Blondynka w Paragwaju

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa




Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ 1


Bułka z manioku

Wiedziałam, że jestem blisko kiedy pewnego dnia otworzyły się drzwi, do autobusu weszła dziewczyna z wiklinowym koszem i nieśmiałym głosem powiedziała:

Chipa, chipa.

– Hurra!!!! – wrzasnęło moje serce wielkim głosem. Tak wielkim, że kosz zadrżał jej w rękach.

Chipa!!! To jest coś, co istnieje tylko w Paragwaju!! Coś, co jadłam ostatnio dwadzieścia lat temu, bo nigdzie poza tym jednym krajem na świecie spotkać – ani tym bardziej zjeść – tego nie można.

Jeśli w autobusie pojawia się skromna i cicha dziewczyna z koszykiem pełnym chip, to oznacza tylko jedno: Paragwaj jest już bardzo blisko!!!

Bardzo było mi tego potrzeba.


Od dwóch tygodni byłam w podróży przez Argentynę, Urugwaj, Brazylię i znów Argentynę, bo wyruszyłam z Buenos Aires, żeby po lądzie dotrzeć do Paragwaju. Sam zobacz jak to wygląda na mapie. Przepłynęłam statkiem z Buenos Aires do Colonia de Sacramento, przejechałam przez pół Urugwaju i znalazłam raj w osadzie Cabo Polonio, gdzie można dotrzeć tylko ciężarówką terenową przez dzikie, pustynne wydmy. Potem przez krainę urugwajskich kowbojów w beretach z przygodami dojechałam do granicy z Brazylią.

Wstawałam o szóstej rano, biegłam na dworzec, przez cały dzień jechałam lokalnymi autobusami, żeby wieczorem dotrzeć do następnej granicy, podpieczętować paszport po jednej stronie, przejść pieszo do następnego kraju, dostać stempel wjazdowy, znaleźć choćby najskromniejszy – i często pełen niespodzianek – nocleg w przygodnym hotelu, wziąć zimny prysznic, przespać się, a potem znów.

Wstać o szóstej rano, pobiec na dworzec, wsiąść do autobusu, dotrzeć gdzieś w pół drogi, znaleźć następny autobus i spędzić w podróży kolejne godziny. Hotel, banan na kolację, zimny prysznic, łóżko i sen.

Zerwać się o brzasku, dworzec, autobus, na śniadanie trochę gotowanego manioku kupionego od kucharki sprzedającej mięsne szaszłyki na patykach, dwanaście godzin podróży, hotel przy dworcu.

A potem znowu wczesna pobudka, dworzec, dwa autobusy, dojechać o zmroku, urząd imigracyjny po jednej stronie, pieczątka wyjazdowa, urząd imigracyjny po drugiej stronie, pieczątka wjazdowa, tani hotel przy dworcu, zimny prysznic, wiatrak na suficie, mocny, zdrowy sen do świtu.

Z Urugwaju do Brazylii, z Brazylii do Argentyny, z Argentyny do… O, przepraszam, jeszcze nie dojechałam.

Nie będę wyprzedzać faktów.

Na razie siedziałam w autobusie pędzącym po bezdrożach północnej Argentyny. Od czasu do czasu wsiadał do niego wędrowny sprzedawca różności. Od jednego kupiłam fantastyczne, dojrzałe, żółte gruszki. Od drugiego butelkę wody. A teraz kto wsiada?...

Najpierw zobaczyłam wiklinowy kosz przykryty białą ścierką i serce we mnie zadrżało. Nie dlatego, że się tego spodziewałam albo ze miałam nadzieję, że to nastąpi.

Wprost przeciwnie!

Wiedziałam z doświadczenia, że granice ustanowione miedzy państwami, mimo że są tylko teoretycznymi podziałami na ziemi, która wcześniej była całością, bardzo skutecznie zatrzymują swobodny przepływ pewnych tradycji i zjawisk.

