Zastępcza miłośćTekst

Oznacz jako przeczytane
Zastępcza miłość
Zastępcza miłość
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czujesz się od niego gorszy?

– Raczej inny. Jeśli sądzisz, że w moim kraju nie ma rasizmu, jesteś w błędzie. Jest i ma się dobrze.

– A prezydent Obama?

– Wyjątek potwierdzający regułę? – Diamond się zaśmiał. – Bez obaw, naprawdę nie widzę problemu w kolorze mojej skóry. Lubię go.

– Ja też.

– Swój?

– Swój i twój.

– Czy ty mnie podrywasz?

– Nie. – Julia chrząknęła, zdziwiona, że tak szybko się rozpogodziła.

– I dobrze.

– Masz coś przeciwko…

– Białym kobietom? Nie. – Rozciągnął usta w szerokim uśmiechu. – Ale już białe kobiety w ciąży, nawet takie laski jak ty, nieszczególnie mnie kręcą.

– Nie jestem w ciąży. – Julia udała, że robi groźną minę.

– Oby szybko to się zmieniło. Oczywiście jeśli się zdecydujesz.

– Zależy ci na tym? – Domyśliła się. – Dlaczego? To nie twoja sprawa.

– Poniekąd moja. To właśnie mi Matthew zlecił odnalezienie właściwej kandydatki. Tylko mnie ufa w pełni. I wierzy w moją dyskrecję. Gabrielle podobnie.

– A w moją dyskrecję?

– Chyba nikomu nie powiedziałaś o propozycji? – Diamond odchylił się na fotelu i spojrzał z dystansu na Julię.

– Mamie. – Zagryzła wargę, wystraszona, że właśnie przekreśla swoje szanse.

– W porządku. Komuś jeszcze?

– Nie. – Odetchnęła z ulgą, że powstrzymała się ze szczerością wobec Majki.

– Jeśli przystaniesz na propozycję, będziesz mogła bez problemów wprowadzić we wszystko mamę.

– To znaczy?

– W umowie dopuszczamy stałą obecność kogoś, z kim masz największy związek emocjonalny. Na przykład mama czy siostra.

– Nie mam rodzeństwa.

– No to mama. Chodzi o obecność przy badaniach lekarskich, wizytach w klinice, a nawet przy zabiegu. Wszędzie tam będziesz mogła zabrać mamę, a my sfinansujemy koszty związane z jej pobytem.

– Super. Dziękuję. Nie pomyślałam o tym. – Potrząsnęła głową, uznając się za bardzo naiwną, o ile nie głupiutką. – To naprawdę miło z waszej strony.

– Na pewno będziesz się czuć bezpieczniej, mając blisko kogoś zaufanego. Większy komfort psychiczny, a to bardzo ważne w takich sytuacjach. Uspokoiłaś się – ni to stwierdził, ni zapytał.

– Tak. Dziękuję. To dla mnie trudne, bo…

– Nie musisz się tłumaczyć.

– Jasne. – Zamilkła, nieco speszona, że nie pozwolił jej skończyć.

– Będę się zbierał. – Diamond poprawił węzeł krawata.

– Dzisiaj wracasz?

– Za godzinę mam być na lotnisku. Z Wrocławia do Warszawy, a stamtąd mam lot do domu. – Mrugnął wesoło. – A, jeszcze jedno. Ważna uwaga. – Podniósł wskazujący palec. – Wprawdzie znajdziesz ją w umowie, ale to istotne, więc uprzedzę: prosilibyśmy, żebyś w trakcie pobytów w Monako powstrzymała się od robienia zdjęć, a już na pewno nie wstawiała ich na żadne portale społecznościowe. Mogę na to liczyć?

– To chyba jasne. Bez obaw, nie będę się chwalić. A kiedy…? – Julia dotknęła koperty.

– Wystarczy ci tydzień? Czy dwa?

– Wystarczy jeden. – Miała ochotę dodać, że już zdecydowała.

– Okej. Zdzwonimy się. – Diamond wstał z fotela.

– Dobrze.

Trochę zakłopotana przyjęła uścisk dłoni, a jeszcze bardziej zawstydził ją delikatny pocałunek w policzek. Pożegnali się pod kawiarnią, chociaż Diamond zapraszał ją do taksówki. Powiedziała, że sama wróci. Jeszcze tego brakowało, by ktoś zauważył ją z ciemnoskórym mężczyzną w samochodzie. Zresztą wolała, przynajmniej na razie, by nie znał jej adresu. Wszak jeszcze nic nie podpisała, prawda?

ROZDZIAŁ 3

– Mamuś, chcę ci coś pokazać. – Julia stanęła w progu sypialni matki i nerwowo przełknęła ślinę.

„Muszę w końcu z nią pogadać” – pomyślała, czując, że to będzie jedna z trudniejszych rozmów w ich życiu, o ile nie ta najtrudniejsza.

