Zastępcza miłośćTekst

Oznacz jako przeczytane
Zastępcza miłość
Zastępcza miłość
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– I dlatego krzyknął do nas „heloł Polska”?

– Prawdopodobnie mnie poznał.

– Wszystko jasne – stwierdziła Majka z satysfakcją, ale i ukłuciem zazdrości. Że też jej nigdy nie zdarzyła się taka zaczepka! Może to przez blond włosy Julki? Zerkała na nią, rozważając zmianę koloru zaraz po powrocie do Wrocławia, a może nawet tutaj. – I o czym gadaliście?

– Jezu! – jęknęła Julia. – O niczym szczególnym. Przedstawił się, ja też. Trochę mówiliśmy o Polsce i takie tam. – Przewróciła oczami. – Nic ważnego.

– Wiesz, jak się nazywa?

– No pewnie. Diamond.

– Diamond? – Majka wybałuszyła oczy. – Co za idiotyczne imię.

– Prawda? – Julia nadal nie traciła czujności, widząc, że przyjaciółka tak łatwo i prędko nie odpuści. – Powiedział, że to kobiece imię, ale podobało się jego matce.

– A nazwisko?

– Nie wiem. Mojego też mu nie zdradziłam.

– A co tu robi?

– Nie mam pojęcia.

– Mieszka w Monako?

– Jezu, nie wiem. – Julka się zniecierpliwiła. – Nie wiem, co tu robi, czy tu mieszka i tak dalej. Raczej nie mieszka, przecież jest Amerykaninem. Zaczepił mnie, bo nie było wolnych miejsc w kawiarni, a stoliczek, przy którym siedzieliśmy, był taki. – Pokazała rękami, jaką niewielką miał średnicę. – Gdy siedzisz nos w nos z kimś, ciężko zachować dystans.

– Oj, nie wkurzaj się tak. – Majka potrząsnęła głową, czując, że Julka nie do końca jest z nią szczera, a rozmowa między nią a tajemniczym Diamondem na pewno nie skończyła się na wymianie uwag o Polsce.

– Jak mam się nie denerwować, skoro poddajesz mnie przesłuchaniu? – fuknęła najeżona Julia.

– Nie uważasz, że trochę to dziwne z twojej strony, że nic nam nie powiedziałaś? Podejrzane?

– Wiesz co? Mam dość. – Julia wstała, a raczej zerwała się z ręcznika, i spojrzała w stronę morza. – Idę popływać.

– Idź.

Majka westchnęła ciężko, nie mając już nawet cienia wątpliwości, że coś się wydarzyło między jej przyjaciółką a ciemnoskórym właścicielem porsche. Tylko co?

ROZDZIAŁ 2

Włosy Julii jeszcze nie przestały pachnieć wiatrem wiejącym znad obsadzonych różami i lawendą wzgórz Marsylii, a już dopadła ją szara polska rzeczywistość. Dziewczyna wróciła późną nocą, a w południe, gdy wstała i poszła do kuchni, by porządnie przywitać się z mamą, bo w nocy nie było czasu na rozmowy, zastała ją siedzącą przy stole, ze wzrokiem tępo wbitym w blat.

– Mamuś? – Podeszła i ucałowała ją w głowę.

– Julcia. Jak dobrze, że już jesteś.

„Jestem już od kilku godzin”.

– Coś się stało?

– Nie, nic. – Teresa natychmiast uciekła spojrzeniem.

– Przecież widzę.

– Nieważne. Na pewno jesteś głodna, zrobię ci śniadanie. A może zjesz obiad? Jest pomidorowa, wczoraj zrobiłam.

– Zjem wszystko, ale najpierw powiedz, co się stało.

– Dostałam wiadomość od mecenas Pawlik.

– Jaką? – Julka natychmiast przysiadła na taborecie tuż obok matki.

Czuła, że to nie będą dobre wieści. Nazwisko Pawlik kojarzyło się jej tylko z jednym: z kłopotami. Pani adwokat broniła ojca Julii jako obrońca z urzędu i nadal nadzorowała jego sprawy.

– Twój ojciec za osiem miesięcy wychodzi.

– Co?! – Julkę aż zatchnęło. – Miał wyjść za trzy lata!

– Za dwa i pół – sprostowała Teresa. – Wypuszczają go wcześniej. Za dobre sprawowanie – szepnęła z goryczą pod nosem.

– Chwileczkę. – Do Julki nie docierała prawda. – Jak to wcześniej? To znaczy kiedy dokładnie? – Jej głos zabrzmiał piskliwie, niczym u chłopca przechodzącego mutację.

– Wychodzi w marcu. Albo kwietniu. Nie pamiętam. – Teresa wyjęła chusteczkę z kieszonki dżinsów i wydmuchała nos.

– No to niech wychodzi. Wzięłaś z nim rozwód. Niech sobie wychodzi i idzie, dokąd chce. Byle nie wracał tutaj.