Nawet jeżeli masz miasto, które urosło po dwóch stronach granicy, czyli w połowie należy do jednego kraju, a w połowie do drugiego, to w restauracjach znajdziesz zupełnie inne jedzenie, ludzie będą mówili innymi językami i inaczej będą wyglądali.

Dopóki jestem w Argentynie, mogę liczyć na to, że w autobusie pojawi się sprzedawca napojów gazowanych albo empanad nadziewanych mięsem. Empanada to duży pieróg smażony w głębokim oleju albo pieczony w piecu. Czasem może się trafić ktoś, kto ma owoce z pobliskiej plantacji popakowane w małe torebki w sam raz dla jednej osoby. Mandarynki, jabłka, winogrona.

Ale nie ma raczej takiej możliwości, żeby w argentyńskim autobusie pojawiła się sprzedawczyni paragwajskiej specjalności.

No, chyba że jesteśmy już blisko granicy, a nieśmiała dziewczyna z wiklinowym koszem zagapiła się jadąc w poprzednią stronę i teraz musi wrócić do swojego kraju, a przy okazji sprzedaje to, co ma.

Chipa, chipa – powiedziała cichym głosem, tak jakby mieli ją usłyszeć tylko ci, którzy są wtajemniczeni i dla których jest to hasło na tyle czytelne, że nie wymaga dodatkowego objaśniania.

To ja!!!! Ja byłam wtajemniczona!!! A dźwięk tego słowa wywołał we mnie szaloną falę wspomnień, i dodam, że były to wspomnienia tak smaczne, że do krzyku mojego serca dołączył zgodnym chórem także mój żołądek oraz niespodziewanie przebudzony głód.


Maniok obrany z łupiny

Chipa to najbardziej niezwykła bułka, jaką znam. Och, na samą myśl mam ochotę wiwatować!

Wyobraź sobie bułkę w kształcie dużego nasiona albo obręczy. Przeciętna chipa ma wielkość dziecięcej dłoni.

Na wierzchu jest sztywna, ma odrobinę twardą, chrupiącą skórkę, ale nie taką jak na polskim chlebie, tylko raczej taką jak w grubym placku jabłkowym typu amerykańskiego apple pie, gdzie masa jabłkowa jest całkowicie ukryta w środku ciasta, które otacza ją jak pieróg.

Ale nie myśl, że chipa jest ciastkiem deserowym, o nie!

Chipa jest najbardziej codziennym chlebem Paragwaju. Czyli raczej codzienną bułką, ale ponieważ chleb w tradycyjnym bochenku właściwie tam nie występuje, to ta bułka jest tym, czym dla Polaka jest chleb.

Wyobraź sobie więc dość grubą, zewnętrzną, sztywną skórkę w jasnożółtym kolorze. Odgryzasz pierwszy kęs. Zęby zapadają się w jeszcze ciepły, miękki, wilgotny i odrobinę ciągnący się miąższ. I to jest właśnie najlepsze!

Ta chrupka, twarda, gruba skórka w połączeniu z cudownie miękkim, elastycznym, pełnym aromatu miąższem.

Taki efekt można uzyskać tylko w przypadku pieczywa zrobionego z bardzo niezwykłych składników.

Chipa nie ma nic wspólnego z pszennymi bułkami znanymi w Europie. I jest od nich sto razy bardziej zdrowa, szczególnie teraz, kiedy bułki robi się ze sztucznie oczyszczonej i zubożonej, genetycznie modyfikowanej pszenicy, której zabrano prawie wszystkie składniki odżywcze, żeby łatwiej można było ją magazynować.

Podstawowym składnikiem paragwajskiej chipy jest maniok.

Maniok to gruba, duża bulwa, która łatwo rośnie nawet na ubogiej ziemi, więc stała się podstawą wyżywienia w bardzo wielu krajach Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej. Poza tym jest po prostu pyszna.

