Niebezpieczne kobietyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przestąpił z nogi na nogę i deski skrzypnęły. Płoszka napięła wszystkie mięśnie. Poczuła, że jej włosy się jeżą. Potem go zobaczyła. Nie biegł ku niej z toporem w ręce i żądzą mordu w oczach, lecz skradał się wzdłuż balkonu, podążając za pozostawionym na przynętę śladem. Gotowy do strzału łuk kierował w całkowicie niewłaściwą stronę.

Płoszka zawsze uważała, że gdy los ofiaruje jej dar, należy chwycić go obiema rękami, zamiast się zastanawiać, w jaki sposób wyrazić swą wdzięczność. Pognała w stronę mężczyzny, wyszczerzając zęby. W jej gardle zrodził się cichy warkot. Neary odwrócił głowę, wytrzeszczając oczy. Łuk podążył za nią, grot strzały lśnił w słabym świetle wnikającym do wnętrza opuszczonego budynku.

Płoszka pochyliła się nisko i złapała przeciwnika za nogi. Stęknął, gdy uderzyła go barkiem w udo. Odnalazła dłonią nadgarstek swej drugiej ręki i zacisnęła je mocno tuż poniżej tyłka Neary’ego. Jej nozdrza wypełnił odór konia i kwaśnego potu. Łuk wystrzelił, ale Płoszka prostowała się już z krzykiem i warczeniem. Choć był potężnie zbudowanym mężczyzną, uniosła go nad poręcz równie zręcznie, jak robiła to z workami ziarna na gospodarstwie matki.

Zawisł na chwilę w powietrzu, zszokowany otwierając szeroko usta i oczy, a potem poleciał w dół ze słyszalnym świstem powietrza i runął z trzaskiem na podłogę.

Kobieta zamrugała, ledwie mogąc w to uwierzyć. Owłosiona skóra jej głowy płonęła. Dotknęła jej palcem, na wpół spodziewając się, że wymaca wbitą w mózg strzałę. Lecz kiedy się odwróciła, zobaczyła ją w ścianie za swymi plecami. Z jej punktu widzenia było to znacznie lepsze rozwiązanie. Poczuła jednak lepką krew we włosach i spływającą po czole. Może uderzyło ją łuczysko. Jeśli dotrze do tego łuku, będzie miała szansę. Postąpiła krok w stronę schodów, a potem stanęła jak wryta. W drzwiach stał Jeg. Jego szabla była długim, czarnym łukiem, widocznym na tle skąpanej w blasku słońca ulicy.

— Dym! — ryknął. Czmychnęła wzdłuż balkonu niczym królik, podążając donikąd swym krwawym tropem. W pełnym pędzie uderzyła barkiem w drzwi na końcu i wypadła w światło na kolejny balkon ulokowany z tyłu budynku. Wsparła bosą stopę na niskiej poręczy — lepiej dać się ponieść własnej przekorze w nadziei, że zaprowadzi ją ona ku bezpieczeństwu, niż tracić czas na myślenie — i skoczyła ku rozklekotanemu balkonowi budynku po drugiej stronie wąskiej uliczki, wymachując w powietrzu kończynami, jakby mogło ją to zanieść dalej.

Złapała za poręcz, uderzyła żebrami o drewno i zsunęła się z jękiem w dół, poszukując dłońmi uchwytu, by podciągnąć się wyżej. Nagle coś pękło…

Rozległ się trzask udręczonego drewna i całe zwietrzałe cholerstwo oderwało się od ściany budynku.

W locie Płoszka raz jeszcze miała chwilę na rozważenie sytuacji. I znowu na pierwszy rzut oka nie wyglądała ona zbyt dobrze. Zaczynała już zawodzić z rozpaczy, gdy jej stary wróg grunt dorwał ją — jak działo się zawsze — sprawił, że noga ugięła się pod nią, a potem obrócił ją i walnął w bok, wybijając jej powietrze z płuc.

