.

Nora cofnęła się. Jeśli będzie trzymała się za nimi, poza zasięgiem ich wzroku, to może o niej zapomną i będzie mogła zostać. Widziała, że Richard też nie odszedł, tylko ociągał się na wprost królewskiego podium. Jej ojciec podjechał i zsiadł z konia wprost na podium. Uśmiechał się, mrużąc oczy, w wymiętym ubraniu, z potarganą brodą i włosami. Wzdłuż tej strony pola, po obu stronach podium, jego rycerze jechali pojedynczą szarżą, strzemię w strzemię, twarzami do Francuzów po drugiej stronie pola. Król stał, rzucając szybkie spojrzenie w tamtą stronę, a potem spuścił wzrok na Richarda, stojącego przed nim sztywno.

— No, chłopcze — rzekł ojciec. — Jesteś gotów złamać lancę?

— Och, papo! — Richard aż podskoczył. — Mogę?

Ojciec parsknął śmiechem, patrząc na niego z wysokości podium.

— Nie, dopóki nie możesz sam płacić swoich okupów, kiedy przegrasz.

Richard zarumienił się jak dziewczyna.

— Nie przegram!

— Nie, oczywiście, że nie. — Król machnął lekceważąco ręką. — Nikt nie myśli, że przegrasz, chłopcze. — Ponownie roześmiał się, pełen pogardy. Następnie odwrócił się. — Kiedy będziesz starszy.

Nora zagryzła wargę. To było podłe, rozmawiać z Richardem w ten sposób. Jej brat przygasł. Przez chwilę kopał ziemię, po czym podążył za giermkiem przez pole. Nagle znów był tylko chłopcem. Nora przykucnęła ukryta za spódnicami matki, mając nadzieję, że ojciec jej nie zauważy. Usadowił się na krześle obok królowej, wyciągnął nogi i po raz pierwszy zwrócił się w jej stronę.

— Muszę przyznać, że wyglądasz zadziwiająco dobrze. Jestem zaskoczony, że twoje stare kości pokonały całą tę drogę z Poi tiers.

— Nie mogłabym sobie tego darować — odrzekła Eleanor. — A podróż była dość przyjemna. — Nie dotknęli się, nie wymienili pocałunków. Nora poczuła ukłucie niepokoju. Jej opiekunka podeszła do brzegu podium i dziewczynka skuliła się głębiej w cieniu matki. Eleanor posłała królowi długie spojrzenie. Jej uwaga przeniosła się na jego tors.

— Jajka na śniadanie? Czy wczorajsza kolacja?

Przestraszona Nora wychyliła się trochę, żeby przyjrzeć się ojcu. Jego ubranie było wymięte, ale nie zauważyła żółtych śladów po jajkach. Jej ojciec rzucił matce pełne wściekłości spojrzenie i poczerwieniał na twarzy. Nie obejrzał swojego płaszcza.

— Jesteś nadętą starą kobietą.

Nora zwilżyła językiem dolną wargę. Miała wrażenie, że wnętrzności ma pełne cierni i zadziorów. Ręka matki spoczywała na jej udzie i Nora widziała, jak matka gładzi suknię raz za razem, szybkimi ruchami zgiętych palców.

 

— Lady Noro, zbliż się — powiedziała jej opiekunka.

— Nie przywiozłeś swojej ukochanej — stwierdziła królowa.

Król pochylił się lekko w jej stronę, jakby chciał rzucić się na nią i pobić pięściami.

— Boi się ciebie. Nie przyjedzie nigdzie, gdzie może znaleźć się w pobliżu ciebie.

Eleanor roześmiała się. Nie bała się go. Nora zastanawiała się, o czym rozmawiali. Czyż jej matka nie była ukochaną króla? Udawała, że nie widzi przywołującej ją opiekunki.

— Nora, chodź tu! — nakazała głośno kobieta.

To zwróciło uwagę królowej, która odwróciła się, zobaczyła córkę i powiedziała:

— Idź, moja dziewczynko. Idź, przygotuj się. — Jej dłoń opad ła lekko na ramię Nory. — Proszę, rób to, co ci każą. — Nora ześliznęła się z podium i odeszła, aby ją ubrano i wystrojono.

