3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Jestem pozytywnym wojownikiem

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Jestem pozytywnym wojownikiem
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Instrukcja obsługi

Codziennie rano otwórz książkę, wpisz dzisiejszą datę i przeczytaj jeden tekst.

Tylko jeden tekst jednego dnia.

Przeczytaj cały aż do końca, a potem zapytaj swojego serca co dla ciebie znaczy i czy znalazłaś w nim coś, co warto zapamiętać.

Zapisz swoje wnioski swoimi słowami.

Zabierz je w sercu na resztę dnia.

Postaraj się o nich pamiętać.

Jeden tekst.

Codziennie.

Przez 365 dni.

Przygotowałam 12 książek z serii „Kurs pozytywnego myślenia”.

Co miesiąc będzie się ukazywała nowa.

Wiem, że nie masz czasu.

Wiem, że rano zawsze się śpieszysz.

Wiem, że zrobienie dodatkowej rzeczy rano jest dla ciebie ogromnym wysiłkiem.

Pomyśl czy jest coś, co robisz, a czego wcale w gruncie rzeczy nie chcesz i nie potrzebujesz robić.

Może już czas z tego zrezygnować?

Zamiast zajmować się tym wieczorem, może warto położyć się wcześniej spać, dzięki czemu będziesz mogła bez problemu wstać trochę wcześniej i podarować sobie piętnaście minut nauki pozytywnego myślenia?

Pomyśl jak możesz lepiej zorganizować swój czas.

Czy naprawdę wśród 24 godzin nie znajdziesz 15 minut, które miałabyś spędzić sama ze sobą, ucząc się nowej umiejętności, która pozwoli ci zmienić wszystko, co tylko zechcesz?

Pewna część twojej duszy będzie podchodziła do tego z oporem. Będzie usiłowała cię wytrącić z równowagi, zniechęcić, zmęczyć, odwrócić twoją uwagę.

W taki sposób reaguje podświadomość na próbę zmiany.

Nie wie czy ta zmiana jest dobra, ale na wszelki wypadek usiłuje wytrącić ci ją z ręki.

Trzymaj się swojego postanowienia.

Jeden tekst codziennie rano.

Niezależnie od tego czy masz na to ochotę, czy nie.

„Ochota” to podszept podświadomości, która chce przytrzymać cię w starym sposobie myślenia, bo boi się zmian.

Ale teraz – być może po raz pierwszy w życiu – ty przejmujesz kontrolę.

Podejmij jasne i czyste postanowienie o tym, że wytrwasz.

Wstań rano, otwórz książkę i zacznij czytać.

Nie pytaj siebie czy dzisiaj też chcesz to zrobić.

Po prostu zrób to.

Przyjmij, że jest to coś, co robisz codziennie przez miesiąc.

Po miesiącu zastanowisz się czy chcesz kontynuować, czy przerywasz i nie będziesz się więcej tym zajmować.

Wytrwaj miesiąc.

Zobaczysz jak niezwykle pozytywne zmiany zaczną zachodzić w twoim sposobie myślenia, reagowania, zachowania i samopoczucia.

Wiesz o co chodzi?

Głęboko w duszy nosisz w sobie przyzwyczajenie do bycia niezadowolonym, nieszczęśliwym, gorszym, niepotrzebnym, odrzuconym i samotnym.

To nawyk myślowy zapamiętany przez twoją podświadomość.

Ten nawyk rzuca cień na wszystko, co myślisz, postanawiasz i robisz.

Jest jak negatywny filtr, który zniekształca obraz rzeczywistości i nie pozwala ci uwierzyć we własne siły, w nadzieję i miłość.

To właśnie chcemy zmienić.

Podświadomość trzyma się tego filtra, ponieważ nie zdaje sobie sprawy, że można go zmienić, naprawić i oczyścić w taki sposób, żeby lśnił pozytywnym światłem i wspierał zamiast cię osłabiać.

