Blondynka na HawajachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Blondynka na Hawajach
Blondynka na Hawajach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Blondynka na Hawajach
Tekst
Blondynka na Hawajach
E-book
29,90 
Szczegóły
Blondynka na Hawajach
Blondynka na Hawajach
Audiobook
Czyta Beata Pawlikowska
31,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 8. W Morzu Chmur

ROZDZIAŁ 8

W Morzu Chmur


Było bardzo zimno.

Dookoła rozciągało się Morze Chmur.

W ciemności powoli ginęły kopuły międzynarodowych teleskopów.

Został tylko pomarańczowy pasek światła na niebie.

I srebrzyste, błękitne kłębki obłoków poniżej szczytu.

Stałam nad chmurami.

Na szczycie Mauna Kea, najwyższej góry świata.

Odsunęłam na chwilę wszystkie myśli.

Zapomniałam o teleskopach i obserwatoriach.

Znajdowałam się w punkcie połączenia Ziemi i Nieba.

U celu spełnionego marzenia

Czy to nie jest najbardziej niezwykłe miejsce na świecie?…


Spełniłam moje marzenie! Stoję na szczycie najwyższej góry świata, Mauna Kea na Hawajach.

Czubek góry odległej o dwanaście tysięcy kilometrów od miasta w północnej Polsce. Niepokorna dziewczyna z głową pełną marzeń. Nie miałam wtedy nic, z czego mogłabym czerpać choćby cząstkową pewność co do tego, że moje marzenie się spełni. Brakowało mi nie tylko pieniędzy, ale i wolności. W tamtych czasach nie można było swobodnie podróżować. Granice były zamknięte dla takich jak ja.

Ziemia w najszerszym miejscu ma czterdzieści tysięcy kilometrów obwodu.

Dwanaście tysięcy kilometrów to wyprawa na drugą półkulę. To podróż do krainy nocy w czasie kiedy w Polsce jest dzień. To podróż równie daleka i nieprzewidywalna jak żeglowanie wa'a kaulua1 w poszukiwaniu nowej ziemi.

Usłyszałam jak szumi obracający się teleskop. Zewnętrzna pokrywa rozsunęła się, odsłaniając wielkie lśniące oko wpatrzone w kosmos.

To też wyprawa w nieznane. Ale czy jesteście już gotowi opuścić na zawsze Ziemię i zamieszkać na nowej planecie znalezionej w przestrzeni kosmicznej?

Zimny wiatr szarpał mnie za ubranie i popychał.

Słońce zabrało wszystkie pomarańczowe cienie i zanurzyło się w Morzu Chmur.

Na Mauna Kea zapadła ciemność.

Zabłysły niecierpliwie reflektory samochodów.

– Nikomu nie wolno tu zostać po zmroku! – powtarzali kierowcy. – Wszyscy muszą opuścić szczyt!

W samochodzie było bardzo cicho i bardzo ciepło.

Na zewnątrz szalał suchy, lodowaty wiatr. Lśniły pierwsze gwiazdy. Wydawało mi się, że Mauna Kea mówi coś do nas, czego nie mogłam usłyszeć.

– Zaraz wrócę! – zawołałam wyskakując na zewnątrz. – Zgubiłam coś! Zaraz będę z powrotem!

I pobiegłam w noc.

Obejrzyj film o marzeniach,

który nagrałam na szczycie najwyższej

góry świata Mauna Kea na Hawajach.

https://youtu.be/rfzf5C3Z77Y

Wa'a kaulua (haw.) – Tradycyjna hawajska duża łódź o podwójnym kadłubie, używana w dawnych czasach do podróży przez ocean. [wróć]

Rozdział 9. Sen o brązowych butach

ROZDZIAŁ 9

Sen o brązowych butach


Gorące kakao i czekoladowe ciastka. Kierowca zatrzymał się w powrotnej drodze na wysokości centrum dla gości. Wyjął termosy, plastikowe pojemniki z ciastem i teleskopy. Gorące kakao, czekoladowe ciastka i srebrna planeta Wenus. Bliska jak na wyciągnięcie ramienia.

