Niebezpieczne kobietyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


GEORGE R.R. MARTIN GARDNER DOZOIS

Niebezpieczne kobiety

ISBN: 978-83-7785-646-8

Copyright © 2013 by George R.R. Martin and Gardner Dozois

All rights reserved

Copyright © 2015 for the Polish translation

by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

PROJEKT GRAFICZNY: Tobiasz Zysk

ILUSTRACJE: Jędrzej Chełmiński

REDAKCJA: Robert Cichowlas


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Dedykacja

WSTĘP - Gardner Dozois

TEŻ MI DESPERADO - Joe Abercrombie

MOJE SERCE TEŻ JEST ZŁAMANE - Megan Abbott

PIEŚŃ NORY - Cecelia Holland

DŁONIE, KTÓRYCH NIE MA - Melinda Snodgrass

BOMBOWE LASKI - Jim Butcher

RAISA STIEPANOWA - Carrie Vaughn

ZAPASY Z JEZUSEM - Joe R. Lansdale

SĄSIEDZI - Megan Lindholm

WIEM, JAK JE WYBRAĆ- Lawrence Block

CIENIE DLA CISZY W LASACH PIEKŁA - Brandon Sanderson

KRÓLOWA NA WYGNANIU - Sharon Kay Penman

DZIEWCZYNA W LUSTRZE - Lev Grossmann

DRUGA ARABESKA, BARDZO POWOLI - Nancy Kress

MIASTO ŁAZARZ - Diana Rowland

PRAWICZKI - Diana Gabaldon

PIEKŁO NIE ZNA FURII - Sherrrilyn Kenyon

OGŁASZAJĄC WYROK - S.M. Stirling

IMIĘ BESTII - Sam Sykes

OPIEKUNKI - Pat Cadigan

KŁAMSTWA, KTÓRE POWIEDZIAŁA MI MATKA - Caroline Spector

KSIĘŻNICZKA I KRÓLOWA - George R.R. Martin

NOTA

Dla Jo Playford,

mojej niebezpiecznej ulubienicy

George R.R. Martin

GARDNER DOZOIS
Wstęp

W literaturze popularnej zawsze trwał spór o to, jak bardzo niebezpieczne są kobiety.

W świecie rzeczywistym rzecz jasna tę kwestię dawno już rozstrzygnięto. Nawet jeśli Amazonki są mitem (a nawet gdyby nim nie były, z pewnością nie ucinałyby sobie piersi, by lepiej strzelać z łuku), inspiracją do tej legendy były straszliwe scytyjskie wojowniczki, które z całą pewnością istniały naprawdę. Gladiatorki walczyły na śmierć i życie z innymi kobietami — a czasami również z mężczyznami — na arenach starożytnego Rzymu. Kobiety zajmowały się piractwem, jak Anne Bonny i Mary Read, a nawet były samurajami. Podczas drugiej wojny światowej służyły w rosyjskich oddziałach frontowych, budząc lęk swą gwałtownością, a obecnie służą w armii izraelskiej. W Stanach Zjednoczonych do roku 2013 oficjalnie nie mogły uczestniczyć w walce, ale wiele odważnych kobiet i tak oddało życie w Iranie oraz w Afganistanie, ponieważ kule i miny przeciwpiechotne nie dbają o oficjalny status. Kobiety służące w amerykańskim ochotniczym korpusie WASP podczas drugiej wojny światowej również oficjalnie zaliczały się do personelu cywilnego (choć i tak wiele z nich zginęło podczas wykonywania obowiązków), ale Rosjanki pilotowały myśliwce i niekiedy zostawały asami. Jednej z nich zaliczono dwanaście zestrzeleń. Królowa Boudika z plemienia Icenów dowodziła jednym z najgroźniejszych buntów przeciwko rzymskiej władzy i niemalże udało się jej przegnać Rzymian z Brytanii, a młoda francuska wieśniaczka prowadziła armie przeciwko Anglikom z takim powodzeniem, że przeszła do historii jako Joanna d’Arc.