Pod grubą, brązową skórą znajduje się śnieżnobiały miąższ, który po ugotowaniu staje się kremowożółty, miękki i bardzo smaczny. Odrobinę przypomina ziemniaka, ale to jest tak jakby tłumaczyć komuś, że gruszka jest odrobinę podobna do jabłka.

No, z grubsza jest podobna, bo też rośnie na drzewie, ma zbliżony kształt, ma skórkę i soczysty miąższ, ale każdy, kto jadł choć raz w życiu jabłko i gruszkę, wie, że to są w gruncie rzeczy dwa zupełnie inne owoce. Mają inny smak, miąższ o innej konsystencji, inny zapach i inny charakter.

Tak samo właśnie jest z ziemniakami i maniokiem.

To dwie zupełnie różne rzeczy, chociaż z grubsza można powiedzieć, że jedno i drugie jest bulwą, która rośnie pod ziemią, ma skórkę i można to ugotować, upiec albo usmażyć.

Tyle że z ziemniaków nie da się zrobić bułki.

A z manioku jak najbardziej tak.

Chipa to bułka z manioku z dodatkiem nasion anyżku.

Wyobrażasz sobie?

O nie, tego raczej nie można sobie wyobrazić.

To jest coś, co smakuje zupełnie inaczej niż wszystkie bułki świata.

Tylko w Paragwaju.

Oraz niespodziewanie w autobusie pędzącym przez bezdroża północnej Argentyny!!!

Chipa?!!! – zawołałam ze zdumieniem i niedowierzaniem.

Naprawdę, uszy mnie nie pomyliły???

Si – odrzekła nieco spłoszona dziewczyna i uniosła rąbek ścierki.

– Poproszę dwie! – zawołałam tak radosnym głosem, że pasażerowie zaczęli się oglądać.

O, życie!

O, cudowna podróży, która przyprowadziłaś mnie aż tutaj!!!

O, genialna bułko z manioku!!!!...

Kocham cię!

ROZDZIAŁ 2


Trzy niezwykłe rzeczy

Dlaczego Paragwaj?

 

Chodziło mi to po głowie już od dawna.

Byłam w Paragwaju mniej więcej dwadzieścia lat temu. Przejechałam przez Gran Chaco, dotarłam do rzeki Pilcomayo na zachodzie, zwiedziłam wioski i miasta Mennonitów, widziałam niesamowite drzewa butelkowe pokryte kolcami i ogromne, dzikie pustkowia.

W Paragwaju nauczyłam się pić yerba mate i przywiozłam ten zwyczaj do Polski.

Coś mnie ciągnęło z powrotem.

Czasem tak jest, że nie wiesz jeszcze po co, ale chcesz gdzieś być. Jakaś część twojej duszy wie, że tam jest dla ciebie coś ważnego. Coś, co w jakiś sposób zmieni ciebie i twoje życie.


Paragwajskie kubki do picia yerba mate zrobione z zielonego drewna palo santo

Nie ma sensu pytać co to jest ani próbować to znaleźć w wirtualnej przestrzeni.

To jest tylko tam. I czeka na ciebie. Znajdziesz to tylko wtedy, kiedy osobiście się z tym spotkasz. I wtedy nie będziesz miał wątpliwości, że to jest właśnie to, czego szukałeś.

Czułam więc, że ciągnie mnie z powrotem do Paragwaju i nie pytałam dlaczego tak jest, tylko wiedziałam, że chcę to zrobić.

Przy okazji postanowiłam zrobić jeszcze dwie rzeczy, które ciągle ostatnio chodziły mi po głowie: pojechać do Urugwaju – bo to był ostatni kraj w Ameryce Południowej, w którym nie byłam. I zobaczyć jeszcze raz największe wodospady świata Iguazú, gdzie byłam kilka razy wcześniej, ale nie mogłam przestać o nich myśleć.


I tak właśnie powstał pomysł tej wyprawy.

Znajdowałam się właśnie w połowie drogi, w autobusie zmierzającym do miasta Posadas w północnej Argentynie, na granicy z miastem Encarnación po stronie paragwajskiej.