– Czyli gdzie? Gdzie się podzieje jeśli nie tutaj? – Teresa odwróciła głowę, by spojrzeć w kuchenne okno przysłonięte gęstą szyfonową firanką. – Toż to jego dom, jego ojcowizna. My obie nie mamy tu żadnych praw. No może ty, bo jesteś jego córką, ale ja? Była żona?

– Już dawno powinnaś była dopisać się do majątku.

– Przestań. Raz, że już za późno i twoi dziadkowie nie mogą tego zrobić, a dwa, że nawet gdyby Bogdan dopisał mnie jako współwłaścicielkę, co by to dało? To. Jego. Dom. – Każde słowo brzmiało jak strzał z pistoletu. Trzask, trzask, trzask. Jak uderzenie w twarz z otwartej dłoni, które tak często spadało na Teresę, gdy jej mąż miał zły humor. A miał go prawie codziennie. – Nie mam prawa tu mieszkać.

– Masz.

– Owszem, mam jako twój opiekun prawny. Tymczasowo. Gdy ojciec wróci, będę musiała stąd zniknąć.

– Jeśli myślisz, że będę mieszkać sama z tatą… – Julce głos uwiązł w gardle. Zerwała się z krzesła i podbiegła do okna. Postała tam może sekundę i wróciła, by bezradnie opaść z powrotem na taboret. – Nie będę mieszkać z tym… z tym… – Brakowało jej słów. – Nie będę i już!

– Też tego nie chcę – wykrztusiła z trudem Teresa.

Wprawdzie Bogdan nigdy, przenigdy nie podniósł ręki na córkę, nawet nie krzyknął na małą, a pretensje i poszturchiwania żony zdarzały się wyłącznie, gdy byli ze sobą sam na sam, mimo to Julia świetnie zdawała sobie sprawę, co dzieje się w domu podczas jej nieobecności; im była starsza, tym bardziej. Nie dało się wytłumaczyć nieszczęśliwym przypadkiem każdego sińca czy otarcia, pojawiających się co chwilę a to na szyi mamy, a to pod okiem. Teresa kryła swojego oprawcę, najpierw przed teściami i córką, później tylko przed tą ostatnią, ale po pewnym czasie wszyscy domownicy wiedzieli o wyczynach Bogusia. To jego matka namawiała synową, by wreszcie zgłosiła to na policję, ale Teresa wytrzymywała. Dlaczego? Bo Boguś był dobrym ojcem. A przynajmniej tak się jej zdawało.

– Nie będę mieszkać z tatą. Nie spędzę tu z nim ani jednego dnia. Rozumiesz? – Julka kolejny raz wstała, żeby podejść do kuchenki. Nastawiła pełny czajnik, odkręciła gaz i wsparta pośladkami o blat szafki, patrzyła na zupełnie bezbronną i jeszcze bardziej bezradną mamę. Wszystko w niej krzyczało, gdy pomyślała, że ojciec znów zacznie się nad nią znęcać. A teraz dopiero będzie miał powody, wszak mama wzięła z nim rozwód. Zaraz po zaocznym ogłoszeniu wyroku zadzwonił do domu i odgrażał się, że kiedy skończy odsiadkę, policzy się z Tereską i pokaże jej, co to znaczy porzucać męża. – Mamo…

– Tak?

– Nic się nie da zrobić?

– A co?

– Nie wiem. Ta mecenaska nic nie poradzi? Nie ufam jej.

– Wiesz dobrze, że Pawlikowa gra z nami do jednej bramki.

– Niby tak, ale nie do końca. Skoro go wypuszczają wcześniej, może coś zawaliła.

– Przypominam, to jest obrońca taty, nie oskarżyciel.

– No wiem, ale sama mówiłaś, że trzyma naszą stronę.

– Właśnie dlatego mnie uprzedziła. Sprawa wraca do rozpatrzenia, a Pawlikowa mówi, że Bogdan ma spore szanse wyjść już na wiosnę. – Wyglądała żałośnie, bardziej zgarbiona niż zwykle i z zagubieniem w poczerwieniałych oczach.

– Szansę, a nie pewność.

– Dużą szansę. – Teresa głęboko westchnęła i wsparła głowę o zimną powierzchnię płytek, którymi wyłożono ściany kuchni. – Mówiła, że Bogdan przeszedł terapię. Bierze leki i ponoć jego problemy są nieco mniejsze, ale i tak…

– I tak się boisz – dokończyła za nią córka.

– Pomyślałam, że zniknę mu z oczu. Ta psychoza nie dotyczy dzieci czy kogokolwiek poza żoną. Może twój ojciec…

– Nie mów tak o nim, to nie jest mój ojciec. Nie po tym, co ci zrobił. Zresztą nigdy nie był moim ojcem. – Nawiązała do pogmatwanej historii życia matki. – Przysposobił mnie, dał swoje nazwisko, utrzymywał, ale to nie wystarczy, żeby być ojcem. Kiedyś myślałam, że mam super tatę. Kiedyś. – Julka zacisnęła wargi, aż pobielały.

– Czasami myślę, że psychoza Bogdana wzięła się właśnie z tego powodu.

– Z jakiego?