Patrzę na czarne hawajskie niebo obsypane gwiazdami i myślami jestem wciąż przy tym, co zdarzyło się na szczycie.

Wyskoczyłam z samochodu w ciemność i zaczęłam biec. Chciałam spędzić jeszcze trochę czasu na najwyższej górze świata. Chciałam znaleźć to coś, co przyzywało mnie do siebie przez tyle lat. To, co było w tej górze magiczne od pierwszej sekundy kiedy usłyszałam nazwę Mauna Kea.

Biegłam pod wiatr tak silny, że ledwo posuwałam się naprzód. Chłostał mnie po twarzy, szarpał za ubranie. Tlenu w powietrzu było o połowę mniej niż na dole, w końcu stanęłam więc ciężko dysząc. W tym samym momencie zdarzyły się trzy rzeczy.

Nieopodal w ciemności zabłysło światło, tak jakby ktoś włączył latarkę.

Nagły podmuch wiatru uderzył mnie znienacka z boku tak mocno, że prawie straciłam równowagę.

Razem ze światełkiem i wiatrem nagle w mojej głowie jak kolorowy film na wielkim ekranie wyświetlił się sen. Jeden z najbardziej niezwykłych snów w moim życiu!

Zupełnie o nim zapomniałam. Pochłonęło mnie odkrywanie nowego miejsca, śniadanie, gorąca kawa, przygotowania do wyprawy. A teraz nagle wrócił. Miałam wrażenie, że to on był wiatrem i światłem, które rozbłysło w ciemności.


Mój cień o zachodzie słońca na szczycie Mauna Kea. Na zdjęciu nie widać, że wiał huraganowy, lodowaty wiatr.

To jest to, co Mauna Kea miała mi do przekazania.

To jest to, co mam zabrać z jej wierzchołka na całą resztę życia.

– Dziękuję ci, Mauna Kea! – szepnęłam w ciemność do zimnego wiatru. I wróciłam do samochodu.

Śniło mi się, że jest jasny, letni poranek. Byłam już prawie gotowa wyjść do szkoły. Miałam na sobie odświętne ubranie – białą bluzkę z brązową wstążeczką i szeroką spódnicę, która szeleściła przy każdym ruchu. Do kompletu brakowało mi tylko brązowych pantofli.

– Ja gdzieś mam takie brązowe buty! – szepnęłam do siebie. – Tylko gdzie?…

Przeszukałam szafki, półki i szuflady. Wiedziałam, że mam idealne buty, które będą pasowały do tego stroju. Tylko gdzie one mogą być?…

Jeszcze raz zajrzałam do wszystkich szaf i pudełek.

Mogłabym włożyć inne buty, nie przejmować się, nie starać się tak bardzo, ale nie. To było dla mnie ważne. Spojrzałam do lustra. Jeśli już mam na sobie tak świetnie wyglądające ubranie, to warto się postarać i dopełnić całości równie doskonale pasującymi pantoflami.

– Hm, jest jeszcze jedno miejsce, gdzie nie szukałam – przypomniałam sobie.

W domu w moim śnie był wyjątkowy pokój. Był inny od wszystkich, bardzo wąski i długi. Wyglądał właściwie bardziej jak korytarz niż pokój, ale prawdę mówiąc nigdy nie sprawdziłam dokąd może prowadzić.

Ponieważ był taki wąski i długi, trzymaliśmy w nim buty.

Weszłam na piętro w mojej pięknej szeleszczącej spódnicy i otworzyłam drzwi.

Pokoik miał nieco ponad metr szerokości i ciągnął się daleko w głąb. Pod ścianą stały pudełka z butami. Było ich dużo, ale ja miałam czas. Gdzieś tu na pewno są moje ulubione brązowe pantofle na obcasach… Odkrywałam pudełko po pudełku, stopniowo przesuwając się coraz dalej i dalej, bliżej tylnej ściany.

Mam!!! Znalazłam!!! Są dokładnie tak doskonałe, jak je pamiętałam! Będą idealnie pasowały do mojego stroju!

Wstałam bardzo zadowolona. Ściskałam w rękach śliczne brązowe pantofle wyobrażając sobie jak świetnie będą na mnie wyglądały. Zrobiłam jeszcze kilka małych kroków do końca pokoju i nagle nogi się pode mną ugięły.