To jest pierwsza niezwykła rzecz jeżeli chodzi o ten kraj.

Trzy największe miasta w Paragwaju mają nazwy prosto z Biblii – Ucieleśnienie, Wniebowzięcie i Poczęcie. Encarnación na południu, stolica Asunción i Concepción na północy.

Druga najbardziej niezwykła i wyjątkowa rzecz w Paragwaju to zwyczaj picia yerba mate z kubków zrobionych z zielonego drewna palo santo, które ma niezwykły smak i aromat.

Trzecia najbardziej niezwykła rzecz w Paragwaju to codzienny chleb wszystkich Paragwajczyków, czyli bułka z manioku zwana chipą. Najlepsza jest świeżo upieczona, jeszcze ciepła, sprzedawana z kosza zawiniętego w czysty płócienny obrus.

Ale to jeszcze nic.

Następne trzy najbardziej niezwykłe rzeczy w Paragwaju są jeszcze bardziej niesamowite.

W 1864 r. prezydent Mariscal Lopez najpierw usiłował wtrącić się w sprawy wewnętrzne Urugwaju, a potem wypowiedział wojnę Argentynie. W odpowiedzi trzy najbliższe kraje zawiązały sojusz i skierowały się przeciwko niemu. Zaczęła się wojna znana jako Guerra de la triple allianza, czyli „wojna potrójnego sojuszu”, nazywana też wojną paragwajską.

Krótko mówiąc Brazylia, Urugwaj i Argentyna połączyły siły i bezlitośnie wymierzały Paragwajowi kolejne ciosy. Było jasne, że jeden niezbyt wielki kraj ma małe szanse wobec olbrzymich sąsiadów.

Giganci zachowali się łagodnie. Na początku wojny zaproponowali prezydentowi Lopezowi ugodę i przerwanie walk. Warunkiem jednak było nie tylko jego odejście ze stanowiska, ale opuszczenie Paragwaju na zawsze.

Mariscal Lopez nie zgodził się.

Wojna trwała nadal.

W konsekwencji przez sześć lat w jego kraju zginęło 75% wszystkich Paragwajczyków. Wyobrażasz sobie? Ze wszystkich ludzi w kraju tylko co czwarty pozostał żywy.

Ale to jeszcze nic.

Podczas bitew ginęli głównie mężczyźni.

Kiedy wojna się kończyła, okazało się, że w Paragwaju zginęło 99% mężczyzn powyżej dwudziestego roku życia. Zostały tylko kobiety i dzieci.

Wyobrażasz sobie taką sytuację?

Zabić wszystkich dorosłych mężczyzn w kraju?... Zostaje tylko 1% mężczyzn, wśród których są głównie staruszkowie, którzy byli zbyt słabi, żeby iść na wojnę i dlatego przeżyli.

Czy jesteś sobie w stanie wyobrazić taki kraj? Złożony wyłącznie z wdów, sierot i staruszków?

Tak właśnie było w Paragwaju pod koniec XIX wieku.


Ale i to jeszcze nic.

W 1869 roku stolica Paragwaju była oblężona, prezydent musiał uciekać, było jasne, że wojna jest przegrana. Kraje Potrójnego Sojuszu zażądały kapitulacji, ale Mariscal Lopez znów się na to nie zgodził i powtarzał, że będzie walczył do końca.

W jego kraju nie było już żołnierzy, bo wszyscy zostali zabici w bitwach. Armia nie istniała, panował głód i strach. Ale prezydent chciał walczyć dalej.

W sierpniu w okolicach wielkiego pola zwanego Acosta Ñu pojawiły się zbrojne oddziały Brazylijczyków.

– Przygotować wojsko! – rozkazał prezydent Mariscal Lopez.


– Ale jak?... – odpowiedział jego sekretarz. – Nie mamy już armii, nie mamy żołnierzy!

