Niebezpieczne kobietyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tej nocy przypomniał sobie historię, którą opowiedziała mu dawno temu. Nie mógł uwierzyć, że o niej zapomniał. Albo może po prostu teraz odbierał ją inaczej, jak coś nowego? Coś nieodkrytego, jak choćby starą zatopioną skrzynię, którą znajdujesz w piwnicy i boisz się ją otworzyć.

To było dawno, kiedy umawiali się na randki, kiedy jej współlokatorka zawsze była w pobliżu i nie mieli gdzie pobyć sami. Odbywali porywające schadzki w jego samochodzie, a ona uwielbiała wpełzać na tylne siedzenie i leżeć na plecach, podnosząc nogi wysoko ponad zagłówek i błagając go o to.

Po pierwszym czy drugim razie, kiedy to wszystko było szalone i dezorientujące, Lorie wtuliła się w niego i mówiła, i mówiła o swoim życiu i czasie, gdy ukradła cztery cienie do powiek firmy Revlon ze sklepu CVS, i jak do dwunastego roku życia spała z wypchanym zwierzakiem o zawilgoconych uszach imieniem Uszatek. Wyznała, że czuje, że może powiedzieć mu wszystko.

Gdzieś w mglistym wspomnieniu tamtych nocy — nocy, kiedy on również powierzył jej swoje prywatne sprawy, historie o dławiącej się opiekunce i kradzieży samochodzików Matchbox — opowiedziała mu tamtą historię.

Jak, kiedy miała siedem lat, urodził się jej braciszek i zrobiła się bardzo zazdrosna.

— Moja mama spędzała z nim cały czas, a mnie zostawiała samą na cały dzień. Więc nienawidziłam go. Każdej nocy modliłam się, żeby został zabrany. Żeby przytrafiło mu się coś okropnego. Nocą zakradałam się do jego kołyski i wpatrywałam w niego przez małe szczebelki. Pomyślałam, że może mogłabym sprawić, żeby moje życzenie się spełniło. Jeśli wpatrywałabym się w niego wystarczająco długo i intensywnie, to mogłoby się tak stać.

Pokiwał głową, bo przypuszczał, że dzieci mogą tak reagować. Był najmłodszym z rodzeństwa i zastanawiał się, czy jego starsza siostra też tak o nim myślała. Kiedyś przytrzasnęła mu palec i powiedziała, że to był wypadek.

Ale jej historia nie spełniła się. Przytuliła się bliżej do niego, tak że czuł zapach jej kruchego ciała i myślał o wszystkich jego małych zakamarkach i łukach, o tym, jak lubił odnajdywać dłońmi wszystkie miękkie, gorące miejsca na jej ciele. Czasami odnosił wrażenie, jakby jej ciało nigdy nie było tym samym ciałem, jakby zmieniało się pod jego dłońmi. Jestem czarownicą, czarownicą.

— Więc pewnej nocy — powiedziała niskim i tajemniczym głosem — wpatrywałam się w niego przez szczebelki kołyski, a on wydawał te śmieszne odgłosy. — Jej oczy błyszczały w mroku samochodu. — Pochyliłam się, wkładając ręce między szczebelki. I wtedy zobaczyłam na jego brodzie sznurek od naciąganej zabawki. Zaczęłam go ciągnąć i ciągnąć.

Obserwował, jak szarpie wyimaginowany sznurek, a jej oczy stają się coraz większe.

— Potem sapnął — dodała — i znów zaczął oddychać. — Przerwała, mlaskając językiem. — Właśnie w tym momencie przyszła moja mama. Powiedziała, że uratowałam mu życie. Wszyscy tak mówili. Kupiła mi nowy sweter i jaskraworóżowe buty, które chciałam mieć. Wszyscy mnie kochali.

Przez moment oświetliły ich światła przejeżdżającego samochodu i zobaczył jej oczy, jasne i błyszczące.

— Więc nikt nigdy nie poznał prawdziwej historii. Nigdy nikomu nie powiedziałam. — Uśmiechnęła się, przytulając do niego. — A teraz mówię tobie. Teraz mam komu powiedzieć.