– Że nie jesteś jego biologiczną córką.

– Mamo, daj spokój. Tata doskonale wiedział, że masz dziecko. Gdy się pobraliście, miałam trzy lata. Trzy – powtórzyła dobitnie. – Chyba nie sądził, że przyniósł mnie bocian? Nie tłumacz go. To jest choroba, ale nie wszystko da się nią usprawiedliwić. – Julka naczytała się o zespole Otella aż nadto i nie potrafiła pojąć, czemu matka tak uparcie próbuje bronić byłego męża. – To nie ma żadnego znaczenia. Tata od zawsze taki był. Sama opowiadałaś, że w czasie wesela zrobił ci scenę, bo zatańczyłaś ze starostą i z jakimś wujkiem. Z wujkiem, czyli z krewnym. – Wzniosła do góry ręce. – Zresztą psycholożka mówiła, że to dotyka różnych mężczyzn. Bezdzietnych i kawalerów, którzy jeszcze się nie oświadczyli. Po prostu. Odbiło mu i tyle.

– Przecież się leczy.

– W więzieniu? – Julka potrząsnęła głową. – Już to widzę. W najlepszym razie dają mu leki. Ciekawe, czy je bierze.

– Wierzę, że tak. Czasami próbuję zrozumieć, dlaczego się z nim związałam. Myślę, że czułam się bardzo samotna, mimo że miałam ciebie; bez nadziei, że ułożę sobie życie i znów nie wydarzy się coś okropnego, jak śmierć twojego prawdziwego taty. Zakochałam się jak idiotka w pierwszym lepszym facecie, który był zaradny, przystojny, okazywał mi dobroć i zainteresowanie, a przede wszystkim zapewnił poczucie bezpieczeństwa. Pozorne oczywiście. Jestem ciekawa, czy Bogdan zdawał sobie sprawę, że wystarczyło rzucić mi jakiś ochłap, a ja od razu jadłam z ręki. Zmanipulował mnie, omamił. Schlebiały mi jego zazdrość i zaborczość. Niepojęte, jak mogłam tak koncertowo spieprzyć sobie życie.

– To on wszystko zepsuł. Nie ty. Zamiast gadać o moich wakacjach, rozmawiamy o nim. Nie chcę tak.

– Ja też nie chcę. – Teresa zatrzymała na córce zmęczone spojrzenie.

– Więc trzeba coś z tym zrobić. Stop! – Julia wyciągnęła przed siebie wyprostowaną dłoń. – Stop. Nic nie mów. Później o tym pogadamy.

– Dobrze.

– Dostanę wreszcie coś do jedzenia?

* * *

 

Julia nie mogła przeboleć, że jej ukochana mama nie je, nie śpi, nie rozmawia. Bez słowa wychodziła do pracy i tak samo w milczeniu z niej wracała. Kiedyś było inaczej. Frunęła do firmy jak na skrzydłach. Od lat pracowała w biurze rachunkowym w centrum Wrocławia, była ceniona za swoją fachowość i szybkość. Teraz, gdy dowiedziała się, że Bogdan wychodzi, wszystko na powrót w niej zgasło. Na nic zdała się prawie roczna psychoterapia, którą zaczęła wkrótce po osadzeniu męża. Poczucie obezwładniającego zagrożenia znów na nią spadło i nie pozwalało normalnie funkcjonować, a była przecież nadal młodą i atrakcyjną kobietą, mogącą cieszyć się życiem, a może nawet związać się z kimś innym? Chociaż to ostatnie ani jej było w głowie.

Jeśli Teresa sądziła, że będzie tylko gorzej, a gdy nieubłaganie nadejdzie marzec, jej życie zmieni się w koszmar, była w błędzie. Oczywiście próbowała szukać pomocy. Odwiedziła kilku prawników, poszła do fundacji opiekującej się ofiarami przemocy, zaprosiła dzielnicowego, świetnie znającego sytuację Rumianków, a zwłaszcza historię mało szczytnych dokonań Bogdana Rumianka, ale to wszystko traciło znaczenie w obliczu jej myśli, koszmarnych snów i coraz mocniej ogarniającej paniki.

I kiedy zaczął się sierpień, a ona już prawie straciła nadzieję, że powstrzyma czas, Julia poprosiła ją o rozmowę.

O ich nowym miejscu na ziemi…

* * *

Czy Julia miała wątpliwości? A kto by ich nie miał w takiej sytuacji? Przede wszystkim obawiała się, że temat, o ile w ogóle był jakiś temat, już dawno stał się nieaktualny. Niezliczoną ilość razy dziewczyna wklepywała numer Diamonda do telefonu i błyskawicznie go kasowała, jakby sam fakt wpisania szeregu cyferek mógł cokolwiek sprawić. W końcu się odważyła. Poczekała, aż mama wyjdzie do pracy, i nie myśląc zupełnie o ewentualnej różnicy czasowej, zadzwoniła do Diamonda. Zanim odebrał, czuła, że jej serce zastygło, ale gdy usłyszała jego głos, dziwnie obcy i ochrypły, skoczyło do galopu jak oszalałe.

