Zastępcza miłośćTekst

Oznacz jako przeczytane
Zastępcza miłość
Zastępcza miłość
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WARSZAWA 2019


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Beata Majewska, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcie na okładce: © WindNight/shutterstock.com

Zdjęcie Beaty Majewskiej: © Małgorzata Garkowska

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Redakcja: Barbara Kaszubowska

Korekta: Joanna Fortuna

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-66229-53-2 (EPUB); 978-83-66229-54-9 (MOBI)


www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

* * *

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Epilog

Koniec końców…

Ponoć chwilę przed śmiercią każdemu z nas wyświetla się historia całego życia. Tak mówią ci nieliczni, którzy to przeżyli. Ja też zobaczyłam taką historię. Siedziałam naprzeciwko swojej Śmierci, twarzą w twarz, lecz to nie ją widziałam, a moje życie. Cudowne życie, może zbyt krótkie, jeszcze niepełne i pozbawione wielu radosnych chwil, będących udziałem człowieka, ale piękne.

Co dziwne, te wszystkie obrazy, które z prędkością światła przesuwały się przed moimi oczami, trwały na tyle długo, bym za każdym razem czuła ciepło w sercu. Ciepło było coraz większe i głębsze, obejmujące we władanie całą moją duszę, pozbawiające strachu i świadomości, że w obliczu śmierci jesteśmy zupełnie sami. Samotni nawet. Tylko my i nasza Śmierć.

Słyszałam swój radosny śmiech. Widziałam własne stopy, jeszcze małe, obute w kolorowe sandałki, wzlatujące w powietrze z każdym pchnięciem ogrodowej huśtawki. Czułam w ustach smak cukrowej waty i jej lepkość, bo kawałek puszystej chmurki przylgnął do mojego policzka. Wyświetlił się każdy z najlepszych momentów mojego życia, nawet te już dawno zapomniane, jeszcze z czasów wczesnego dzieciństwa.

A kiedy moje serce przepełniły miłość, radość i szczęście, takie bardzo osobiste, znane tylko mnie, nagle wszystko się skończyło…

ROZDZIAŁ 1

Ludzie powoli opuszczali plac, jedni zadowoleni, inni nieco rozczarowani uroczystą zmianą warty przed pałacem Grimaldich. Julia niestety należała do tej drugiej grupy. Specjalnie wstała bardzo wcześnie, by dotrzeć tutaj na czas, i nawet pokusiła się o nagranie filmiku telefonem, ale plan, żeby wstawić go na Facebooka, upadł. Uznała, że nie warto. Skoro zmiana warty na żywo nie wywarła na niej większego wrażenia, tym bardziej nie zrobi tego film. Powoli przespacerowała się w stronę jednej z wąskich uliczek, by skryć się w cieniu, a kiedy napotkała pierwszy szyld informujący, że w tym miejscu można napić się kawy, weszła do środka.

Oczywiście nie usiadła, zanim nie sprawdziła, ile kosztuje kawa w tym uroczym i przytulnym lokalu. Ku jej zdziwieniu mała włoska kawiarenka Salute serwowała napoje w całkiem znośnych cenach, Julia złożyła więc zamówienie i zajęła miejsce przy równie małym stoliczku. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że w czasie nagrywania filmiku coś jej umknęło, dlatego wyjęła telefon i skrupulatnie przeglądała nagranie, próbując odgadnąć, co chciała jej podpowiedzieć intuicja.

Kawa była przepyszna, jak można się było spodziewać, i na pewno pomogła w lepszej koncentracji, ale nawet to nie sprawiło, że Julia wpadła na prawidłowy trop. Raczej to trop wpadł na nią i kiedy podniosła głowę, by spojrzeć na kogoś, kto stanął przy jej stoliku i głębokim męskim tembrem zadał pytanie, czy można się przysiąść, nagle w jej głowie kliknęła mała zapadka. Bingo! Poczuła, że ciało reaguje natychmiastowo: oblała ją fala potu, a serce przyspieszyło. To było to! A dokładnie ten ktoś! Musiała podświadomie zarejestrować tego mężczyznę. Może zbyt często na nią zerkał, gdy stał kilka metrów od niej i zamiast przyglądać się jak wszyscy wartownikom w białych reprezentacyjnych ubraniach, patrzył na Julię? A może to właśnie jego szukała na filmie? Spiekła raka na samą myśl.