Za pudełkami butów leżało małe, zaniedbane, wychudzone zwierzątko podobne do kota. Ledwie się ruszało. Obok na tekturze leżały dwa kociątka.

Nagle we śnie przypomniałam sobie, że miałam się nimi opiekować! Że obiecałam sobie i im, że będę o nie dbała, będę je karmić, będę się z nimi bawić, będę spędzać z nimi czas!!!…. I na początku rzeczywiście dotrzymywałam słowa, ale później… Później pochłonęły mnie inne zajęcia i obowiązki. Chodzenie do szkoły, zdobywanie dobrych stopni, spotkania z koleżankami, gry i zabawy, oglądanie telewizji, słuchanie wiadomości, zakupy w internecie, seriale, rozmawianie o tym co dzieje się w Polsce, praca, wakacje, oglądanie, przymierzanie i kupowanie ubrań, przymierzanie, oglądanie i kupowanie butów… Mnóstwa butów… We śnie miałam tyle par butów, że łatwo mogłabym nimi obdzielić wszystkie koleżanki z klasy.


Na ławce Forresta Gumpa i w jego butach. Ławka – wraz z butami i walizeczką – stoi przy głównej ulicy w mieście Lahaina na wyspie Maui.

Koty w moim śnie koty były tak opuszczone, samotne i zaniedbane, że ledwie się ruszały. Spojrzałam na idealne brązowe pantofle, które wciąż trzymałam w rękach i nagle zrozumiałam coś bardzo ważnego.

W życiu nie chodzi o buty.

Najważniejsze w życiu nie jest to, co możesz zgromadzić, zebrać, policzyć i kupić.

W życiu nie chodzi o to, żeby ładnie wyglądać i podobać się innym.

Nie chodzi w ogóle o to wszystko, co znajduje na zewnątrz poza tobą.

W życiu najważniejsze jest to w jaki sposób opiekujesz się swoją własną duszą. Swoją duchowością. Jaki masz kontakt z Bogiem i swoim własnym wewnętrznym ja.

Czy twoja dusza leży samotnie porzucona, zapomniana na kawałku tektury pod ścianą, zasłonięta przez pudełka z butami, które wydawały ci się ważne?

Czy pamiętasz o tym, żeby codziennie zajmować się swoim rozwojem duchowym? Dbać o swoje wewnętrzne ja, karmić swoją duszę, spędzać z nią czas?…

Czy w twoim życiu panuje równowaga pomiędzy ilością par butów a ilością czasu poświęconego medytacji i modlitwie?

No powiedz.

A wiesz dlaczego to jest ważne?

Człowiek jest istotą materialną napędzaną przez niematerialną duszę.

 

Ciało samo z siebie nie żyje.

Ciało samo z siebie nie posiada takiej mocy, żeby utrzymać w sobie życie. Serce tłoczy krew, płuca nabierają powietrza, komórki nerwowe wysyłają sygnały do wszystkich żywych komórek znajdujących się w ciele. Dzieje się to tak długo, jak w ciele jest też dusza. Kiedy dusza odchodzi, ciało przestaje działać.

Źródłem życia jest to, co jest w nas duchowe.

Duchowość podtrzymuje przy życiu fizyczność.

Nie odwrotnie.

To znaczy, że człowiek jest co najmniej w połowie istotą duchową, a jedynie w połowie bytem materialnym.

Żeby mógł o sobie powiedzieć, że jest w pełni człowiekiem, żeby rozwijać się harmonijnie, doświadczać szczęścia i równowagi, musi w równym stopniu dbać o swoją duchowość, jak i o swoją fizyczność. Mówiąc inaczej: musi w równym stopniu zajmować się światem wewnętrznym, co światem zewnętrznym.

Świat zewnętrzny to wszystko, co jest dookoła i służy ciału fizycznemu. Jedzenie, ubrania, telewizja, lustro, makijaż i wygląd, zarabianie pieniędzy i wydawanie pieniędzy, uprawianie sportu, palenie papierosów i inne używki, które dostarczają chwili przyjemności albo ulgi, podróże, wakacje, relacje z innymi ludźmi, nagrody, osiągniecia, projekty, zadania, wychowanie dzieci.