– Co takiego? – Teresa wysunęła głowę zza drzwi szafy. Już trzeci dzień porządkowała ubrania i bez litości wyrzucała wszystko, czego nie zamierzała kiedykolwiek założyć. Uspokajało ją to i przynosiło chwilową ulgę dla coraz mocniej napiętych nerwów. – Nie mam teraz czasu. Chciałam wreszcie z tym skończyć.

– Chodź do mojego pokoju. Proszę.

– No dobrze.

Razem przeszły do sypialni po przeciwnej stronie wąskiego korytarzyka na piętrze. Julia kazała matce usiąść, obróciła w jej stronę otwarty laptop i zaczęła pokazywać plan mieszkania, które wybrała dwa tygodnie temu, a opłaciła za nie zaliczkę wczoraj.

– Nasze nowe mieszkanie składa się z…

– Juleczko, dziecko, już o tym mówiłyśmy. – Teresa położyła dłoń na dłoni córki. – To nie jest dobry pomysł. Tak naprawdę to kompletnie nierealny. Przykro mi, że nie mogę kupić tego mieszkania, ale może uda się coś innego załatwić. Kazia z działu kadr ma znajomą w magistracie i podpyta o jakiś lokal komunalny, poczekajmy więc na odpowiedź.

– Nie chcę żadnego lokalu komunalnego. Żadnej komunalnej nory we Wrocku. Mamo, ja już zapłaciłam. Za późno.

– Co?! – żachnęła się Teresa. – Jak to zapłaciłaś?

– Przelałam dziesięć tysięcy zaliczki. Miałam oszczędności. Za pół roku wypada ostateczny termin na wpłatę pierwszej dużej transzy. Mnóstwo czasu. To mieszkanie jest piękne, ma prawie dziewięćdziesiąt metrów powierzchni, dwie duże i wygodne sypialnie z garderobami, salon, gabinet, kuchnię z jadalnią, dwie łazienki oraz wielki taras – wymieniała, korzystając z chwilowego stuporu, w który popadła jej matka. – Będzie nam tam dobrze. Osiedle jest strzeżone, a między budynkami jest basen. Słyszysz, mamo? Będziemy mieć basen! A nawet dwa baseny, bo w każdym budynku jest jeszcze taki mniejszy w podziemiach. A jeśli nie lubisz pływać w basenie, jest morze! Zawsze chciałaś mieszkać nad Bałtykiem – mówiła coraz szybciej, dając upust stresowi nagromadzonemu w ciągu kilku ostatnich dni. – A tam jest blisko do morza. Kilkaset metrów spacerem przez las. Lubisz zapach lasu.

– Zapłaciłaś? – Teresa złapała się za głowę, bo te dziesięć tysięcy miało zapewnić Julce ukończenie studiów. Podręczniki były drogie. – Nie da się tego jakoś wycofać?

– Nie, mamo, a nawet gdyby się dało, nie zrobię tego. Kupimy to mieszkanie i będziemy tam mieszkać. Obie.

– Boże… – jęknęła jej matka. – Co teraz?

– Teraz podpiszę umowę, urodzę dziecko tym ludziom, a potem wrócę na studia.

– Jaką umowę? Jak to wrócisz?

– Wzięłam roczną dziekankę. Już załatwione. Umowa też gotowa. – Przez chwilę Julię kusiło, by skłamać, że wysłała dokumenty do Diamonda, ale ostatecznie ugryzła się w język.

– Chyba oszalałaś! Nie pozwolę ci.

– Jestem pełnoletnia, nie robię niczego, co jest niezgodne z prawem. Sama mówiłaś, że gdy coś nie jest zabronione, jest dozwolone.

– Ale jak to sobie wyobrażasz?! – Teresa poderwała się z krzesła i stanęła wzburzona na środku pokoju. – Myślisz, że to zabawa? Już abstrahując od tego kompletnie niedorzecznego pomysłu z byciem zastępczą matką, to wszystko jest po prostu nierealne! Ci ludzie wyślą ci przelew na konto i nikt się tym nie zainteresuje? To jakaś nieprawdopodobna góra pieniędzy! Urząd skarbowy na pewno zacznie wnikać, skąd masz takie sumy. Dadzą ci domiar i tyle będzie.

– Dostanę gotówkę.

– Gotówkę? – pisnęła Teresa.

– Czystą, żywą gotówkę przywiezioną w walizce.

– Cudownie! – fuknęła. – Istny gang Olsena. Walizka z forsą.

– Dzwoniłam do firmy deweloperskiej i powiedzieli, że nie widzą problemów z wpłatą gotówkową. Pobierają za to jakąś niewielką opłatę manipulacyjną, pół procenta? Szkoda nawet tego, ale takie mają procedury, a przelew, jak zauważyłaś, niestety nie wchodzi w grę.

– Cudownie – powtórzyła z przekąsem matka. – A jak wyjaśnisz, jeśli ktoś zapyta, na przykład urzędnik skarbowy, skąd miałaś tyle pieniędzy na kupno mieszkania?

– Razem je będziemy mieć.

– Spadną nam z nieba?