Jej stara opiekunka odeszła z Mattie, kiedy starsza siostra Nory wyjechała poślubić księcia Niemiec. Teraz miała tę nową opiekunkę, która nie potrafiła szczotkować włosów, nie zadając jej bólu. Przebrały już Johannę w świeżą sukienkę i zaplotły jej włosy, a inni czekali na zewnątrz w małym namiocie. Nora rozmyślała o Mattie, która opowiadała jej bajki i śpiewała dla niej, gdy śniła koszmary. Teraz wszyscy spacerowali przez pole na ceremonię, najpierw jej brata, a potem jej i Johanny.

Johanna wsunęła palce w dłoń Nory, a ta uścisnęła je mocno. Wszyscy ci ludzie sprawiali, że czuła się mała. Stali w rzędach pośrodku pola, jakby byli w kościele, a zwykli ludzie stłoczyli się dokoła, żeby słyszeć, co się dzieje. Po drugiej stronie wisiały chorągwie, przed nimi zaś stał herold z opuszczonym długim, błyszczącym rogiem. Wypatrywał przybycia dzieci.

Na samym środku, na krzesłach, siedzieli ich ojciec i matka, a obok nich blady, sprawiający wrażenie zmęczonego, mężczyzna w niebieskiej aksamitnej todze. Stopy opierał na małym podnóżku. Wiedziała, że był to król Francji. Ona oraz jej siostra i brat podeszli przed ich oblicze, ramię w ramię, a gdy herald wymienił ich imiona, pokłonili się jednocześnie, najpierw rodzicom, a następnie francuskiemu królowi.

Teraz było ich tylko pięcioro, biorąc pod uwagę, że Mattie wyjechała, a ich najmłodszy braciszek, jeszcze niemowlę, nadal przebywał w klasztorze. Henry był najstarszy. Nazywali go Henry Chłopiec, ponieważ papa również miał na imię Henry. Następny w kolejności był Richard, a potem Geoffrey. Mattie była pomiędzy Henrym Chłopcem a Richardem. Po Geoffreyu byli Nora, Johanna i, pozostający z mnichami, dzidziuś John. Tłum krzyczał i wiwatował na ich widok i nagle Richard odpowiedział mu, unosząc rękę nad głową.

Człapiąc, dołączyli do tłumu stojącego za plecami ich rodziców, gdzie znów ustawili się w szeregu. Heroldowie krzyczeli coś po łacinie. Johanna pochyliła się w stronę Nory.

— Jestem głodna — zakomunikowała.

Dwa kroki przed nimi siedząca na krześle Eleanor obejrzała się przez ramię, więc Nora szepnęła:

— Ciii.

Wokół nich stali sami mężczyźni, ale za królem Francji była dziewczynka, wyglądająca na trochę starszą od Nory. Kiedy obejrzała się, Nora pochwyciła jej spojrzenie i uśmiechnęła się niepewnie, ale dziewczynka tylko spuściła wzrok.

Brzmienie rogów sprawiło, że aż podskoczyła. Johanna uścis nęła jej dłoń. Jeden z ludzi papy wystąpił i zaczął czytać ze zwoju, znów po łacinie, choć była to prostsza łacina niż ta, której uczyli ją mnisi. Wszystko, co czytał, dotyczyło Henry’ego Chłopca, jaki to jest szlachetny, jaki dobry, a na określony znak jej najstarszy brat stanął przed obliczem dwóch królów i królowej. Był wysoki i szczupły, z opaloną twarzą usianą mnóstwem piegów. Norze podobała się ciemna zieleń płaszcza, który miał na sobie. Uklęknął przed swoim ojcem i francuskim królem, podczas gdy heroldowie i królowie przemawiali.

Uczynili Henry’ego Chłopca również królem. Miał być teraz królem Anglii, jak jego ojciec. Nagle wyobraźnia nasunęła Norze wizję obu Henrych próbujących razem wcisnąć się na jedno krzesło, z jedną koroną oplatającą obie ich głowy, i roześmiała się. Matka znów obejrzała się przez ramię, posyłając jej ostre spojrzenie i marszcząc ciemnobrązowe brwi.