Zakasłała, jęknęła, a potem wypluła jeszcze trochę piasku. Nie pocieszała jej zbytnio myśl, że przy poprzedniej okazji miała rację, sądząc, że nie po raz ostatni wypełnił jej usta. Zobaczyła Jega. Stał na balkonie, z którego skoczyła. Zsunął cylinder na czoło, zachichotał, po czym wrócił do środka.

Nadal miała w dłoni kawałek poręczy, chociaż mocno zbutwiały. Podobnie jak jej nadzieje. Przetoczyła się i odrzuciła go na bok, ponownie czekając na wywołujący mdłości ból, który jej powie, że już po niej. Tym razem również nie nadszedł. Mogła się ruszać. Poruszyła stopami i doszła do wniosku, że da radę wstać. Postanowiła jednak z tym zaczekać. Najprawdopodobniej zrobi to ostatni raz w życiu.

Odczołgała się od sterty połamanego drewna pod ścianą. Jej cień ciągnął się ku drzwiom. Jęknęła z bólu, usłyszawszy odgłos ciężkich kroków Jega dobiegający z wnętrza budynku. Zaczęła się oddalać na tyłku i na łokciach, ukrywając nożyk za nadgarstkiem. W drugą dłoń nabrała garść piasku.

— Dokąd się wybierasz? — Jeg pochylił się pod niskim nadprożem. Był wysokim mężczyzną, ale w owej chwili wyglądał jak olbrzym. Przerastał Płoszkę o całe pół głowy, nawet kiedy stała, a ważył zapewne prawie dwa razy więcej od niej, nawet gdy ostatnio coś jadła. Ruszył ku niej dumnym krokiem, rozciągając językiem dolną wargę. Ciężką szablę swobodnie trzymał w dłoni. Wyraźnie napawał się chwilą swego triumfu.

— Nieźle podeszłaś Neary’ego, co? — Uniósł nieco rondo cylindra, odsłaniając brązowe znamię na czole. — Jesteś silniejsza, niżby się zdawało. Ale z drugiej strony chłopak jest taki głupi, że mógłby stamtąd zlecieć bez pomocy. Ja nie dam się tak łatwo załatwić.

To się dopiero okaże, ale Płoszka pozwoli, by nóż powiedział to za nią. Nawet niewielki kawałek metalu potrafi być bardzo elok wentny, jeśli wepchnie się go w odpowiednie miejsce. Cofnęła się jeszcze bardziej, wzbijając nogami kurz, chcąc sprawić wrażenie, że próbuje wstać, a potem osunęła się z jękiem, gdy noga się pod nią załamała. Sprawianie wrażenia straszliwie cierpiącej nie wymagało wielkich talentów aktorskich. Krew wypływała spomiędzy jej włosów, łaskocząc ją w czoło. Jeg wyszedł z cienia. Nisko wiszące na niebie słońce świeciło mu prosto w twarz i musiał mrużyć powieki. Tego właśnie chciała Płoszka.

— Nadal pamiętam dzień, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy — ciągnął mężczyzna, napawając się brzmieniem swego głosu. — Dodd przyszedł do mnie podekscytowany i powiedział, że widział Dym, tę samą, której twarz widniała na wszystkich afiszach wokół Rostod. Cztery tysiące marek za pojmanie. Czegóż to o tobie nie opowiadali! — Zakrzyknął radośnie i kobieta cofnęła się jeszcze dalej. Podwinęła lewą nogę, chcąc się upewnić, że nie zawiedzie, gdy będzie jej potrzebowała. — Wypowiadali twoje imię takim tonem, że można by pomyśleć, że jesteś demonicą trzymającą w każdej ręce po dwa miecze. Wyobraź sobie, jak skurwysyńsko się rozczarowałem, zobaczywszy, że jesteś tylko wystraszoną, śmierdzącą szczynami dziewuchą ze szparą między zębami. — Jakby sam pachniał letnią łąką! Postąpił kolejny krok naprzód, wyciągając ku niej wielką dłoń. — Nie próbuj drapać. Więcej jesteś dla mnie warta żywa. Nie chciałbym…

Lewą dłonią rzuciła w niego piaskiem, wsparła się mocno na prawej i wstała. Jeg odwrócił głowę i warknął wściekle, gdy piasek pokrył mu twarz. Ciął szablą na oślep, ale Płoszka pochyliła się nisko i klinga przeleciała tuż nad jej głową. Poczuła powiew we włosach, a ciężar oręża sprawił, że mężczyzna odwrócił się w bok. Lewą ręką chwyciła za powiewającą luźno połę płaszcza Jega, drugą zaś wbiła głęboko nóż w jego prawy bark.