Biały hibiskus, Koki'o ke'oke'o (łac. Hibiscus arnottianus), jeden z siedmiu endemicznych gatunków hibiskusa, które rosną tylko na Hawajach.

Świat wewnętrzny to jest to, co dzieje się pomiędzy mną a Siłą Wyższą, czyli Bogiem rozumianym w taki sposób, jaki jest dla ciebie najlepszy. To modlitwa, medytacja i każda inna czynność, podczas której świadomie nawiążesz kontakt z własną duszą i Bogiem.

Spacer może być czymś czysto zewnętrznym – kiedy idziesz po polnej drodze rozmawiając przez telefon, rozpamiętując jakąś sytuację albo zastanawiając się jak rozwiązać problem.

Spacer po tej samej ścieżce i tego samego dnia może być czymś całkowicie wewnętrznym – kiedy kieruję moją uwagę na odbieranie piękna przyrody, słucham wiatru i mojej własnej duszy. Pytam siebie czego pragnę, co mi przeszkadza, jak mogę moje życie uczynić lepszym. Pytam Boga czy idę we właściwą stronę, odnawiam z nim połączenie i czuję w sobie jego moc.

Nawet pójście do świątyni może być czymś zewnętrznym, nieduchowym. Tak będzie wtedy kiedy idziesz do kościoła z przyzwyczajenia i zwracasz uwagę na to, w co ubrani są ludzie, co robią i co mówią, jak się zachowują. Myślisz o tym co masz do zrobienia, planujesz resztę tygodnia albo podróży. Zajmujesz się tym, co jest na zewnątrz twojej duszy.

I tak samo wędrówka przez pole kapusty może być czymś duchowym i wewnętrznym. Patrzę wtedy na główki kapusty jak cud życia, sycę oczy ich zielonym kolorem, myślę o Bogu, prowadzę ze sobą wewnętrzny dialog. Daję mojemu wewnętrznemu światu uwagę i troskę. Zajmuję się moją duszą.

I o to właśnie chodzi w życiu.

Nie o brązowe buty. Nie o to, żeby świetnie wyglądać i posiadać to, co pomoże mi wywrzeć na ludziach odpowiednie wrażenie.

W życiu chodzi o równowagę pomiędzy światem duchowym a materialnym.

Chodzi o to, żeby każda z tych sfer była równie ważna i żeby świadomie zajmować się każdą z nich w taki sposób, żeby utrzymać między nimi równowagę.

Będę miała wtedy mniej pudełek z butami, ale na pewno nigdy nie zapomnę o nakarmieniu mojej duszy.

Być może nawet kiedy uprzątnę nadmiar butów, pewnego dnia powstanie przejście, którym będę mogła wygodnie przejść dalej. Zobaczę wtedy dokąd prowadzi tajemniczy wąski pokoik i co znajduje się za zakrętem.

Na razie jednak będę pamiętać o tym, co najważniejsze.

Życie składa się w połowie z duchowości i w połowie ze spraw materialnych.

Tylko wtedy, kiedy poświęcam tyle samo uwagi i czasu obu tym sferom, mogę żyć w stanie harmonii i równowagi. Ta harmonia i równowaga są źródłem czystej, szczęśliwej radości i poczucia sensu. Smutek, depresja, zniechęcenie, zmęczenie, przygnębienie, brak motywacji i siły to wynik zaburzenia równowagi pomiędzy tym co wewnętrzne i duchowe a tym co zewnętrzne i materialne.

Tamtego poranka w moim śnie zajmowałam się tylko sprawami ciała. Zjadłam śniadanie, przejrzałam się w lustrze, myślami byłam przy tym co się wydarzy. Ani przez moment nie poświęciłam mojej uwagi temu, co duchowe. Nie podziękowałam za nowy dzień ani za słoneczny, jasny poranek, nie nawiązałam kontaktu z moją duszą, nie zainteresowałam się w jakim jest stanie i czego potrzebuje.

Wstałam i biegałam po domu zajmując się różnymi rzeczami i przedmiotami. Tylko nie tym, co składa się na moją prawdziwą siebie.