– Nie mamy?... – powtórzył prezydent i zacisnął pięści.

– Zostały tylko wdowy i dzieci – uzupełnił sekretarz.

Był pewnie przekonany, że to przesądzi sprawę, bo jak można toczyć wojnę nie mając ani jednego dorosłego żołnierza?...

– W takim razie wyślemy dzieci! – powiedział nagle prezydent.

– Dzieci?! – zdumiał się sekretarz. – Ale przecież z daleka będzie widać, że to nie są żołnierze!

– Wybierz wszystkich większych chłopców, ubierz ich w mundury i namaluj im wąsy! – powiedział prezydent i chociaż to brzmi jak ponury dowcip, to tak właśnie zrobiono!!!

Trzech i pół tysiąca chłopców przebrano w dorosłe ubrania, namalowano im pod nosami czarne wąsy i o ósmej rano wysłano na bitwę na wielkim, pustym polu. Tam wkrótce na rozpędzonych koniach nadciągnęła brazylijska kawaleria. Dzieci zaczęły uciekać przez pobliską rzekę, gdzie czekał drugi oddział konnych żołnierzy z Brazylii. Wszystkie zginęły.

Wyobrażasz sobie?

To tak niewiarygodne, że trudno uwierzyć.

Co roku 16 sierpnia w Paragwaju obchodzi się Dzień Dziecka – na cześć dzieci, które zginęły w tamtej bitwie.

Prezydent Mariscal Lopez zginął na polu walki. Argentyna zaproponowała, żeby podzielić Paragwaj na dwie połowy, jedną ona włączy do swojego terytorium, a druga zostanie wcielona do Brazylii.

W sumie było to całkiem logiczne rozwiązanie, biorąc pod uwagę fakt, że po wojnie w Paragwaju zostały tylko sieroty, wdowy i staruszkowie. Kto miał pracować w polu? Kto miał zakładać rodziny? Kto miał odbudować zrujnowane domy? No kto?... Kto mógłby ożenić się z paragwajskimi wdowami i wychować ich dzieci, skoro w państwie nie został ani jeden dorosły mężczyzna?...

Brazylia jednak nie zgodziła się na to rozwiązanie. Prawdopodobnie nie chciała sąsiadować bezpośrednio z równie wielką jak ona Argentyną.

Ostatecznie oba kraje odcięły sobie po kawałku terytorium Paragwaju, zabierając mu w sumie ponad 156 000 km2.

Widziałam wzruszające zdjęcia z tamtego czasu. Na jednym widać grupę kobiet o indiańskich rysach. Zawinięte w chusty i pledy, z małymi dziećmi i wyrazem rezygnacji na twarzach.

Wojna się skończyła, ale co dalej?...

I to jest następna niesamowita rzecz.

Kobiety stworzyły w Paragwaju nowe państwo!

Zakładały gospodarstwa, uprawiały ziemię, wychowywały dzieci, w miastach pracowały w urzędach i na rządowych posadach. W razie potrzeby były też żołnierzami, policjantami, sędziami, brukarzami i murarzami.

Założyły nowe plantacje yerba mate, bo poprzednie zostały albo zniszczone, albo stracone razem z terytorium zabranym przez zwycięskich sąsiadów.

W sumie dziwne jest to, że kobieta nie została nowym prezydentem Paragwaju, ale był 1870 rok i takie rzeczy jeszcze się nikomu nie śniły.

ROZDZIAŁ 3


Hobbit w podróży

Dojechałam do końca Argentyny. Miasto Posadas. Za mostem nad rzeką Paraná jest już Paragwaj! Biegnę z dworca na ulicę, łapię taksówkę, urząd imigracyjny i stempel wyjazdowy z Argentyny, potem długi most nad rzeką i urząd imigracyjny Paragwaju. Hurra!!

Za komputerem siedzi młody chłopak. Wygląda na osiemnaście lat. Bierze mój paszport, nie zadaje żadnych pytań, daje mi wizę wjazdową na dziewięćdziesiąt dni i stempel wjazdowy do Paragwaju. To było chyba najszybsze przejście przez granicę, jakie pamiętam.

