Niebezpieczne kobietyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdy odwróciłam się do pokoju, ktoś uderzył mnie w twarz.

Nie był to lekki policzek, jakby ktoś chciał powiedzieć „hej, obudź się!”, lecz solidny cios z liścia, który naprawdę by zabolał, gdyby zadano go pięścią. Zatoczyłam się, oszołomiona.

Andi, dziewczyna Walda, stała z założonymi rękami, obserwując mnie spod zmrużonych powiek. Była średniego wzrostu, ale poza tym była wilkołaczycą zbudowaną jak modelka z kalendarza, która wymarzyła sobie, że zmieni karierę na profesjonalne zapasy.

— Cześć, Molly — powiedziała.

— Cześć — odparłam. — Aua.

Andi podniosła różową golarkę.

— Porozmawiajmy teraz o wytyczaniu granic.

Gdzieś w środku obudziło mi się coś złego, co wysunęło pazury i zastygło w oczekiwaniu. Była to część mojej istoty, która chciała schwytać Listena i zrobić z nim różne rzeczy przy użyciu gwoździ kolejowych i rynien w podłodze. Każdy z nas ma w środku taką istotę. Potrzeba czegoś naprawdę złego, by ją zbudzić, ale wszyscy nosimy ją w sobie. To ona odpowiada za wszystkie bezmyślne okrucieństwa, to ona zamienia wojnę w piekło.

Nikt nie chce o niej mówić ani myśleć, ale ja nie mogłam sobie pozwolić na życie w ignorancji. Nie zawsze tak było, ale po roku walki z Fomorianami i ciemną stroną Chicago stałam się kimś innym. Ta część w głębi mnie wciąż była teraz rozbudzona, wciąż podsuwała mi emocje walczące ze zdrowym rozsądkiem.

Kazałam jej zamilknąć i usiąść na dupie.

— Dobrze — powiedziałam. — Ale później. Jestem teraz trochę zajęta.

Chciałam ją minąć i wejść do pokoju, ale zatrzymała mnie, przykładając mi rękę do piersi i popchnęła z powrotem w stronę drzwi. Nie wyglądało, jakby włożyła w to dużo siły, ale porządnie gruchnęłam o drewno.

— Teraz jest dobry moment — stwierdziła.

Wyobraziłam sobie, że zaciskam pięści i liczę do pięciu wściek łym wrzaskiem. Jestem pewna, że Harry nigdy nie musiał się użerać z takimi idiotyzmami. Nie miałam czasu do stracenia, ale nie chciałam też zrobić krzywdy Andi. Wiedziałam, że jeśli dam się ponieść, zrobi się bardzo nieprzyjemnie. Zacisnęłam zęby — na to mogłam sobie pozwolić i skinęłam głową.

— No dobrze. O co ci chodzi?

Nie dodałam: „ty zołzo”, ale pomyślałam to naprawdę głośno. Pewnie powinnam się starać być milsza dla ludzi.

— To nie jest twoje mieszkanie — odparła Andi. — Nie możesz tak sobie wparowywać i uciekać, kiedy ci się spodoba, niezależnie od tego, która jest godzina i co się dzieje. Zastanowiłaś się chociaż, co to oznacza dla Buttersa?

— Nic nie oznacza — odparłam. — Tylko pożyczam sobie na chwilę jego prysznic.

— Dzisiaj przyszłaś tu cała we krwi. — Głos Andi zabrzmiał ostro. — Nie wiem, co się stało, ale wiesz co? Nic mnie to nie obchodzi. Obchodzi mnie tylko, w jakie kłopoty możesz tym wpakować innych.

— Nie było żadnych kłopotów — odparłam. — Posłuchaj, odkupię ci nową golarkę.

— Tu nie chodzi o pieniądze, na rany Chrystusa! — prychnęła Andi. — Chodzi o szacunek. Butters zawsze ci pomaga, a ty nawet mu nie podziękujesz. A co, jeśli ktoś by tu za tobą przyszedł? Wiesz, ile kłopotów mógłby sobie napytać tylko przez to, że ci pomógł?

— Nikt za mną nie przyszedł — powtórzyłam.

— Dzisiaj. A następnym razem? Ty potrafisz walczyć. Ja wprawdzie nie znam się na magii, ale też daję sobie radę. Butters nie. A co, jeśli któregoś dnia okaże się, że jesteś umazana jego krwią? Do czyjego prysznica wtedy pójdziesz?

Skrzyżowałam ręce i odwróciłam wzrok. Jakaś część mojego umysłu wiedziała, że Andi ma trochę racji, ale rozsądek zajmował teraz drugie miejsce w kolejce, zaraz po nagłej chęci, by spoliczkować tę zołzę.