W życiu nie chodzi o brązowe buty.

Ani o to jak świetnie potrafisz dobrać ubranie i zaprezentować się innym.

Ani o to jakie zrobisz na nich wrażenie, co o tobie pomyślą i powiedzą.

W życiu chodzi o to, żeby świadomie dbać o całość swojego człowieczeństwa.

Zarówno o sprawy materialne, jak i sprawy duchowe.

Poświęcać im tyle samo czasu, uwagi i zainteresowania.

Pamiętać o tym, żeby codziennie odwiedzić swoją duszę, nakarmić ją i zapytać czego potrzebuje. Opiekować się nią. Bo z niej wypływa wszystko inne, co możesz mieć.

Dziękuję ci, Mauna Keo.

Będę o tym pamiętać.

Na zawsze.


Rozdział 10. W krainie wulkanów

ROZDZIAŁ 10

W krainie wulkanów


Czasem jest tak, że widzisz błękitny ocean i masz tak wielką chęć, żeby się w nim zanurzyć i pływać, że nie czekasz ani chwili dłużej. Czujesz jak łagodnie unosi cię słona woda, patrzysz w niebo i myślisz, że to jest najpiękniejszy moment twojego życia.

Czasem nawet jest tak, że obserwowałeś ten ocean z daleka od pewnego czasu, on wabił cię do siebie, ale znajdowałeś wiele powodów, żeby do niego nie wejść. Mówiłeś, że nie masz teraz czasu, że musisz coś pilnie skończyć, że nie jesteś gotowy, że woda jest za zimna, że nie masz kąpielówek.

Ale przychodzi taki dzień kiedy po prostu wstajesz i idziesz. Stajesz na brzegu, pytasz jeszcze raz swojego serca, a ono nic nie mówi, bo nie potrzeba już żadnych słów. Wiesz, że chcesz to zrobić i wiesz, że właśnie teraz jest czas, żeby to zrobić. I po prostu to robisz.

Kładziesz się na falach, oddychasz i wiesz, że tak właśnie miało być. Ocean kołysze cię jak przyjazna kolebka. Słońce głaszcze cię po twarzy. Zamykasz oczy, czujesz się wspaniale.

I wtedy nagle przychodzi fala. Nie wiesz kiedy ani skąd, znienacka pojawia się na oceanie jak płetwa rekina, pędzi prosto do ciebie i zanim zdążysz się zorientować, zagarnia cię w swoje mocarne ramiona i robi z tobą co zechce. Spycha pod wodę albo na skały, przyciska do dna albo wyrzuca cię na piasek przy brzegu jak szprotkę.

Z podróżami jest tak samo.

Podróż jest jak ocean. Czasem wydaje ci się, że możesz po nim płynąć, ale bywa też tak, że pojawia się niespodziewana fala, która porywa cię ze sobą w nieznane i jest tak szybka i silna, że nic nie możesz zrobić. Nie możesz się zatrzymać ani zmienić kierunku, nie ma się czego złapać i nie ma nikogo do pomocy. Lecisz wtedy na falach nie wiadomo dokąd, starając się nadążyć nie tylko za zmieniającymi się okolicznościami, ale i za własnymi myślami.


Wodospad ukryty w dżungli na wyspie Maui.

Ja tak się właśnie czułam.

To wszystko zdarzyło się bardzo szybko.

Najpierw przeskoczyłam nad oceanem na drugi kontynent. Potem z tego kontynentu poleciałam dalej na archipelag, gdzie czas jest odwrócony o 12 godzin, czyli dzień jest wtedy kiedy u nas jest noc i odwrotnie. Potem z tropikalnego wilgotnego skwaru niespodziewanie wjechałam samochodem na szczyt bardzo zimnej i bardzo suchej góry, a następnie wróciłam w buchający gorącem upał na wielkiej, czarnej, płaskiej, wulkanicznej pustyni.

A następnie wszystko znów się zmieniło.

– Jeśli to jest sen, to ja chcę śnić go dalej!!! – pomyślałam.