Encarnación, czyli Wcielenie! Miasto na południowym krańcu Paragwaju.

Jest już późno, minęła ósma wieczorem, ale jeszcze nie czas na sen. Najpierw muszę sprawdzić o której odjeżdża pierwszy autobus dalej na północ i kupić bilet na jutro. Trochę mi się śpieszy, bo chcę zdążyć złapać we wtorek łódź towarową, która tylko raz w tygodniu płynie na północ po rzece Paragwaj.

Właściwie trasa tej wyprawy miała wyglądać inaczej. Ale niespodziewanie odkryłam po drodze tak zachwycające miejsca, że chciałam zostać tam dłużej, dlatego teraz śpieszę się na północ, a zwiedzanie wodospadów Iguazú, stolicy Paragwaju i innych zakątków zostawiam na koniec.

Mam bilet.

Mam hotel tuż obok dworca autobusowego.

Mój hotel nazywa się „Hotel”, a noc kosztuje 50 000 guaraní, czyli dziesięć dolarów. Zarzucam plecak na ramiona, czując jak z każdą godziną staje się bardziej ciężki, biorę klucz i idę na spotkanie tajemnicy, bo nigdy nie wiem jak będzie wyglądał pokój, za który właśnie zapłaciłam.


Pieczęć wjazdowa do Paragwaju.


Tak, wiem, oczywiście mogę poprosić, żeby najpierw pokazano mi pokój, mogę wybrzydzać, że za małe okno, za duże pajęczyny i tak dalej, ale kiedy jesteś w podróży od czternastu godzin (i czternastu dni), to zapewniam cię, że uczysz się pogodnie akceptować wszystko, co życie przynosi ci w prezencie.

Bo przecież mogłoby się okazać, że nie ma hotelu. Albo że jest hotel, ale akurat w okolicy odbywa się konferencja hodowców yerba mate i wszystkie pokoje są zajęte. Albo mogłoby się okazać, że to jest hotel tylko dla Paragwajczyków, gdzie nie wynajmuje się pokoi blondynkom zza oceanu.

Wiesz o co chodzi.

Podczas samotnej wyprawy z całą jasnością dociera do ciebie fakt, że nic nie jest zagwarantowane, pewne ani całkowicie przewidywalne.

Wszystko może się zdarzyć.

Jesteś jak rozpędzony Hobbit wkraczający w nieznane sobie krainy i nie wiesz co ani kto stanie na twojej drodze, czy góry cię przepuszczą dalej, czy może zamkną ci przejście i będziesz musiał wdrapać się na wierzchołek, żeby zejść w dół po drugiej stronie.

Nic nie wiesz z wyjątkiem jednego: chcesz dotrzeć do celu. Jesteś gotów pokonać wszystkie przeszkody. I z radosną wdzięcznością przyjmujesz proste drogi, które same się przed tobą otwierają.

Nie marudzisz i nie żądasz, żeby świat dostosował się do ciebie. Do twoich potrzeb, przyzwyczajeń i twojej wygody.

Wprost przeciwnie.

Ćwiczysz swoją elastyczność i chętnie dostosowujesz się do tego, co świat ma ci do zaoferowania.

Myślisz, że ja lubię brudne prześcieradła, zimny prysznic, lepki koc, pokoje bez okna i ściany pomalowane na zielono?

O nie!

Uwielbiam światło, słońce, przestrzeń, czystość i porządek. Tak mam u siebie w domu.

Ale kiedy jestem w podróży, to wiem, że jestem gościem w nowych, nieznanych światach, a moje bezpieczeństwo i życie zależy od tego jak sprawnie uda mi się dostosować do obowiązujących tam zwyczajów. Wtedy życie samo poniesie mnie dalej. Ale najpierw ja mentalnie muszę zaakceptować wszystko, co tam istnieje.