– Oszczędzałaś całe życie, ja też. Trochę kasy dostałam od babci i dziadka, trochę ty wygrałaś w pokera, a resztę zarobiłam.

– A gdzie?

– Byle gdzie. Zyski z nierządu. Nie są opodatkowane w Polsce.

– Co?! – Teresa przytknęła dłoń do serca, czując, że jeszcze moment i dostanie zawału. – Jaki nierząd?! Czy ty siebie słyszysz?

– Błagam. Przecież wiesz, że tak nie jest. – Julia wywróciła oczami.

– Otóż to, nie jest. Myślisz, że ludzie z kontroli skarbowej to durnie? Już dawno to ukrócili. Każą ci podać nazwiska klientów.

– Nie ma problemu. Diamond się zgodził podać swoje. Pytałam – zełgała.

– Diamond? To ten…?

– Tak, ten. A gdy będzie potrzeba, przyjedzie do skarbówki i pogada z nimi. I uwierz, będą mu jeść z ręki już po pięciu minutach. O ile najpierw znajdą tłumacza, bo nasi urzędnicy nie znają języków. – Prychnęła.

– Nie, to nie na moje nerwy. – Teresa potrząsnęła głową. – To jakiś żart. Albo sen. Niech ktoś mnie uszczypnie. – Zrezygnowana podeszła do Julki, usiadła naprzeciwko i nie wierząc własnym oczom, spojrzała na ekran laptopa córki. – Naprawdę przelałaś zaliczkę?

– Tak.

– Masz jakiś dokument?

– Mam potwierdzenie przelewu i wstępną umowę kupna-sprzedaży. Aktu notarialnego jeszcze nie. Obie figurujemy na umowie, jeśli się o to martwisz.

– Martwię się o ciebie, nie o jakąś durną umowę. – Głos Teresy zabrzmiał żałośnie.

– No to przestań. Już postanowione, a teraz powiedz, że się cieszysz. – Julka wykrzywiła usta w grymasie przypominającym uśmiech. – Powiedz, że tak, bo jeszcze chwila i się rozryczę.

– Jezu, Juleczko. – Dopiero teraz Tereska zdała sobie sprawę, że zapomniała o hierarchii panującej między nimi. To jednak ona była tą starszą i mądrzejszą, prawda? – Wybacz, ale naprawdę… – Ucięła, biorąc córkę nieporadnie w ramiona.

– Mamo, zobaczysz, będzie dobrze.

Przesiadły się na tapczanik, bo tam było im wygodniej.

– Musi być dobrze. – Teresa głaskała Julię po plecach, myśląc, że zamiast dać dziecku tylko dobro, zafundowała jej prawdziwy koszmar. Gdyby mogła cofnąć czas i nigdy, przenigdy nie zamienić nawet słowa z tym przeklętym człowiekiem, którego z własnej woli poślubiła szesnaście lat temu…

 

– Diamond obiecał, że możesz być zawsze przy mnie. Wszędzie i zawsze. W szpitalu i przy każdym badaniu. Mam zagwarantowane w umowie, że prawie przez całą ciążę będę mogła mieszkać w Polsce i dopiero trzy miesiące przed porodem tam pojadę.

– Tam?

– Do Monako. To bardzo cywilizowany kraj, zobaczysz. Tam jest więcej policji niż gołębi we Wrocku. Oni naprawdę są wszędzie. Nic złego mi się nie stanie, a klinika, w której mam urodzić dziecko, jest jedną z najlepszych w Europie. Mamuś, to musi się udać. Zobaczysz. – Julia podniosła głowę, by spojrzeć na twarz mamy.

– Uda się. Na pewno. – Teresa przełknęła ślinę, czując nieznośny ucisk w gardle spotęgowany przerażeniem, że ktoś pragnący tak mocno potomka, jak ci bogacze z Ameryki, prosi się o nieszczęście, ingerując w naturę. – Żałuję, że to ty musisz zapłacić za moje błędy – wyszeptała.

– Ale ja nie żałuję. Cieszę się, że mogę pomóc. Przysięgnij, że gdy się uda, nigdy nie wrócisz do taty.

– Przysięgam. Nawet gdyby się nie udało, nie chcę go znać. Już nie.

– Będziemy szczęśliwe. Będziemy razem chodzić na spacery. Nie musisz pracować, bo dostanę miesięczną pensję. Dużo, tysiąc euro. W zupełności nam wystarczy.

– To dwa razy więcej, niż teraz zarabiam.

– No właśnie. Poradzimy sobie.

– Pójdę do pracy. Nie będę tam siedzieć jak ostatni leń.

– Zgoda. Ty pójdziesz do pracy, a ja będę leniuchować.

– Boże, miej nas w opiece. – Teresa przytuliła córkę do piersi i poprosiła w duchu: „I nie daj jej zrobić żadnej krzywdy, bo pęknie mi serce. Błagam”. – Kiedy masz coś zrobić? Jakieś badania?