Po ciemnej stronie mamy „rozbójniczki”, takie jak Mary Frith i lady Katherine Ferrers czy Pearl Hart (ostatnia osoba, która napad ła na dyliżans); osławione trucicielki, takie jak Agrypina czy Katarzyna Medycejska, nowoczesne przestępczynie, na przykład Ma Barker i Bonnie Parker, a nawet seryjne morderczynie, jak Aileen Wuornos. Elżbieta Batory ponoć kąpała się w krwi dziewic, a nawet jeśli prawdziwość tej opowieści się podważa, nie ma wątpliwości, że torturowała i zabiła dziesiątki, być może setki dzieci. Angielska królowa Maria I spaliła na stosie setki protestantów, a królowa Elżbieta w odpowiedzi straciła wielu katolików. Szalona królowa Madagaskaru Ranavalona skazała na śmierć tak wielu ludzi, że podczas jej panowania liczba ludności wyspy spadła o jedną trzecią; nakazywała stracić nawet tych, którzy się jej przyśnili.

Literatura popularna zawsze jednak miała schizofreniczne podejście do kwestii niebezpiecznych kobiet. W fantastyce naukowej z lat trzydziestych, czterdziestych i pięćdziesiątych kobiety, jeśli w ogóle się pojawiały, były z reguły ograniczone do roli pięknej córki naukowca, która mogła krzyczeć podczas scen walki, ale poza tym nie robiła wiele, pomijając padanie z podziwem w objęcia zwycięskiego bohatera. Legiony kobiet mdlały bezradnie, czekając, aż dzielny bohater o kwadratowej szczęce uratuje ich przed wszystkim, od smoka aż po któregoś z przerażających kosmitów, którzy na okładkach pulpowych magazynów SF zawsze uprowadzali je w nieprawdopodobnych celach, od romantycznych aż po kulinarne. Szarpiące się bezradnie kobiety przywiązywano do torów kolejowych i mogły jedynie piszczeć w nadziei, że bohater na czas przybędzie z odsieczą.

Niemniej opisywano też wojowniczki — takie jak Dejah Thoris i Thuvia Edgara Rice’a Burroughsa — które były równie groźne w walce jak John Carter i jego towarzysze; poszukiwaczki przygód, jak Jirel z Joiry, C.L. Moore, przedzierały się z bronią w ręku przez strony „Weird Tales” (torując drogę dla późniejszych bohaterek, takich jak Alyx Joanny Russ); James H. Schmitz wysyłał agentki z Vegi, takie jak babcia Wannatel i nieustraszone nastolatki, jak Telzey Amberdon i Trigger Argee, do walki ze złowrogimi niebezpieczeństwami i potworami kosmicznych szlaków; natomiast niebezpieczne kobiety Roberta A. Heinleina potrafiły dowodzić gwiazdolotami albo zabijać wrogów w walce wręcz. Sprytna i tajemnicza Irene Adler stworzona przez Arthura Conan Doyle’a była jedną z nielicznych osób, którym kiedykolwiek udało się przechytrzyć Sherlocka Holmesa. Zapewne stała się też inspiracją dla legionów podstępnych, niebezpiecznych, sprytnych i uwodzicielskich femme fatale, które występowały w książkach Dashiella Hammetta i Jamesa M. Caina, a potem zaczęły się pojawiać w dziesiątkach filmów noir. Do dziś można je zobaczyć w kinie i w telewizji. Późniejsze telewizyjne bohaterki, takie jak Buffy postrach wampirów czy Xena wojownicza księżniczka, potwierdziły, że kobiety mogą być wystarczająco groźne, by walczyć z hordami nadnaturalnych potworów, i stały się też inspiracją do powstania nowego gatunku znanego jako romans paranormalny.

Podobnie jak antologia Warriors, także Niebezpieczne kobiety zawierają opowiadania z różnych gatunków. Zwróciliśmy się do autorów science fiction, fantasy, kryminałów, powieści historycznych, horrorów i romansów paranormalnych, zarówno mężczyzn, jak i kobiet, z prośbą, by napisali coś o „niebezpiecznych kobietach”. Odpowiedzieli nam niektórzy z najlepszych obecnie autorów — od najstarszych do najmłodszych — jak Diana Gabaldon, Jim Butcher, Sharon Kay Penman, Joe Abercrombie, Carrie Vaughn, Joe R. Lansdale, Lawrence Block, Cecelia Holland, Brandon Sanderson, Sherrilyn Kenyon, S.M. Stirling, Nancy Kress i George R. R. Martin.