– Halo. – Skupiła się, żeby mówić po angielsku, ale o dyskrecji kompletnie zapomniała. – Tu Julia Rumianek – przedstawiła się bezwiednie pełnym imieniem i nazwiskiem. – Czy rozmawiam z panem Diamondem Kingiem?

– Tak, przy telefonie.

– Nie wiem, czy mnie pamiętasz. Poznałeś mnie w Monako. – Zacisnęła mocniej palce na obudowie telefonu. – Julia z Polski.

– A! Panna Juliette? – Wyraźnie się ucieszył.

– Tak, to ja.

– I co u ciebie słychać?

– W porządku, dziękuję.

– Mam twój numer. – Zaśmiał się głośno. – Chyba że to numer kogoś innego.

– Mój.

– Mam spytać, czemu dzwonisz? Wiesz, która godzina?

Speszyła się okropnie. Usłyszała w tle coś podobnego do szelestu pościeli, a później odgłos gołych stóp wybijających niezbyt głośne, ale wyraźne kroki na posadzce.

– Trzecia w nocy. Obudziłaś mnie.

– Przepraszam. Jesteś w Stanach?

– A gdzie mam być?

– Nie wiem. W Monako?

– Nie jestem w Monako. Czemu dzwonisz?

– Chciałam z tobą porozmawiać.

– Oryginalny pomysł. Zważywszy na porę – dodał znaczącym tonem.

– Przepraszam. – Julia westchnęła, myśląc, że ten telefon to idiotyzm. – To nie będę ci przeszkadzać, śpij dalej.

– Hej, hej! Poczekaj! I tak już nie śpię. O co ci chodzi? Bo na pewno o coś ci chodzi, prawda?

– Czy tamta oferta jest aktualna? – Julia zacisnęła powieki w oczekiwaniu na odpowiedź.

– Tamta oferta?

– Wiesz która – wymamrotała, zawstydzona, że prawie nie mogła mówić.

– Ach, tamta?

Prawie widziała, jak Diamond wyszczerza swoje idealne filmowe uzębienie.

– Tamta owszem. A co? Zmieniłaś zdanie?

– A jeśli tak?

– Nie znając szczegółów? – Ewidentnie się z nią droczył.

– Wystarczą mi te, które zdradziłeś.

– Wychodzi na to, że powinniśmy poważnie pogadać. – W końcu się nad nią zlitował. – To kiedy?

– Kiedy co?

– Kiedy się spotkamy?

– A musimy?

– He, he, dziewczyno, naprawdę jesteś zabawna, tylko dlatego ci wybaczam. Pobudkę – dodał wyjaśniająco.

– Dobrze, spotkam się z tobą.

– Zapraszam. Mam całkiem niezły apartament, blisko Central Parku, więc powinno ci się podobać. Wprawdzie nie gościłem tu żadnej Polki, ale moje dotychczasowe przyjaciółki nie narzekały.

„On sika?!” – oburzyła się w duchu Julia. Zdobyła pewność, że właściwie zinterpretowała charakterystyczny odgłos, gdy po chwili dotarł do niej głośny szum spuszczanej wody. „Co za chamidło!”

– Nie przyjadę do ciebie! – fuknęła wkurzona.

– Nie przyjedziesz – zgodził się bez wahania. – Na razie to nierealne, ale możesz przylecieć.

– Nie ma mowy.

– To mamy problem – mruknął.

– Wiesz co? Byłam głupia, że do ciebie zadzwoniłam. Cześć.

Rzuciła aparat na blat stołu i zakryła dłońmi twarz. Czuła się okropnie. Teraz Diamond znał numer jej telefonu, a ona wyszła na kompletną kretynkę. Upokorzył ją i potraktował jak dziwkę na zamówienie.

– Idiotka! – Uderzyła pięściami w skronie. Już miała wstać, żeby pójść wziąć lodowaty prysznic, gdy telefon cicho zabrzęczał.

Podaj datę, godzinę i miejsce. Przylecę do Polski. Diamond.

* * *

„Powiedzieć Majce? Nie powiedzieć?” – Julka miotała się od ściany do ściany. Na szóstą umówiła się z Diamondem w kawiarni i była pełna obaw. Wszelakich. Po pierwsze, czy Diamond w ogóle się pojawi, po drugie, czy na pewno jego oferta nie była żartem, a po trzecie, po piąte i po pięćdziesiąte…

Nie mogła pogadać z mamą, bo ta nawet nie chciała o tym słyszeć. Wstępnie wprowadzona w temat, złożyła dłonie jak do modlitwy, wytrzeszczyła oczy i wygłosiła kilkuminutową pogadankę o wszelakich zagrożeniach czyhających na dziewiętnastolatki. „Nie słyszałam tych bzdur!” Pokręciła głową i to było na tyle w kwestii jej stanowiska.