– Jutro wyślę dokumenty, a gdy dotrą i prawnicy Matthew Greena wszystko sprawdzą, Diamond ma się odezwać do mnie.

– Jaki on jest?

– Diamond?

– Nie. Ten Matthew.

– Nie wiem, nigdy go nie spotkałam. Widziałam tylko zdjęcia.

– Ile ma lat?

– Dwadzieścia dziewięć.

– Przystojny? – Teresa wysiliła się na odrobinę pogodniejszy ton.

– Czy ja wiem? – mruknęła Julia. – Urodził się z rozszczepioną wargą. Naprawili to, ale gdy się dobrze przyjrzeć, widać bliznę. Nie jest zbyt wysoki, ma ciemne włosy, bo jego mama jest, a właściwie była Włoszką.

– Nie żyje?

– Ojciec też zmarł. Niedawno.

– Smutne, że taki młody człowiek już stracił rodziców.

– Ja mam tylko ciebie i zwariowałabym, gdyby coś ci się stało. – Spocona dłoń Julii odszukała rękę mamy i mocno ją ścisnęła.

– Nic mi nie będzie – odpowiedziała Teresa i pomyślała: „To ja zwariuję, gdy tobie włos spadnie z głowy”.

– A żona Matthew to prawdziwa gwiazda. Chcesz zobaczyć?

– Masz jej zdjęcia? – zapytała zdziwiona Teresa, widząc Julkę sięgającą po swój telefon.

– Nie, ale są w internecie. Ona jest modelką. U nas nie jest znana, ale w Ameryce bardzo. O, popatrz. Ładna, prawda? – Podała matce aparat. – Pochodzi ze Słowacji, dlatego ma dosyć podobny do naszego typ urody.

– Ładna. Wiesz co? – Teresa lekko się odsunęła, spojrzała z uwagą na jedno ze zdjęć, później przeniosła wzrok na córkę i znów na zdjęcie. – Ona jest bardzo do ciebie podobna. Gdyby cię tak samo umalować… – Zamilkła, dopatrując się kolejnych podobieństw w wykroju ust, kształcie oczu, a nawet lekkiej asymetrii ich położenia. Nagle przeszedł ją zimny dreszcz.

– Diamond też tak powiedział, że jesteśmy podobne, ale ja tego nie widzę. Ona ma niebieskie oczy, a ja szare. Jest wyższa, no i nie ma odstających uszu – paplała Julia.

– Ty też nie masz.

– Ale miałam. Jako dziecko – przypomniała matce. Problem załatwił niezbyt inwazyjny zabieg, który zafundowała wnuczce babcia Gienia, gdy Julia ledwo skończyła piętnaście lat.

– Miałaś.

– Gdzie mnie do niej. – Julia odebrała telefon i przez chwilę patrzyła na zdjęcie Gaby. – Ma cudowne życie. Bogactwo, sława, wszystko.

„Nie wszystko. Na pewno nie wszystko” – pomyślała Teresa, nie mogąc zapomnieć o dziwnym mroku, który zauważyła w oczach modelki. „Boże, miej moją córkę w opiece”.

* * *

Podpisana umowa szczęśliwie dotarła za ocean, a wkrótce potem Diamond zapowiedział kolejną wizytę. Julia musiała odwiedzić laboratorium i wysłać mailem wyniki podstawowych badań, tym razem nie tylko do Diamonda, który koordynował całe przedsięwzięcie, lecz także do kliniki w Monako. A później kolejny krok, tym razem angażujący nie tylko przyszłą surogatkę, lecz również jej mamę. Teresa pierwszy raz miała lecieć samolotem i bardzo się stresowała. Pewnie dlatego chodziła z wiecznie zaabsorbowaną myślami głową i tak nieszczęśliwie wysiadała z podmiejskiego autobusu, że skręciła kostkę. Bardzo solidnie. Na tyle, że lekarze na SOR-ze uznali za konieczne założyć jej gips aż do kolana.

– I co teraz? – labiedziła. – Julciu, przełóż ten wyjazd.

– Mamo, nic mi nie będzie. Polecę do Nicei, a stamtąd ma mnie odebrać Diamond i zawieźć do Monako. Badania to jeden dzień, nazajutrz jestem w domu. – Julia nie przejmowała się szczególnie całą sytuacją. – Gdyby Diamond miał złe zamiary, raczej nie zgodziłby się na twoją obecność, prawda? – Podniosła wzrok znad niewielkiej sportowej torby, do której spakowała trochę ciuchów na wyjazd.

– Niby tak, ale nie jadę z tobą. – Teresa pokuśtykała do niej i przysiadła na pobliskim krześle.

– Nie jedziesz, ale miałaś jechać, a Diamond nie jest jasnowidzem i nie przewidział, że skręcisz nogę. Przypominam, mamy dwa bilety.

– A może niech Majka z tobą leci?

– Mówiłam ci, dyskrecja przede wszystkim.

– Też mi dyskrecja – stwierdziła sarkastycznie Teresa. – Nie da się być dyskretnie w ciąży.