Johanna przestępowała z nogi na nogę.

— Jestem głodna — powiedziała głośniej niż poprzednio.

— Ciii!

Henry Chłopiec powstał z klęczek, pokłonił się i wrócił na swoje miejsce wśród dzieci. Herold wymienił imię Richarda i chłopiec błyskawicznie wystąpił naprzód. Ogłosili go księciem Akwitanii. Miał poślubić córkę francuskiego króla, Alais. Nora powróciła spojrzeniem do obcej dziewczyny, stojącej wśród Francuzów. To właśnie była Alais. Miała długie, brązowe włosy i ostry, mały nos. Przyglądała się uważnie Richardowi. Nora zastanawiała się, jakie to uczucie, patrzeć po raz pierwszy na mężczyznę, wiedząc, że ma się go poślubić. Wyobraziła sobie Alais całującą Richarda i zrobiła kwaśną minę.

Przed nią, siedząc sztywno na krześle, królowa opuściła kąciki ust. Jej też się to nie podobało.

Dopóki Alais nie będzie wystarczająco dorosła, by poślubić Richarda, będzie mieszkała z nimi, jego rodziną. Nora poczuła przypływ niepokoju: Alais przybyła w obce miejsce tak, jak Mattie wyjechała w obce miejsce i nigdy więcej jej nie zobaczą. Pamiętała, jak jej siostra płakała, kiedy jej to oznajmili. Ależ mamo, on jest taki stary. Nora zacisnęła usta, czując pieczenie pod powiekami.

Nie jej. Jej się to nie przydarzy. Nie zostanie odesłana. Oddana. Pragnęła czegoś więcej, ale nie wiedziała czego. Myślała o zostaniu zakonnicą, ale niewiele mogła zrobić.

Richard przyklęknął i włożył swoje dłonie w długie kościste dłonie króla Francji, a następnie wstał i skinął głową, jakby już nosił koronę. Uśmiechał się szeroko jak słońce. Wycofał się do rodziny, a herold wymienił imię Geoffreya, który miał zostać księciem Brytanii i poślubić inną obcą dziewczynę.

Nora zgarbiła ramiona. Jej nigdy nie spotka taki zaszczyt, niczego nie dostanie, będzie tylko stać i patrzeć. Ponownie spojrzała na księżniczkę Alais i zauważyła, że dziewczynka ze smutkiem wpatruje się w swoje dłonie.

Nagle Johanna ziewnęła, puściła rękę Nory i usiadła.

Przed nimi pojawił się ktoś jeszcze, z szerokimi rękami, i przemówił silnym głosem:

— Władcy Anglii, jak uzgodniliśmy, proszę was o przyjęcie arcybiskupa Canterbury, odnowienie przyjaźni i zaprzestanie kłótni dla dobra obu królestw i Świętej Matki Kościoła.

Otaczający ich tłum podniósł nagły krzyk. Z tłumu wyszedł mężczyzna i ruszył w kierunku królów. Ubrany był w długi, czarny płaszcz narzucony na biały habit, z krzyżem wiszącym na piersiach. Kostur, który trzymał w ręku, miał zakręcony koniec. Rozległ się potężny okrzyk podekscytowanych ludzi.

— Znowu Becket. Ten człowiek nie odpuści — mruknął ktoś za plecami Nory.

Znała to nazwisko, ale nie mogła przypomnieć sobie, kim był Becket. Kroczył w ich stronę, wysoki wychudzony mężczyzna w wytartym ubraniu. Wyglądał jak zwykły człowiek, ale szedł jak władca. Wszyscy go obserwowali. Kiedy stanął przed jej ojcem, dudnienie i wzburzenie tłumu ucichło. Wszyscy czekali z zapartym tchem. Wynędzniały mężczyzna uklęknął przed królem, opuścił kostur, a następnie położył się na ziemi, rozciągając się jak mata na podłodze. Nora przesunęła się trochę, żeby patrzeć na niego w prześwicie między jej matką i ojcem. Tłum przysunął się bliżej, wyciągając szyje, żeby lepiej widzieć.