– Powiem! – Julia podjęła decyzję. Dotychczas dzieliły się z Majką wszystkimi sekretami. Znały się od dzieciństwa, mieszkały przy tej samej ulicy, dom naprzeciw domu, furtka w furtkę. Razem siedziały w ławce, skończyły to samo liceum i dopiero teraz ich drogi się rozeszły, bo Majka wybrała informatykę, a Julia studiowała anglistykę. – Dzwonić? Nie dzwonić? – Siedziała, obracając w dłoni telefon. W końcu wybrała numer przyjaciółki.

Dwie minuty później głośno trzasnęła bramka, a chwilę potem Majka wbiegła po schodach na piętro domu Julki.

– Co jest?

– No właśnie nie wiem. – Stropiona gospodyni wskazała jej miejsce, jakby nie wiedziała, że Majka zawsze rozwala się na łóżku. – Posłuchaj, mam problem.

– Widzę.

– Umówiłam się na spotkanie.

– Łał. Randka? Kim jesteś i co zrobiłaś z moją kumpelą, czarownico? – Przyjaciółka zachichotała.

– Żadna randka. Bardziej spotkanie dotyczące pracy.

– Szkoda. – Majka wydęła usta. – Co za problem?

Julia przysiadła na brzegu materaca, wzięła kilka głębokich wdechów i wykrztusiła, czując, że oblewa się rumieńcem po cebulki świeżo umytych włosów.

– Pamiętasz tego faceta, który jechał białym kabrioletem w Monako?

– Nie mów!

– Mówię.

– Umówiłaś się z NIM?! – pisnęła przyjaciółka Julii. – Ale jak? Gdzie? Kiedy? No mówże! – Podskoczyła na łóżku.

– Dzisiaj, o szóstej. W kawiarni.

– Nie! To się nie dzieje naprawdę. Takie rzeczy się nie zdarzają! – Majka przytknęła dłoń do serca. – To niemożliwe. – Patrzyła na przyjaciółkę z mieszaniną podziwu i niedowierzania.

– Bardzo możliwe, że niemożliwe i Diamond nie przyjdzie – wyjaśniła Julia.

– Przyjdzie? Mówiłaś, że on mieszka w Stanach. I specjalnie fatyguje się przez pół świata, żeby się z tobą spotkać w kawiarni?

– Głupie, no nie? – Julia zachichotała nerwowo. – Czyli okej, nie było tematu. Nigdzie nie idę.

– Czekaj. Jak to nie idziesz? A jak on przyleci? Nie rób jaj. Koleś jest z Ameryki, nie z Ząbkowic Śląskich. Daj mu szansę. W najgorszym wypadku na pocieszenie zjesz bezę z kremem i wrócisz.

– Czyli jednak powinnam pójść?

– Co za głupie pytanie. A tak w ogóle po co on się z tobą spotyka?

– Mówiłam. W sprawie pracy.

– Nie żebym ci zazdrościła czy coś… – zagaiła niezbyt szczerze Majka, bo tak naprawdę aż ją skręcało w dołku – ale wiesz, to może być jakaś ściema. Podpucha. Tyle się słyszy o różnych sytuacjach, porwaniach, sprzedaży do agencji towarzyskich, ewentualnie na organy i tak dalej. Co to za praca?

– Nie wiem, czy można nazwać to pracą. – Julia przygryzła kącik ust.

– Jak nie praca, to co?

– Majuś, nie gniewaj się, ale powiem ci później, okej?

– Ej! – Majka szturchnęła ją palcem w brzuch. – Tak się nie robi. Mów, co masz do powiedzenia, albo się wkurzę.

– Trudno. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Powiem ci po spotkaniu. – „O ile do niego dojdzie” – pomyślała. – Sorry. Jestem głupia, niepotrzebnie cię fatygowałam.

– Jak chcesz. – Majka przymrużyła oczy. – Słyszałam, że twój staruszek wraca. Znów się zacznie. Biedna ta twoja mama.

Oj! Celny cios! Jeśli chciała dokuczyć Julii, udało się jej znakomicie. Dziewczyna natychmiast pobladła, a jej spojrzenie, jeszcze przed chwilą pełne ekscytacji, zgasło niczym zdmuchnięty płomień świecy.

– Wraca – potaknęła Julia. – Skąd wiesz?

– Twoja mama mówiła mojej.

– Miał wyjść za dwa i pół roku.

– Wychodzi w marcu?

– Jakoś tak. – Julia zebrała w sobie siły, żeby podnieść się z łóżka. – Muszę ugotować obiad, a potem… – Dała Majce do zrozumienia, że koniec rozmowy.

– Przepraszam. Niepotrzebnie o tym wspomniałam. Nie gniewaj się.

– Nie gniewam się. Takie są fakty. On wraca. – Julia podeszła do okna, wsparła brzuch o parapet i mrużąc oczy, spojrzała na zalane słońcem podwórko. Lubiła to miejsce, a potem przestała lubić, gdy rodzice ojca, zwłaszcza ukochana babcia Gienia, odeszli. Wtedy zaczęła się prawdziwa jatka. Ojciec bił matkę prawie codziennie, aż w końcu wylądowała w szpitalu z pęknięciem podstawy czaszki i ze złamaną ręką. – Nasz kat wraca.