– Nie da się. Dlatego chcę jak najszybciej w niej być, a potem jak najszybciej się wyprowadzić. Proste. – Julia zasunęła suwak torby, wstała z kucek i podeszła do mamy. – Nie martw się. Będę dzwonić co godzinę, chcesz?

– Nie chcę. – Twarz Teresy okrasił blady uśmiech. – Ale co dwie już tak.

– Jasne. – Córka nachyliła się i cmoknęła ją w policzek.

– Diamond wie, że przylatujesz sama?

– Nie. A po co mu ta wiedza? Niech myśli, że będziesz ze mną. Na wszelki wypadek.

– Na jaki wypadek? – spytała czujnie Teresa.

– Na nijaki. Mamo, pomyśl, gdyby Diamond albo Matthew mieli złe zamiary, czy pozwoliliby na twoje towarzystwo? Nie – odpowiedziała sama sobie. – Wcale się nie dziwię, że tylko jedna wybrana osoba może mi wszędzie towarzyszyć. Im mniej ludzi o tym wie, tym większa szansa, że zachowamy cały plan w tajemnicy.

– No już dobrze. – Teresa wcale nie była ani odrobinę bardziej przekonana, ale nie dała tego po sobie poznać. Mimo wszystko, choćby Julka nie wiadomo jak się kryła z wątpliwościami, ucho matki bezbłędnie je słyszało. – Kiedy wrócisz?

– Mówiłam: jutro wylot i wieczorem jestem na miejscu.

– W domu?

– W domu.

– Dzwonisz często i nic złego się nie wydarza.

– Dokładnie tak. Dzwonię często, ale bez powodu. – Julia wystawiła rękę, żeby mama mogła jej przybić piątkę. – Będziesz świrować?

– No pewnie. – Teresa się zaśmiała. – Ale bez powodu.

* * *

Nicea powitała Julię nieziemskim skwarem. Gdy Diamond prowadził ją do samochodu, czuła, że jeszcze chwila i rozpłynie się we własnym sosie. Na szczęście mogła się skryć we wnętrzu klimatyzowanego wozu i ostygnąć nieco przed wizytą w monakijskiej klinice.

– Mam nadzieję, że twoja mama szybko dojdzie do siebie i będzie ci mogła towarzyszyć.

– Też mam taką nadzieję – mruknęła Julia, myślami będąc już w gabinecie lekarskim.

– Stresujesz się?

– Trochę. – Spojrzała w boczną szybę, by lepiej się przyjrzeć fladze małego państewka, do którego właśnie wjeżdżali. „Prawie jak Polska. Prawie” – pomyślała o różnicach między jakością życia w Polsce, a w Monako.

– Z mamą czułabyś się pewniej.

– Co? – Odwróciła głowę.

– Mówiłem, że w towarzystwie matki czułabyś się pewniej. Dlatego szkoda, że nie przyleciała z tobą. – Diamond podniósł przeciwsłoneczne okulary i założył je na głowę.

– Hm. – Julia zmarszczyła nos. – Szczerze? Nie wiem, czy lepiej. Mama jest trochę…

– Nieprzekonana do tego pomysłu? – poddał usłużnie.

– To też. Jestem jedynaczką, a mama jest nieco przewrażliwiona. – Machnęła niedbale ręką. – Poza tym nie zna angielskiego i mogłaby czuć się niezręcznie, a ja musiałabym służyć za tłumacza.

– Czyli co? – Diamond błysnął zębami. – Dobrze się stało, jak się stało? Kochana córeczka.

– Nie o to mi chodzi! – żachnęła się Julia, nie mogąc zapanować nad odwzajemnieniem uśmiechu. – Pewnie, że niedobrze się stało, bo skręcona kostka to nic fajnego. Chodzi mi o dzisiaj, o te badania i w ogóle. Wolę to sama załatwić. Bez niej.

– Lubisz sama stawiać czoła wyzwaniom?

– Chyba tak.

– Im trudniejsze, tym niechętniej korzystasz z pomocy?

– Otóż to. Odkryłeś mnie. U nas w Polsce mówi się na takie kobiety jak ja zosia samosia.

– Zosza samosza – powtórzył niezbyt udolnie.

– Właśnie tak.

– W sumie… – zawiesił głos – ja też lubię sam załatwiać swoje problemy.

– No widzisz. Zoś samoś – zażartowała Julia, ale nie jego chciała rozbawić i wyluzować, a raczej samą siebie. Zwłaszcza że zaparkowali właśnie przed sporym, aż do przesady odpicowanym pastelowozielonym budynkiem kliniki, wokół którego rosły idealnie wypielęgnowane krzewy róż. Wysiadła, podeszła do wyłożonego białymi kamyczkami skweru i jęknęła, widząc, jak starannie je uformowano i przycięto. – Tu jest jak w Legolandzie. Perfekcyjnie.

– Zgadza się. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Monako, miałem wrażenie, że ktoś mnie przeniósł do wielkiej kolorowej kreskówki. – Diamond stanął przy niej.

