Blondynka na HawajachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Blondynka na Hawajach
Blondynka na Hawajach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 61,80  49,44 
Blondynka na Hawajach
Tekst
Blondynka na Hawajach
E-book
29,90 
Szczegóły
Blondynka na Hawajach
Blondynka na Hawajach
Audiobook
Czyta Beata Pawlikowska
31,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5. Rajskie wyspy

ROZDZIAŁ 5

Rajskie wyspy


Kona to zawietrzna strona wyspy. Każdej wyspy. Wszystkie wyspy na Hawajach mają region, który nazywa się Kona. To jest ta część, do której przybywa wiatr z oceanu. Oraz samolot z San Francisco, który zgodnie z planem wylądował około pierwszej po południu lokalnego czasu.

Małe budynki lotniska w tradycyjnym hawajskim stylu, szum w głowie. Dwanaście godzin różnicy w porównaniu z czasem w Polsce. Wyruszyłam w środę rano, teraz jest piątek nad ranem, ale jednocześnie czwartek po południu. Godziny spędzone na sztucznie oświetlonych lotniskach i w samolotach zlewają się ze sobą. Nie wiem już gdzie jestem. Jedyna nadzieja w tym, że pilot wylądował właściwie.

Wyciągam z ciekawością szyję. Może gdzieś w oddali zobaczę wierzchołek najwyższej góry świata? Nic nie widać. Niebo jest zasnute dymem wydobywającym się z wulkanów na południowo-wschodniej części wyspy.

Kona to zawietrzna część Big Island, Wielkiej Wyspy. Zawietrzna, czyli ta, z której wieje wiatr, w odróżnieniu do nawietrznej, czyli pod wiatr.

Kailua-Kona to największe miasto w dystrykcie Kona w zachodniej części Big Island. Nie mylić z Kailua w hrabstwie Honolulu na wschodnim wybrzeżu wyspu Oahu.

Biały smukły kościół i ogromne drzewo o gładkich szarych konarach, które wyglądają jak wijące się do nieba węże. To jest moje pierwsze wspomnienie z Hawajów. Zakręt na pustej szosie. Zielonkawy brzeg oceanu. Żółty katamaran na wodzie. Nazywał się Kini-kini, czyli „Mnóstwo”.

Serio?… Zatrzymałam się przy brzegu. Tak wyglądają Hawaje?…

A właściwie jak miałyby wyglądać? – zapytałam samą siebie.


Biały, smukły kościół i rozłożyste drzewo w mieście Kailua-Kona na Big Island.

Mała, płytka zatoczka, w której kąpały się dzieci. Pusta droga. Łódki na piasku. Palmy w oddali. Czegoś mi tu brakowało. Ale czego?… Czegoś… hawajskiego. Zaraz. Gdzie są tancerki hula, trzcinowe spódniczki, girlandy kwiatów i surferzy na deskach?… Elvis Presley z gitarą??…

Roześmiałam się. Zabawne, że czasem z okruchów informacji tworzy się pewien podświadomy obraz, który nie ma nic wspólnego z prawdą. Niektórzy czasem nawet sprytnie zbierają te okruchy i kreują z nich reklamową wizję odpowiadającą skrytym ludzkim pragnieniom.

Na okładkach amerykańskich pism turystycznych na początku lat sześćdziesiątych można było zobaczyć obrazki z raju. Hawaje były reklamowane jako paradise islands – rajskie wyspy pełne młodych dziewcząt o długich, falujących włosach oraz równie pięknych, muskularnych młodzieńców, których jedynym zajęciem było pływanie na deskach po falach oceanu. Oraz uśmiechanie się do fotografów. Wschody słońca i zachody słońca. Kostiumy bikini, słoneczna pogoda, na twoje przybycie oczekują szczęśliwi tubylcy z ananasami w rękach.

Stworzono obraz miejsca przeznaczonego na idealne wakacje w tropikalnym raju. Aż chciałoby się uwierzyć, że orzechy kokosowe same spadają z drzewa prosto w twoje spragnione ręce, a stoliczek sam się nakrywa na wieczorny posiłek pod niebem pełnym gwiazd. Och, nawet więcej!