 

Wszystko. To, że ktoś się rusza powoli, a nie szybko. To, że wszyscy piją kawę z cukrem albo to, że nikt nie pije kawy. To, że na łóżku w hotelu leży pościel ze śladami wielu wcześniejszych gości. Albo to, że nikomu wydają się nie przeszkadzać śmieci leżące na ulicy.

To nie jest moja sprawa. Nie oceniam tego, nie krytykuję i nie mówię:

– Jak oni tak mogą!

Przyjmuję do wiadomości, że tak jest i nie zastanawiam się dlaczego, bo każdy powód, którym mogłabym próbować to sobie wytłumaczyć, i tak byłby z góry przesiąknięty moim europejskim sposobem myślenia, więc najprawdopodobniej byłby błędny w odniesieniu do czegoś, co dzieje się na innych kontynentach.

To jest mój punkt wyjścia.

Na początku nie było łatwo, ale z biegiem czasu wytrenowałam taki sposób myślenia.

To bardzo ułatwia podróżowanie.

A co najważniejsze – uwalnia cię od przesądów i uprzedzeń, czyli uwalnia cię także od strachu, który był ich konsekwencją, i który jest łatwo wyczuwalny przez ludzi, których spotykasz na swojej drodze.

Takie nastawienie na akceptację i gotowość do przystosowania się do nowych warunków daje fantastyczną wolność. Wolność umysłu, który jest wtedy niespętany wcześniejszymi – i zwykle zafałszowanymi – stereotypami.

Stoję więc w recepcji hotelu o nazwie Hotel i cieszę się z tego, że jest wolny pokój. Płacę z góry, biorę klucz i wdrapuję się po wysokich schodach na piętro.

Chwila prawdy.

Co znajdę po drugiej stronie? Czy zachwycający pokoik ogrzany ostatnimi promieniami zachodzącego słońca? Czy może ciemną komórkę zagraconą starymi, zniszczonymi meblami?

Czy będzie woda w kranie? Czy będzie prysznic? Czy będę mogła stanąć bosą stopą na podłodze, czy przykleję się do jej od lat nawarstwionego brudu?

Będzie co ma być.

Na razie i tak nie mogę otworzyć drzwi.

Klucz wchodzi do zamka, ale nie chce się przekręcać.

To się często zdarza.

W tanich hotelach montuje się najtańsze zamki, które szybko się zużywają, ścierają się ząbki, klucz przestaje działać.

Trzeba bardzo umiejętnie i powoli przymierzać klucz do różnych pozycji, wsuwać go po milimetrze, próbując czy będzie miał ochotę przekręcić się w tym miejscu i wpuścić cię do środka.

Nieważne od ilu godzin i dni jesteś w podróży, czy jesteś głodny, spragniony albo jak bardzo koniecznie musisz skorzystać z toalety.

Klucz jest teraz królem twojego życia.

Jeśli będziesz szarpał go niecierpliwie, stanie się bezwładnym narzędziem w twojej dłoni, napędzającym twój gniew.

Ale jeśli chwycisz go z wyczuciem, delikatnie i pozwolisz mu przez chwilę rządzić, poczujesz, że odwzajemnia ci się zgodą i spokojem, i pozwoli wejść ci do środka.

Mój klucz stanął dęba.

Uderzał chaotycznie w metalowe szczerbinki, zgrzytał i warczał jak pies.

– Spokojnie – mruknęłam częściowo do niego, częściowo do siebie. – Tylko spokojnie.

Zdjęłam plecak, odstawiłam torbę, wzięłam głęboki oddech i położyłam palce na kluczu. Powolutku, stopniowo wsuwałam go do środka, poruszając lekko to w lewo, to w prawo.

Jeszcze raz. Miękko, z wyczuciem, delikatnie, pozwalając mu odnaleźć właściwie połączenie. Klik! Zamek posłusznie się przekręca. Hurra! Mogę wejść do środka!!!