Dlatego podświadomość początkowo będzie chciała cię zniechęcić i będzie podsuwała różne przeszkody.

Bądź silniejsza od niej.

Raz w życiu podejmij świadome, mądre i wybrane przez ciebie postanowienie i wytrwaj w nim cierpliwie i z uporem.

Kiedy podświadomość zorientuje się, że naprawdę na serio jesteś zaangażowana w ten projekt, przestanie ci przeszkadzać i zacznie cię w nim wspierać.

Zmiana sposobu myślenia to najbardziej niesamowite i skuteczne narzędzie do naprawienia swojego życia.

Wszystko wtedy się zmienia na lepsze.

Absolutnie wszystko.

Nie tylko twoje myśli i samopoczucie.

Zmienia się na lepsze twoje zdrowie, podejmujesz lepsze decyzje, dostajesz lepsze propozycje, spotykasz wspaniałych ludzi, masz więcej pieniędzy, pojawiają się nowe możliwości, a ty masz poczucie, że wszystko ma sens i czujesz radość, że jesteś jego częścią.

PAMIĘTAJ:

1.

Czytaj jeden tekst dziennie i zapisz swoje wnioski.

2.

Rób to codziennie bez wyjątku, niezależnie od tego co podpowiada twoja chęć lub niechęć.

3.

Podejmij zobowiązanie, że robisz to przez miesiąc codziennie rano, a dopiero po miesiącu zastanów się czy chcesz kontynuować, czy przerywasz.

Ciągle dostaję listy z tym samym pytaniem:

– Co jest ze mną nie tak? Dlaczego nie potrafię skończyć tego, co zaczynam? Przez chwilę mam zapał i siłę do tego, żeby pracować nad sobą, a potem wszystko się rozpada, ginie we mgle, a ja znowu spadam na dno. Co jest ze mną nie tak?

Odpowiadam jeszcze raz, bo pisałam i mówiłam już o tym wiele razy wcześniej.

Być może tym razem wreszcie mnie usłyszysz.

Twoja podświadomość wierzy w coś innego niż ty.

Trzyma się swoich przekonań.

Wierzy w to, że jesteś gorsza, że nic ci się nie uda, że nie dasz rady, że jesteś bezwartościowa, nieważna, że nie zasługujesz na szczęście, przyjaźń ani miłość.

Twoja podświadomość wierzy w to, że jesteś ofiarą, wyrzutkiem i bezdomnym, zagubionym dzieckiem, które bezskutecznie poszukuje opieki.

To właśnie dlatego czujesz się nieszczęśliwy, smutny, samotny, zagubiony, brakuje ci siły, wytrwałości, cierpliwości i radości.

To poczucie wypływa z tego, co jest zapisane w twojej podświadomości.

Z mojego doświadczenia wynika, że jest tylko jeden sposób, żeby to zmienić.

Trzeba nauczyć podświadomość nowych, pozytywnych przekonań.

Jak to zrobić?

Tak samo jak zostały w niej zapisane pierwsze, negatywne i destrukcyjne komunikaty, czyli poprzez WYTRWAŁE, CODZIENNE, WIELOKROTNE POWTARZANIE NOWYCH PRZEKONAŃ.

Twoja podświadomość rządzi twoim sposobem myślenia, ale jednocześnie obserwuje ciebie i słucha tego, co mówisz.

Jeżeli powiesz coś nowego trzy razy, to podświadomość zgodzi się z tobą albo nie, ale i tak spojrzy na to po swojemu.

Jeżeli powtórzysz coś nowego dziesięć razy, podświadomość może uznać, że to stanowi zagrożenie dla całego systemu przekonań, w jakie ona wierzy. Będzie więc próbowała cię zniechęcić do zmiany i będzie podsuwała różne przeszkody – dostaniesz kataru, rozboli cię głowa, będziesz się czuł zestresowany, chory albo sztucznie pobudzony. Podświadomość jest w stanie wywołać w tobie dowolny stan i zrobi to jeśli uzna za konieczne.