Idealne wakacje, idealna miłość, idealny ślub!

W samolocie przed wylądowaniem zwykle trzeba wypełnić formularz imigracyjny, w którym jedno z najważniejszych pytań dotyczy celu przyjazdu. Najczęściej dwie pierwsze możliwości do wyboru to „wakacje” albo „biznes”. Gdziekolwiek będziesz na świecie, jesteś albo turystą, który zamierza zwiedzać i wydawać pieniądze, albo wysłannikiem firmy, która chce na miejscu robić interesy. Tak czy inaczej jesteś mile widziany.


Okładka pisma dla surferów, zachęcająca do wzięcia udziału w zawodach na cześć słynnego hawajskiego surfera i ratownika Eddie'go Aikau.

Zbliżaliśmy się właśnie do lądowania. Wypełniłam wszystkie rubryki, gdzie należy podać imię, nazwisko, datę urodzenia, adres zamieszkania, płeć, zawód, numer lotu samolotem i numer paszportu, i zatrzymałam się przy „celu podróży”. I zdumiałam się, bo dwie pierwsze opcje do wyboru to „ślub” albo „podróż poślubna”!

To jest najbardziej popularny cel podróży na Hawaje!

Biała suknia, złota plaża, zachód słońca. Rachunek za tę jedną noc wynosi mniej więcej trzydzieści tysięcy dolarów. Wszystko na Hawajach jest drogie. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam.

Siedziałam przy oknie autobusu i przecierałam oczy ze zdumienia.

Mówiłam już, że między Polską a Hawajami jest dwanaście godzin różnicy czasu, prawda? I że uciekł mi samolot na Hawaje, więc musiałam zostać na noc w San Francisco? Byłam więc trochę zmęczona, rozkojarzona i z trudem usiłowałam zebrać myśli i podążyć za nimi.

Znów przetarłam oczy i zmrużyłam je, żeby lepiej widzieć. W głowie rozbrzmiewało mi z głuchym stukotem tylko jedno pytanie:

– GDZIE JA JESTEM??!!

Autobus podskakiwał, ja trzęsłam się wraz z nim, a te trzy uparte słowa dudniły w moich myślach jak pestki w pustej tykwie.

GDZIE JA JESTEM???…

Gdzie ja jestem? Co się stało? Dokąd ja leciałam? Dokąd chciałam przyjechać? Co tu się dzieje? Co ja widzę?…

I jak to możliwe, że widzę to co właśnie widzę????….

Przykleiłam nos do szyby.

Jechałam przez pustynię. Przez czarną pustynię, która ciągnęła się aż po horyzont. Mrużyłam oczy, wpatrywałam się w dal, ale za oknem nie było nic. Tylko czarna płaska pusta pustynia, gdzie nic nie rośnie i nic nie żyje. Z całą pewnością nie jest to miejsce, gdzie ktokolwiek chciałby brać ślub albo przyjechać w podróż poślubną. Ani w ogóle jakąkolwiek podróż.

Zamknęłam oczy, potrząsnęłam głową i znów wyjrzałam przez okno.


Tego się nie spodziewałam – południowa część wyspy Big Island była czarna, sucha, pusta i pozbawiona życia.

Bez zmian. Czarna płaska ziemia bez oznak jakiejkolwiek formy życia. Nie było nawet najmniejszego źdźbła trawy. Ani jednego kwiatka. Żadnego pagórka ani drzewa. Zwały czarnych kamieni. Czarny, suchy, pusty płaskowyż ciągnący się kilometrami po obu stronach drogi.

Westchnęłam. Myślenie przychodziło mi z wyraźnym trudem.

Są tylko dwie możliwości.

Albo przez pomyłkę wylądowałam nie tam, gdzie planowałam dotrzeć.

Albo Hawaje są zupełnie inne niż wszystkim się wydaje.

Obie możliwości były bardzo prawdopodobne.

Zobacz jak wyglądał

mój pierwszy dzień na Hawajach.