Nie znajdziecie tu bezradnych ofiar, które jęczą ze strachu, gdy bohaterski mężczyzna walczy ze smokiem albo krzyżuje miecze z czarnym charakterem, a jeśli zamierzacie przywiązać którąś z tych kobiet do torów kolejowych, macie przed sobą ciężką walkę. Są tu władające mieczem wojowniczki, dzielne pilotki myśliwców i astronautki, śmiercionośne seryjne morderczynie, potężne superbohaterki, podstępne i uwodzicielskie femme fatale, czarodziejki, twarde Złe Dziewczyny, rozbójniczki i buntowniczki, kobiety walczące o przetrwanie w postapokaliptycznej przyszłości, kobiety detektywi i surowi sędziowie, dumne, władające państwami królowe, które — kierowane zazdrością i ambicją — wysyłają tysiące ludzi na straszliwą śmierć, śmiałe smocze jeźdźczynie i tak dalej.

 

Miłej lektury!

Przetłumaczył Michał Jakuszewski

JOE ABERCROMBIE
Też mi desperado

(SOME DESPERADO)

Pełne oszałamiająco szybkiej akcji opowiadanie zamieszczone poniżej pokazuje nam, że pogoń za zbiegiem może niekiedy okazać się równie niebezpieczna dla ścigających, jak i dla ściganego, jeżeli ten ostatni przekonuje się, że nie ma już dokąd uciekać…

Joe Abercrombie jest jedną z najszybciej wznoszących się gwiazd dzisiejszego fantasy. Zarówno czytelnicy, jak i krytycy cenią go za rzeczowy, oszczędny styl. Zapewne najbardziej znanym z jego utworów jest trylogia Pierwsze prawo. Jej pierwszy tom, Samo ostrze, opublikowano w roku 2006. W następnych latach ukazały się: Zanim zawisną na szubienicy i Ostateczny argument królów. Napisał też samodzielne powieści: Zemsta najlepiej smakuje na zimno oraz Bohaterowie. Jego najnowsza książka to Czerwona kraina. Poza pisarstwem Joe Abercrombie zajmuje się również montażem filmowym. Mieszka i pracuje w Londynie.

TEŻ MI DESPERADO

Płoszka pogoniła wierzchowca piętami. Przednie nogi załamały się pod zwierzęciem i nim kobieta zdążyła się zorientować, przeżyła smutne rozstanie z siodłem.

Koziołkując w powietrzu, miała moment na rozważenie sytua cji. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała ona zbyt dobrze, a zbliżająca się ziemia nie dała Płoszce czasu na drugi. Spróbowała się przetoczyć na bok — jak zwykle, gdy spotykało ją coś złego — ale kontakt z gruntem zmusił ją do zmiany planów. Odbiła się i wylądowała w wyschłych od słońca chaszczach.

Kurz opadł na ziemię.

Kobieta wykorzystała chwilę na zaczerpnięcie oddechu, a potem drugą na jęknięcie, czekając, aż świat przestanie wirować wokół niej. Trzecią chwilę zużyła, by poruszyć z wielką ostrożnością ręką i nogą, oczekując na przyprawiający o mdłości ból, który świadczyłby, że coś sobie złamała, i żałosny cień, jakim było jej życie, wkrótce zniknie w nieprzeniknionym mroku. Ucieszyłaby się z tego, gdyby miało to oznaczać, że może sobie spokojnie leżeć i nie musi już uciekać. Ból jednak nie nadszedł. A przynajmniej nie silniejszy niż zwykle. Jeśli zaś chodzi o żałosny cień jej życia, sprawa miała się dopiero rozstrzygnąć.

Płoszka podźwignęła się z trudem, powłócząc nogami. Pokrywał ją kurz i pluła piaskiem. W ciągu kilku ostatnich miesięcy połknęła go stanowczo zbyt wiele i z przygnębieniem pomyślała, że na tym z pewnością nie koniec. Spieniony koń leżał w odległości kilku kroków. Robił bokami, a przednie nogi miał czarne od krwi. Strzała Neary’ego trafiła go w kłąb. Nie wbiła się wystarczająco głęboko, by zabić zwierzę czy choćby spowolnić je natychmiast, ale wystarczyła, żeby spowodować długotrwały krwotok, który na spółkę z szybką jazdą Płoszki zabił je równie niezawodnie jak drzewce wbite w serce.

Były czasy, gdy Płoszka przywiązywała się do koni. Czasy, gdy — choć nie bez racji uważała się za twardą wobec ludzi — dla zwierząt była niezwykle miękka. Ale te czasy dawno już minęły. W jej ciele i umyśle pozostało teraz bardzo niewiele miękkości. Dlatego porzuciła wierzchowca, by wydał ostatnie, pełne krwawej piany tchnienie bez pociechy jej uspokajającego dotyku, i pomknęła w stronę miasteczka. Z początku trochę się chwiała na nogach, ale jej mięśnie szybko się rozgrzały. W bieganiu miała bardzo wiele wprawy.