* * *

— Panie Ferguson, powiedział nam pan i rejestry z telefonu komórkowego potwierdzają to, że w dniu zniknięcia pańskiej córki zaczął pan dzwonić do żony o piątej trzydzieści po południu. W końcu dodzwonił się pan o szóstej czterdzieści pięć. Zgadza się?

— Nie wiem — powtarzał ósmy, dziewiąty i dziesiąty raz, gdy go wzywali. — Wiecie to lepiej ode mnie.

— Pańska żona powiedziała, że była w kawiarni około piątej. Ale sprawdziliśmy rejestr transakcji pańskiej żony. To było o trzeciej czterdzieści pięć.

— Nie wiem — powtórzył, pocierając kark. Zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, co mogą mu powiedzieć. Ani czego się spodziewać.

— Więc jak pan sądzi, co pańska żona robiła przez trzy godziny?

— Szukała tej kobiety. Próbowała ją znaleźć.

— Wykonała w tym czasie kilka innych telefonów. Nie na policję, oczywiście. Ani nawet nie do pana. Zadzwoniła do mężczyzny nazwiskiem Leonard Drake. I do jeszcze jednego, Jasona Patrini.

Pierwsze skojarzył z jej dawnym chłopakiem, Lennym jakimś tam. Drugiego nie znał. Poczuł w środku jakąś pustkę. Nie wiedział nawet, o kim rozmawiali, ale tak czy inaczej, nie miało to z nim nic wspólnego.

Weszła kobieta detektyw, posyłając spojrzenie partnerowi.

— Dzięki telefonom, które wykonała, możemy prześledzić jej ruchy. Pojechała do centrum handlowego Harbor View Mall.

— Chciałby pan zobaczyć ją na nagraniu z tamtejszej kamery przemysłowej? — zapytała detektyw. — Mamy je. Wie pan, że kupiła bezrękawnik.

Nic nie czuł.

— Poszła też do marketu. Kasjer właśnie ją zidentyfikował. Korzystała z łazienki. Powiedział, że spędziła w niej dużo czasu, a kiedy wyszła, miała na sobie inne ciuchy.

— Chce pan zobaczyć fotki? Wygląda jak milion baksów.

Przesunęła przez biurko ziarniste zdjęcie. Młoda kobieta w obcisłym bezrękawniku i kapturze naciągniętym nisko na czoło. Uśmiechała się.

— To nie jest Lorie — powiedział cicho. Wyglądała zbyt młodo, dokładnie tak jak wtedy, gdy ją poznał, jak mała elfia piękność z płaskim brzuchem, warkoczykami i kolczykiem w pępku. Kółkiem, za które miał zwyczaj ciągnąć. Zapomniał o tym. Musiała je zdjąć.

— Na pewno trudno panu tego słuchać, panie Ferguson — odezwał się detektyw. — Przykro mi.

Tom podniósł głowę. Detektyw nie wyglądał, jakby mu było przykro.

* * *

— Co im powiedziałaś? — zapytał.

Lorie siedziała z nim w samochodzie, pół przecznicy od komisariatu policji.

— Nie wiem, czy powinnaś jeszcze cokolwiek im mówić — powiedział. — Myślę, że powinniśmy zadzwonić do prawnika.

Lorie patrzyła prosto przed siebie, na migające światła skrzyżowania. Powoli podniosła rękę do włosów i, zamyślona, rozczesywała je palcami.

— Wyjaśniłam — odparła. Poza odbiciem na policzku z niebieskiego znaczka informującego o obecności dziecka w samochodzie, jej twarz skrywał mrok. — Powiedziałam im prawdę.

— Jaką prawdę? — zapytał. Samochód wydawał się taki zimny. Unosił się w nim jej zapach, charakterystyczny dla kogoś, kto dawno nie jadł. Cierpki zapach kawy i zmywacza do paznokci.

— Nie wierzą mi, cokolwiek bym powiedziała — oznajmiła. — Wyjaśniłam, że tego dnia dwa razy byłam w kawiarni. Pierwszy raz po sok dla Shelby i później po kawę dla mnie. Powiedzieli, że sprawdzą to, ale widziałam, co myślą. Mieli to wypisane na twarzach. Powiedziałam im to. Wiem, co o mnie myślą.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Samochód przemieszczał się szybko, wysyłając na jej twarz smugi czerwonego światła. Przypomniało mu to obraz, który kiedyś widział w „National Geographic”, przedstawiający amazońską kobietę, z twarzą pomalowaną na czerwono i wargą przebitą drewnianym kołkiem.