Przejdź do YT


Rozdział 6. Mauna Kea

ROZDZIAŁ 6

Mauna Kea


Wstałam z lekkim szumem w głowie. Na twarzy musiałam mieć znak zapytania, bo kelnerka w restauracji od razu postawiła przede mną kubek gorącej kawy.

– Hm – siedziałam i myślałam – hm. Hm.

Świat jest zawsze bardziej niezwykły niż to, co ci się o nim wydaje. Doświadczyłam tego wiele razy wcześniej. Ale nie aż tak. Usta wciąż otwierały mi się ze zdumienia, co najwyraźniej było odbierane jako wyraz mojego wielkiego głodu, bo co chwilę ktoś podchodził co pytaniem co podać.

Typowe hawajskie śniadanie, hm. Hm. Hm… Jajka, bekon, naleśniki. Zamówiłam owsiankę. Bardzo chciałam się obudzić.

Jeszcze łyk gorącej kawy. Stukanie podkutych butów na drewnianej podłodze. Zapach jedzenia. Wiadomość, która właśnie wpadła do mojej skrzynki mailowej. Gotowość dzisiaj o drugiej po południu. Przewodnik będzie miał ze sobą zapas wody, specjalne ciepłe kurtki oraz rękawiczki.

Mauna Kea!!!

Wyprostowałam się przy stole jak struna. Nagle poczułam się trzeźwa i całkowicie obecna. Dzisiaj jest ten dzień!!! Usiłowałam wprawdzie przesunąć termin wyprawy na szczyt, żeby lepiej się aklimatyzować, ale odpowiedziano mi, że najbliższy następny dostępny termin jest dopiero za miesiąc.

Nie dlatego, że jest tylu chętnych. Raczej dlatego, że jest to miejsce święte dla Hawajczyków i obowiązują tam bardzo restrykcyjne przepisy. Nie można sobie po prostu wejść na najwyższą górę świata. Trzeba mieć przewodnika i specjalne przygotowanie.


Pustynny, wulkaniczny krajobraz u stóp Mauna Kea.

Dam radę! Wiem, że będzie ciężko, ale dam radę! – powtarzałam sobie w myślach.

Mauna Kea!

A właściwie Mauna A Wakea.

Wakea w tradycji hawajskiej to Wielka Przestrzeń, czyli Niebo zaślubione planecie Ziemi, która nazywa się Papahanaumoku.

Kiedy Tata Niebo Wakea i Mama Ziemia Papahanaumoku spotkali się i pokochali, na świat przyszły wszystkie ich dzieci, czyli hawajskie wyspy. Jako pierwsza urodziła się największa wyspa, dzisiaj nazywana Big Island, której najwyższy punkt zawsze dotyka Ojca Niebo i ma z nim tajemny kontakt.

 

Mauna a Wakea znaczy Góra, Która Należy Do Ojca Niebo.

Góra, Która Dotyka Nieba.

Góra, Która Jest Częścią Nieba.

Góra, która jest naszym przodkiem.

Niektórzy uważają, że Mauna Kea jest przodkiem wszystkich ludzi na Hawajach. Inni twierdzą, że jest pępkiem świata połączonym ze światem bogów. Wszyscy wiedzą, że jest święta. Kiedyś na szczyt mogli wchodzić tylko specjalnie przygotowani kapłani.

Mauna Kea, Biała Góra, ponieważ na jej szczycie czasem leży śnieg.

Pamiętam, że chciałam zorganizować wyprawę na szczyt Mauna Kea w styczniu albo w lutym i okazało się, że na wierzchołku w tym czasie częste są zamiecie i zawieje śnieżne tak silne, że wspinaczka staje się niemożliwa.

Ale wreszcie przyszedł ten dzień!

Będzie ciężko, wiem, ale dam radę! – powtarzałam w myślach. Ile razy wchodzi się na najwyższy szczyt świata? Pewnie tylko raz w życiu. Dam radę! Cokolwiek zdarzy się po drodze – śnieg, lód, wichura, brak tlenu, zmęczenie – dam radę!