— Miłościwy panie — przemówił fanatycznie religijnym głosem. — Błagam o przebaczenie za wszystkie moje błędy. Nigdy nie było księcia wierniejszego niż ty i bardziej niewiernego niż ja. Przychodzę prosić o wybaczenie, ufając nie własnej cnocie, lecz twojej.

Jej ojciec wstał. Nieoczekiwanie wyglądał na bardzo szczęśliwego, jego twarz zarumieniła się, a oczy błyszczały. Wymizerowany mężczyzna mówił dalej, pokornie i błagalnie, a król podszedł do niego, wyciągając ręce, żeby go podnieść.

— Poddaję się tobie, mój panie, odtąd i na zawsze, we wszelkich sprawach, ku czci Boga.

Królowa poderwała głowę. Za plecami Nory ktoś sapnął, a ktoś inny mruknął:

— Przeklęty głupiec.

Na oczach wszystkich ręce papy zatrzymały się w połowie drogi do Becketa. Rodzaj impulsu przeszedł przez tłum.

— Co to znaczy? — zapytał król ostrym tonem.

Becket podniósł się. Błoto ubrudziło jego szatę w miejscach, w których docisnął ją kolanami do ziemi. Stanął wyprostowany, odchylając głowę do tyłu.

— Nie mogę odrzucić praw Boga, mój panie, ale we wszystkim poza tym…

Jej papa rzucił się na niego.

— To nie jest to, na co się zgodziłem.

Becket pozostał na miejscu, wysoki jak wieża kościelna, jakby miał Boga na ramieniu, i ponownie oświadczył:

— Muszę bronić honoru Pana Niebios i Ziemi.

— Ja jestem twoim panem! — Król nie był już szczęśliwy. Jego głos grzmiał na polu. Nikt więcej nie poruszył się ani nie odezwał. Zrobił krok w stronę Becketa, wygrażając mu pięścią. — Królestwo jest moje. Żadna inna władza nie będzie tutaj rządzić! Bóg czy nie Bóg, klękaj, Thomasie, i oddaj mi się całkowicie albo odejdź, zrujnowany człowieku!

Louis zbiegał z podium w ich kierunku, lecz jego gorączkowe mamrotanie pozostało niezauważone. Becket stał nieruchomo.

— Poświęciłem się Bogu. Nie mogę wyprzeć się tej służby.

— Jestem królem, i nie ma innego, ty kreaturo, ty ośle, nie ma innego, prócz mnie! — ryknął ojciec Nory. — Wszystko zawdzięczasz mnie! Mnie!

— Papo! Mój panie… — Henry Chłopiec wyrwał się do przodu, ale matka chwyciła go za ramię i przytrzymała. Z tłumu podniosły się inne głosy. Nora nachyliła się, próbując skłonić Johannę, żeby wstała.

— Nie będziesz mi ubliżał! Oddaj cześć mnie, i tylko mnie! — Głos jej ojca był jak grzmiący róg, i tłum ponownie zamilkł. Król Francji położył rękę na ramieniu papy i powiedział coś cicho, a on odwrócił się i odtrącił ją. — Na przyszłość, za każdym razem, gdy zdecyduje się czegokolwiek nie przestrzegać, będzie powoływał się na cześć Boga. Musisz to widzieć! Nie zrezygnował z niczego… nie będzie darzył mnie szacunkiem… Nawet szacunkiem świni dla świniopasa!

Tłum zawył.

— Boże, błogosław króla!

Nora rozejrzała się niespokojnie. Ludzie za jej plecami szurali nogami, wycofywali się, jakby powoli szykowali się do ucieczki. Eleanor wciąż mocno trzymała Henry’ego Chłopca, który teraz chlipał pod nosem. Richard zamarł, pochylony do przodu, poruszając szczęką niczym ryba. Francuski król chwycił Becketa za rękaw i odciągnął, pilnie mówiąc mu coś na ucho. Becket ani na chwilę nie odrywał wzroku od ojca Nory. Jego głos zabrzmiał jak trąba archanioła.