— Teraz wiem, co wszyscy o mnie myślą — rzuciła i ponownie się odwróciła.

* * *

Późną nocą, gdy leżał z szeroko otwartymi oczami, zadał jej pytanie. Najwyraźniej już spała, ale zapytał:

— Kim jest Leonard Drake? Kim jest Jason jakiś tam?

Przebudziła się i odwróciła do niego, z twarzą rozpłaszczoną na prześcieradle.

— Kim jest Tom Ferguson? Kim on jest?

— To właśnie robisz? — zapytał, podnosząc głos. — Jeździsz po okolicy i dzwonisz do facetów?

Łatwiej było zapytać ją o to niż o pozostałe rzeczy. Na przykład o to, czy potrząsała Shelby, czy cały czas kłamała. I o inne rzeczy.

— Tak — odpowiedziała. — Dzwonię do mężczyzn przez cały długi dzień, a potem jeżdżę do nich. Zostawiam córkę w samochodzie, szczególnie gdy jest bardzo gorąco. Zakradam się schodami do mieszkań tych facetów i…

Patrząc na niego, wodziła dłonią po swojej klatce piersiowej.

— Powinieneś poczuć, jak bardzo ich pragnę, gdy tylko otworzą drzwi.

— Przestań — powiedział bezgłośnie.

— Moje ręce odnajdują ich paski, zanim jeszcze zamkną za mną drzwi. Wpełzam na ich kolana na brudnych kawalerskich kanapach i robię wszystko.

Zaczął potrząsać głową, ale nie przestawała mówić.

— Masz dziecko, twoje ciało zmienia się. Potrzebujesz czegoś więcej. — Zamilkła na chwilę. — Oto, co robię, podczas gdy ty jesteś w pracy. Nie dzwoniłam do ludzi z Craiglisty, próbując zamienić twoją kosiarkę. Wcale nie chciałam tego dla ciebie zrobić.

Zapomniał o kosiarce. Zapomniał, co mówiła wcześniej, że właśnie tym zajmowała się tego dnia. Od starej porobiły mu się krwawe bąble na rękach i chciała zdobyć dla niego inną. Przecież mówiła mu o tym wcześniej!

— Nie — kontynuowała. — Wcale nie załatwiałam dla ciebie tej kosiarki. Dzwoniłam do mężczyzn, umawiając się na randki dla czystego seksu. Oto, co robię, odkąd mam dziecko i jestem w domu. Nie wiem, jak mogłabym robić cokolwiek innego. Zadziwiające, że nie przyłapano mnie wcześniej. Gdyby tylko przyłapano mnie…

Ukrył twarz w dłoniach.

— Przepraszam. Przepraszam.

— Jak mogłeś? — wykrztusiła z kluchą w gardle. Szarpnęła prześcieradło do siebie, ściągając je z niego i odwracając się plecami. — Jak mogłeś?

* * *

Tej nocy śnił o Shelby.

Śniło mu się, że włóczył się po ciemnoniebieskim domu, a kiedy wszedł do pokoju Shelby, wcale nie było tam pokoju i nagle znów znalazł się na zewnątrz.

Podwórze było ścięte mrozem i opustoszałe. Poczuł nagły smutek, jakby spadł w najbardziej samotne miejsce na świecie, a stara szopa na narzędzia pośrodku wydawała się samym centrum tej samotności.

 

Kiedy kupili dom, omal jej nie zburzyli. Wszyscy mówili, że powinni to zrobić, ale im się ona podobała i nazwali ją „dziecięcą stodołą”. Konstrukcja miała spadzisty dach i wyblakłą czerwoną farbę. Jednak była za mała na cokolwiek. Mieściły się w niej tylko grabie i kosiarka z pogiętym lewym kołem.

To była jedyna stara rzecz w otoczeniu ich domu. Jedyne, co pozostało z czasów, zanim się tu wprowadził.