Jedyne, co mogła mieć na swoje wytłumaczenie, to wygląd intruza. Nie dość, że górował wzrostem nad większością przybyłych na plac turystów, to jeszcze jego strój i uroda…! Ciemnoskóry gigant był przystojny, przyciągał wzrok wszystkich pań: i tych, które oglądały pokaz monakijskich wartowników, i chwilowych bywalczyń kawiarenki. I żeby tylko kobiece oczy błądziły za nim…

– Można? – ponowił pytanie mężczyzna, posługując się jak poprzednio językiem angielskim.

Rozejrzała się bezradnie, jakby szukała odpowiedzi u innych gości kawiarni.

Swoją drogą, kiedy zajęli wszystkie stoliki? Przecież było kilka wolnych, gdy Julia tutaj wchodziła. Dałaby sobie rękę uciąć. Teraz przy każdym ktoś siedział i tylko obok niej zostało puste krzesło.

– Mówisz po angielsku? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, dodał: – Kawa pita na stojąco gorzej smakuje.

W końcu odzyskała głos.

– Proszę. Niech pan usiądzie.

– Co za ulga. Zacząłem myśleć, że jesteś niemową.

„Jezu! Ma tupet! Ale z taką prezencją też bym miała”. Przez krótką chwilę przypatrywała mu się bezkarnie, korzystając z tego, że mężczyzna wyjmował plastikową rurkę z opakowania, a biorąc pod uwagę wielkość jego dłoni i palców, to było naprawdę niełatwe zadanie. Musiał uchwycić ciekawskie spojrzenie Julii, bo błysnął zębami i rzucił:

– Jubilerska precyzja. I jak pokaz? – Wskazał brodą na jej aparat telefoniczny.

– Hm…

– Bez szału?

– A tobie się podobało? – Postanowiła zwrócić się nieco bardziej poufale.

– Za pierwszym razem? Nie.

– Aha. – Na moment znów zabrakło jej słów. – A za kolejnymi?

– Jeszcze bardziej nie.

– To po co przyszedłeś?

– Na plac czy tutaj? – Leniwie mieszał zawartość wysokiej szklanki.

– Nie wiem. – Julia poczuła, że jej policzki ponownie nabierają koloru.

– Tutaj, żeby napić się kawy, a tam, by wyłowić z tłumu taką ślicznotkę jak ty.

Nie powstrzymała parsknięcia śmiechem. Co by nie mówić, lubiła komplementy, ale nie takie banalne. Postanowiła odpłacić mu pięknym za nadobne i pochwaliła jego ciuchy.

– Niezłe, prawda? – Poprawił ze sztucznym kobiecym wdziękiem kołnierzyk polówki. – Ma się te znajomości w branży. Modowej – dodał ze swadą. – Żona bossa jest modelką i gnębi każdego, obdarowując ciuchami z pokazów. Lubisz modę?

– Ja? – Julia spojrzała krytycznie na swoje uda przysłonięte bawełnianymi szortami, które kupiła kilka lat temu bodajże w Tesco albo w jakimś innym supermarkecie, skąd zresztą pochodziła większość jej ciuchów. – Nie interesuję się modą. Źle trafiłeś. – Spojrzała na jego lewy nadgarstek.

„Ten zegarek musiał kosztować fortunę. Koszulka pewnie też”. Aż taką abnegatką nie była, by nie rozpoznać dyskretnego logo jednego z najdroższych domów mody na świecie, wyhaftowanego na obrąbku listwy przy kieszonce.

– Ładnemu we wszystkim ładnie – uraczył ją truizmem.

– Dziękuję.

– Diamond. – Wyciągnął prawą dłoń, którą Julia prawie od razu uścisnęła.

Dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że to ona pierwsza powinna ją podać, ale chyba nie każdy znał zasady savoir-vivre’u, a już na pewno nie ten bardzo pewny siebie koleś.

– Julia – bąknęła cicho, zabierając rękę.

– Juliette. – Mlasnął. – Pasuje ci to imię.

– Naprawdę masz na imię Diamond? – Uniosła brwi. – Oryginalnie.

– Zgadza się. To kobiece imię, ale moja matka nie przywiązuje do tego wagi. Podobało się jej i właśnie dlatego zostałem tak ochrzczony. Trochę głupio.

 

– Nie miałam na myśli tego, czy jest damskie, czy męskie, tylko jego znaczenie.