Nie było już czarnej bezkresnej twardej zastygłej lawy. Ani suchych żółtych traw potrząsanych wiatrem. Ani suchego mrozu szczypiącego w palce. Ani w ogóle żadnej z rzeczy, które dotychczas spotkałam na Hawajach.

Ale powiem ci: to było dokładnie to, co chciałam zobaczyć. To, co zawsze kojarzyło mi się z Hawajami. To było to, co nieśmiało spodziewałam się tutaj znaleźć. I tak!!!! Teraz to mam!!! O ile oczywiście to nie jest sen.

Wyciągnęłam rękę. Poczułam lekkie jak mgła kropelki świeżej wody. Wesoło szumiały zielone liście poruszane przez wiatr. Drzewa kołysały się beztrosko, z góry spoglądając na cały piękny, bujny, rozkwitający świat.

Poczułam się jak w raju.

Puszysty wodospad lśnił jak spadająca gwiazda. Szalona tropikalna zieloność pokrywała każdy metr ziemi. Powietrze pachniało życiem, obfitością i…

Poruszyłam nosem.

Nie zapominaj, że jesteś w królestwie bogini Pele.


Restauracja z widokiem na wodospad na wyspie Big Island.

To ona stworzyła wyspy.

Jest królową i boginią wulkanów.

Tutaj każdy o tym pamięta.

W powietrzu pachniało dymem i popiołem. Wczoraj ze szczytu Mauna Kea w ciemności widziałam ogniste języki ognia spływające po zboczach najbardziej aktywnego wulkanu świata, Kīlauea. Najpierw w górę wystrzeliły pióropusze popiołu wysokie na ponad dziesięć kilometrów. Potem po wyspie zaczęły płynąć rzeki roztopionych, bulgoczących skał. Zamknięto park narodowy i wiele dróg, ewakuowano mieszkańców pobliskich miejscowości. Gorąca lawa wypełniła całe największe jezioro na Hawajach – Green Lake, zalała trzy osady i zatokę Kapoho, tworząc nowy ląd powiększający wyspę o ponad półtora kilometra. To może być szokujące dla nas, przybyszów z Europy. Ludzie na Hawajach podchodzą do tego spokojnie. Wiedzą, że wulkan Kīlauea jest wcieleniem bogini ognia, błyskawicy, wiatru i wulkanów. To ona rządzi na Hawajach.

Zobacz hawajską tancereczkę

w samochodzie jadącym przez jedną z hawajskich

wysp. W tle słychać piosenkę Elvisa Presleya :)

Przejdź do YT

Rozdział 11. Bogini Pele

ROZDZIAŁ 11

Bogini Pele


Oglądałam kiedyś reportaż nakręcony niedługo po wybuchu jednego z hawajskich wulkanów. Gorąca lawa z syczeniem i mlaskaniem płynęła po ziemi. Przez pola uprawne, ogrody i domy zbudowane w wiosce. Roztopiona magma ma około tysiąca stopni Celsjusza. Wylewa się z krateru i jeśli jest bardzo gęsta, zostaje na jego zboczach. Jeśli jest bardziej płynna, płynie dalej przed siebie przez wiele kilometrów, pochłaniając wszystko, co stanie jej na drodze. Nie ma sposobu, żeby ją zatrzymać.

Niektórzy ludzie w wiosce zdążyli spakować kilka najważniejszych rzeczy. Inni musieli wszystko zostawić i uciekali, żeby ratować życie. Zatrzymali się w bezpiecznej odległości i patrzyli jak pod gorącą lawą ginie cały dorobek ich życia.

Wtedy właśnie podszedł do nich reporter z mikrofonem. Spodziewał się zapewne zobaczyć bezradne łzy i rozpacz, jakie zwykle towarzyszą ludziom w takiej sytuacji. To całkiem zrozumiałe. Przez wiele lat pracujesz, zarabiasz pieniądze, urządzasz swój własny kąt na ziemi, gromadzisz przedmioty, które są drogie twojemu sercu. Nie chcesz ich stracić. Mają wartość nie tylko materialną, ale też emocjonalną, duchową. Czy nie z tego właśnie składa się życie?

I jeśli niespodziewanie pojawi się siła, która zabiera ci wszystko, co zbudowałeś przez tyle lat, nic dziwnego, że poczujesz żal, smutek, bunt, poczucie straty.