— Posłuchaj, Molly — powiedziała łagodniej. — Wiem, że ostatnio nie było ci łatwo. Odkąd zginął Harry. I potem, gdy ukazał się jego duch. Wiem, że to nie zabawa.

Spojrzałam na nią bez słów. Niełatwe i nie zabawa. Można to było tak nazwać.

— Ale chyba jest coś, co powinnaś usłyszeć.

— Co takiego?

Andi pochyliła się i szepnęła ostro:

— Pogódź się z tym.

W mieszkaniu było bardzo cicho, ale w mojej głowie — wręcz przeciwnie. Ta brzydka, straszna część robiła się coraz głośniejsza. Zamknęłam oczy.

— Ludzie umierają — ciągnęła Andi. — Odchodzą. A życie toczy się dalej. Harry był pierwszym przyjacielem, jakiego straciłaś, ale na pewno nie ostatnim. Rozumiem, że jest ci przykro. Rozumiem, że próbujesz przejąć pałeczkę po kimś naprawdę wielkim. Ale to jeszcze nie daje ci prawa, żeby nadużywać ludzkiej życzliwości. Jakbyś nie zauważyła, ostatnio wielu ludziom jest przykro.

Jakbym nie zauważyła… Boże, byłam gotowa nawet zabić za to, by nie zauważać ludzkiego cierpienia. Nie musieć przeżywać go samej. Nie odczuwać jego echa jeszcze wiele dni później. Ta straszna istota w środku, mroczna część mojego serca, miała ochotę połączyć się z Andi tunelem parapsychicznym i pokazać jej, przez co muszę regularnie przechodzić. Ciekawe, jak spodobałoby się jej moje życie. Zobaczymy, czy później też pałałaby takim świętym oburzeniem. Nie byłoby to słuszne, ale…

Odetchnęłam powoli. Nie. Harry nauczył mnie, po czym poznać, że właśnie zamierzasz uzasadnić jakąś złą decyzję. Można to poznać po takich sformułowaniach, jak „nie byłoby to słuszne, ale….”. Doradzał mi, żeby w takich przypadkach zamiast przecinka postawić kropkę. „Nie byłoby to słuszne”.

A zatem nie zrobiłam nic pochopnie. Nie wypuściłam ze środka szalejącej burzy.

— Co twoim zdaniem powinnam zrobić? — spytałam tylko.

Andi sapnęła i wykonała jakiś nieokreślony gest.

— Po prostu… ogarnij się, dziewczyno. Nie sądzę, żebym wymagała zbyt wiele, biorąc pod uwagę, że mój chłopak dał ci klucze do własnego mieszkania.

Zamrugałam. O rany. Szczerze mówiąc, nigdy nawet nie rozważałam tego aspektu. Miłość i miłosne konflikty jakoś nie były ostatnio wysoko na mojej liście priorytetów. Andi nie miała się z mojej strony czego obawiać… ale chyba za mało wyczuwała ludzkie emocje, by zdawać sobie z tego sprawę. Dopiero teraz zdołałam określić, skąd bierze się część jej niepokoju. Nie była zazdros na, ale na pewno zdawała sobie sprawę, że jestem młodą kobietą, którą wielu facetów uważa za atrakcyjną i że Waldo jest facetem.

A ona go kochała. To też wyczuwałam.

— Pomyśl czasem o nim — poprosiła cicho. — Po prostu… czasem zadbaj o niego, tak jak on dba o ciebie. Zadzwoń, zanim przyjdziesz. Gdybyś weszła tu zakrwawiona w przyszłą sobotę wieczorem, Waldo musiałby się długo tłumaczyć przed rodzicami.

Prawdopodobnie wyczułabym obecność obcych, jeszcze zanim położyłabym rękę na klamce. Ale nie było sensu mówić o tym Andi. To nie jej wina, że nie do końca rozumiała, jaki tryb życia prowadzę. Na pewno nie zasługiwała, by przez to zginąć, nieważne, co mówił na ten temat mój wewnętrzny lord Sith.

Powinnam dokonywać wyborów głową. Serce było zbyt złamane, bym mogła mu zaufać.

— Postaram się — powiedziałam.

— Dobrze — odparła Andi.

Przez chwilę palce prawej ręki mi zadrżały i odkryłam, że ciemna strona lada chwila ciśnie w tę kobietę mocą, ogłuszy ją, oślepi, wciągnie w wir. Lea pokazała mi, jak to zrobić. Szybko opanowałam ten odruch.

— Andi? — powiedziałam tylko.

— Tak?

— Już nigdy nie próbuj mnie uderzyć. Chyba że chcesz mnie potem zabić.