Stęknął z bólu. Płoszka wyrwała nóż i uderzyła ponownie. Ostrze rozpruło rękaw płaszcza i ukrytą pod nim kończynę, omal nie wbijając się w jej nogę. Unosiła już nóż do następnego ciosu, gdy jego pięść trafiła z boku w jej usta. Zatoczyła się do tyłu, jej bose stopy ślizgały się po ziemi. Złapała się rogu budynku i trzymała się go przez chwilę, próbując się uwolnić od blasku wypełniającego jej czaszkę. Wtem zobaczyła, że Jeg jest tylko krok czy dwa od niej. Szczerzył ociekające śliną zęby, usiłując przełożyć szablę z bezwładnej prawej dłoni do lewej. Palce zaplątały mu się w zdobny mosiężny kosz.

Gdy wydarzenia toczyły się szybko, Płoszka potrafiła po prostu działać, nie zaprzątając sobie głowy litością, szansami ani właściwie niczym. To właśnie pozwoliło jej przetrwać cały ten syf. I wszystko, co ją do niego doprowadziło, jeśli już o tym mowa. Prawie każdy dar ma jednak również wady, które z czasem się ujawniają. Klątwa Płoszki polegała na tym, że za dużo myślała, gdy już było po wszystkim. To już jednak była całkiem inna historia. Jeśli Jeg zdoła dobrze uchwycić oręż, będzie po niej, i tyle. Dlatego, nim jeszcze ulica przestała wirować wokół niej, kobieta znowu rzuciła się do ataku. Próbował uwolnić rękę, ale zacisnęła na niej lewą dłoń, zbliżyła się do niego, trzymając się jego płaszcza, i zaczęła szaleńczo uderzać nożem — w brzuch, w żebra i znowu w żebra. Warczała na niego, a on stękał z bólu przy każdym uderzeniu. Uchwyt noża robił się coraz bardziej śliski w jej obolałej dłoni.

Gdy pchnęła po raz kolejny, złapał ją za koszulę, rozdzierając tkaninę, i spróbował odepchnąć, ale nie było w tym siły. Cofnęła się tylko o krok. Przejaśniało się jej już w głowie i zdołała zachować równowagę, Jeg zaś zachwiał się i osunął na jedno kolano. Uniosła wysoko nóż w obu dłoniach i dźgnęła nim ten głupi cylinder, spłaszczając go. Nóż wbił się w głowę Jega aż po rękojeść.

Zatoczyła się do tyłu, spodziewając się, że mężczyzna runie na twarz. On jednak wyprostował się chwiejnie jak wielbłąd, którego widziała kiedyś na festynie. Rondo cylindra opadło mu na oczy, zatrzymując się na nosie. Rękojeść noża sterczała pionowo w górę.

— Gdzie się podziałaś? — zapytał głosem brzmiącym bełkotliwie, jakby usta wypełniał mu żwir. — Dym? — Zatoczył się w jedną stronę, a potem w drugą. — Dym?

Powlókł się w jej stronę. Szabla zwisała luźno w jego zakrwawionej dłoni. Sztych drapał o ziemię, tworząc rowki wokół mężczyzny. Jeg uniósł lewą rękę — palce wyciągał sztywno, ale nadgarstek zwisał luźno — i zaczął obmacywać cylinder, jakby coś wpadło mu do oka i chciał je otrzeć.

— Dżym? — Połowę twarzy objęły mu drgawki, od których wykrzywiała się w zupełnie nienaturalny sposób. Albo może naturalny dla kogoś, komu wbito nóż w mózg. — Żym? — Krew spływała z wygiętego ronda jego cylindra, zostawiając na policzku czerwone ślady. Nasiąknęła nią już połowa jego koszuli, ale on nadal lazł przed siebie. Jego zakrwawione lewe ramię drżało gwałtownie, a klinga szabli uderzała o nogę. — Żum? — Cofała się przed nim, wytrzeszczając oczy. Jej ręce zwisały bezwładnie, a po skórze przebiegały ciarki. Wreszcie poczuła za plecami ścianę domu. — Żu?