– O to, to! – zgodziła się z nim skwapliwie. – Ty jeszcze od biedy pasujesz, nawet całkiem dobrze tu pasujesz – patrzyła z podziwem na jego kolejną świetną i markową stylówkę – ale ja? Aż dziw, że jeszcze nikt nie dał mi mandatu za ciuchy. – Chwyciła za przód elastycznej koszulki, naciągnęła ją i puściła, a wtedy uderzył ją w nos niezbyt świeży zapaszek spoconego ciała. – Mam pytanie.

– Tak?

– Będę mogła się odświeżyć, zanim…?

– Oczywiście. Zaraz wyjmę twoją torbę.

W klinice było jeszcze bardziej ekskluzywnie niż na zewnątrz. Julia próbowała sobie wyobrazić, jak może być w takim miejscu, ale rzeczywistość przechodziła nawet jej najśmielsze oczekiwania. Dostała osobistą asystentkę, młodą dziewczynę o imieniu Ivone, która zaopiekowała się Julią, ledwie ona i Diamond zgłosili przybycie w recepcji. Przydzielono jej nawet swój własny pokój, żeby tam zmienić ciuchy, a najpierw wziąć prysznic w najnowocześniejszej łazience, jaką miała przyjemność użytkować. Personel zadbał również o ich żołądki. Zjedli lunch i dopiero wtedy Ivone zaprowadziła Julię do laboratorium, oczywiście niewyglądającego wcale jak przeciętne laboratorium medyczne, a raczej jak przytulny kobiecy buduar urządzony w bieli i pastelach. Julia wyszła stamtąd zrelaksowana, choć kolejna pracownica kliniki „wyssała” z niej mnóstwo krwi.

– Boże, jeszcze nie przeżyłam równie miłego nakłuwania jak tutaj – powiedziała Diamondowi, który cierpliwie czekał w sąsiednim pomieszczeniu. – Kompletnie zapomniałam, że boję się igieł. Fascynujące.

– Teraz badanie lekarskie?

– Tak.

– Boisz się?

– Już nie. – Zachichotała, myśląc, że jej stres pod wpływem otaczającego ją luksusu ewoluował w jakąś dziwną głupawkę. – Lekarz pewnie będzie przystojny jak Antonio Banderas, a zanim mnie zbada, zrobi mi erotyczny masaż.

Diamond odchylił głowę do tyłu i zaniósł się niepowstrzymanym śmiechem.

– Gorąca laska z ciebie! – Potrząsnął głową z niedowierzaniem.

– To się zgadza. Okropnie mi przygrzało na lotnisku.

– A może coś zażyłaś? – spytał, mrużąc powieki.

– Taa… – Przewróciła oczami. – Nie ma to jak doping, a później spotkanie w laboratorium.

Doktor Henry Granmont niestety niewiele miał wspólnego z Banderasem, ale okazał się miłym jowialnym blond grubaskiem, który po kilku minutach rozmowy całkowicie kupił Julię. Stresowała się okropnie, wszak u ginekologa była tylko raz, niedługo potem, gdy dostała pierwszą miesiączkę, ale gdzie temu wrocławskiemu lekarzowi do doktora Granmonta? Dzieliły ich lata świetlne, czy jak się tam mówi na wielką różnicę. A te ciuchy, które Julia założyła przed badaniem? Nie wypadało jej zabrać prześlicznej, lecz jednorazowej koszulki z pistacjowej flaneli, którą otrzymała od Ivone. Z żalem wrzuciła ją do kubełka.

– Już po bólu? – powitał Julię Diamond, gdy opuściła gabinet.

– Nie było żadnego bólu – skwitowała trochę zmieszana.

– Teraz do hotelu? A może masz ochotę pokręcić się po Monako?

 

– A która jest godzina?

– Nieważne która. Ważne, jak się czujesz.

– Więc czuję się na powrót do hotelu.

– Nie ma sprawy, panno Juliette. – Diamond szarmancko podsunął jej ramię.

Godzinę później wjeżdżali do Nicei, a Julia miała okazję wysłuchać kilku ciekawych uwag o tym pięknym mieście. Była pewna, że do wieczora nie opuszczą hotelu, lecz po dwóch godzinach i krótkiej poobiedniej drzemce wstąpiły w nią nowe siły, dlatego przystała na propozycję Diamonda, by wpaść do którejś z nicejskich kawiarni. Miała do wyboru jego ulubioną Cafe Buenos, gdzie codziennie tańczono tango, ewentualnie Cafe Vintage, w której można było posłuchać starych przebojów – i właśnie na ten lokal zdecydowała się Julia.

* * *

– Lubisz Édith Piaf? – spytał Diamond, odsuwając jej krzesło.

– A kto nie lubi? – odpowiedziała Julia. – Uwielbiam. – Zachwyciła się, słysząc pierwsze nuty La Foule.

– Niektórzy nie lubią.

– Raczej nie znają.