Słowo „miasteczko” mogło być lekką przesadą. Osada składała się z sześciu budynków, a w przypadku dwóch albo trzech z nich to określenie również było zbyt wyrozumiałe. Zbudował je z nieociosanych kłód ktoś, kto nigdy nie słyszał o kątach prostych, spaliło je też słońce i zmył deszcz. Wszystkie przycupnęły wokół pozbawionego nawierzchni placu, na którym stała rozsypująca się studnia.

Największy z budynków wyglądał na karczmę, burdel albo placówkę handlową, a najprawdopodobniej był wszystkimi trzema w jednym. Na deskach nad drzwiami nadal wisiał sfatygowany szyld, ale wiatr zatarł nazwę, pozostawiając tylko kilka jaśniejszych smug na ciemnym tle. „Nic, nigdzie” — głosił obecnie napis. Weszła na prowadzące do drzwi schody. Stare deski skrzypiały pod jej bosymi stopami. Zastanawiała się gorączkowo nad tym, jak rozegra sprawę, gdy już znajdzie się wewnątrz, jakie prawdy przyprawi jakimi kłamstwami, by osiągnąć pożądany smak.

Ścigają mnie! — zawoła, dysząc ciężko w drzwiach i starając się wyglądać na skrajnie zdesperowaną. W obecnej chwili nie będzie to wymagało zbyt wielkich talentów aktorskich. Szczerze mówiąc, w żadnej chwili od dwunastu miesięcy.

Skurwysynów jest trzech! Potem — zakładając, że nikt jej nie pozna z listu gończego, doda: Chcieli mnie obrabować! To fakt. Nie było potrzeby dodawać, że sama zrabowała te pieniądze z nowego banku w Homenaw w towarzystwie tychże samych trzech dzielnych mężczyzn, a także czwartego, którego władze zdążyły już zatrzymać i powiesić.

Zabili mojego brata! Upili się krwią! Jej brat siedział sobie bezpiecznie w domu — gdyby tylko była teraz z nim — a jeśli ścigający czymś się upili, to zapewne tanią gorzałą, jak zwykle. Niemniej wykrzyczy te słowa lekko śpiewnym tonem. Taki ton wychodził jej świetnie, gdy tego potrzebowała. Ćwiczyła go tak długo, aż wreszcie zabrzmiał naprawdę pięknie. Wyobraziła sobie, jak goście zrywają się z nóg, chętni pomóc kobiecie w opałach.

Zastrzelili mojego konia! Musiała przyznać, że to mało prawdopodobne, by ktoś na tyle twardy, żeby mieszkać w podobnym miejscu, dał się porwać rycerskiej pasji, ale może fortuna wreszcie się do niej uśmiechnie.

Ponoć to czasem się zdarzało.

Weszła do środka karczmy, otworzyła usta, by opowiedzieć swą historię, i nagle zamarła w bezruchu.

Nie było tu nikogo.

Nie tylko nikogo, lecz również niczego, a już z pewnością uśmiechu fortuny. W opustoszałej sali nie pozostał ani kawałek mebla. Wąskie schody wiodły na położony po lewej stronie balkon. Drzwi pustych pokojów na piętrze były szeroko otwarte. Przez liczne szczeliny w spękanych deskach do środka wnikały promyki wschodzącego słońca. Coś czmychnęło w cienie, których tu nie brakowało — może tylko jaszczurka. Wszystkie powierzchnie były szare od kurzu, a w kątach zalegały jego sterty wielkie jak kopy siana. Płoszka stała przez chwilę nieruchomo, gapiąc się na to, a potem wybieg ła na rozklekotany ganek i ruszyła ku następnemu budynkowi. Popchnięte przez nią drzwi wypadły z zardzewiałych zawiasów.

Ten dom nawet nie miał dachu. Ani podłogi. Tylko nagie krokwie, a nad nimi odsłonięte, różowe niebo, oraz równie nagie legary podłogowe i ziemia pod nimi, równie martwa i jałowa jak wszędzie w promieniu wielu mil.

Wróciwszy na ulicę, Płoszka przyjrzała się wszystkiemu wzrokiem niezmąconym nadzieją i uświadomiła sobie, co widzi. W ok nach nie było szyb ani nawet woskowanego papieru. Przy studni nie było sznura. Nigdzie nie widziała żadnych zwierząt, pomijając swego martwego konia, dodatkowo podkreślającego ten fakt.