Nie chciałam, by zabrzmiało to jak groźba. Po prostu w obliczu przemocy reagowałam instynktownie. Psychiczne turbulencje towarzyszące takim konfliktom wprawdzie nie były już dla mnie bolesne, ale naprawdę trudno było rozumować jasno, słysząc ten wściekły ryk dobiegający z wewnątrz. A gdyby Andi znów potraktowała mnie w ten sposób… nie jestem pewna, jak bym zareagowała.

Nie jestem szalona. Tak mi się wydaje. Ale nauka survivalu u kogoś pokroju ciotki Lei kładła przede wszystkim nacisk na ochronę siebie, nie na pracę zespołową.

Groźba czy nie groźba, Andi widziała w życiu sporo konfliktów i nie zamierzała się wycofać.

— Obiecuję, że nie trzepnę cię w pysk, jeśli sobie na to nie zasłużysz.

* * *

Waldo i Justine wyszli, by kupić coś na obiad i wrócili po dziesięciu minutach. Przy jedzeniu omówiliśmy sytuację.

— Svartalfheim — szepnęła Justine. — Niedobrze…

— To ci Skandynawowie, tak? — upewnił się Butters.

Pomiędzy kolejnymi kęsami kurczaka w pomarańczach przekazałam im, czego się dowiedziałam od Leanansidhe. Zapadła długa cisza.

— A zatem… — odezwała się w końcu Andi. — Plan jest taki, żeby… wyciągnąć go, dając im dupy?

Spojrzałam na nią ciężko.

— Hej, tylko spytałam.

— Nie zgodzą się na to — odparła Justine. Jej głos był niski, napięty. — Nie dzisiaj.

— Dlaczego? — spytałam podejrzliwie.

— Zawarli dzisiaj sojusz — wyjaśniła. — Wieczorem odbędzie się uroczystość. Zaprosili Larę.

— Jaki sojusz?

— Pakt o nieagresji. Z Fomorianami.

Oczy prawie wyszły mi z orbit.

Sytuacja robiła się coraz gorsza. Chicago nie było może najbardziej obleganym miastem na świecie, a jednak jego ulice wciąż stanowiły koszmar dla każdego, kto miał choćby najmniejszy talent magiczny. Nie miałam dostępu do informacji, które zdobywałam, pracując z Harrym i Białą Radą, ale czasem wyłapywałam wieści z paranetu i innych źródeł. Fomorianie stanowili coś w rodzaju supergrupy złoczyńców, wyrzutków i rozbitków ocalałych z kilkunastu różnych panteonów, nieistniejących już od dawien dawna. Razem utworzyli grupę istot zwanych Fomorianami i przez jakiś czas nie dawali znaku życia — a konkretnie przez tysiące lat.

 

A teraz wkroczyli do gry i nawet potężne państwa, takie jak Svartalfheim, bardzo starały się zejść im z drogi.

O rany. Nie byłam dość magiczna, by sobie z tym poradzić.

— Lara prawdopodobnie wysłała do nich Thomasa, by zrobił coś w tej sprawie — ciągnęła Justine. — Może coś ukradł, zdobył informacje, jakoś sabotował sojusz. Samo wtargnięcie na ich teren byłoby obrazą. Jeśli przyłapano go na szpiegostwie…

— Zrobią pokazówkę — domyśliłam się. — Postanowią go przykładowo ukarać.

— Czy Biały Dwór nie mógłby go wyciągnąć? — spytał Waldo.

— Gdyby Dwór zgłosił się po jednego ze swoich, to tym samym przyznaliby, że wysłali agenta, żeby szpiegował Svartalfheim — odparłam. — Lara nie może tego zrobić, nie ryzykując poważnych konsekwencji. Zaprzeczy, że miała z tym cokolwiek wspólnego.

Justine wstała i zaczęła przechadzać się po pokoju, całe ciało miała napięte.

— Musimy coś zrobić! Zapłacę każdą cenę. Zapłacę dziesięciokrotnie, ale musimy coś zrobić!

W zamyśleniu ugryzłam pomarańczowego kurczaka, mar szcząc brwi.

— Molly! — wykrzyknęła Justine.

Spojrzałam na jedzenie. Pomarańczowy sos ładnie kontrastował z zielenią brokułu i miękkimi konturami porcji ryżu. Trzy kolory ładnie się uzupełniały. W sumie było to dość… piękne.

— Pożądają piękna, jak smok złota — powtórzyłam.

Butters chyba się zorientował, że wpadłam na pomysł. Odchylił się na krześle i chwycił porcję makaronu z pudełka. Bardzo precyzyjnie posługiwał się pałeczkami, nie musiał patrzeć.