Jeżeli się poddasz i zaprzestaniesz działania, podświadomość zwycięży – tak jak tysiące razy wcześ­niej – i przytrzyma cię w swoim kręgu przekonań.

CHODZI O TO, ŻEBY PO RAZ PIERWSZY W ŻYCIU OKAZAĆ SIĘ SILNIEJSZYM I BARDZIEJ WYTRWAŁYM ZAWODNIKIEM NIŻ TWOJA PODŚWIADOMOŚĆ.

Nie chodzi o to, żeby z nią walczyć.

Podświadomość jest twoim sprzymierzeńcem i przyjacielem, ale jeżeli nosi w sobie negatywne przekonania, to nie zdaje sobie sprawy z tego, że istnieje inny, pozytywny sposób myślenia.

To jest właśnie zadanie dla ciebie.

Musisz nauczyć swoją podświadomość nowych instynktownych przekonań.

Zapisać w niej na nowo bazowy zestaw przekonań dotyczących siebie i reszty świata, które odtąd będą nowym filtrem naświetlającym każdy aspekt twojego życia.

Podejmujesz decyzję.

Realizujesz ją przez trzy dni.

Czwartego dnia ogarnia cię jakaś niechęć, więc pytasz siebie:

– Czy ja mam dzisiaj ochotę znowu się tym zajmować?

Kiedy pytasz „siebie”, w rzeczywistości pytasz swojej podświadomości! I to właśnie ona najpierw zasiała w twojej duszy niechęć, a potem podpowie ci:

– Nie, to bez sensu, nie chce mi się dzisiaj tego robić!

I dlatego właśnie przerywasz każdą pozytywną zmianę.

Bo twoja podświadomość w taki sposób potrafi cię zmanipulować, że zgodzisz się na to, czego ona chce.

RAZ W ŻYCIU ZRÓB INACZEJ.

Podejmij decyzję.

Trzymaj się swojego postanowienia.

Niezależnie od tego jakie myśli pojawiają się w twojej duszy.

PODEJMIJ DECYZJĘ.

Przyjmij ją do realizacji.

Nie pytaj siebie czy masz ochotę, czy nie.

 

Po prostu codziennie rano zrób to, co sobie postanowiłeś.

To jest jedyny sposób, żeby przezwyciężyć dawne destrukcyjne przekonania i wprowadzić do swojej duszy nowe, jasne, optymistyczne i pozytywne kody, które odtąd będą cię wspierały we wszystkim co robisz i będą wzmacniały twoje życie.

Czy myślisz, że jesteś gotowy?

Czy chciałbyś spróbować tej całkiem nowej podróży przez swoją duszę?

Jeśli tak, to przypomnę ci jak to zrobić.

Codziennie rano otwórz książkę.

Wpisz nad tekstem dzisiejszą datę.

Przeczytaj jeden tekst.

Dopuść go do swojego serca.

Zastanów się nad nim.

Zapisz swoje wnioski.

Zabierz je w duszy na resztę dnia.

Tylko tyle i aż tyle.

CODZIENNIE RANO.

Codziennie rano przez jeden miesiąc.

Trzydzieści albo trzydzieści jeden dni.

Po miesiącu zastanów się czy chcesz robić to dalej.

Jeśli tak, to cieszę się razem z tobą.

Przygotowałam dla ciebie dwanaście książek – po jednej na każdy miesiąc w roku.

Możesz zacząć w dowolnym miejscu, od przypadkowego tomu.

Każda książka jest całością samą w sobie.

To jest najbardziej skuteczny sposób, jaki znam, żeby odzyskać siłę, moc, radość i szczęście.

Wierzę w to, że tobie także się uda.


Dostrzegam i doceniam ludzi, których spotykam na co dzień

Witam się z nimi, uśmiecham się, dziękuję za pomoc albo pracę, jaką wykonują.