To był wyschnięty trup od dawna martwej osady.

Sterczała przez pewien czas w tym opuszczonym miejscu, stojąc na palcach bosych stóp, jakby miała zamiar gdzieś pognać, ale brakowało jej celu. Oplotła się jedną ręką i poruszała palcami drugiej, próbując pochwycić pustkę. Przygryzała dolną wargę i wciągała szybkie, chrapliwe oddechy przez wąską szparę między przednimi zębami.

Nawet według jej obecnych standardów sytuacja wyglądała paskudnie. Jeśli jednak Płoszka nauczyła się czegoś w ciągu kilku ostatnich miesięcy, to z pewnością tego, że zawsze może być gorzej. Spojrzała w kierunku, z którego przybyła, i zobaczyła unoszące się w powietrzu tumany kurzu — trzy szare ślady widoczne na tle lśniącej w blasku słońca ziemi równie szarego koloru.

— Niech to szlag — wyszeptała, mocniej przygryzając wargę. Wyciągnęła zza pasa nóż kuchenny i wytarła krótką metalową klingę o brudną koszulę, jakby ten czyn mógł w jakiś sposób poprawić jej szansę. Zawsze jej mówiono, że ma bujną wyobraźnię, lecz mimo to nie potrafiła sobie wyobrazić marniejszej broni. Roześmiałaby się, gdyby nie była na granicy płaczu. Jeśli się nad tym zastanowić, w ciągu kilku ostatnich miesięcy spędziła na tej granicy stanowczo zbyt wiele czasu.

Jak mogło do tego dojść?

To pytanie pasowało raczej do jakiejś porzuconej dziewczyny niż do wyjętej spod prawa banitki, za którą oferowano cztery tysiące marek nagrody. Mimo to nie przestawała go sobie zadawać. Też mi desperado! Desperację opanowała świetnie, ale pozostałe aspekty tej roli wciąż były dla niej tajemnicą. Smutna prawda wyglądała tak, że Płoszka świetnie wiedziała, jak do tego doszło. Tak samo jak zawsze. Katastrofy następowały po sobie tak szybko, że po prostu odbijała się od kolejnych jak ćma uwięziona wewnątrz latarni. Po pierwszym standardowym pytaniu szybko zjawiło się drugie.

I co teraz, kurwa?

Wciągnęła brzuch — właściwie nie bardzo już było co wciągać — złapała za tasiemki torby i pociągnęła ją za sobą. Monety uderzały o siebie z brzękiem, jakiego nie produkuje nic poza pieniędzmi. Około dwóch tysięcy marek w srebrze. Można by pomyśleć, że w banku będzie znacznie więcej — deponującym pieniądze mówili, że zawsze mają na podorędziu pięćdziesiąt tysięcy — okazało się jednak, że banki wcale nie są bardziej godne zaufania od bandytów.

Wsadziła rękę do środka, wyciągnęła garść monet i rzuciła je na ulicę, by lśniły w promieniach słońca. Właściwie nie wiedziała, dlaczego to robi. Ostatnio zdarzało się jej to bardzo często. Być może ceniła własne życie znacznie wyżej niż dwa tysiące marek, nawet jeśli nikt nie zgadzał się z tą opinią. A może miała nadzieję, że zabiorą srebro i zostawią ją w spokoju, choć nie rozważyła kwestii, co zrobi w tym martwym mieście, nie mając konia, jedzenia ani broni. Najwyraźniej nie potrafiła stworzyć planu, a przynajmniej nie takiego, który mógłby się udać. Kiepskie planowanie zawsze było jej słabością.

Rozsypywała srebro po ziemi, jakby siała zboże na gospodarstwie matki, od którego dzieliło ją wiele mil i lat, a także kilkanaście gwałtownych śmierci. Kto by pomyślał, że będzie za nim tęskniła? Za nędzną chałupą, walącą się stodołą i wiecznie wymagającym naprawy płotem. Za upartą krową, która nigdy nie dawała mleka, upartą studnią, w której nigdy nie było wody, oraz upartą glebą, na której udawały się wyłącznie chwasty. A także za upartą młodszą siostrą i bratem. Nawet za wielkim, naznaczonym bliznami, łagodnym Owcą. Czegóż by nie oddała za to, by znowu usłyszeć przeklinającą ją piskliwie matkę. Mocno pociągnęła obolałym nosem. W oczach ją szczypało, otarła je więc wystrzępionym rękawem. Nie miała czasu na łzawe wspomnienia. Widziała już trzy ciemne plamy jeźdźców, ciągnących za sobą nieuniknione chmury pyłu. Rzuciła na ziemię pustą torbę, pobiegła z powrotem do gospody i…

— Au!