Andi zorientowała się chwilę później i przekrzywiła głowę.

— Molly?

— Urządzają dziś bal — powiedziałam. — Prawda?

— Tak — potwierdziła Justine.

Andi przytaknęła niecierpliwie.

— Tak, ale co w związku z tym zrobimy?

— Jak to co? — odparłam. — Pójdziemy na zakupy.

* * *

Zawsze byłam urwisem. Lubiłam biegać po dworze, uprawiać sporty, uczyć się różnych nowych rzeczy, czytać i budować. Nigdy nie miałam okazji zakosztować typowo dziewczyńskich rozrywek. Andi była w tym trochę lepsza — prawdopodobnie wychowanie miało tu coś do rzeczy. U mnie w domu można się było dowiedzieć, że makijaż jest dobry na niedzielę do kościoła i dla kobiet lekkich obyczajów.

Wiem, trudno o większą sprzeczność. Uwierzcie mi, miałam swoje problemy, jeszcze zanim zaczęłam się parać magią.

Nie wiedziałam, jakim cudem zdołamy załatwić wszystko przed rozpoczęciem uroczystości. Ale gdy już wyjaśniłam, o co chodzi, okazało się, że Justine ma wszystkie te dziewczyńskie rzeczy w małym palcu.

Już po kilku minutach podjechała taksówka i zawiozła nas do prywatnego salonu kosmetycznego, gdzie Justine zaprezentowała całkiem zwyczajną i zupełnie nieoznaczoną białą kartę kredytową. Jakieś dwadzieścia osób z obsługi — styliści odzieżowi, fryzjerzy, wizażyści i krawcy — zabrali się do dzieła i wyszykowali nas na misję w niecałą godzinę.

W pierwszej chwili nie byłam w stanie odejść od lustra. Próbowałam obejrzeć tę postać obiektywnie, jakby była kimś innym, nie tą dziewczyną, która zabiła ukochanego człowieka, a potem znów go zawiodła, nie mogąc ochronić nawet jego ducha. Tamta suka zasłużyła sobie, żeby wpaść pod pociąg.

Dziewczyna w lustrze była wysoka, miała naturalne blond włosy, które skręcono w skomplikowany kok i zabezpieczono dwoma czarnymi pałeczkami. Była szczupła, może nawet za bardzo, ale także za bardzo umięśniona, by wyglądać na uzależnioną od koki. Jej mała czarna sukienka wywołałaby sensację na ulicy. Zdawała się trochę zmęczona, nawet w fachowo nałożonym makijażu. Wyglądała ładnie — pod warunkiem, że ktoś jej nie znał i nie patrzył za bardzo na to, co się dzieje w tych niebieskich oczach.

Biała limuzyna podjechała pod same drzwi, a ja zdołałam do niej podbiec, nie upadając na twarz.

— O mój Boże! — wykrzyknęła Andi. Wyciągnęła przed siebie nogi i zamachała stopami. — Te buty są cudowne! Jeśli bę dę musiała się zwilczyć i odgryźć komuś twarz, to chyba się rozpłaczę.

Justine uśmiechnęła się lekko, ale potem wyjrzała przez okno. Jej urocza twarz była zamyślona, zmartwiona.

— To tylko buty.

— Buty, w których moje nogi i tyłek wyglądają jak marzenie!

— Ale bolą — zauważyłam. Postrzelona noga wprawdzie już mi się zagoiła, ale chodzenie w tych spiczastych narzędziach tortur okazało się zupełnie nowym doświadczeniem. Ból zaczynał promieniować od uda aż na biodro. Ostatnie, czego mi teraz było trzeba, to skurcz mięśni, po którym padnę na ziemię, tak jak na początku rekonwalescencji, gdy próbowałam znów chodzić. Do butów na takich obcasach powinni dokładać siatkę bezpieczeństwa. Albo spadochron.

Wybrałyśmy podobne stroje: stylowe czarne minisukienki, czarne dusiki na szyję i czarne szpilki, które — mam nadzieję — sugerowały, że nie zamierzamy dużo chodzić. Każda z nas ściskała skórzaną włoską kopertówkę. Schowałam do swojej większość magicznych przyborów. Poprosiłyśmy też o podobne fryzury różniące się drobnymi szczegółami. Podejrzewam, że niektóre renesansowe obrazy malowano z mniejszą pieczołowitością niż nasze twarze.

— Wystarczy trochę praktyki — stwierdziła Justine. — Jesteś pewna, że to zadziała?

— Oczywiście — odparłam spokojnie. — Przecież chodzisz do klubów. Nasza trójka mogłaby się wciąć w kolejkę do każdego lokalu. We trzy stanowimy idealny gorący zestaw.