„Właśnie dlatego my musimy stąd uciec” – pomyślała twardo.

– Może z tobą pójdę? – Majka też wstała i po chwili dołączyła do Julii. – Pójdę z tobą jako wsparcie do tej kawiarni. Usiądę gdzieś z boku i będę was obserwować.

– A po co? – Julia jeszcze czuła ból w sercu po ciosie, który padł z ust niefrasobliwej przyjaciółki. – Poradzę sobie. – „To nie mój agresywny ojciec, tylko wyrośnięty amerykański chłopiec, któremu się udało” – westchnęła z goryczą w duszy.

– Gdzie się umówiliście?

Już miała odpowiedzieć, że w Dwóch Małpach, ale ugryzła się w język. Podskórnie wyczuwała, że Majka nie do końca jej sprzyja. „Ciekawe, czemu mi dokuczyła” – zachodziła w głowę, bo nigdy wcześniej przyjaciółka nie pozwalała sobie otwarcie na takie teksty.

– Jeszcze nie wiem. Zgadamy się przed spotkaniem – wybrnęła, nadal patrząc tępo na wybrukowany podjazd. – Mam zadzwonić o piątej i podać mu adres.

– To wiesz, możesz do mnie tyrknąć i…

– Nie trzeba, dzięki. Ogarnę, nie musisz się martwić. – Julia obróciła głowę, by spojrzeć na Majkę. Rozczarowanie jej postawą nie odpuszczało.

– To ja lecę. Jeszcze raz sorki.

– Nic się nie stało – skłamała gładko. – To ja przepraszam, że zadzwoniłam. – Nie wierzyła, że toczą między sobą taką drętwą gadkę. Nigdy wcześniej tak nie bywało.

– Oki. Spadam.

– Pa.

* * *

Julia żałowała, że nie poprosiła Majkę o radę. „Co mam założyć?” Wyciągała z szafy kolejne ciuchy. W końcu zdecydowała się na białą dziewczęcą sukienkę, haftowaną w bukieciki niezapominajek. Wymknęła się z domu przed powrotem matki. Zostawiła krótki list przypięty magnesem do lodówki i uciekła jak złodziej. Pałętała się bez celu po mieście i gdy nadeszła umówiona godzina, aż z niej parowało. Niestety, nie mogła już zawrócić, zwłaszcza gdy spocona i na nogach jak z waty przekroczyła próg kawiarni i prawie od razu dostrzegła czekającego na nią Diamonda.

On też natychmiast ją zauważył. Rozciągnął usta w uśmiechu, wstał, zapiął marynarkę i podszedł ku drzwiom.

– Cześć.

– Cześć.

– Bałaś się, że cię wystawię?

– To raczej ty mógłbyś mieć więcej powodów do obaw – odpowiedziała, czując, że jej gardło jest suche jak pieprz.

– Większe ryzyko? – Puścił jej oczko. – Lubię czasami odwiedzić Stary Kontynent, choć fakt, byłem tu niedawno.

– We Wrocławiu? – zażartowała, gdy prowadził ją do stolika.

– W Europie.

Na szczęście Diamond wybrał najbardziej ustronne miejsce w kawiarni, więc prawie nikt im nie przeszkadzał ciekawskimi spojrzeniami, które siłą rzeczy wysoki przystojniak przyciągał jak magnes.

– Wyglądasz inaczej niż wtedy – stwierdziła Julia i prawie natychmiast skrępowana zacisnęła wargi, aż pobielały.

 

– Tak? – Przeczesał tygodniowy odrost na głowie. – Opalenizna zlazła?

– Nie. – Zaśmiała się, choć wcale nie było jej do śmiechu. Jeszcze nie minął stres związany z obawą, że Diamond nie przyjdzie na spotkanie.

Naprawdę wyglądał inaczej. Przede wszystkim uderzyło ją to, że wybrał znacznie bardziej oficjalny strój niż w dniu ich poznania. Założył garnitur! „W takie ciepło?!” Nie mogła uwierzyć, że Amerykanin nie spływa potem, tym bardziej że prócz idealnie dopasowanego grafitowego garniaka miał na sobie koszulę i krawat: piękny, jedwabny, o jasnym srebrno-perłowym odcieniu.

– Ale się odstawiłeś.

– Ty też. Ślicznie. – Bezwstydnie taksował ją wzrokiem. – Dobrze ci w sukienkach. Masz niezłe nogi.

– Rentgen w oczach? – Wskazała brodą na drewniany blat kawiarnianego stolika.

– Nie, dobra pamięć. – Znów mrugnął porozumiewawczo.

Chciała zripostować, ale podeszła do nich kelnerka. Zamówili: on ulubioną mrożoną kawę, a Julia wodę bez gazu.

– Jak podróż?

– Doskonale. A twoja?

– Ja? Przecież ja tu mieszkam. Niedaleko.

– Jeszcze nie poznałem twojego nazwiska.

– Poznałeś. Rumianek.