Punktualnie o drugiej po południu wsiadłam do specjalnie oznaczonego samochodu. Włożyłam grubą kurtkę, czapkę, szalik i rękawice. Ruszyliśmy w drogę. Przez czarne hawajskie pustkowia zastygłej lawy. Nic mnie już nie dziwiło. Byłam w totalnej gotowości do stawienia czoła wszystkim wyzwaniom, jakie napotkam po drodze.

Miałam mocne buty, zapas wody, ciepłe ubranie i wegańskie batony energetyczne na wypadek, gdybym potrzebowała wsparcia.

Jechaliśmy w ciszy.

Coraz wyżej i wyżej.

Kamyki zgrzytały pod kołami samochodu.

Wiedziałam, że na wysokości prawie trzech tysięcy metrów jest centrum informacyjne dla gości. Ostatnia szansa skorzystania z łazienki, może gorąca kawa i herbata, aktualne wiadomości o pogodzie. Czy stamtąd będziemy dalej wędrować piechotą?


Na szczycie Mauna Kea. Miałam na sobie polar i dwie kurtki (w tym jedną pożyczoną), czapkę i trzy kaptury na głowie, rękawiczki, i wciąż było mi zimno.

Cała góra ma 10 200 metrów wysokości. Część nad powierzchnią ziemi wynosi 4260 metrów. Wyzwanie. Zacisnęłam ręce w pięści. Pełna gotowość. Nie mam pojęcia na jakiej jesteśmy wysokości, ale czuje się rozrzedzone powietrze. Coraz mniej tlenu, ciężko oddychać. Nabieram głęboko powietrza do płuc, ale mam poczucie, że brakuje mi tchu. Że się duszę. Najważniejsze to zachować spokój. Oddychać równomiernie, spokojnie. Bo jeśli spanikujesz i zaczniesz chwytać powietrze histerycznie płytkimi haustami, to będzie jeszcze gorzej. Nie tylko będziesz miał wrażenie, że się dusisz, ale naprawdę będziesz niedotleniony, co jest niebezpieczne dla całego organizmu.

Oddychaj spokojnie. Pełne wdechy i wydechy. Jeszcze raz. Spokojnie.

Nagle samochód stanął.

Już? Idziemy?! Wchodzimy na szczyt??!!

– Chwila przerwy! – ogłosił kierowca.

Aklimatyzacja! – domyśliłam się. – Przygotowanie do wspinaczki. Czas, żeby napić się wody, rozprostować nogi, przejść się. Niektórzy pewnie już tu zostają. Pamiętam, że kiedy wchodziłam na wulkan Mismi w Peru, po ostatnim noclegu na wysokości około pięciu tysięcy metrów połowa osób nie miała siły wyjść z namiotu.

Dlatego robi się przerwę, żeby sprawdzić jak na nowej wysokości zachowuje się organizm. Choroba wysokościowa jest nieprzewidywalna. Nie wiadomo kogo dotknie, jak szybko i w jaki sposób. Trzeba po prostu być gotowym na szybkie reagowanie.

Ja czuję się świetnie!! Dziękuję, nic mi nie potrzeba! Mam wodę i mam w sobie gorący płomień, który rozgrzewa mnie od środka.

Mauna Kea!!!

Mauna a Wakea!!!

Za chwilę rozpocznę wędrówkę na szczyt najwyższej góry świata!!!

– Można podejść bliżej do teleskopu! – zachęcił kierowca.

Teleskop!!!

Jasne!!! Czytałam przecież, że na Mauna Kea panują nadzwyczajnie dobre warunki do obserwowania gwiazd. Ciemność nocy jest doskonała, niezakłócona sztucznymi światłami miasta, a powietrze jest czyste i suche.


Amerykański teleskop radiowy tuż pod wierzchołkiem Mauna Kea. Jeden z dziesięciu teleskopów należących do sieci The Very Long Baseline Array (VLBA), rozmieszczonych w różnych zakątkach Stanów Zjednoczonych, zarządzanych z centrum w Nowym Meksyku.