 

— Zamknij się! — Skoczyła na mężczyznę, wyciągając przed siebie otwarte dłonie, i obaliła go na plecy. Broń wypadła mu z dłoni, ale zbrukany krwią cylinder nadal trzymał się głowy, przybity do niej nożem. Przetoczył się powoli na twarz. Jego prawa ręka miotała się bezładnie. Lewą wsunął pod bark, jakby próbował wstać.

— Och — mruknął w piasek i znieruchomiał.

Płoszka odwróciła ostrożnie głowę i splunęła krwią. W ciągu kilku ostatnich miesięcy połknęła jej stanowczo zbyt wiele. Oczy zaszły jej łzami. Otarła je drżącą dłonią, nie potrafiąc uwierzyć, co się stało. Mogłoby się zdawać, że w ogóle w tym nie uczestniczyła. To był koszmar i pora już się z niego obudzić. Zacisnęła powieki, a następnie znowu je rozchyliła. Jeg nadal tam leżał.

Zaczerpnęła pośpieszny oddech i gwałtownie wypuściła powietrze z płuc, otarła plwocinę z wargi oraz krew z czoła, a następnie znowu wciągnęła powietrze i je wypuściła. Potem podniosła z ziemi szablę Jega, zacisnęła zęby, by powstrzymać wymioty. Ich pragnienie nadchodziło falami wraz z pulsującym bólem w boku twarzy. Cholera, ależ miała ochotę usiąść! Po prostu się zatrzymać. Nakazała jednak sobie odwrócić się i ruszyć ku tylnym drzwiom karczmy. Tym, przez które przed paroma chwilami wyszedł jeszcze wówczas żywy Jeg. Żeby człowiek dorosnął, potrzeba wielu lat ciężkiej pracy, a by zakończyć jego życie, wystarczy parę chwil.

Neary wyczołgał się z dziury, którą jego upadek wybił w podłodze. Ściskał zakrwawioną nogawkę z bardzo niezadowoloną miną.

— Znalazłeś tę pierdoloną sukę? — zapytał, kierując spojrzenie ku drzwiom.

— Och, z pewnością.

Wybałuszył oczy i spróbował się podczołgać do leżącego nieopodal łuku, jęcząc głośno po drodze. Płoszka podeszła bliżej, unosząc wielką szablę Jega. Neary odwrócił się na plecy, otwierając szeroko oczy przerażenia. Uniósł jedną rękę w geście desperacji. Uderzyła w nią z całej siły płazem szabli. Jęknął z bólu i przycisnął rękę do piersi. Następnie zdzieliła szlochającego mężczyznę w skroń i przewróciła go na brzuch. Przeszła nad nim, wsuwając sobie oręż za pas, podniosła łuk i wzięła z kołczana trochę strzał. Ruszyła ku drzwiom, nakładając strzałę na cięciwę, i wyjrzała na ulicę.

Dodd nadal zbierał monety z ziemi i chował je do torby, posuwając się w stronę studni. Pozostawał niewrażliwy na los, jaki spotkał jego towarzyszy. Nie było to aż tak dziwne, jakby się zdawało. Jeżeli można było określić Dodda jednym słowem, z pewnością było to słowo „niewrażliwy”.

Zeszła na dół, stąpając po bocznych częściach stopni, gdzie ryzyko ostrzegawczego skrzypnięcia było mniejsze, a następnie naciągnęła w połowie cięciwę i wycelowała w Dodda, który nadal pochylał się nad ziemią, zwrócony ku niej plecami. Pośrodku nich miał na koszuli ciemną plamę od potu. Przez dłuższą chwilę poważnie rozważała uczynienie z tej plamy tarczy strzelniczej i przeszycie go strzałą od tyłu. Niełatwo jest jednak zabić człowieka, zwłaszcza po dłuższym zastanowieniu. Zebrał ostatnią monetę i wrzucił ją do torby, a potem wstał, zawiązał jej rzemyki i odwrócił się z uśmiechem.