– Coś oznacza?

Przez chwilę tłumaczyła, a nawet pokazała mu zdjęcie rośliny.

– Kwiatuszek? Księżniczka Daisy? – zażartował, patrząc w ekranik telefonu.

– To nie stokrotka. Rumianek. Nie mam pojęcia, jak brzmi po angielsku.

– Okej, panno Juliette. Będę niegrzeczny, gdy spytam o twój wiek? – Diamond wsunął rurkę do kawy, którą przed chwilą mu podano, i pociągnął łyk zimnego napoju.

– Dziewiętnaście lat.

– Zazdroszczę. Kiedy to było? – spytał z udawaną melancholią.

– Dziesięć lat temu.

– O! Panna Juliette mnie sprawdziła? – Kilka razy uniósł i opuścił brwi z aprobatą.

– Jestem ostrożna.

– Zauważyłem.

– Tak?

– A co, jeśli nie tobie pierwszej i nie ostatniej złożyłem ofertę?

– Nic. Co ma być? – Julia nieznacznie wzruszyła ramionami.

– Coś ci pokażę. – Diamond sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął portfel, a stamtąd wizytówkę, ale ta była inna niż dobrze znany Julii biały kartonik z satynowym wykończeniem papieru. Wręczył go zdziwionej dziewczynie i z rozbawieniem patrzył na jej reakcję.

– Maxwell Casey? – przeczytała zdziwiona i podniosła na niego wzrok.

– Myślisz, że jestem naiwny i wręczam komu popadnie prawdziwą wizytówkę?

– To fałszywka? – upewniła się.

– Fałszywe dane, nieistniejący numer telefonu, ale adres mailowy istnieje. Nie chciałabyś czytać tych wiadomości. – Parsknął pod nosem.

– Po co ta konspiracja i czym sobie zasłużyłam na prawdziwą? – Oddała mu wizytówkę.

– Nie każda potencjalna ofiara – pokazał palcami znak cudzysłowu – się nadawała. Dlatego.

– Nadawałam się, ponieważ…

– Jesteś w miarę rozsądna i ostrożna. I nieufna.

– Zawsze sądziłam, że to wada.

– Czasami wada, a czasem zaleta.

– Co teraz? – Julia wzięła głęboki wdech.

– Mam ze sobą umowę.

– Jaką umowę? Nie będę nic podpisywać – zastrzegła od razu.

– Nie oczekuję tego. Chcę, żebyś ją przeczytała, zastanowiła się poważnie, a nawet, jeśli chcesz, skonsultowała z prawnikiem, chociaż od razu uprzedzam, że amerykańskie regulacje prawne dotyczące bycia surogatką istotnie się różnią od europejskich.

– Nie znam się na tym.

– Dlatego proponuję wizytę u prawnika.

– Wtedy wszystko się wyda.

– Nie. Umowa to szkic. Bez danych osobowych. Prócz niej otrzymasz wyczerpujące omówienie każdego punktu, ale lojalnie ostrzegam: nawet ja mam problem z prawidłową interpretacją każdej klauzuli i chyba najlepiej będzie, gdy trochę mi zaufasz i wysłuchasz, co mam ci do powiedzenia.

– W porządku.

Dobry kwadrans Diamond wprowadzał Julię w główne warunki umowy, a gdy skończył, sięgnął po skórzaną teczkę, leżącą na sąsiednim fotelu.

– Oto dokumenty. – Wyjął sporą i wypchaną kopertę, wręczył dziewczynie i polecił lekturę w domu. – Okropne nudy, ale przeczytaj wszystko.

– Nawet to drobnym maczkiem? – spytała z przekąsem.

– Wszystko jest drobnym maczkiem.

– Nie boisz się… twój boss się nie boi, że…

– Nie będziesz chciała oddać dziecka? – Nachylił się nad stolikiem, by mieć więcej intymności.

– Tak.

– Oczywiście, że Matt i Gabrielle biorą pod uwagę taką sytuację.

– Co wtedy?

– Po to jest umowa.

– Każdą umowę można złamać. – Głos Julii zawibrował obawą.

– Kto nie ryzykuje, nie pije szampana.

– Hm.

– Hm – powtórzył po niej i błysnął zębami. – Myślę, że jesteś bardzo rozsądną, choć młodziutką panienką, to raz. A dwa, jestem prawie pewny, że ostatnio coś się wydarzyło, co skłoniło cię do zmiany decyzji. Mam rację?

– Masz. – Julia znów zagryzła wargę.

– Coś nieoczekiwanego i trudnego, a pieniądze od Matthew i Gaby pozbawią cię tego problemu.

– Mogę o coś spytać?

– Oczywiście, że tak.

– Mówiłeś, że pierwszą transzę, czyli dwadzieścia pięć procent całości, otrzymam czternaście dni po udanym zabiegu, a drugą po narodzinach dziecka. – Julia wzięła głęboki wdech. – Czy moglibyśmy się inaczej umówić?

– Co proponujesz?

– Odwrotną kolejność.