Teleskop!!! Wielki jak dom! Uniesiony kilka metrów nad ziemią i wpatrujący się ogromnym, białym, okrągłym okiem w niebo!! Na co patrzy? Na Wenus? Pierścienie Saturna? A może sięga wzrokiem do następnej galaktyki, do planet w srebrzystych mgławicach świetlnych lat?…

Ruszamy dalej. Lada moment na pewno rozpoczniemy wspinaczkę. Z tego co wiem, wędrówka na szczyt trwa osiem godzin. Na razie jest słoneczne popołudnie. Daleko stąd na dole nad brzegiem oceanu trwa słony, lepki, tropikalny upał. Tutaj jest coraz bardziej przenikliwie zimno i sucho. Sztywne żółte trawy szarpane przez wiatr. Ruda wulkaniczna ziemia z drobnymi kamykami.

Coraz wyżej, coraz zimniej, coraz mniej tlenu w powietrzu.

Dam radę! Wiem, że będzie trudno! Wiem, że osiem godzin drogi wspinaczki pod górę w rozrzedzonym powietrzu to prawdziwe wyzwanie, ale dam radę!!

Samochód zatrzymuje się wreszcie z takim westchnieniem resorów, że domyślam się od razu, że to jest koniec drogi. Teraz zaczyna się prawdziwa wyprawa! Woda jest, rękawice, czapka, szalik. I to co najważniejsze, czyli moje gorące pragnienie. W drogę!!!

Wyskoczyłam z samochodu.

Jestem gotowa!!!

Którędy na szczyt?!

Kierowca spojrzał na mnie tak, jak ja patrzyłam na Hawaje pierwszego dnia. Zdaje się, że okazywałam zbyt dużo entuzjazmu. Może obawiał się, że moja wielka radość i gotowość to objawy choroby wysokościowej. Bez obaw, drogi panie, ja wiem co robię. Chcę iść na szczyt!!! Jestem gotowa!!!

Okręciłam się dookoła w poszukiwaniu ścieżki, szlaku, drogi. Nie ma. Może to i lepiej. To znaczy, że niewiele osób zdobywa się na odwagę, żeby to zrobić.

A więc którędy? Chodźmy! Nie ma czasu do stracenia!

Kierowca zmrużył oczy. Podszedł bliżej.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.

– Wspaniale! – zapewniłam go. – Jestem gotowa! Możemy ruszać!

Znów spojrzał na mnie tak, jakby miał wątpliwości co do stanu mojego umysłu. Fakt, byłam ubrana cieplej niż pozostałe osoby, ale to dlatego, że szybko marznę. Miałam na sobie nie jedną, lecz dwie ciepłe kurtki, czapkę i dwa kaptury, szalik na ustach, więc niewiele mnie wystawało na zewnątrz, ale poza tym czułam się wspaniale. Lepiej niż wspaniale. Pomyśl, że czekałam na ten moment przez trzydzieści lat!!! Wymarzyłam to sobie siedząc na ławce w szkole, a teraz jestem tutaj i za kilka godzin – jeśli wszystko dobrze pójdzie – znajdę się na wierzchołku najwyższej góry świata!

Nie ma czasu do stracenia!

– Chodźmy! – powiedziałam niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.

Kierowca poruszył się niepewnie.

– Chodźmy!! – powtórzyłam ponaglająco.

Przecież pan ma nas prowadzić, prawda? Po to potrzebowaliśmy przewodnika, żeby nie zabłądzić po drodze! Nie ma co zwlekać! Przed nam osiem godzin wspinaczki!

Byłam tak stanowcza, przekonująca i pełna wewnętrznego żaru, że przewodnik w końcu zamknął samochód i podszedł do mnie.

– Chodźmy! – zawołałam z radością.

– …Dokąd? – zapytał po chwili wahania przewodnik.

– Ha ha ha!!! – roześmiałam się.


Ostatnie promienie słońca w drodze do szczytu wulkanu Mauna Kea.