Wszyscy jesteśmy jak wielka rodzina. Razem mieszkamy w wielkim domu zwanym światem. Nasze drogi ciągle się krzyżują i spotykają. Każdy ma jakąś specjalność, dzięki czemu możemy podzielić się obowiązkami.

Pan listonosz roznosi listy. Gdyby nie było listonoszy, każdy z nas musiałby osobiście odbierać przesyłki z jakiegoś zbiorczego punktu, być może na przykład w jednym mieście w Polsce. I każdy musiałby raz na miesiąc wybrać się do tego miasta po swoją pocztę.

Na szczęście jest pan listonosz, który zajmuje się roznoszeniem listów. Jak dobrze, że mamy listonoszy!

– A, dzień dobry! Co dobrego słychać? – mówię do pana listonosza. A kiedy jest bardzo gorąco: – Może przynieść panu szklankę wody?

A czemu nie miałabym poczęstować pana listonosza kawałkiem domowego ciasta albo garścią czereśni? Nie zapraszam go do środka, bo jest w pracy i pewnie nie ma na to czasu, ale w glinianej misce przy drzwiach mam zawsze drobny poczęstunek.

Wyobrażam sobie, że gdybym ja była listonoszem i musiałabym przez kilka godzin bez przerwy jeździć po ulicach, dzwonić do drzwi, wchodzić i schodzić po schodach, to bardzo doceniłabym taki gest.

Albo znajoma pani z warzywniaka. Zawsze uśmiechnięta, ma dwie córki w młodszych klasach w szkole i uwielbia święta Bożego Narodzenia. Rozmawiamy sobie czasem kiedy wybieram dojrzałe awokado albo szukam ładnego kalafiora.

Albo pan na recepcji w białej koszuli, który chętnie cytuje stare rodzinne mądrości.


Każdy z nas jest w jakiś sposób potrzebny.

Każdy.

Nie ma nieważnych zajęć albo mniej ważnych ludzi.

Wszyscy jesteśmy jak sąsiedzi w dużym domu, którzy wspierają i uzupełniają się wzajemnie.

Gdyby nie było pana drukarza, to co mogłabym zrobić z napisanymi przez siebie książkami? Mogłabym je tylko trzymać w komputerze albo na papierze – a i to tylko do czasu, bo gdyby zepsuł się komputer albo drukarka, potrzebowałabym pomocy pana informatyka.

Gdyby nie było pana hydraulika, to nie miałabym też toalety i musiałabym chodzić daleko do lasu, żeby się załatwić.

Gdyby nie było kierowcy autobusu, to musiałabym pieszo drałować przez świat.

Gdyby nie było pana murarza, to musiałabym mieszkać w szałasie albo w namiocie, bo co, czy dałabym radę sama tak poskładać cegły, żeby sobie zbudować dom???

Wszyscy jesteśmy ważni.

Wszyscy jesteśmy potrzebni.

Kiedyś byłam tak pochłonięta ciągłą walką z samą sobą, ze światem i z ludźmi, że nie dostrzegałam tych osób, które spotykałam codziennie w przeróżnych drobnych sytuacjach. Wszyscy byli dla mnie obcy.

Teraz wszyscy wydają mi się miłymi znajomymi.

Widzę i doceniam ludzi, których spotykam na co dzień.

Cieszę się, że oni wykonują swoją pracę, a ja mam swoją i razem tworzymy rzeczywistość.

Uśmiecham się do nich.

Pozdrawiam ich.

Mówię „Dzień dobry!”.

Jeśli jest okazja, zamieniam kilka zdań.

Miło jest mieć tylu sympatycznych znajomych dookoła.


Jestem sobą

Jestem sobą i wiem, że niczego nie muszę udawać.

To, jaka jestem, jest moją wartością.

Nie chodzi teraz o konkretny zestaw cech i umiejętności, bo przecież życie nie jest matematycznym ciągiem liczb, paragrafów i zgrabnych akapitów, które mogłabym o sobie napisać. W ogóle nie o to chodzi.