Przeskakując przez próg, rozdarła sobie podeszwę bosej stopy o główkę sterczącego z desek gwoździa. Prawda wygląda tak, że świat to wredny skurczybyk. Nawet wtedy, gdy wielkie katastrofy spadają ci na głowę, małe nie przepuszczą okazji, by ukąsić cię w stopę. Jakże żałowała, że nie zdążyła zabrać butów. W ten sposób mogłaby zachować choć odrobinę godności. Miała jednak tylko to, co miała, a na tej liście nie było butów ani godności. Sto wielkich życzeń nie było wartych jednego małego faktu, jak do znudzenia powtarzał jej Owca, gdy przeklinała jego, matkę i swój los, przysięgając, że jutro już jej tu nie będzie.

Przypomniała sobie, jak wyglądało wówczas jej życie. Gdyby tylko mogła zdzielić w gębę dawną wersję samej siebie. Będzie jednak mogła przywalić obecnej, jeśli uda się jej stąd wydostać.

Ale najpierw musi się uchylić przed ciosami licznych obcych pięści.

Wbiegła na schody, utykając lekko i przeklinając wniebogłosy. Dotarłszy na szczyt, przekonała się, że zostawiła na każdym stopniu krwawe odciski dużego palca. Ogarnęło ją przygnębienie na myśl o tym krwawym śladzie prowadzącym prosto do końca jej nogi, lecz nagle przez panikę przesączyło się coś przypominającego plan.

 

Doszła do końca balkonu, mocno dociskając krwawiącą stopę do desek, i weszła do ostatniego z opuszczonych pokojów. Tam uniosła stopę, ściskając ją mocno, by powstrzymać krwawienie, wróciła na jednej nodze do pierwszego pokoju tuż przy schodach i schowała się w cieniach.

Z pewnością była to żałosna próba. Równie żałosna jak jej bose stopy, kuchenny nóż, dwa tysiące marek łupu i wspaniałe marzenie o powrocie na zadupie, o ucieczce z którego marzyła przedtem. Marne szanse, że tych trzech skurwysynów da się nabrać, choć byli wyjątkowo głupi. Cóż jednak jej pozostało?

Jeśli stać cię tylko na niskie stawki, musisz liczyć na łut szczęścia.

Miała za towarzystwo tylko własny oddech, niosący się echem w pustym pokoju, ostre wydechy i chrapliwe wdechy, niemalże wywołujące ból gardła. Oddech kogoś, kto zaraz może się zesrać ze strachu i nie ma już żadnych pomysłów. Po prostu nie widziała drogi wyjścia. Jeśli wróci kiedyś na gospodarstwo, codziennie rano będzie się zrywała z łóżka, by odtańczyć krótki taniec z radości, że żyje, na każde przekleństwo matki odpowie pocałunkiem i nigdy już nie będzie warczała na siostrę ani drwiła z tchórzostwa Owcy. Obiecała to sobie, a potem pomyślała, że szkoda, że nie jest z tych, którzy dotrzymują obietnic.

Usłyszała konie, zakradła się do okna wychodzącego w połowie na podwórko i wyjrzała ostrożnie na zewnątrz, jakby zaglądała do wiadra pełnego skorpionów.

Byli tu.

Neary miał na sobie swój stary, brudny koc, przewiązany w pasie sznurkiem. Przetłuszczone włosy sterczały mu na wszystkie strony, w jednej ręce trzymał wodze, a w drugiej łuk, z którego postrzelił wierzchowca Płoszki. Ciężki topór o ostrzu wyczyszczonym równie starannie, jak reszta jego odrażającej postaci była zaniedbana, wisiał mu u pasa. Dodd naciągnął na oczy sfatygowany kapelusz, garbiąc się trwożnie w siodle jak zawsze, gdy jego brat był blisko. Wyglądał jak szczenię spodziewające się klapsa. Płoszka chętnie by go wymierzyła temu niewiernemu durniowi. Na początek. Był też Jeg, wyprostowany dumnie jak lord i odziany w długi czerwony płaszcz o brudnych frędzlach opadających na zad wielkiego rumaka. Mężczyzna przyglądał się budynkom z głodnym grymasem na twarzy. Cylinder, który jego zdaniem dodawał mu godności, przekrzywił się na jego głowie i wyglądał jak komin na spalonym gospodarstwie.