– Znaczenie? Znaczenie ma fajne. I adekwatne.

– Ktoś ci mówił, że jesteś zarozumiały? – Przechyliła głowę.

– Nie. A jestem?

– Błagam. – Zachichotała.

– Pogadajmy lepiej o tobie. Skąd pochodzisz?

– A ty?

– Ze Stanów.

– Ja z Polski.

– Naprawdę?

– Tak, jestem Polką. Nie słyszałeś o takim kraju?

– Słyszałem.

Julka parsknęła pod nosem.

– Co słyszałeś?

Nie zawiódł jej, gdy jako pierwsze wymienił nazwisko Lecha Wałęsy, później padło niezbyt udolnie wypowiedziane: Karol Wojtyła, ale gdy Diamond z trudem wystękał coś, co brzmiało jak „marikurisklodowski”, Julii opadła szczęka.

– Łał. Słyszałeś o Skłodowskiej? Brawo. – Ostentacyjnie klasnęła w dłonie.

– No widzisz. – Błysnął zębami. – Jeszcze znam Chopin.

– Kompozytor czy wódka?

– Jest taka wódka? – Zainteresował się. – Lubię rosyjską wódkę.

– Rosyjską? – Julia wywróciła oczami. – To polska wódka i gwarantuję, że jest lepsza od najlepszej rosyjskiej.

– Muszę spróbować. Pijesz alkohol? – Teraz to on przechylił lekko głowę.

– Rzadko. – Nie chciała wyjść na sztywniarę, więc skłamała. A to właśnie dzięki całkowitej abstynencji mogła wstać wczesnym rankiem i przyjechać tutaj pierwszym autobusem z Saint-Laurent. Majka i Iga na pewno jeszcze odsypiały nocne szaleństwa, a zwłaszcza kilka butelek wina, które rzekomo „degustowały”. – Lubię piwo, ale tylko w lecie, wino też, czasami wypiję jakiegoś drinka.

– To trochę dziwne.

– Co?

– Że nie lubisz alkoholu. Słowianie lubią pić, wszyscy o tym wiedzą.

– A Amerykanie to grubasy – sarknęła, patrząc na niego spod przymrużonych powiek. – Wszyscy o tym wiedzą.

– Masz mnie. – Zaśmiał się.

– Nienawidzę, gdy ktoś wrzuca wszystkich do jednego worka. – Znów prześlizgnęła się wzrokiem po jego umięśnionym torsie i bicepsach rozpychających rękawki białej polówki. Była pewna, że koszulka skrywała wypracowany ćwiczeniami idealny sześciopak.

– Przepraszam. Wyglądasz jak typowa młoda Rosjanka, stąd nieporozumienie.

– A jak wygląda typowa młoda Rosjanka?

– Jak ty. Jest wysoka, szczupła, zgrabna, ma jasne długie włosy, niebieskie oczy i…

– Jezu! – jęknęła Julka. – Po pierwsze, nie mam niebieskich oczu, tylko szare, a po drugie, kto tu jest wysoki? Przy tobie czuję się jak krasnal.

– Sześć stóp i pięć cali.

– Czyli?

– Poczekaj. Muszę policzyć. – Udawał, że się zastanawia. – Sto dziewięćdziesiąt siedem centymetrów.

Zachichotała.

– To ponad trzydzieści więcej, niż wynosi mój wzrost. Mówiłam? Krasnoludek.

– Szkoda, bo z taką urodą mogłabyś zostać modelką.

– Co za banał. – Pokręciła głową.

– Dasz mi swój numer?

– Nie.

– Czemu?

– Nie daję numeru telefonu obcym facetom, zwłaszcza takim, którzy lubią śledzić i napastować Bogu ducha winne ślicznotki. – Zrobiła palcami znak cudzysłowu.

– Nie jestem obcy, przecież mnie znasz.

– Znam kolegów, z którymi studiuję.

– A co studiujesz?

– Zarozumiały, wścibski i nachalny Diamond.

– Taki jestem. – Zarżał, skupiając na moment uwagę prawie wszystkich klientów kawiarenki. – Coś ci dam, nieufna, ostrożna i niezbyt miła panno Juliette z Polski. – Wyjął portfel, a z niego biały kartonik. – To moja wizytówka, żebyś mnie lepiej poznała.

– I tak nie dostaniesz mojego numeru. – Julia nawet nie spojrzała na nią.