Życie jest poczuciem spójności między tym co robię, a tym, w co wierzę.

Życie polega na tym, żeby mieć jasne, klarowne i czytelne wewnętrzne przekonanie o tym co jest dobre, wartościowe i budujące, a co stanowi tylko iluzję, której nie warto poświęcać czasu i uwagi.

Nie chodzi o to, żeby przeczytać tysiąc mądrych książek i posiąść wiedzę wymierzalną dyplomami i tytułami naukowymi.

Chodzi raczej o to, żeby mieć otwarty umysł, chętny do uczenia się nowych umiejętności, i otwarte serce, gotowe z radością poznawać świat.

Mieć zaufanie do siebie i do Boga – niezależnie od tego co dla ciebie oznacza to pojęcie.

Chodzi o to, żeby kierować się na co dzień dobrem, uczciwością i życzliwością. Myśleć pozytywnie, szukać dobrych stron i być wolnym od uprzedzeń, przesądów i strachu.

Nie chodzi o to, żeby nauczyć się mówić coś, czego inni oczekują.

Chodzi o to, żeby wierzyć w siebie i myśleć.

Wierzyć w siebie, czyli być swoim przyjacielem. Wspierać siebie w nowych pomysłach i realizowaniu zobowiązań – szczególnie tych podjętych wobec samego siebie.

Jestem sobą.

To jest moja największa wartość.

To oznacza, że mam odwagę zaufać samemu sobie.

Wiem, że to ja jestem odpowiedzialna za moje życie i staram się podejmować dobre, mądre decyzje.

Jestem sobą.

Nie udaję niczego przed innymi ludźmi.

Kiedy czegoś nie rozumiem, pytam o wyjaśnienie.

Kiedy czegoś nie chcę, bo kłóci się to z moim wewnętrznym „ja”, odmawiam.

Kiedy nie czuję się szanowana, odchodzę i szukam takiego miejsca w życiu, gdzie będę czuła się ważna i potrzebna.

Jestem sobą.

Lubię siebie. Wiem, że jeżeli będę słuchała mojego serca, to na pewno znajdę właściwą drogę.

To znaczy, że nigdy nie okłamuję siebie i nie postępuję wbrew moim przekonaniom – nawet jeśli mogę na tym coś zyskać.

Jestem uczciwa wobec tego, w co wierzę.

Nie po to, żeby o to walczyć, machać chorągwiami albo domagać się publicznego potwierdzenia słuszności moich przekonań.

Jestem uczciwa wobec tego w co wierzę i zgodnie z tym postępuję w życiu.

Wierzę w siebie.

Wiem, że jestem wartościową, dobrą, ważną osobą i mam do życia mój czas.

Nie marnuję go na uczenie się sztuczek manipulacji ani socjotechniki.

Jestem sobą.

Uśmiecham się.

Postępuję zgodnie z moim wewnętrznym przeczuciem.

A kiedy nie wiem jakie jest moje przeczucie, to pytam siebie o to tak często i wytrwale, aż znajdę odpowiedź, co do której jestem pewna.

Jestem sobą.

Wierzę w siebie.

Uśmiecham się do życia.


Ja jestem dyrektorem mojego życia

Ja jestem dyrektorem mojego życia.

Jestem kapitanem mojego statku.

Jestem admirałem mojej życiowej misji.

Jestem prezydentem mojego świata.

To znaczy, że żyję zgodnie z moimi oczekiwaniami.

Spełniam moje marzenia.

Tak organizuję mój czas, żeby zdążyć z tym, co jest dla mnie ważne.

Tak zajmuję się moim życiem, żeby być szczęśliwym człowiekiem.

Ja dla siebie.

Nie po to, żeby ktoś inny mnie dostrzegł, pochwalił, docenił.

Nie po to, żeby zrobić na kimś wrażenie.

Nie po to, żeby ktoś potwierdził sens mojego życia.