Świetny dowcip! Ma pan poczucie humoru! To pewnie jeszcze jeden tajny sposób na sprawdzenie czy nie mam przypadkiem choroby wysokościowej! Jednym z jej objawów jest generalne pomieszanie, osłabienie i mętlik w myślach.

Nie mam choroby wysokościowej! Czuję się świetnie!

– Chodźmy!!

– Dokąd?…

– Na szczyt!!!

– My jesteśmy na szczycie – odrzekł przewodnik.

– Słucham? – potrząsnęłam głową. Czapka i dwa kaptury, a do tego porywisty wiatr robiły swoje. Chyba się przesłyszałam.

– Co pan powiedział?

– Jesteśmy na szczycie.

– Tak, wiem, jesteśmy na dolnym szczycie – zgodziłam się. – Ale czy to nie jest już najwyższa pora, żeby ruszać w drogę?

– W drogę dokąd?

– Na szczyt!

– My jesteśmy na szczycie – powiedział znów kierowca i tym razem usłyszałam go doskonale.

– J–jak to jesteśmy na szczycie? – zająknęłam się.

Przewodnik patrzył na mnie takim wzrokiem, jakbym właśnie urwała się ze świątecznej choinki i wpadła mu do talerza z barszczem.

Podniosłam głowę. Rozejrzałam się.

Nade mną było tylko niebo.

I ani kawałka góry.

Wydawało się – choć to nieprawdopodobne, niemożliwe i niewiarygodne – że cała istniejąca góra znajduje się pod nami.

– J–jesteśmy na szczycie? – wyjąkałam jeszcze raz.

– Jak najbardziej. Mamy pół godziny do zachodu słońca. Po zachodzie nikomu nie wolno tu zostać.

Usłyszałam śmiech.

Czy śmiał się ze mnie Wakea Tata Niebo? A może to dobrotliwy chichot Mamy Ziemi? A może to jeden z astronomów obserwujących gwiazdy na niebie?

Mauna Kea!

Zostałam przywieziona na wierzchołek najwyższej góry świata jak tobołek nadany pocztą! Przez amerykańskiego kierowcę amerykańskiego samochodu! Po drodze wyłożonej asfaltem, ponieważ jak później się dowiedziałam, pył hawajskiej ziemi unoszony przez wiatr szkodził trzynastu bardzo drogim międzynarodowym obserwatoriom i teleskopom stojącym na szczycie!

Stałabym tak pewnie jeszcze przez jakiś czas ze szczęką opadniętą ze zdumienia, gdyby nie to, że na górze było bardzo zimno i wiał huraganowy wiatr. To on popchnął mnie wreszcie do przodu.

Przenieś się

razem ze mną na szczyt wulkanu

Mauna Kea na Hawajach.

Przejdź do YT


Rozdział 7. Teleskopy i skoczogonki

ROZDZIAŁ 7

Teleskopy i skoczogonki


Mauna Kea!!!

Jak zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam!!!

I jak to w ogóle możliwe, że na szczyt największej góry świata można wjechać samochodem???!!!

Zaczęło się jak zawsze od jednego drobnego wyjątku. W latach sześćdziesiątych szukano odpowiedniego miejsca, z którego można by prowadzić badania planet w podczerwieni. Naukowcy obejrzeli różne góry w Ameryce Północnej i Południowej, ale na każdej znaleziono jakąś przeszkodę. Albo nie była wystarczająco wysoka, albo zbyt wilgotna, albo zbyt blisko miasta, albo całkowicie niedostępna.

Tymczasem hawajski wulkan Mauna Kea na jednej z wysp Oceanu Spokojnego był po prostu idealny. Miał wszystko, czego astronom potrzebuje do szczęścia: bardzo suche powietrze umożliwiające czysty odbiór i pomiar promieniowania odległych ciał niebieskich, totalną ciemność niezakłóconą sztucznym światłem ludzkich osad oraz wysoki stopień fotometryczności nieba, czyli mówiąc prościej: brak chmur.

Zbudowano pierwszy niewielki teleskop. Komu może przeszkadzać grupka naukowców zbierających dane z kosmosu?