Reporter zatrzymał się ze zdumieniem.

Jeden z mężczyzn, który zdołał ze swojego domu wynieść tylko koszulę, którą miał na plecach, patrzył na katastroficzną rzekę lawy z pogodną twarzą.


Czarna plaża z zastygłej wulkanicznej lawy na Big Island.

 

– Jak to? – zagadnął zaskoczony reporter. – Nie martwi się pan tym, co właśnie się stało?

– A dlaczego miałbym się tym martwić? – odrzekł ze spokojem mężczyzna.

– Wioska została pochłonięta przez lawę! Domy spalone, nie uda się odzyskać niczego, co w nich zostało!

– Tak chciała bogini Pele – odpowiedział Hawajczyk. – Jeśli ona tego chciała, to kim jestem ja, żeby się z tym kłócić? Przecież wiem, że bogini Pele zabiera czasem coś, co jest jej potrzebne. Ale wiem też, że zawsze w zamian przynosi człowiekowi coś nowego.

Bogini ognia i wulkanów ma na imię Pele. Jest córką bogini płodności i macierzyństwa o imieniu Haumea pochodzącej z rodu zapoczątkowanego przez Boga Wakea. Tego, który stworzył świat.

Bogini Pele jest nieprzewidywalna, zmienna, gwałtowna i kapryśna. Równie szybko niszczy, co buduje. Mieszka na szczycie wulkanu Kīlauea na największej wyspie, ale lubi podróżować i często można ją spotkać. Nigdy nie wiadomo w jaką postać zechce się wcielić. Czy będzie młodą piękną dziewczyną, czy białym psem, czy staruszką o lasce.

Pewnego razu dwie dziewczynki znalazły dojrzały owoc drzewa bochenkowego. Był duży, okrągły, zielony, pełen smakowitych nasion wielkości kasztanów, które po upieczeniu stają się miękkie i pyszne, w smaku trochę podobne do ziemniaków.


Hawajskie opakowanie czipsów ziemniaczanych zachęca klientów obrazkiem dziewcząt wykonujących tradycyjny taniec hula.

Dziewczynki rozpaliły małe ognisko na wzgórzu, włożyły owoc do popiołu i cierpliwie czekały aż się upiecze.

Nagle z ciemności wyszła staruszka. Podeszła do ognia i powiedziała:

– Jestem głodna, a tutaj tak cudownie pachnie owoc drzewa bochenkowego. Czy podzielicie się ze mną swoim obiadem?

– To nie jest obiad dla nas – odrzekła Malia. – Upiekłyśmy nasiona, żeby zabrać je do domu i podzielić się z rodziną. Jest nas tak dużo, że dla nas samych nie wystarczy.

– Ja oddam ci część z mojej połowy owocu – powiedziała druga dziewczynka, Leilane. – Jeżeli…

I zanim zdążyła skończyć, staruszka szybkim ruchem pochyliła się nad ogniskiem, włożyła do niego obie dłonie i wyjęła gorący, upieczony owoc. Zjadła z apetytem połowę, a potem powiedziała:

– Twoi rodzice to mądrzy ludzie. Dobrze cię wychowali. Powiedz im, żeby dzisiaj w nocy powiesili na domu płachty kapa1. Ze wszystkich stron. To bardzo ważne.

Staruszka wytarła palce o ubranie i cofnęła się w mrok tak szybko, że zaskoczone dziewczynki nie zdążyły o nic więcej zapytać.

Tej samej nocy nad ranem wybuchł wulkan. Rozpalona lawa pochłonęła wszystkie domy w wiosce. Z wyjątkiem jednego. Tego, na którym z czterech stron wisiał materiał kapa.

Jak mawiają Hawajczycy, płynie z tego morał taki:

Zawsze dziel się jedzeniem.

Szanuj starszych.

Bądź dobrym człowiekiem.

Zobacz jak wygląda

jeden dzień na wyspie Hawaii,

czyli Big Island.

Przejdź do YT

Kapa – (haw.) hawajska tkanina zrobiona ze specjalnie przygotowanej kory drzew. [wróć]