— Dziewczyny Roberta Palmera? — podsunęła zgryźliwie Andi.

— Raczej Aniołki Charliego — odparłam. — Aha, skoro o tym mowa. — Otworzyłam kopertówkę i wydobyłam kryształ kwarcowy wielkości mojego kciuka. — Bosley, słyszysz mnie?

Chwilę później kryształ zawibrował mi w ręku i dobiegł z niego odległy głos Walda.

— Czysto i wyraźnie, moje aniołki. Myślicie, że to wciąż będzie działać po wejściu do środka?

— Zależy od tego, jak bardzo są podejrzliwi — odpowiedziałam. — Jeśli tylko mają paranoję, to wznieśli tarcze odcinające wszelką komunikację. Jeśli mają morderczą paranoję, to ustawili tarcze przepuszczające rozmowy, żeby móc nas podsłuchać, a potem zabić.

— Kupa zabawy — stwierdził Butters. — Okej, ustawiłem czat na paranecie. Umysł roju jest na sieci.

— Czego zdołałeś się dowiedzieć? — spytała Andi.

— Będą podobni do ludzi — odpowiedział Waldo. — Ich prawdziwa postać… są pewne niejasności, ale generalnie przypominają kosmitów.

— Bardziej Ripley czy Roswell?

— Roswell. Mogą zamieszkiwać ciała, tak jak wampiry z Czerwonego Dworu. Weźcie pod uwagę, że będą w przebraniu.

— Jasne. Coś jeszcze?

— Niewiele. Krążą różne plotki, ale nic pewnego. Możliwe, że są uczuleni na sól. Mogą być obsesyjno-kompulsywni i dostać amoku, jeśli włożysz ubranie na lewą stronę. Możliwe, że pod wpływem słońca zamieniają się w kamień.

Zawarczałam.

— Warto było sprawdzić. Śledź te dyskusje, odezwę się, jak będę mogła.

— Jasne. Marci właśnie przyszła. Wezmę laptopa i będę czekać na was po wschodniej stronie budynku, jak już skończycie. Andi, jak wyglądasz? Smakowicie?

— Przepięknie — odparła zdecydowanie ruda. — Całe szczęście, że ta sukienka nie jest o cal krótsza, wyglądałabym jak rozpustna nimfomanka.

— Niech ktoś zrobi zdjęcie! — wykrzyknął wesoło Butters, ale dosłyszałam niepokój w jego głosie. — Do zobaczenia wkrótce.

— Uważaj na siebie — powiedziałam. — Do zobaczenia.

Włożyłam kryształ do torebki i starałam się zignorować dreszcz przypominający nerwowe trzepotanie motyli w brzuchu.

— To się nie uda — mruknęła Justine.

— Jasne, że się uda — zgasiłam ją, starając się zachować optymistyczny ton. — Wejdziemy tam jak burza. Biust będzie z nami.

Justine spojrzała na mnie spod uniesionych brwi.

— Biust?

— Biust to coś więcej niż same piersi — oznajmiłam poważnie. — To pole energii żywych piersi, które nas otacza i przenika… I spaja galaktykę w jedną całość.

Andi zachichotała.

— Zwariowałaś.

— Ale w tym szaleństwie jest metoda — odrzekłam i poprawiłam gorset sukienki. — Po prostu wyłącz świadomość i działaj instynktownie.

Justine przez chwilę wpatrywała się we mnie pustym wzrokiem. Potem twarz jej się rozjaśniła.

— Biust będzie z nami?

Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.

— Zawsze.

* * *

Limuzyna ustawiła się w rzędzie podobnych pojazdów podwożących gości do bramy warowni svartalfów. Lokaj otworzył drzwi, a wtedy wystawiłam nogi i spróbowałam wysiąść, nie pokazując wszystkim bielizny. Andi i Justine poszły za mną. Zdecydowanym krokiem podążyłam do wejścia. Nasze obcasy stukały prawie w jednym rytmie i nagle poczułam, że wszyscy w okolicy odwracają wzrok w naszą stronę. Znad tłumu uniosła się chmura myśli i emocji — głównie przyjemność, ale także mieszanka pożądania, otwartej żądzy, niepokoju, zazdrości i zaskoczenia. Wszystkie emocje kłębiły mi się pod czaszką, drapiąc nieprzyjemnie, ale wiedziałam, że to konieczne. Nie wyczuwałam żadnej wrogości albo agresji, a ta sekunda wyprzedzenia, jaką zyskiwałam, wyczuwając intencje napastnika, zanim wprowadził je w czyn, mogła ocalić nam życie.