— Zostawiła pieniądze — zauważył Dodd, wskazując na monety leżące na ziemi wokół studni. Parę z nich mrugało jasno w promieniach słońca.

— Na to wygląda — zgodził się Jeg twardym tonem w niczym nieprzypominającym łagodnego głosu jego brata.

Zsiedli z wierzchowców i spętali je. Nie śpieszyli się. Mogłoby się zdawać, że strzepują z siebie pył po krótkiej przejażdżce, przygotowując się na miły wieczór spędzony w kulturalnym towarzystwie. Nie mieli powodów do pośpiechu. Wiedzieli, że Płoszka tu jest, że nigdzie nie ucieknie i że nie może liczyć na żadną pomoc. Ona również o tym wszystkim wiedziała.

— Skurwysyny — szepnęła, przeklinając dzień, w którym połączyła z nimi siły. Ale z kimś trzeba współpracować, prawda? I można wybierać tylko z dostępnych opcji.

Jeg rozprostował plecy, pociągnął nosem, splunął i wyciągnął broń. Przeklętą kawaleryjską szablę, z której był taki dumny, ze sprytnie skonstruowanym koszem. Twierdził, że zdobył ten oręż w pojedynku z oficerem Unii, Płoszka wiedziała jednak, że go ukradł, podobnie jak większość swego dobytku. Okropnie wyśmiewała się z niego z powodu tej głupiej szabli, ale nie miałaby nic przeciwko temu, by to ona teraz go miała, pozostawiając jemu nóż kuchenny.

— Dym! — ryknął Jeg. Płoszka skrzywiła się boleśnie. Nie miała pojęcia, kto pierwszy nazwał ją tym imieniem. Jakiś dowcipniś wypisał je na nakazie aresztowania i teraz wszyscy tak na nią mówili. Być może dlatego, że miała tendencję do znikania jak dym. A może dlatego, że śmierdziała jak on, ludzi drapało od niej w gardle i płynęła z wiatrem.

— Wyłaź, Dym! — Głos Jega odbił się echem od martwych frontów budynków i Płoszka skryła się jeszcze głębiej w ciemności. — Wyłaź, a nie skrzywdzimy cię zbyt mocno!

Nie mieli zamiaru zabrać pieniędzy i odjechać. Chcieli również otrzymać nagrodę.

— Lachociągi — wyszeptała, wsuwając język w szparę między zębami. Niektórzy mężczyźni są tacy, że im więcej im dać, tym więcej zabierają.

— Będziemy musieli po nią pójść — usłyszała mącący ciszę głos Neary’ego.

— Tak jest.

— Mówiłem, że będziemy musieli po nią pójść.

— Na pewno zlałeś się w portki z radości, co?

— Powiedziałem ci, że będziemy musieli po nią pójść.

— Przestań to powtarzać i bierz się do roboty.

— Posłuchajcie, forsa jest tutaj — zabrzmiał przypochlebny głos Dodda. — Moglibyśmy po prostu ją zebrać i zwiać. Nie musimy…

— Czy naprawdę wylazłeś spomiędzy tych samych nóg co ja? — zapytał brata szyderczym tonem Jeg. — Jesteś najgłupszym skurczybykiem na świecie.

— Najgłupszym — zgodził się Neary.

— Myślisz, że zostawię cztery tysiące marek wronom? Ty sobie zbierz tę forsę. My poskromimy klacz.

— Jak myślisz, gdzie ona jest? — zapytał Neary.

— Słyszałem, że jesteś wielkim tropicielem.

— W głuszy tak, ale teraz nie jesteśmy w głuszy.

Jeg uniósł brwi, wskazując głową na opustoszałe rudery.

— Twoim zdaniem to serce cywilizacji?

Przez chwilę obaj mężczyźni spoglądali na siebie nawzajem. Nagły powiew otoczył ich nogi obłokami pyłu, po czym się uspokoił.

— Gdzieś tu jest — stwierdził wreszcie Neary.

— Tak sądzisz? Całe szczęście, że towarzyszy mi człowiek mający ponoć najbystrzejszy wzrok na zachód od gór, bo inaczej mógłbym nie zauważyć pierdolonego padłego konia leżącego dziesięć kroków ode mnie. Tak, na pewno gdzieś tu jest.

— Jak myślisz, gdzie?

— A gdzie ty byś był?

Neary omiótł wzrokiem budynki. Płoszka cofnęła się pośpiesznie, gdy spojrzenie jego przymrużonych oczu padło na karczmę.