Grupka szybko zaczęła się powiększać. Przyjechali Chińczycy, Japończycy, Francuzi, Australijczycy, Anglicy, zachwyceni wyjątkowymi warunkami na szczycie i gotowi zapłacić wielkie pieniądze za możliwość postawienia własnych obserwatoriów i zbierania danych z kosmosu. Teraz jest ich trzynaście. Największy ma średnicę dwudziestu pięciu metrów.

Jeśli postawisz na szczycie góry teleskop, musisz jakoś do niego dojechać. Powstała droga. Kwatery dla pracowników stacji badawczych. Kwatery dla studentów. Trzeba było im przywozić sprzęt, jedzenie, zorganizować elektryczność i bieżącą wodę. Wąski trakt przestał wystarczać, postanowiono więc zbudować szerszą drogę. Pokrytą asfaltem aż do budynków gospodarczych i centrum dla zwiedzających.

Wkrótce jednak okazało się, że bardzo silny wiatr wiejący na wierzchołku rozrzuca drobiny ziemi, pyłu i kurzu, które wciskają się między metalowe elementy konstrukcji bezcennych teleskopów, więc ciągle trzeba je czyścić i naprawiać. Ziemia przeszkadza naukowcom badającym kosmos, bo za mocno się kurzy. Trzeba więc ziemię przykryć betonem.

 

Wyobraź sobie wielką srebrną czaszę o średnicy dwudziestu pięciu metrów. Dwadzieścia pięć metrów to dziewięć pięter. Teleskopy wyglądają jak kuliste białe świątynie na szczycie góry. Daleko im jednak do spokoju. Huraganowy, lodowaty wiatr wieje tak mocno, że z trudem szłam przed siebie, nie mogąc się oprzeć myśli, że ta wichura to nie przypadek i przy pierwszej nadarzającej się sposobności zmiecie z wulkanu to, co przywieźli tam ludzie.


Na szczycie świętego wulkanu Mauna Kea ponad chmurami jest bardzo sucho i bardzo ciemno – dlatego buduje się tam kolejne obserwatoria astronomiczne mimo protestu rdzennych Hawajczyków.

W 2007 roku Stany Zjednoczone i Kanada ogłosiły, że zamierzają zbudować na szczycie Mauna Kea największy teleskop ze wszystkich. Ma mieć lustro o średnicy trzydziestu metrów. Prawie pięćset sześciokątnych luster wycelowanych w przestrzeń kosmiczną i rejestrujących obraz w zakresie od ultrafioletu do podczerwieni. Półtora miliarda dolarów, zapłacone wspólnie z Chinami, Japonią i Indiami, które włączyły się do projektu.

Ale zaraz.

Czy zapomnieliście, że Mauna Kea to święte miejsce? Mauna a Wakea, Góra Połączenia Ziemi i Nieba. Góra, która jest przodkiem ludzkości. Czy chcecie jej na głowie przyczepiać następne metalowe guzy, przez które zamierzacie patrzeć w kosmos?

W kosmos, czyli gdzie?

W bezkresną przestrzeń, w której gubią się wszystkie wasze liczby, obliczenia i definicje? Gdzie nie ma nic, co znacie z planety Ziemia? Gdzie wszystko jest nowe, inne, niemożliwe do uchwycenia, bo jest zbyt daleko, a czasem jest stworzone z materii niebędącej materią? Czy o to wam chodzi? Żeby zajmować się czymś, co znajduje się dziesiątki lat świetlnych stąd, bo dzięki temu nie musicie rozwiązywać problemów istniejących w waszej ziemskiej rzeczywistości?…

Nowy trzydziestometrowy teleskop za półtora miliarda dolarów, jeszcze jedna świątynia Boga Nauki zbudowana na świętej górze, której usiłują bronić rdzenni mieszkańcy Hawajów. Przychodzą na budowę, blokują drogę, organizują demonstracje, odwołują się, opóźniają prace. A nowa żelazna kopuła rośnie.


Nad morzem chmur na szczycie Mauna Kea


Mam taki pomysł. Nauka jako źródło zrównoważonego rozwoju na Ziemi.