Strażnik przy drzwiach przyglądał się nam uważnie. Czułam krążące w jego umyśle nieskomplikowane pożądanie. Jednak ton i wyraz twarzy miał profesjonalnie neutralny.

— Dobry wieczór paniom — oznajmił. — Czy mogę zobaczyć zaproszenia?

Uniosłam brwi i kąciki ust w uśmiechu, który — miałam nadzieję — zdawał się uwodzicielski i odrobinę wygięłam w tył plecy.

— Nie musi pan oglądać naszych zaproszeń.

— Eee… — zająknął się. — Widzi pani… obawiam się, że muszę.

Andi stanęła obok mnie i błysnęła seksownym uśmiechem kociaka, po którym na sekundę ją znienawidziłam.

— Nie, nie musi pan.

— Um… niestety. Nadal muszę.

Justine stanęła po mojej drugiej ręce. Wyglądała raczej słodko niż seksownie, ale tylko troszkę.

— Jestem pewna, że to zwykłe niedopatrzenie. Czy mógłby pan poprosić kogoś z przełożonych?

Przez chwilę mierzył nas wzrokiem, wahając się wyraźnie. Potem powoli sięgnął do radia przy pasku i uniósł je do ust. Chwilę później ze środka budynku wyszedł niski mężczyzna w jedwabnym garniturze. Zmierzył nas długim spojrzeniem.

Strażnik był wprawdzie zainteresowany, ale jego reakcja nie wykraczała poza normę. Była to tylko iskierka, instynktowna odpowiedź mężczyzny na widok atrakcyjnej kobiety.

To, co poczułam ze strony przybysza… wyglądał jak flara sygnałowa. Płonął tysiąc razy goręcej i bardziej jasno… płonął bez końca. Już wielokrotnie wyczuwałam u ludzi lubieżność i pożądanie, ale to sięgało na tyle głębiej, że nie umiałam tego nawet nazwać. To było… wielkie, niezmierzone, nieludzkie pragnienie splecione z namiętną i zazdrosną miłością, zabarwione pociągiem seksualnym i żądzą. Czułam się, jakby stała obok maleńkiego słońca i nagle zrozumiałam, co próbowała mi przekazać ciocia Lea.

Ogień jest gorący. Woda jest mokra. A svartalfowie mają słabość do pięknych kobiet. Nie potrafią zmienić swojej natury, tak jak nie można zmienić ruchu gwiazd.

— Moje panie — oznajmił przybysz. Uśmiechał się czarująco, ale było w tym coś odległego i niepokojącego. — Proszę, zaczekajcie chwilę, żebym mógł uprzedzić o waszym przybyciu resztę obsługi. Będziemy zaszczyceni, jeśli do nas dołączycie.

Odwrócił się i wszedł do środka.

Justine spojrzała na mnie spod oka.

— Biust bardzo potężnie działa na słabe umysły — powiedziałam.

— Czułabym się pewniej, gdyby nie zakończył kwestią Dartha Vadera — szepnęła Andi. — Dziwnie pachniał. Czy to…?

— Tak — szepnęłam. — To jeden z nich.

Mężczyzna w garniturze za chwilę pojawił się znowu, wciąż uśmiechnięty, i otworzył nam drzwi.

— Szanowne panie — oznajmił. — Nazywam się Etri. Proszę, wejdźcie.

* * *

Nigdy w życiu nie widziałam bardziej okazałego wnętrza niż warownia svartalfów. Ani w magazynach wnętrzarskich, ani w filmach. Nawet w programie W domu u…

Były tu tony granitu i marmuru, i całe ściany wysadzane szlachetnymi kamieniami. Kinkiety wyglądały na wykonane ze szczerego złota, a kontakty — na wyrzeźbione z kości słoniowej. Co dwadzieścia, trzydzieści kroków stali ochroniarze, wyprostowani na baczność, jak strażnicy przed pałacem Buckingham, tyle że bez tych wysokich czapek. Światło wylewało się zewsząd i znikąd, aż wszystkie cienie stawały się wąskie i kruche, ale jednocześnie blask nie raził oczu. W powietrzu unosiła się muzyka, jakiś stary, klasyczny kawałek, same struny, żadnych perkusji.

 

Etri poprowadził nas korytarzem do wielkiej sali balowej, przypominającej katedrę. Była naprawdę olbrzymia — miałam wrażenie, że zmieściłby się tu cały budynek, do którego właśnie wkroczyłyśmy, wokół pełno było wytwornych ludzi w kosztownych strojach.