— Jestem zobowiązany do oddawania czci Bogu!

Pośrodku całego zgromadzenia ojciec Nory rozłożył ramiona, jakby zamierzał wzbić się w powietrze. Tupnął nogą, jakby chciał rozłupać ziemię.

— Zabierzcie go stąd, zanim go zabiję! — wrzasnął. — Cześć Boga! Okrągły biały tyłek Boga! Zabierzcie go, wypędźcie!

Jego wściekłość sprawiła, że tłum rozpierzchnął się. Francuski król, jego strażnicy i orszak pospiesznie oddalili się z Thomasem. Ojciec Nory znów ryczał, miotając przekleństwa i groźby, wymachując ramionami, z twarzą czerwoną jak surowe mięso. Henry Chłopiec wyrwał się z uścisku matki i dopadł do niego.

— Mój panie…

Król obrócił się w jego stronę, rozpostarł ramiona i powalił go, wymierzając mu cios wierzchnią stroną dłoni.

— Trzymaj się od tego z daleka!

Nora podskoczyła. Jeszcze zanim Richard i Geoffrey ruszyli się z miejsca, Eleanor już działała. Kilkoma krokami dopadła Henry’ego Chłopca i kiedy poniósł się z ziemi, zabrała go pospiesznie. Tłum jej wasali podążył za nią.

Nora wstała. Zdała sobie sprawę, że wstrzymywała oddech. Johanna w końcu również się podniosła i objęła Norę w talii, a ona otoczyła siostrę ramionami. Geoffrey pobiegł za królową. Richard zatrzymał się, ujmując się pod boki i obserwując wybuch gniewu króla. Wreszcie odwrócił się na pięcie i również pobiegł za matką. Norze dech zaparło. Zostały z Johanną same pośrodku pola.

Król dostrzegł je. Uspokoił się. Rozejrzał się dookoła, ale nie zobaczył nikogo innego, więc ruszył majestatycznie w ich stronę.

— No, dalej… biegnijcie! Wszyscy inni mnie opuścili. Biegnijcie! Jesteście głupie?

Johanna, wciąż obejmując ją kurczowo ramionami, skuliła się za plecami Nory, która stała prosto, chowając ręce za sobą, w taki sam sposób jak wtedy, gdy rozmawiali z nią księża.

 

— Nie, papo — odpowiedziała.

Jego twarz była czerwona jak mięso. Na jego czoło wystąpiły krop le potu, a oddech omal jej nie zadławił. Przyjrzał się jej i zapytał:

— Więc zamierzasz mnie zrugać jak twoja podła matka?

— Nie, papo — odpowiedziała zaskoczona. — Jesteś królem.

Drgnął. Głęboki kolor spłynął z jego twarzy jak fala, a głos złagodniał.

— Cóż, przynajmniej jedna z was jest szczera — rzekł nieco spokojniej, po czym odwrócił się i odszedł, po drodze unosząc rękę. Ze wszystkich stron nadbiegli jego ludzie. Jeden przyprowadził wielkiego czarnego konia papy. Król dosiadł go i górując nad otaczającymi go pieszymi mężczyznami, opuścił pole. Chwilę później Richard przyjechał kłusem przez trawnik, żeby zabrać Norę i Johannę.

— Dlaczego nie mogę…

— Bo znam cię — przerwał jej Richard. — Jak tylko spuszczam cię z oczu, pakujesz się w kłopoty. — Podsadził ją na wóz, gdzie siedziały już Johanna i francuska dziewczyna. Nora, wściek ła, klapnęła na siedzenie. Mieli tylko podjechać na wzgórze. Mógł pozwolić jej jechać na swoim koniu. Wraz ze strzeleniem z bicza wóz zaczął się toczyć, a ona oparła się plecami o jego boczną ścianę i zapatrzyła w dal.

— Wiem, kim jesteś — powiedziała nagle po francusku, siedząca obok Nory, Alais.

Nora odwróciła się do niej, zaskoczona.