W ciągu dnia nie myślał już o niej, nie zauważał nawet zapachu dobywającego się z niej czasami po deszczu.

Ale we śnie wydawała się czymś żywym, zaniedbanym i żałos nym.

Nagle przyszło mu do głowy, że kosiarkę stojącą w szopie jednak można było naprawić, i gdyby to zrobił, wszystko byłoby w porządku i nikt nie musiałby szukać innej, a gruby kobierzec trawy pod jego stopami nie sprawiałby wrażenia takiego ciężkiego. Cała ta samotność skończyłaby się.

Położył dłoń na zimnej, krzywej klamce szopy i otworzył ją szarpnięciem.

Zamiast kosiarki na podłodze szopy zobaczył mały, czarny worek.

Pomyślał sobie, jak to zwykle robi się we śnie: Musiałem zostawić tu sadzonki. Musiały spleśnieć i stąd pewnie ten smród…

Chwycił worek, ale rozleciał mu się w rękach.

Towarzyszył temu odgłos, jakby coś ciężkiego upadło na podłogę szopy.

Było za ciemno, żeby dojrzeć, co ześliznęło mu się na nogi, łaskocząc w kostki.

Za ciemno, żeby mieć pewność, ale kojarzyło się ze słodkimi puklami włosów jego córki.

* * *

Usiadł całkiem rozbudzony. Głos w jego głowie syczał: zaglądałeś do szopy, zaglądałeś?

I wtedy przypomniał sobie, że na tylnym podwórzu nie było już szopy. Wyburzyli ją, kiedy Lorie była w ciąży, ponieważ powiedziała, że zapach zgnilizny wywołuje u niej ból głowy i przyprawia ją o mdłości.

* * *

Następnego dnia na pierwszej stronie gazety widniała seria artykułów przypominających, że minęły dwa miesiące od zniknięcia Shelby.

Pod nagłówkiem brzmiącym: „Co ona wie?” zamieścili zdjęcie Lorie. Było też jego zdjęcie, ze spuszczoną głową, wychodzącego poprzedniego dnia z komisariatu policji. Nagłówek głosił: „Coraz więcej pytań bez odpowiedzi”.

Nie mógł tego czytać. Kiedy zadzwoniła jego matka, nie odebrał.

Przez cały dzień w pracy nie mógł się skoncentrować. Miał wrażenie, że wszyscy na niego patrzą.

Kiedy szef podszedł do jego biurka, mógł wyczuć, z jaką ostrożnością z nim rozmawiał.

— Tom, jeśli chcesz wyjść wcześniej — powiedział — to nie ma sprawy.

Kilka razy przyłapał asystentkę administracyjną, jak wpatrywała się w jego wygaszacz ekranu: zdjęcie Lorie z dziesięciomiesięczną Shelby w halloweenowym kostiumie czarnego pająka z miękkimi pajęczymi nogami.

* * *

W końcu wyszedł, o trzeciej.

Lorie nie było w domu. Stał przy kuchennym zlewozmywaku, popijając szklankę wody, kiedy zobaczył żonę przez okno.

Chociaż było zaledwie siedemnaście stopni, leżała na jednym z letnich leżaków. Ze słuchawkami na uszach, w jaskrawopomarańczowym bikini ze złotymi kółkami przy wiązaniach i na biodrach.

Przepchnęła purpurowy domek do zabawy pod tylne ogrodzenie, gdzie przechylił się pod wiązem.

Nigdy wcześniej nie widział tego bikini, ale rozpoznał okulary przeciwsłoneczne, duże z białymi oprawkami, które kupiła podczas wycieczki do Meksyku, na którą wybrała się z przyjaciółką, tuż przed tym, jak zaszła w ciążę.

Pośrodku jej zgrabnego tułowia, na brzuchu, połyskiwała złota obrączka.

Uśmiechała się, śpiewając do muzyki, która grała w jej głowie.

Tej nocy nie mógł się zmusić, żeby pójść do łóżka. Godzinami patrzył w telewizor, nic nie widząc. Wypił cztery piwa, czego nie robił, odkąd miał dwadzieścia lat.

W końcu piwo i benadryl, który wziął później, ścięły go i padł na ich materac.