— Mam wszystkie…

Gapili się na siebie przez chwilę. Dodd przykucnął na zakurzonej ulicy, trzymając w jednej ręce torbę. Na jego skąpanej w blasku słońcu twarzy widniał niepewny uśmieszek, ale w skrytych w cieniu taniego kapelusza oczach wyraźnie dostrzegało się strach. Płoszka zatrzymała się na najniższym stopniu schodów — bose, zakrwawione stopy, rozkwaszone, zakrwawione usta, zakrwawione włosy lepiące się do zakrwawionego czoła. Łuk jednak miała czysty i gotowy do strzału.

Dodd oblizał wargi, przełknął ślinę, po czym znowu je oblizał.

— Gdzie jest Neary? — zapytał.

— Kiepsko z nim.

Płoszkę zaskoczył twardy ton jej głosu. Mówiła jak ktoś, kogo nie znała. Może to był głos Dym.

— A mój brat?

— Z nim jest jeszcze gorzej.

— Zabiłaś go?

— Zapomnij o tych dwóch i stój spokojnie.

— Posłuchaj, Płoszka, nie strzelisz do mnie, prawda? Nie po wszystkim, co przeżyliśmy razem. Nie strzelisz do mnie. Nie do mnie. Prawda? — Jego głos nabierał coraz wyższej tonacji. Dodd nie przestawał też skradać się ku studni. — Nie chciałem tego. To nie był mój pomysł!

— Pewnie, że nie twój. Musisz się porządnie zastanowić, by wpaść na jakiś pomysł, a to dla ciebie zbyt wielki wysiłek. Po prostu słuchałeś tamtych. Nawet jeśli dla mnie miało się to skończyć szubienicą.

— Posłuchaj, Płoszka…

— Powiedziałam, żebyś stał spokojnie. — Naciągnęła łuk do końca. Cięciwa raniła ją w krwawiące palce. — Kurwa, ogłuchłeś, chłopcze?

— Posłuchaj, Płoszka, porozmawiajmy o tym, dobra? Po prostu porozmawiajmy. — Uniósł drżącą rękę, kierując ku kobiecie otwartą dłoń, jakby mógł w ten sposób powstrzymać strzałę. Wlepiał w nią spojrzenie jasnoniebieskich oczu. Płoszka nagle przypomniała sobie chwilę, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Opierał się o ścianę stajni i uśmiechał radośnie. Może i nie był za bystry, ale za to bardzo zabawny. Odkąd Płoszka opuściła dom, w jej życiu było bardzo niewiele zabawnych elementów. Nikt by nie pomyślał, że wyruszyła w świat w ich poszukiwaniu.

— Wiem, że postąpiłem źle, ale… jestem idiotą — oznajmił z uśmiechem, równie drżącym jak jego dłoń. Dodd zasługiwał na uśmiech albo i dwa, a choć jako kochanek nie był artystą, ogrzewał jej łoże, a to zawsze coś. Dzięki niemu miała też wrażenie, że nie jest sama przeciwko całemu światu, a to było warte jeszcze więcej.

— Stój spokojnie — powtórzyła, ale tym razem ciszej.

— Nie strzelisz do mnie. — Nadal skradał się ku studni. — To ja, tak? Ja. Dodd. Tylko teraz do mnie nie strzel. — Nie zatrzymywał się. — Chcę tylko…

Wystrzeliła.

Łuki są naprawdę dziwne. Przywiązanie cięciwy i naciągnięcie jej, nałożenie strzały i wycelowanie — wszystko to wymaga wysiłku, umiejętności oraz zdecydowania. Samo wypuszczenie strzały to nic. Po prostu przestaje się ją powstrzymywać. W gruncie rzeczy, gdy już się naciągnie cięciwę i wyceluje, łatwiej jest wystrzelić, niż tego nie zrobić.