— Ja też wiem, kim jesteś — oznajmiła.

— Masz na imię Eleanora i jesteś drugą siostrą. Mówię po francusku i łacinie i umiem czytać. A ty umiesz czytać?

— Tak. Cały czas każą mi czytać — odpowiedziała Nora.

Alais obejrzała się przez ramię. Jej orszak szedł za powozem, ale nikt na tyle blisko, żeby słyszeć ich rozmowę. Johanna stała z tyłu w kącie, rzucając słomki, a potem wychylała się, żeby zobaczyć, gdzie upadły.

— Powinnyśmy zostać przyjaciółkami — powiedziała cicho Alais. — Dlatego, że będziemy siostrami i jesteśmy prawie w tym samym wieku. — Zmierzyła Norę zamyślonym spojrzeniem od stóp do głów, co sprawiło, że młodsza dziewczynka poczuła się nieswojo. Wierciła się, myśląc lakonicznie i ze złością o tej dziewczynie, która zajęła miejsce Mattie. — Będę dla ciebie miła, jeśli ty będziesz miła dla mnie — oznajmiła Alais.

— W porządku — odrzekła Nora. — Ja…

— Ale ja idę pierwsza, bo jestem starsza.

Nora zesztywniała. Następnie podskoczyła, gdy dokoła rozleg ły się wiwaty. Wóz toczył się ulicą w kierunku zamku na wzgórzu, a wzdłuż niej stały tłumy ludzi, krzyczących i wołających. Nie dla niej i nie dla Alais. To imię Richarda wykrzykiwali bez końca. Brat jechał przed nimi, z odkrytą głową, nie zwracając uwagi na wiwatujących.

Alais zwróciła się do niej ponownie:

— Gdzie mieszkasz?

— Cóż, czasem w Poitiers, ale…

— Mój ojciec mówi — przerwała jej Francuzka — że wasz ojciec ma wszystko, pieniądze i klejnoty, i jedwabie, i światło słoneczne, ale wszystko, co mamy we Francji, jest pobożne i dobre.

— Jesteśmy dobrzy — zaczęła Nora, ale zadowoliło ją, że Alais zauważyła wielkość jej ojca. — I pobożni też.

Francuska księżniczka odwróciła twarz o ostrych rysach, wymizerowaną, i po raz pierwszy jej głos zabrzmiał niepewnie.

— Mam nadzieję.

Serce Nory zabiło drżąco, ze współczuciem. Johanna wyszukiwała na podłodze wozu kolejne drobiazgi, które mogłaby wyrzucić. Nora znalazła w kącie garść kamyków i podała je siostrze. Po drugiej stronie Nory Alais siedziała zgarbiona, ze spuszczoną głową, wpatrując się w swoje dłonie. Nora zastanawiała się, czy dziewczyna jest bliska płaczu. Miała prawo płakać po tym, co jej się przytrafiło.

Przysunęła się bliżej, aż otarły się o siebie. Alais poderwała głowę i spojrzała zaskoczona szeroko otwartymi oczami. Nora uśmiechnęła się do niej, a ich dłonie spotkały się między nimi i uścisnęły.

Nie pokonali całej drogi do zamku. Wiwatujący tłum patrzył za nimi, stojąc wzdłuż ulicy i na chodniku, aż do kościoła po jednej stronie, gdzie wóz skręcił w przeciwną i pojechał w dół innej ulicy przez drewnianą bramę. Ponad nimi wznosił się dom z drewnianymi ścianami, dwoma rzędami okien i ciężkim występem dachu. Tam wóz zatrzymał się i wszystkie wysiadły. Richard zapędził je przez szerokie frontowe drzwi do środka.

— Mama jest na górze — poinformował.

Weszli do ciemnego holu, pełnego służących i bagażu. Służący odprowadził Alais. Nora wspięła się na strome, nierówne schody, ciągnąc za rękę Johannę. Siostra wciąż była głodna i powtarzała to na każdym stopniu. U szczytu schodów znajdowały się naprzeciw siebie dwa pokoje. W jednym z nich Nora usłyszała głos matki.