Przystanęłyśmy w wejściu, gdy Etri rozmawiał z kolejnym strażnikiem. Wykorzystałam tę chwilę, by rozejrzeć się wokół. Sala nie była nabita, ale widziałam, że ludzi jest naprawdę dużo. Rozpoznałam kilkoro celebrytów, takich których zna się z widzenia, nawet jeśli nie kojarzy się nazwisk. Wśród gości było także sporo Sidhe, ich niewiarygodna doskonałość została przytłumiona, by dawać jedynie efekt egzotycznego piękna. Bal zaszczycił swoją obecnością także Johnnie Marcone, władca chicagowskiego półświatka, w towarzystwie swego goryla Hendricksa i osobistej ochroniarki, wiedźmy Gard. W okolicy kręciło się też sporo ludzi, co do których nie byłam nawet pewna, czy są ludźmi — czułam, jak wokół nich percepcja zaczyna się rozmywać, jakby odcięta cienką kurtyną wodospadu.

Ale nigdzie nie widziałam Thomasa.

— Molly — szepnęła Justine, ledwie dosłyszalnie. — Czy on…?

Zaklęcie tropiące, które wyczuwałam ustami, wciąż działało. Lekkie drżenie sugerowało, że Thomas jest gdzieś w pobliżu, prawdopodobnie w głębi tego budynku.

— Żyje — powiedziałam krótko. — Jest tu.

Justine zadrżała i odetchnęła głęboko. Zamrugała powoli, jej twarz ani na chwilę nie zmieniła wyrazu. Poczułam od niej falę ulgi i potwornego strachu; nagłe uderzenie uczuć każących jej krzyczeć albo wybuchnąć płaczem. Oczywiście nie zrobiła nic takiego, a ja odwróciłam wzrok, by udawać, że wcale nie zauważyłam jej ledwie opanowanego kryzysu.

Pośrodku parkietu ustawiono małe, kamienne podwyższenie, do którego prowadziło kilka schodków. Na podwyższeniu umieszczono podium z tego samego materiału. Na nim leżał wysoki stos papierów i ładnie ułożony rządek wiecznych piór. Było w tym coś podniosłego i uroczystego.

Justine też spojrzała w tamtą stronę.

— To chyba to.

— Dokument paktu?

Przytaknęła.

— Svartalfowie są bardzo metodyczni. Podpiszą pakt punktualnie o północy. Zawsze tak robią.

Andi w zamyśleniu postukała palcem w biodro.

— A co, jeśli ten dokument spotka jakieś nieszczęście? Na przykład ktoś wyleje na niego butelkę wina? To by zwróciło uwagę. Może nawet dałoby nam szansę przekraść się gdzieś dalej.

Potrząsnęłam głową.

— Nie. Jesteśmy tu gośćmi. Wiesz, co to oznacza?

— Eee… nie do końca.

— Svartalfowie są staromodni — wyjaśniłam. — Naprawdę staromodni. Jeśli przebywając na ich terenie, naruszymy porządek, wówczas złamiemy prawo gościnności i obrazimy ich jako gospodarzy, i to otwarcie, na oczach całej paranormalnej społeczności. Mogą zareagować… gwałtownie.

Andi zmarszczyła brwi.

— To co teraz zrobimy?

Dlaczego ludzie wciąż zadają mi to pytanie? Czy wszyscy magowie muszą przez to przechodzić? Prawdopodobnie sama zadałam Harry’emu to pytanie setki razy, ale nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jakie to trudne, gdy ludzie kierują się z nim do ciebie. Ale Harry zawsze wiedział, co robić dalej. Ja mogłam tylko improwizować i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

— Justine — spytałam po chwili namysłu. — Znasz tu jakichś gości?

Jako asystentka Lary Raith Justine miała kontakt z dużą liczbą ludzi i nie-do-końca-ludzi. Lara trzymała za ogon tyle srok, że trudno było z tego nawet żartować, a Justine widziała, słyszała i rozumiała znacznie więcej, niż się ludziom wydawało. Białowłosa dziewczyna przesunęła wzrokiem po sali, przeskakując od twarzy do twarzy.

— Kilku.

— W porządku — odparłam. — Wmieszaj się w tłum i dowiedz się jak najwięcej. I miej oczy otwarte. Jeśli wyślą za nami oddział brutali, uruchom kryształ i ostrzeż nas.

— Dobrze — szepnęła Justine. — Bądźcie ostrożne.

Etri wrócił, znów uśmiechnięty, choć jego oczy pozostały niepokojąco neutralne. Uniósł rękę i obok natychmiast zmaterializował się kelner w smokingu z tacą pełną kieliszków. Poczęstowaliśmy się.

— Moje panie, proszę się rozgościć — oznajmił gospodarz. Uniósł kieliszek. — Za piękno.