Dodd stał może z dziesięć kroków od niej. Strzała w okamgnieniu pokonała tę odległość, minęła o włos jego otwartą dłoń i wbiła się bezgłośnie w pierś. Brak dźwięku zaskoczył Płoszkę. Niemniej jednak ciało jest miękkie. Zwłaszcza w porównaniu z grotem strzały. Mężczyzna postąpił jeszcze jeden chwiejny krok, jakby nadal do niego nie dotarło, że postrzelono go z łuku. Otworzył szeroko oczy, a potem zamrugał i spojrzał na drzewce.

— Strzeliłaś do mnie — wyszeptał i osunął się na kolana. Krew plamiła już jego koszulę, tworząc ciemny owal.

— Ostrzegałam cię, do cholery!

Cisnęła łuk na ziemię, ogarnięta nagłą wściekłością na Dodda i na broń.

Wlepił w nią wzrok.

— Nie myślałem, że to zrobisz.

Odwzajemniła jego spojrzenie.

— Ja też nie myślałam. — Nastała chwila ciszy. Kolejny podmuch wiatru wzbił tumany pyłu w powietrze między nimi. — Przepraszam.

— Przepraszasz? — wychrypiał.

To mogła być najgłupsza rzecz, jaką powiedziała w życiu, a konkurencja była ogromna, cóż innego mogła mu jednak rzec? Żadne słowa nie wyrwą tej strzały z jego piersi. Wzruszyła ramionami.

— Pewnie tak.

Dodd skrzywił się, uniósł jedną ręką torbę ze srebrem i zwrócił się ku studni. Płoszka rozdziawiła usta i zerwała się do biegu w tej samej chwili, gdy mężczyzna odwrócił się na bok i rzucił torbę w górę. Przekoziołkowała kilka razy, i zaczęła spadać, łopocząc tasiemkami. Kobieta przeszła w sprint, skoczyła, upadła…

Stęknęła głośno, uderzając obolałymi żebrami w obmurowanie studni. Prawą ręką sięgnęła w mroczny otwór. Przez chwilę myślała, że wpadnie do środka w ślad za torbą — zapewne byłoby to najlepsze rozwiązanie — ale potem zaryła kolanami w ziemię na zewnątrz.

Złapała torbę za jeden z dolnych rogów, zaciskając połamane paznokcie na cienkim płótnie. Tasiemki zwisały luźno. Piasek i kamienne okruchy sypały się w dół wokół torby.

Płoszka uśmiechnęła się po raz pierwszy tego dnia. Być może nawet tego miesiąca.

A potem torba się otworzyła.

Monety posypały się w dół pobrzękującym deszczem, srebro odbijało się od ziemnych ścian i znikało w atramentowej pustce. Wreszcie zapadła cisza.

Kobieta się wyprostowała. Ogarnęło ją odrętwienie.

Odsunęła się powoli od studni, oplatając się jedną ręką, a w drugiej trzymając torbę.

Spojrzała na Dodda. Leżał na plecach. Strzała sterczała mu z piersi. Wlepił w nią spojrzenie załzawionych oczu, poruszając szybko żebrami. Usłyszała, że jego płytkie oddechy zwolniły, a następnie umilkły.

Stała tam jeszcze przez chwilę, po czym zgięła się wpół i zwymiotowała na ziemię. Nie było tego zbyt wiele, bo nic dziś nie jadła, ale jej trzewia skurczyły się boleśnie i musiała zwrócić wszystko, co w nich miała. Drżała tak gwałtownie, że myślała, że się przewróci. Wsparła dłonie na kolanach, plując i smarkając żółcią.

Cholera, ależ bolały ją żebra. I ręka. I noga. I twarz. Miała tak wiele zadrapań, siniaków i innych urazów, że ledwie mogła je od siebie odróżnić. Całe jej ciało wypełniał kurewsko dokuczliwy ból.

Jej spojrzenie powędrowało ku trupowi Dodda. Nadeszła kolejna fala mdłości, ale Płoszka zdołała ją stłumić. Zmusiła się do odwrócenia wzroku i spojrzenia na horyzont, pusty i migotliwy.

Nie był pusty.