W pewnym momencie, w środku nocy, ciało Lorie obróciło się ciężko obok niego. Czuł, że coś się stało.

— Kirsten — wymamrotała.

— Co? — zapytał. — Co?

Nagle na wpół usiadła, podpierając się na łokciach i patrząc przed siebie.

— Jej córka miała na imię Kirsten — powiedziała, a jej głos brzmiał cicho i niepewnie. — Właśnie przypomniałam sobie. Kiedyś, gdy rozmawiałyśmy, powiedziała, że jej córka ma na imię Kirsten. Ponieważ podobało jej się brzmienie tego imienia w połączeniu z Krusie.

Poczuł, jak coś w jego wnętrzu rozluźniło się, a potem znów zacisnęło. Co to było?

— Jej nazwisko brzmiało Krusie przez K. — Mówiła coraz gwałtowniej, a jej twarz coraz bardziej ożywiała się. — Nie wiem, jak się je pisze, ale na pewno przez K. Nie do wiary, że sobie przypomniałam. Po tak długim czasie. Powiedziała, że podobają się jej inicjały KK, ponieważ ona też ma takie, Katie Krusie. Tak się nazywa.

Spojrzał na nią i nic nie powiedział.

— Katie Krusie — powtórzyła. — Kobieta z kawiarni. Tak się nazywa.

Nie był w stanie odezwać się ani poruszyć.

— Zadzwonisz? — zapytała. — Na policję?

Odkrył, że nie może się ruszyć. Bał się. Bał się tak bardzo, że nie mógł oddychać.

Popatrzyła na niego wyczekująco, a potem sięgnęła przez niego i sama chwyciła za telefon.

Kiedy rozmawiała z policją, jej głos brzmiał czysto i zdecydowanie. Powiedziała im, co sobie przypomniała, jak również, że może przyjechać na komisariat, jeśli dadzą jej pięć minut. Obserwował ją, przyciskając ręce do serca, które biło tak mocno, że aż sprawiało mu ból.

— Wierzymy, że zlokalizowaliśmy tę Krusie — powiedziała kobieta detektyw. — Wysłaliśmy już tam funkcjonariuszy.

Patrzył na obie kobiety. Czuł Lorie u swego boku, oddychającą ciężko. Nie minął nawet dzień od pierwszego telefonu Lorie.

— Co pani mówi? — zapytał, albo raczej próbował, bo ani jedno słowo nie wyszło z jego ust.

* * *

Katie-Ann Krusie nie miała dzieci, chociaż cały czas opowiadała ludziom, że ma. Po długiej historii problemów emocjonalnych, będących następstwem poronienia, spędziła piętnaście miesięcy w szpitalu stanowym.

Przez ostatnie osiem tygodni mieszkała w wynajętym mieszkaniu w Torring, czterdzieści mil od małej blondwłosej dziewczynki, którą nazywała Kirsten.

Po tym jak policja zamieściła zdjęcie Katie-Ann Krusie na stronie Amber Alert, kobieta pracująca w sieci kawiarni w Torring rozpoznała ją jako stałą klientkę, zawsze zamawiającą dodatkowe mleko dla swoich dzieci.

— Z całą pewnością sprawiała wrażenie, że kocha swoje dzieci — powiedziała kobieta. — Samo opowiadanie o nich wyraźnie uszczęśliwiało ją.

* * *

Kiedy po raz pierwszy znów zobaczył Shelby, nie mógł wypowiedzieć ani słowa.

Miała na sobie koszulkę, której nigdy nie widział, i buty, które na nią nie pasowały. Trzymała kartonik soku, który wcześniej dał jej policjant.

Patrzyła na niego, gdy biegł do niej korytarzem.

Było coś w jej twarzy, czego nigdy wcześniej nie widział i wiedział, że wcześniej tego nie było, tak samo jak wiedział, że musi zrobić wszystko, co możliwe, żeby to zniknęło.

Zrobiłby wszystko, nawet gdyby miało mu to zająć resztę życia.

Następnego ranka, po obdzwonieniu wszystkich, jednego po drugim, wszedł do kuchni, by popatrzeć na Lorie siedzącą obok Shelby, która jadła kawałki jabłka, wykręcając mały palec tak, jak to miała w zwyczaju.