Powtórzyłyśmy toast i wypiłyśmy. Ledwie pozwoliłam sobie dotknąć płynu ustami. Był to prawdziwy szampan, naprawdę dobry. Mocno musujący, prawie nie czułam w nim alkoholu. Nie obawiałam się trucizny. Etri ostentacyjnie pozwolił nam wybrać kieliszki, zanim sięgnął po własny.

Bardziej niepokoił mnie fakt, że zanim wypiłam, przez chwilę rozważałam możliwość potencjalnego otrucia i przyjrzałam się zachowaniu Etriego. Czy to już paranoja? Wtedy wydało mi się całkiem rozsądne.

— Bawcie się dobrze — dodał gospodarz. — Obawiam się, że gdy czas pozwoli, będę musiał nalegać, by każda z pań pozwoliła mi choć na jeden taniec. Która zechce być pierwsza?

Justine obdarzyła go biuściastym uśmiechem i uniosła rękę. Gdyby ktoś przystawił mi pistolet do głowy, pewnie przyznałabym, że z naszej trójki to ona była najładniejsza, a Etri zdecydowanie się z tym zgadzał. Jego oczy przybrały ciepły wyraz, tuż zanim ujął ją za rękę i wyprowadził na parkiet. Potem zniknęli w tłumie.

— I tak nie dałabym sobie rady z tym tańcem balowym — stwierdziła Andi. — Za mało trzęsienia tyłkiem. Czas na kolejny ruch?

— Czas — zgodziłam się. — Chodźmy.

Skręciłam, podążając za mrowieniem w ustach i razem przeszłyśmy na tyły sali, gdzie umieszczono drzwi prowadzące w głąb budynku. Nie było strażników, ale im bardziej się zbliżałyśmy, tym bardziej Andi zwalniała krok. Zerknęła w bok, w stronę stołu z przekąskami i zaczęła się odwracać.

Złapałam ją za ramię.

— Stój. Gdzie idziesz?

— Eee… — zmarszczyła brwi. — Tam?

Rozpostarłam zmysły i poczułam subtelną siateczkę magii w powietrzu wokół drzwi, delikatną jak pajęczyna. Był to rodzaj zasłony przeznaczonej do tego, by odwracać uwagę osób podchodzących do drzwi, kierując w stronę najbliższej innej rzeczy. Przekąski wydawały się apetyczniejsze. Gdyby Andi dostrzegła w pobliżu jakiegoś faceta, wyglądałby znacznie przystojniej niż w rzeczywistości.

Od prawie roku potężna elfia czarownica regularnie rzucała we mnie zasłonami i urokami, pomagając mi zbudować skuteczne osłony, a kilka miesięcy temu przetrwałam dwanaście rund na parapsychicznym ringu bokserskim z nekromantą wagi ciężkiej. Nawet nie zauważyłam, jak delikatna siateczka ześlizguje się po moich tarczach.

— To zaklęcie — powiedziałam. — Nie daj się omamić.

— Czym? — odparła. — Nic nie czuję. Po prostu jestem głodna.

— Tak miało być. Nie powinnaś nic poczuć — wyjaśniłam. — Tak właśnie działa ten czar. Weź mnie za rękę i zamknij oczy. Zaufaj mi.

— Gdybym dostawała dolara za każdy zły wieczór, który zaczął się od takiego tekstu… — mruknęła, ale wzięła mnie za rękę i zamknęła oczy.

Podeszłyśmy do drzwi i czułam, że Andi z każdym krokiem robi się bardziej napięta, ale potem przeszłyśmy, a ona odetchnęła gwałtownie i otworzyła oczy.

— Łał. To uczucie… właściwie nic nie poczułam.

— Po tym można poznać wysokiej jakości czar — przytaknęłam. — Jeśli nie wiesz, że coś na ciebie działa, to nie będziesz z tym walczyć.

Korytarz, w którym się znalazłyśmy, wyglądał jak wnętrze typowego biurowca. Złapałam za klamkę najbliższych drzwi — były zamknięte. Kolejne także, ale w końcu trafiłyśmy na pokój konferencyjny i wślizgnęłyśmy się do środka.

Wyciągnęła kryształ z torebki.

— Bosley, słyszysz mnie?

— Czysto i wyraźnie, aniołki — odparł Waldo. Nikt z nas nie używał prawdziwych imion. Kryształy były prawdopodobnie bezpieczne, ale rok znoszenia paskudnych sztuczek Lei na każdym kroku nauczył mnie, by nigdy nie robić za dużo założeń.

— Masz te plany budynku?

— Do jakichś dziewięćdziesięciu sekund. Właściciel budynku złożył wszystkie potrzebne papiery, włącznie z kopią elektroniczną, na którą, dzięki umysłowi roju, teraz właśnie patrzę.