– Może i tak. Podoba ci się? Lokal? – doprecyzował Diamond.

– Ślicznie. Bardzo oryginalnie. Trochę jak w serialu ’Allo ’allo! Znasz?

– Widziałem kilka odcinków, ale to nie moja bajka. – Mrugnął.

– Chyba nie jestem odpowiednio ubrana – szepnęła Julia, rozglądając się ukradkiem wokół.

Ledwie tu weszła, a zdała sobie sprawę, że mimo prostoty wystroju i mebli, wyglądających na takie zwykłe, kawiarnia jest bardzo ekskluzywna, a goście siedzący przy małych kwadratowych stolikach z blatami zakrytymi haftowanymi obrusami mają na sobie eleganckie stroje. Diamond też się wyszykował i zmienił dżinsy oraz polówkę na sportową marynarkę, takąż koszulę i ciemnogranatowe chinosy. W obu wersjach wyglądał według Julii obłędnie.

– Dobrze jest – mruknął, podnosząc wzrok znad menu. Był powściągliwy, ale gdyby ktoś spytał go, co naprawdę sądzi o swojej podopiecznej, miałby dużo do powiedzenia. Nawet bardzo. Aż go zatkało, gdy Julia wyszła z hotelowego pokoju. Wprawdzie jej sukienka kupiona za niecałą stówkę w ulubionym second-handzie nie należała do tych najszykowniejszych, lecz i tak sprawiła niezłe zamieszanie w głowie Diamonda. Głównie przez kolor i swoją długość, a raczej krótkość. – Dobrze ci w czerwieni.

– Dziękuję. Pasuje do rumieńców? – Zachichotała i zagryzła wargę, czując, że naprawdę je ma.

– Też. – Odłożył menu i z uwagą spojrzał na Julię. – Do rumieńców, do oczu i do fryzury. Ładnie wyglądasz.

– Och, dziękuję, ale już dość. – Nie miała problemów z przyjmowaniem komplementów, choć nie trafiały się jej zbyt często, lecz świdrujące spojrzenie Diamonda jednak odrobinę ją peszyło. Przecież tak krótko się znali. Widziała go dzisiaj raptem czwarty raz w życiu, a co do nastroju chwili, to było inaczej niż wcześniej, mimo że każde ich spotkanie odbywało się właśnie w kawiarni. – Nie miałam czasu. – Poprawiła węzeł z włosów, upięty naprędce w hotelowej łazience. – I nie zabrałam kosmetyków do makijażu.

– Wiesz, kto wynalazł makijaż?

– Nie.

– Brzydkie kobiety. A potem brzydule wmówiły tym ładnym, że też go potrzebują.

– Ha, ha, ha. – Potrząsnęła głową. – I kto to mówi?

– No kto? – spytał zaczepnym tonem, zdając sobie sprawę, że zaczyna otwarcie flirtować z Julią, co wcale mu nie pasowało do wcześniej przyjętej i skrupulatnie obmyślonej strategii postępowania z młodziutką Polką.

– Obracasz się w takim świecie, gdzie są tylko przepiękne kobiety i wszystkie noszą makijaż.

– Coś w tym jest – przyznał z lekkim uśmieszkiem. – Czego się napijesz? – Spojrzał w lewą stronę, skąd właśnie nadchodził kelner. – Wina?

– Nie piję alkoholu. – Wreszcie to przyznała, choć w sumie akurat w tej materii nie musiała silić się na szczerość. Doktor Granmont uprzedził, że ma całkowicie pożegnać się z używkami już w pierwszym dniu kolejnego cyklu.

– Ani tyci?

– Nie.

– Wobec tego ze mną się napijesz. – Kilka razy znacząco ruszył brwiami.

– Jezu, ja naprawdę…

– Pst. – Przystawił wskazujący palec do ust. – Nikt się nie dowie. Nasz doktorek też nie.

Wprawił ją w takie zdumienie, że faktycznie nie pisnęła ani słówka. Odzyskała głos dopiero, kiedy Diamond złożył zamówienie piękną i czystą francuszczyzną, a chwilę później kelner pozostawił na ich stoliku otwartą butelkę jakiegoś wina oraz maciupeńkie tartinki i coś niewiele większego, co okazało się małymi tartami z warzywami.

– Znasz wyniki moich badań? – spytała Julia, czując płomień na policzkach.

– Chyba jasne i oczywiste, że mam do nich dostęp.

– Dla mnie nie jest oczywiste.

– To jakiś problem? – Chrząknął cicho, domyślając się, co tak zawstydziło Julię.

– Sądziłam, że to kwestie medyczne.

– Dostaję na maila wszystko, co dotyczy twojego zdrowia, lecz jeśli myślisz, że zamierzam kiedykolwiek wykorzystać te informacje, jesteś w błędzie. Mnie też obowiązuje klauzula poufności – powiedział spokojnie. – A teraz wino. Château Pape Clément – przeczytał z etykiety. – Rocznik dosyć młody, ale wino świetne. Czerwone, wytrawne. Powinno ci smakować.