Ja jestem dyrektorem mojej wewnętrznej firmy.

Zajmuję się tym, co jest do zrobienia.

Nie marnuję czasu na to, żeby o tym opowiadać, chwalić się ani domagać się zauważenia.

Jestem dyrektorem mojego życia i ja przed samą sobą odpowiadam za to, jak to moje życie wygląda.

Ja z samą sobą rozliczam się ze zrealizowanych planów.

Ja z samą sobą ustalam co jest dla mnie ważne i czym chcę się zająć w pierwszej kolejności.

Dzięki temu jestem skuteczna i mam wiarę we własne siły.

Kiedyś tego nie rozumiałam.

Kiedy chciałam być dyrektorem mojego życia, zaczynałam szukać ludzi, którzy pozwolą mi nim zostać. Opowiadałam o tym, że teraz ja rządzę, ja podejmuję decyzje, ale tak naprawdę to było tylko ogłaszanie moich chęci, robienie wrażenia na innych i podszyte ukrytą niepewnością oczekiwanie na ich akceptację.

Opowiadałam o tym co robię, ale naprawdę nie robiłam nic.

Ogłaszałam, że jestem niepodległa, ale tak naprawdę czekałam aż ktoś mi na to pozwoli.

Stałam w miejscu, bo zamiast zająć się moim życiem, ja zajmowałam się opowiadaniem o tym co zrobię.

Ale nic nie robiłam, bo na to brakowało mi czasu i odwagi.

Jestem dyrektorem mojego życia – to znaczy, że działam.

Nie gadam o tym co robię, jakie mam plany ani kiedy je zrealizuję.

To jest moje życie i mój czas.

Inni ludzie mają swoje życia i własne priorytety. Po co mam zawracać sobie głowę szukaniem ich akceptacji?


To ja jestem dyrektorem mojego życia.

Ja podejmuję decyzje.

Ja cieszę się owocami mojej pracy albo zostaję z pustymi rękami.

Ja tworzę moje życie.

Nie muszę nikogo pytać o zgodę ani pozwolenie.

Nie muszę u nikogo akceptować moich planów.

Nie muszę się tłumaczyć z moich decyzji.

Ja jestem dyrektorem mojego życia.

Działam.

Zamiast opowiadać, żeby zrobić na kimś wrażenie, ja po prostu realizuję moje zamierzenia.

Jestem kapitanem mojego statku.

Jestem dyrektorem mojego życia.

Działam!


Jestem ambitna i pracowita

Jestem ambitna i pracowita.

Jestem ambitna, a więc stawiam przed sobą odważne cele i staram się je realizować najlepiej jak potrafię.

Jestem pracowita, a więc potrafię skupić się na pracy i poświęcić jej odpowiednio dużo czasu i energii, żeby wykonać ją należycie.

Jestem ambitna i pracowita.

Ale nie jestem chorobliwie ambitna.

I nie jestem uzależniona od pracy.

To jest ogromna różnica.

Tak ogromna, że ma bezpośredni wpływ na wszystkie inne sfery mojego życia. Na moje zdrowie, efektywność, produktywność, na jasność mojego umysłu i zdolność do kreatywnego tworzenia, na moje życie prywatne, kontakty z rodziną i przyjaciółmi.

 

Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to jest takie ważne.

Pracowałam w niewielkiej stacji radiowej, spędzając w niej prawie całe dnie. Robiłam to, co do mnie należało i dużo więcej. Chciałam być najlepsza, idealna, chciałam, żeby mnie chwalono. I pamiętam, że kiedy ktoś powiedział o mnie:

– Ona jest chorobliwie ambitna.

Poczułam się szczęśliwa i odebrałam to jako komplement. „Chorobliwie ambitna” brzmiało dla mnie jak „nadzwyczajnie, ogromnie, bardzo ambitna”. Wybitnie ambitna. Bardziej ambitna niż pozostali.