Usiadł i patrzył na córkę, aż zapytała go, dlaczego się trzęsie, a on odpowiedział, że dlatego, że bardzo się cieszy, że ją widzi.

Trudno było wyjść z pokoju, nawet po to, by otworzyć drzwi, kiedy przyjechały jego matka i siostra, kiedy wszyscy zaczęli przychodzić.

Trzy wieczory później, na wielkim rodzinnym obiedzie, powitalnym obiedzie dla Shelby, Lorie wypiła dużo wina, ale wszyscy mówili, że nie można jej za to winić.

On też nie mógł i tylko ją obserwował.

Gdy wieczór trwał dalej, gdy jego matka przyniosła tort lodowy dla Shelby, gdy wszyscy tłoczyli się wokół jego córki, która początkowo wydawała się zdezorientowana i onieśmielona, a potem stopniowo rozkwitała w coś tak pięknego, że aż znowu chciało mu się płakać — przez cały ten czas miał oko na Lorie. Na jej spokojną twarz, na uśmiech, który nie rozkwitał ani nie znikał, nawet gdy trzymała Shelby na kolanach. Shelby wtulającą się w zaróżowioną od wina szyję matki.

W pewnej chwili znalazł ją stojącą w kuchni i wpatrującą się w zlewozmywak. Jego zdaniem wyglądało to, jakby wpatrywała się w odpływ.

* * *

Było bardzo późno, albo wcześnie, gdy zauważył nieobecność Lorie.

Pomyślał, że rozchorowała się od wina, ale w łazience też jej nie było.

Coś zmieniało się w nim, nieprzyjemnie, gdy wszedł do pokoju Shelby.

Zobaczył jej plecy, nagie i białe w świetle księżyca. I śliwkową bieliznę, w której spała.

Stała nad kołyską Shelby, spoglądając w dół.

Poczuł, że coś drgnęło w jego piersi.

Potem, powoli, uklękła, zerkając przez szczebelki kołyski, patrząc na Shelby.

Wyglądało, jakby na coś czekała.

Przez długą chwilę stał tam, pięć stóp od drzwi, obserwując ją wpatrującą się w ich śpiące dziecko.

Wsłuchał się uważniej w oddech córki, wdech i wydech.

Nie widział twarzy żony, tylko jej długie, białe plecy, wygięcie jej kręgosłupa. I Mirame quemar wytrawione na jej biodrze.

Obserwował ją wpatrującą się w ich córkę i wiedział, że nie może nigdy opuścić tego pokoju. Że teraz będzie musiał być tu zawsze, jako strażnik. Nie było powrotu do łóżka.

Przetłumaczyła Beata Rosadzińska

CECELIA HOLLAND
Pieśń Nory

(NORA’S SONG)

Cecelia Holland obok Mary Renault i Larry’ego McMurtry’ego jest jedną z najbardziej uznanych i szanowanych autorek powieści historycznych na świecie. Napisała ponad trzydzieści książek, między innymi: The Firedrake, Rakessy, Two Ravens, Ghost on the Steppe, Death of Attila, Hammer For Princes, The King’s Road, Pillar of the Sky, The Lords of Vaumartin, Pacific Street, Sea Beggars, The Earl, The King in Winter, The Belt of Gold, The Serpent Dreamer i ponad tuzin innych. Napisała również dobrze znaną powieść science fiction Floating Worlds, nominowaną do nagrody Locusa w 1975 roku, a później pracowała nad serią powieści fantastycznych, zawierającą The Soul Thief, The Witches Kitchen, The Serpent Dreamer, Varanger i The King’s Witch. Do jej najnowszych książek należą powieści The High City, Kings of the North i The Secret Eleanor.

W niniejszej dramatycznej opowieści przedstawia nasz naród jako skrajnie dysfunkcyjną rodzinę, której bezwzględność i ścierające się ambicje wiele razy rzucały Anglię w wir krwawej wojny domowej na przestrzeni długich lat: króla Henryka II, królową Eleanorę Akwitańską i ich ośmioro kłócących się dzieci. Wszystkie śmiertelnie niebezpieczne jak kobry. Nawet te najmłodsze.