Ujrzała tam tumany pyłu. Jeszcze raz otarła twarz podartym rękawem. Był już tak brudny, że raczej pobrudziła się dodatkowo, niż oczyściła. Wyprostowała się, spoglądając w dal. Ledwie mogła uwierzyć własnym oczom. Jeźdźcy. Z całą pewnością. Jeszcze daleko, ale było ich chyba z tuzin.

— Niech to szlag — wyszeptała, przygryzając wargę. Jeśli tak dalej pójdzie, wkrótce przegryzie krwawiące cholerstwo na wylot. — Niech to szlag!

Zasłoniła oczy dłońmi, zacisnęła powieki i skryła się w ciemności, którą sama dla siebie stworzyła, w rozpaczliwej nadziei, że się myli. Z pewnością nie byłaby to jej pierwsza pomyłka, czyż nie?

Gdy jednak cofnęła dłonie, obłoki kurzu nadal tam były. Świat to wredny skurczybyk, tak jest, im niżej upadniesz, z tym większą przyjemnością cię kopie. Płoszka wsparła dłonie na biodrach, wygięła plecy w łuk i wykrzyczała ku niebu jedno słowo, przeciągając je tak długo, jak tylko pozwoliły jej obolałe płuca.

— Kurwa!

Jej krzyk odbił się echem od ścian budynków i umarł szybką śmiercią. Nie doczekała się żadnej odpowiedzi, chyba żeby uznać za nią ciche bzyczenie muchy, która już zaczęła się interesować Doddem. Koń Neary’ego przyglądał się jej przez chwilę, a potem odwrócił wzrok. Nie zaimponowała mu nawet w najmniejszym stopniu. Do jej licznych nieszczęść dołączyło teraz bolące gardło. Płoszka poczuła się zmuszona zadać sobie zwyczajowe pytanie.

I co teraz, kurwa?

Zaciskając zęby, ściągnęła buty z nóg Dodda i usiadła na piasku, by je włożyć. Nie po raz pierwszy spoczywali na ziemi obok siebie, ale nigdy przedtem nie był martwy. Buty były na nią stanowczo za duże, ale z pewnością lepsze to niż chodzenie boso. Poczłapała w nich z powrotem do karczmy.

Neary jęczał żałośnie, próbując usiąść. Kopniakiem w twarz obaliła go z powrotem na plecy, a potem zabrała resztę strzał z jego kołczana, a także ciężki nóż, który miał za pasem. Wróciła w słońce, podniosła łuk i wsadziła sobie na głowę kapelusz Dodda. On również był nieco za duży, ale przynajmniej zapewniał osłonę przed wspinającym się coraz wyżej słońcem. Następnie przyciągnęła wszystkie trzy konie i związała je w szereg, co było nieco ryzykowne, jako że wielki ogier Jega był wrednym skurczybykiem i wyraźnie miał ochotę rozwalić jej głowę kopniakiem.

Uporawszy się z tym zadaniem, spojrzała z zasępioną miną na tumany kurzu. Zmierzały w stronę miasteczka, i to szybko. Po dokładniejszej obserwacji doszła do wniosku, że jest ich dziewięciu albo dziesięciu. O dwóch bądź trzech lepiej niż tuzin, ale to nadal cholernie niedogodne.

Agenci banku szukający ukradzionych pieniędzy. Łowcy nagród pragnący zdobyć nagrodę. Bandyci pragnący zagarnąć jej łup, pechowym zrządzeniem losu spoczywający obecnie na dnie studni. To mógł być ktokolwiek. Płoszka miała niesamowity talent do robienia sobie wrogów. Na tę myśl zerknęła na Dodda. Leżał na ziemi twarzą w dół. Stopy miał bose. Większego pecha miała tylko do przyjaciół.

Jak do tego doszło?

Potrząsnęła głową, splunęła przez wąską szparę między przednimi zębami i wdrapała się na siodło wierzchowca Dodda. Odwróciła głowę zwierzęcia od zbliżających się tumanów pyłu. Nie miała pojęcia, w którą stronę świata zmierza.

 

Ścisnęła konia piętami.

Przetłumaczył Michał Jakuszewski