Brazylia zezwala na wycinanie dżungli amazońskiej mimo że wszystkie znane fakty dowodzą, że takie działanie jest szkodliwe nie tylko dla puszczy, zwierząt i roślin, ale także dla światowego klimatu i przyszłości ludzkości. Brazylia zezwala na wycinanie dżungli ponieważ czerpie z tego zyski. Robi to dla pieniędzy. Czy współczesna nauka nie mogłaby skonstruować takiego scenariusza rozwoju dla Brazylii, który pozwoliłby zachować tropikalną puszczę w całości, a jednocześnie wskazać na inne źródło czerpania zysków, które byłoby mądre i wspierałoby Ziemię zamiast ją niszczyć?…

Moim zdaniem najpierw trzeba uporządkować dom, w którym się mieszka. A dopiero potem wyruszać na podbój innych światów.

Niech wszyscy astronomowie odłożą na rok teleskopy i zajmą się rozwiązaniem problemów, jakie mamy tu, na Ziemi. Jak poprawić jakość powietrza? Jak wyjąć tony plastikowych śmieci z dna oceanu? Jak nauczyć ludzi mądrego gospodarowania i segregowania śmieci? Jak doprowadzić do tego, żeby przestali marnować jedzenie i kupować więcej niż potrzebują? Jak nauczyć ludzi szacunku do środowiska, w którym mieszkają? Jak nauczyć ich patrzenia na drzewo jako cud natury i źródło tlenu niezbędnego do oddychania, a nie jak na przyszły mebel i źródło potencjalnego zysku?

Nauka ma służyć dobru ludzkości.

W pierwszej kolejności to dobro jest do zrobienia tutaj, w naszej najbliższej okolicy.

Bo co z tego, że naukowcy przybyli na szczyt Mauna Kea z mikroskopami i znaleźli owada nazwanego Nysius wekiuicola, który nie występuje nigdzie indziej na Ziemi? Jest jednym z dwóch owadów Wēkiu, czyli wierzchołkowych, drugi mieszka na szczycie sąsiedniej góry Mauna Loa.

Nysius wekiuicola, choć sam jest maleńki, bo nie większy od ziarna ryżu, w bardzo niezwykły sposób poluje na innych mniejszych od siebie. Zaczaja się w odpowiedniej szczelinie albo półeczce skalnej i czeka na podmuchy wiatru, które podrzucają niżej fruwające owady prosto do jego paszczy. Okazało się w dodatku, że natura tak nadzwyczajnie przysposobiła go do życia na wierzchołku góry, że świetnie sobie radzi nawet w mrozie do -17 stopni. Jego krew ma wyjątkowy skład chemiczny, dzięki któremu nie zamarza.

Na szczycie Mauna Kea mieszka też kilkanaście innych specjalnie przystosowanych owadów. Jest dzienna ćma z gatunku Agrotis, są gąsienice, pająki, stonogi i skoczogonki, które skaczą używając specjalnych sprężynek w ogonkach.

Tylko co z tego, że o tym wiemy, skoro miejsce gdzie żyją ma zostać polane betonem i przeznaczone na budowę jeszcze jednego teleskopu, przez który naukowcy będą patrzeć w gwiazdy i inne galaktyki?

Założę się, że astronomowie nawet nie wiedzą o istnieniu skoczogonków i Nysiusa, bo nigdy nie zainteresowali się tym, co jest tuż pod ich stopami. Co szumi, szeleści i porusza się dookoła w trawach i kamykach. Po czym depczą butami zmierzając do laboratorium.

Ale jeśli nauka nie jest mądrością, to czym jest?…

Zajęciem oderwanym od rzeczywistości, której celem jest zebranie czysto teoretycznych danych, które zostaną zapisane w komputerach i zapomniane?

Po co ludzkości nauka jeśli w parze z wykształceniem nie idzie ludzka mądrość, wrażliwość i szacunek dla planety, na której żyjemy?

Znajdź się nad

morzem chmur na szczycie

wulkanu Mauna Kea.

Przejdź do YT