– Weź. – Przesunął tekturowy prostokącik po stole. – Może się przydać.

– A po co?

– A po co są wizytówki?

– Wybacz, ale zaraz stąd wyjdę i już nigdy się nie spotkamy, więc po co mi namiary na ciebie?

– Jakie masz plany?

– Na dzisiaj?

– Możesz mi powiedzieć o wszystkich. Na dzisiaj, na jutro i na całe życie.

– Jesteś jakiś dziwny. – Julia parsknęła pod nosem. – Przyczepiłeś się do mnie, a ja naprawdę nie jestem zainteresowana. Nie, nie mam chłopaka, dziewczyny też nie mam i w najbliższym czasie nie zamierzam się z nikim wiązać. Jednorazowe przygody tym bardziej mnie nie interesują, dlatego zmień obiekt zainteresowania, panie Diamond. Przewodnika po Monako też mi nie potrzeba.

– A kasa?

– Jaka kasa?

– Może potrzebujesz pieniędzy?

– Każdy potrzebuje, ja też, ale na pewno nie od ciebie.

– A jeśli to będą bardzo duże pieniądze? – Kilka razy znacząco uniósł i opuścił brwi.

– Co to znaczy „bardzo duże pieniądze”?

– Sto tysięcy.

– Czego?

– Czego chcesz. Ty wybierz walutę.

– Okej… – Z trudem zapanowała nad kolejnym parsknięciem pod nosem. – Niech będzie. Wprawdzie nie wiem, na czym polegałaby moja praca dla ciebie, ale za sto tysięcy bitcoinów jestem skłonna wiele zrobić. Płatne w przeliczeniu na dolary lub funty, oczywiście z góry i na wskazane przeze mnie konto. Ewentualnie w gotówce.

– Spryciara. – Diamond obnażył zęby. – Nieźle. Właśnie kogoś takiego mi trzeba. Nie dość, że ładna, to niegłupia.

– To komplement?

– A nie? – Odchylił się na krześle, aż lekko pod nim zatrzeszczało. – Moja oferta brzmi: sto tysięcy w dowolnie wybranej walucie, oczywiście mówię o normalnej walucie, nie krypto. Dolce, funty, franki. Jaką chcesz. Ćwiartka sumy płatna przed robotą, a reszta po wykonanym zleceniu.

– Jasne. – Julia uśmiechnęła się od ucha do ucha, bo zaczynała ją bawić ta rozmowa. – Mówisz, że mam wybrać normalną walutę i bez względu na kurs wypłacisz mi sto tysiaków?

– Nie ja. Mój boss.

– Okej. Niech będzie dinar kuwejcki.

– Mogę sprawdzić kurs? – Diamond wyjął swojego smartfona i pytająco spojrzał na Julię.

– Ależ proszę, sprawdzaj, a ja w tym czasie skorzystam z toalety. – Podniosła się z krzesła i zabrawszy z blatu stolika telefon oraz torebkę, wyszła do łazienki, chichocząc w duszy, ponieważ akurat ta waluta była najdroższa na całym świecie i tajemniczy boss Diamonda musiałby wyłożyć grubo ponad milion złotych za równie tajemniczą usługę jej zleconą.

Postanowiła zadzwonić do Majki, bo co by nie mówić, z jednej strony trochę jej schlebiało zainteresowanie ciemnoskórego przystojniaka, do złudzenia przypominającego francuskiego aktora Omara Sy, lecz z drugiej – czuła się coraz bardziej nieswojo w jego towarzystwie. A co, jeśli facet nie odpuści i zacznie ją śledzić? Miała w planach oceanarium i nie tylko, wolała zwiedzić te wszystkie super miejsca sama, ewentualnie w towarzystwie dziewczyn.

– Majka? – zapytała, nie poznawszy zachrypniętego głosu przyjaciółki. – Wstałyście?

– Godzinę temu.

– Przyjedziecie tu?

– A musimy?

– Błagam, przyjedźcie.

– Nudzisz się. Wiedziałam. – Dobiegło ją głośne ziewnięcie. – Przyjedziemy. Za godzinę może być?

– A szybciej?

– Boże, ale trujesz. Iga jest w łazience. Wymiotuje.

– Mimo to przyjedźcie. Jest naprawdę super. Widziałam zmianę warty, pogoda świetna, a ludzi nie za dużo. Możecie wziąć taksówkę, podwiezie was pod sam pałac. – Zamilkła, myśląc, czy powinna im powiedzieć o niekończących się schodach, prowadzących na wzgórze pałacowe, ale postanowiła to przemilczeć. – To gdzie się spotkamy?