— Chyba w tym tutaj, ale ja to nie ona.

— Kurwa, pewnie, że ty to nie ona. Wiesz, po czym to poznaję? Masz większe cycki i mniej rozumu. Gdyby była taka jak ty, nie musiałbym jej teraz szukać.

Znowu zapadła cisza, której towarzyszył kolejny powiew.

— Pewnie byś nie musiał — zgodził się Neary.

Jeg zdjął cylinder, podrapał się po przepoconych włosach i ponownie włożył na bakier nakrycie głowy.

— Ty sprawdź ten, a ja zajmę się sąsiednim. Tylko nie zabij tej suki, dobra? Za martwą dają tylko połowę nagrody.

Płoszka wycofała się w cienie. Czuła pot spływający jej pod koszulą. Dała się złapać na totalnym zadupiu. Tym bezwartościowym skurwysynom. Bosa. Nie zasługiwała na to. Chciała tylko stać się kimś, o kim warto mówić. Nie być zerem, o którym wszyscy zapomną w dzień jego śmierci. Teraz sobie uświadomiła, że istnieje delikatna równowaga między niedostatkiem ekscytujących wydarzeń, a ich przytłaczającym nadmiarem. Niestety, podobnie jak większość jej kulawych epifanii, ta nadeszła o rok za późno.

Wessała powietrze przez szparę między zębami, usłyszawszy skrzypienie podłogowych desek na dole, a być może również brzęk wielkiego topora Neary’ego. Ogarnęło ją drżenie. Nagle poczuła się tak słabo, że ledwie mogła utrzymać nóż, nie wspominając już o zadaniu nim ciosu. Może nadszedł czas, by się poddać. Wyrzucić nóż za drzwi i zawołać: „Wychodzę! Nie będę sprawiała kłopotów! Wygraliście!”.

Uśmiechnęłaby się, skinęła głową i podziękowała im za zdradę, a także wyrozumiałość, kiedy ją skopią albo wybatożą, połamią jej nogi, czy co tam będą mieli ochotę jej zrobić po drodze pod szubienicę.

Widywała już podobne widowiska i nigdy nie przypadły jej do gustu. Związany skazaniec słuchał, jak wyczytują jego imię i zbrodnię, którą popełnił, gdy zaciskano mu pętlę na szyi, marzył o jakimś cudownym ratunku, który nigdy nie nadchodził, błagał ze łzami o zmiłowanie albo rzucał przekleństwami, ale to i tak nic nie zmieniało. Potem wierzgał nogami w powietrzu, wywalał język i srał w portki ku uciesze hołoty wcale nie lepszej od niego. Wyobraziła sobie, jak Jeg i Neary stoją w pierwszym szeregu uśmiechniętego tłumu i gapią się na jej złodziejski taniec na końcu sznura. Zapewne włożą jeszcze bardziej absurdalne stroje, nabyte za nagrodę.

— Pierdolić ich — wyszeptała w ciemności, wykrzywiając usta w złowrogim grymasie w tej samej chwili, gdy usłyszała stopę Nea ry’ego na najniższym stopniu.

Płoszka zawsze była przekorna. Już jako mały brzdąc, gdy tylko ktoś jej powiedział, jak ma być, zaczynała się zastanawiać, co zrobić, żeby było inaczej. Matka zawsze jej mówiła, że jest uparta jak muł. Uważała, że to wina krwi Duchów.

— To cholerna krew Duchów — irytowała się, jakby to Płoszka była winna temu, że jest ćwierćkrwi dzikuską, a nie jej matka, która postanowiła iść do łóżka z pół-Duchem — wędrowcem, który okazał się zapijaczonym nicponiem, co raczej trudno było uznać za niespodziankę.

Będzie walczyła. Z pewnością przegra, ale będzie walczyła. Zmusi skurwysynów, by ją zabili, i w ten sposób pozbawi ich przynajmniej połowy nagrody. Nie spodziewała się, że podobne myśli uspokoją drżenie jej dłoni, niemniej tak właśnie się stało. Mały nóż nadal drżał, ale tylko dlatego, że tak mocno go ściskała.

Jak na człowieka uważającego się za wielkiego tropiciela, Nea ry miał spore trudności z zachowaniem ciszy. Usłyszała, jak oddech świszcze mu w nosie, gdy zatrzymał się u szczytu schodów, tak blisko, że mogłaby go dotknąć, gdyby nie drewniana ściana.