– Cóż. – Diamond znów siorbnął przez rurkę, wyssał ostatni łyczek kawy i odstawił pustą szklankę. – Muszę to skonsultować z Matthew. Teraz ja o coś spytam: czy mogę poznać przyczyny, które skłoniły cię do zmiany decyzji?

– Musimy… muszę kupić mieszkanie. Mam trochę oszczędności. Niewiele. Troszkę ponad dziesięć tysięcy. To byłaby zaliczka, a resztę sumy muszę dostarczyć w ciągu dwunastu miesięcy od wpłaty zadatku. W przeciwnym razie mieszkanie przepadnie. To okazja, bo apartament jest przeceniony.

– Nie orientuję się w cenach nieruchomości we Wrocławiu, ale czy nie mogłabyś poszukać tańszej oferty?

– Mieszkanie jest…

– Tak?

– W innym mieście.

– A ty nie będziesz w nim mieszkać sama – poddał jej.

– Nie.

– Z kim?

– Z mamą.

– Dlaczego twoja matka go nie kupi?

– Nie stać nas, a mama nie dostanie kredytu.

– A potrzebujecie mieszkania, bo…?

– Wolałabym o tym nie mówić. – Julia uciekła wzrokiem przed świdrującym spojrzeniem Diamonda.

– W umowie jest klauzula mówiąca o tym, że musisz nam przedstawić bardzo dokładnie sytuację rodzinną. To samo dotyczy wszelkich zagadnień związanych ze zdrowiem twoim i twojej rodziny.

– A po co? – Zaniepokoiła się. – Mam być tylko wynajętą macicą.

– Owszem, ale zdrowie dziecka zależy również od jakości tej macicy. Od zachowania jej właścicielki podobnie. Chyba nie zaprzeczysz?

Poczuła się jak niewolnica wystawiona na sprzedaż, ale czy miała inne wyjście? Mogła zrezygnować z jedynej szansy? Wzięła głęboki wdech.

– Mój ojciec jest w więzieniu. Skrócono mu wyrok i musimy z mamą opuścić dom. Znęcał się nad mamą, dlatego go wsadzili – powiedziała, patrząc Diamondowi prosto w oczy i nie mrugając swoimi ani razu. – Nie obawiaj się, to dla mnie obcy człowiek. Mój prawdziwy ojciec biologiczny zginął w wypadku, gdy mama była ze mną w ciąży. Mama jest… mama jest… – Nagle wzruszenie zbyt mocno zacisnęło swoje dłonie na gardle Julii. Dziewczyna zamilkła i rozpłakała się jak dziecko. – Przepraszam – wychlipała, szukając chusteczki.

– Proszę. – Ujrzała przed sobą męską dłoń z dużą batystową chustką ozdobioną fantazyjnym monogramem DK. – Przykro mi.

– Mama nie zasłużyła na takie traktowanie.

– Żadna kobieta nie zasłużyła.

– Mogę ją zachować? A przynajmniej pożyczyć? – spytała po chwili Julia, patrząc na zmiętą i mokrą szmatkę.

– Jest twoja.

– Co teraz?

– Nic. Wróć do domu, przeczytaj umowę, później jeszcze raz ją przeczytaj, skonsultuj z kimś i podejmij decyzję.

Spojrzała na wypchaną kopertę.

– To zrozumiałe, że masz wątpliwości. – Diamond trafnie odgadł, co kłębi się w głowie Julii. – Też bym miał.

– Czemu nie mam tyle szczęścia co ty?

– Szczęścia?

– Masz dobrą pracę, na pewno zarabiasz kokosy, a ja…

– Dopiero zaczynasz, prawda? Jesteś na drugim roku studiów?

– Owszem. Skąd wiesz? – Zmrużyła oczy.

– Wspominałaś, że masz dziewiętnaście lat.

– Poszłam rok wcześniej do szkoły.

– Naprawdę? – Julia miała wrażenie, że Diamond leciutko się zmieszał. – To nie tak z tym szczęściem. Moja rodzina nie narzekała na jego nadmiar. Ojciec pracował u ojca Matthew jako ogrodnik, a ja razem z nim. Któregoś dnia jego boss pożalił się, że Matt ma w nosie szkołę. Tata wpadł na niezły pomysł. Wykorzystał to, że ja i Matthew bardzo się zaprzyjaźniliśmy, i odbył ze mną rozmowę o duchu rywalizacji. Green senior przystał na propozycję, opłacił mi bardzo drogi koledż, do którego zaczął uczęszczać jego syn, i tak to się właśnie zaczęło.

– Jesteś w wieku Matthew?

– Dzieli nas zaledwie miesiąc różnicy, on jest młodszy.

– Aha.

– Plan taty wypalił. Uczyliśmy się jak wariaci. Rywalizacja na śmierć i życie, a jednocześnie coraz większa przyjaźń. I tak jest do teraz.

– Rywalizacja na śmierć i życie?

– Przyjaźń. – Diamond mrugnął do niej porozumiewawczo. – Trzeba znać swoje miejsce w szeregu.