— Jeszcze nie — mówiła królowa. Nora weszła do dużego pokoju i w jego odległym końcu zobaczyła matkę i Henry’ego Chłopca. Królowa trzymała rękę na jego ramieniu. — Jeszcze nie nadszedł czas. Nie bądź nierozważny. Musimy sprawiać wrażenie, że jesteśmy lojalni. — Zobaczyła dziewczynki i uśmiech wykrzywił jej twarz, jak maska. — Chodźcie, dziewczynki! — Ale ręka spoczywająca dotąd na ramieniu Henry’ego Chłopca odepchnęła go. — Idź — powiedziała do niego królowa. — Przyśle po ciebie, więc lepiej, żeby cię tu nie było. Zabierz ze sobą Geoffreya.

Henry Chłopiec odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Nora zastanawiała się, co miało oznaczać określenie „nierozważny”. Przez moment wyobraziła sobie klif i spadających z niego ludzi. Podeszła do matki, która ją uściskała.

— Przepraszam — powiedziała Eleanor. — Przepraszam za waszego ojca.

— Mamo…

— Nie bójcie się go. — Królowa ujęła ręce Johanny, a przemawiała do nich obu. — Będę was chronić.

— Ja nie…

Jej matka uniosła głowę i spojrzała ponad głową Nory.

— O co chodzi?

— Król chce mnie widzieć — powiedział Richard stojący za plecami Nory. Poczuła jego rękę na ramieniu.

— Tylko ciebie?

— Nie, Henry’ego Chłopca i Geoffreya również. Gdzie oni są?

Matka Nory wzruszyła ramionami, aż poruszyło się całe jej ciało, ramiona, głowa i ręce.

— Nie mam pojęcia — odparła. — Jednak ty powinieneś pójść.

— Tak, mamo.

Richard uścisnął ramię Nory i wyszedł.

— Bardzo dobrze. — Eleanor usiadła, opadając na oparcie krzesła, wciąż trzymając Johannę za jedną rękę. — Teraz, moje dziewczynki. — Nora zmarszczyła brwi, zaintrygowana. Matka wiedziała, gdzie są jej bracia, przecież sama ich odesłała. Królowa ponownie zwróciła się do niej. — Nie bójcie się.

— Mamo, ja się nie boję. — Ale potem pomyślała, że matka chciała, żeby się bała.

* * *

Johanna już spała, skulona i przyciśnięta mocno do pleców siostry. Nora wcale nie była śpiąca. Rozmyślała o minionym dniu, o wspaniałym ojcu i pięknej matce, i o tym, jak jej rodzina wszystkim rządzi, i że była jedną z nich. Wyobraziła sobie siebie na wielkim koniu, galopującą, i wiwatujących ludzi, wykrzykujących jej imię. Niosącą lancę z proporcem na końcu i walczącą na chwałę czegoś. Albo żeby kogoś uratować. Coś dumnego, ale cnotliwego. Złapała się na tym, że kiwała się w przód i w tył na wymyślonym koniu.

Świeca postawiona w odległym końcu rzucała nikłą poświatę na długi, wąski pokój. Dziewczynka widziała deski na przeciwległej ścianie i słyszała dudniące chrapanie kobiety śpiącej przy drzwiach. Inni służący zeszli do holu. Zastanawiała się, co się tam działo. Potem, ku jej zdziwieniu, ktoś przebiegł w ciemności i uklęknął przy jej łóżku.

— Nora? — To była Alais. Nora podniosła się, zaskoczona, ale gdy tylko poruszyła się, Alais już wpełzała do łóżka. — Wpuść mnie, proszę. Proszę, Noro. Kazali mi spać samej.

Z powodu Johanny nie mogła przesunąć się, żeby zrobić jej miejsce, ale i tak powiedziała:

— W porządku. — Też nie lubiła spać sama, bo było jej zimno i niekiedy czuła się samotna. Uniosła przykrycie, a Alais wsunęła się na wolny skrawek łóżka obok niej.

— Tutaj jest okropnie. Myślałam, że wszyscy mieszkacie w pięknych miejscach.