O tak, o to mi właśnie wtedy chodziło! Chciałam udowodnić, że jestem lepsza od innych. Szybsza, bardziej dokładna, bardziej pracowita. Nie po to, żeby dostać za to więcej pieniędzy.

Ja tylko podświadomie starałam się być idealną osobą, z której wszyscy muszą być zawsze zadowoleni. A ona stanie na głowie, żeby zadowolić wszystkie oczekiwania i wypełnić wszystkie zadania. Nawet jeżeli będzie musiała poświęcić na to swój wolny czas, weekendy, święta, wakacje i życie prywatne. Bo najważniejsze było to, żeby ktoś mnie pochwalił i powiedział:

– Jesteś grzeczną dziewczynką!

Tak było przez pół mojego życia.

Nie zdawałam sobie wtedy oczywiście z tego sprawy.

Wydawało mi się, że po prostu jestem wybitnie ambitna i wybitnie pracowita. Chorobliwie ambitna, proszę bardzo, może być chorobliwie. Uzależniona od pracy? Nie ma sprawy. To też brzmiało dla mnie jak komplement, bo było dowodem na to, że traktuję pracę równie poważnie jak całe moje życie.

Ale tak naprawdę i w najgłębszej głębi mojego serca wcale nie chodziło o pracę. Chodziło o zdobycie potwierdzenia, że jestem coś warta.

Tak naprawdę chodziło o to, że byłam kosmicznie niepewna siebie, zagubiona i czułam się gorsza, więc usiłowałam zbudować moje poczucie wartości na zdobywaniu akceptacji za moją pracę.

Czyli – mówiąc inaczej – używałam pracy jako manipulacji w celu zdobycia akceptacji i poczucia własnej wartości.

Oczywiście, że nie robiłam tego świadomie ani celowo.

Czułam tylko wewnętrzny przymus, żeby pracować ogromnie dużo, poświęcać pracy cały czas i być idealna.

Wewnętrzny przymus. To jest właśnie symptom uzależnienia.

Każde uzależnienie ma na celu jakąś podświadomą manipulację.

Każde uzależnienie ma zdobyć dla ciebie pozór czegoś, czego emocjonalnie najbardziej ci brakuje.

Mnie brakowało poczucia własnej wartości.

Usiłowałam je zdobyć chorobliwie ambitnym nastawieniem do pracy.

Tyle że to nigdy nie działa.

Każda pochwała to zawsze będzie za mało.

Każda porażka albo krytyczna ocena zostanie wyolbrzymiona do rozmiarów tragedii życiowej.

Bo prawdziwe poczucie własnej wartości można zbudować w sobie tylko poprzez ćwiczenie nowego sposobu myślenia. Zapisanie na nowo dawnych niesprawiedliwych i poniżających ocen mojej osoby.

Trzeba na nowo zbudować swój system wartości. Wewnętrznie, w swojej własnej duszy.

A nie poprzez zdobywanie nagród w pracy, złotych medali na zawodach sportowych albo tytułu Pracownika Miesiąca.

Jestem ambitna.

Lubię się uczyć nowych rzeczy, lubię zrobić coś na nowo, oryginalnie, twórczo.

Jestem pracowita.

Przestrzegam moich własnych godzin pracy i pracuję wtedy uczciwie, poświęcając temu wszystkie myśli.

Ale potem odpoczywam. Jeżdżę na rowerze. Czytam pasjonujące książki. Gotuję. Spaceruję. Oglądam filmy. Spotykam się z przyjaciółmi. Bawię się z moimi kotami.

Jestem ambitna, ale nie jestem chorobliwie ambitna.

Jestem pracowita, ale nie mam przymusu pracowania przez cały czas.

Jestem ambitna i pracowita, i dzięki temu realizuję moje cele, jednocześnie pozostając w stanie wewnętrznej równowagi pomiędzy tym co chcę, a tym, co muszę.

Moje poczucie wartości wynika z moich podświadomych przekonań, a nie z tego, jak zostanie oceniona moja praca.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?