– Ale ja naprawdę nie piję alkoholu. – Julia wpatrywała się w swój powoli napełniany kieliszek jak w coś bardzo grzesznego.

– To nie alkohol. To bardzo dobre wino. Ma zacną i długą historię. Jesteś wierząca? – spytał pozornie ni z gruszki, ni z pietruszki.

– Tak.

– Tym bardziej powinnaś się skusić. Widzisz te papieskie emblematy? – Obrócił w jej stronę butelkę. – To na pamiątkę pewnego wydarzenia, ale teraz nie będę o tym przynudzał. Piłem niedawno ten rocznik i słusznie oceniono go jako wybitny.

– Aha.

– Żadne aha. – Uśmiechnął się półgębkiem. – Jedna lampka ci nie zaszkodzi. – Podał jej kieliszek. – Wypijemy, zjemy coś, a później… – Skierował wzrok na niewielki parkiet, gdzie kręciła się jakaś parka.

– Serio? – Julia wytrzeszczyła oczy w panice. – Nie umiem tańczyć.

– Ja też nie umiem. Oni podobnie. – Wskazał brodą na parkiet. – Znasz film Hitch? Will Smith grał tam główną rolę. Podobny trochę do mnie. – Rozchylił usta w uśmiechu. – Nauczyłem się tańczyć z tego filmu. A śmiać jak znany gliniarz z Beverly Hills. – Zarżał niczym główny aktor tej starej komediowej produkcji.

– Nie będę tańczyć. Naprawdę nie umiem.

– Zobaczymy. – Nie tracił rezonu. – Na zdrowie. – Uniósł kieliszek i delikatnie stuknął nim w kieliszek Julii.

Miał słuszność, licząc na zbawienne i rozluźniające działanie alkoholu. Julia wypiła całą lampkę, pochwaliła smak i poprosiła o drugą, od razu zastrzegając, że to ostatnia. Nie zamierzał jej upijać, więc sam wysączył resztę butelki, co pewien czas zagadując do dziewczyny i opowiadając jej zabawne anegdoty z czasów studenckich i nie tylko.

– Masz fajne życie.

– Nie narzekam – potaknął, biorąc z półmiska ostatnią szpinakową tartę. – Zresztą sama widziałaś.

– Ja?

– A kto śledził mnie w sieci? Przecież mnie sprawdzałaś.

– Dałeś mi wizytówkę.

– Czyli jest remis – odparł po przeżuciu zakąski. – Ja znam wyniki twoich badań, a ty z widzenia większość moich przyjaciółek.

– Bardzo wiele przyjaciółek. – Pozwoliła sobie na śmiałość.

– To szczyt góry lodowej. Uwierz.

– Jesteś podrywaczem? Tego też nauczyłeś się z filmu? – Piła do fabuły Hitcha.

– Oglądałaś. – Zaśmiał się. – Biada mi. Znasz wszystkie sztuczki.

– Nie znam, ale fakt, szybko się uczę.

– To świetnie. Wobec tego zapraszam na parkiet.

Nie chciała iść tańczyć, można śmiało rzec, że przerażało ją to bardziej niż pobieranie krwi, lecz jak się skutecznie oprzeć takiemu mężczyźnie? Diamond zaprowadził Julię na środek parkietu, a gdy z ukrytych dyskretnie głośników popłynęła jakaś nieznana im obojgu, spokojna francuska ballada, objął ostrożnie dziewczynę w talii jedną dłonią, drugą przytrzymał jej dłoń i zaczął przestępować z nogi na nogę.

Julia zachichotała.

– Twój nauczyciel trafił na wyjątkowo odpornego na wiedzę ucznia.

– Nie podoba ci się mój styl?

– A masz w ogóle jakiś styl? – Musiała zadzierać głowę, żeby móc z nim rozmawiać i jednocześnie patrzeć mu w oczy.

– Okej, spróbujmy czegoś innego. – Po chwili byli znacznie bliżej siebie, a obie dłonie Julii spoczywały tuż nad paskiem jego spodni. – I jak? – wymruczał wprost do jej ucha.

– Przedtem było…

– Słowo klucz: „było” – wtrącił. – Za późno, panno Juliette.

Mocno przytuleni kiwali się w niezbyt zgodnym z muzyką rytmie, co pewien czas trącając się kolanem albo chichocząc, gdy któreś rozsynchronizowało się krokami z drugim.

– Może już dosyć? – zaproponowała Julia po trzecim kawałku. – Jeszcze chwila i dostanę zakwasów w łydkach.

– Naprawdę?

– Gdybyś nie zauważył, stoję na palcach.

– Mogłaś założyć szpilki.

– Mogłam, gdybym je miała.

– Wracamy do stolika?

– Zdecydowanie.

Julia poszła do toalety, a w tym czasie Diamond zamówił drugą butelkę wina. „Dopiero się rozkręcam” – wytłumaczył dziewczynie, kiedy wróciła.