– W oceanarium.

– A nie lepiej pod pałacem? – Nie uśmiechało się jej iść tam samej.

– Będziemy w oceanarium.

– A może pod katedrą? – zaproponowała bliższe miejsce. Chciała tam pójść ze względu na obraz Jezusa Miłosiernego i pamiątkową tablicę, będącą uhonorowaniem Jana Pawła II. Lubiła polskie akcenty odnajdywane za granicą i zawsze robiła im mnóstwo zdjęć. – Też chciałyście zobaczyć – przypomniała.

– Julka, miej litość. Iga ledwo żyje, a ja jestem niewierząca.

– Nikt ci nie każe się modlić.

– Ryba piła. Na pewno mają tam taką, zrobię wam zdjęcie i wstawię na Fejsa z podpisem: „Siostry bliźniaczki”.

– Ha, ha, ha.

– Będziemy za godzinę. Pod oceanarium.

Julii nie pozostało nic innego, jak się zgodzić. I tak Majka trochę ją zaskoczyła. Była pewna, że po wczorajszym chlaniu obie przyjaciółki zostaną w łóżkach do wieczora, więc nie mogła narzekać. Wróciła do stolika z mocnym postanowieniem, że pożegna Diamonda, o ile w ogóle tam jeszcze na nią czekał, wszak zamarudziła w toalecie prawie kwadrans, a potem pójdzie zwiedzać katedrę Świętego Mikołaja. „Przecież nie polezie za mną do kościoła. Aż tyle tupetu nie ma”. Niestety, Diamond czekał. Rozpromienił się na jej widok i od razu oświadczył, że dinar kuwejcki nie wchodzi w grę, ale funt szterling jak najbardziej.

– Twój boss to zwykła sknera – powiedziała, stojąc przy stoliku. – Będę zmykać. Fajnie się gadało, ale mam w planach…

– Poczekaj, usiądź – poprosił Diamond.

– Ale po co?

– Obiecuję, zajmę ci pięć minut i możesz iść.

– Nie. Spieszę się. – Przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę.

– To weź chociaż wizytówkę.

– Jak wezmę, dasz mi spokój?

– Pod warunkiem że dasz mi jeszcze numer telefonu. – Diamond wstał, zabrał kartonik i prawie wepchnął jej do ręki.

– Nie ma mowy.

– Nie ma sprawy. – Kolejny raz pokazał śnieżnobiałe zęby. – Nie będziesz miała nic przeciw, żebym ci przez chwilę towarzyszył?

– Będę. – Zrezygnowana Julka schowała wizytówkę do tylnej kieszeni szortów i z niedowierzaniem pokręciła głową. – Stalker. Zdajesz sobie sprawę, że to karalne?

– Bez obaw. Zajmę ci równe pięć minut. – Spojrzał na zegarek.

Wyszli z kawiarni, a Julia od razu rozejrzała się czujnie wokół. Na szczęście prócz gorącego powietrza i oślepiających promieni słonecznych towarzyszyło im sporo ludzi. Turyści wypełniali wąską wybrukowaną uliczkę, a większość zmierzała w tę samą stronę, w którą skierowali się Julia i Diamond.

– Wiesz, dlaczego cię zaczepiłem? – zagaił.

– Nie mam pojęcia.

– Bo wydałaś mi się znajoma. Jesteś podobna do żony mojego bossa.

– Fascynujące. – Postanowiła odpowiadać zdawkowo i nie dać się wkręcić w rozmowę.

– Nie interesuje cię dlaczego?

– Dlaczego co?

– Dlaczego wszystko. Raz, że jesteś podobna, a dwa, że pochodzisz z Polski.

„Przed chwilą sądziłeś, że jestem Rosjanką. Boże, co za palant”.

– Coś jeszcze?

– Nie spytałaś, jaki charakter miałaby twoja praca dla bossa.

– Nie szukam pracy.

– Czasami praca znajduje nas.

– Zapamiętam – bąknęła z przekąsem.

– Boss i jego żona szukają dziewczyny.

– Co?! – pisnęła Julia i stanęła w miejscu jak wryta. – To jakiś żart? Odczep się, bo wezwę policję. – Jej oczy ciskały gromy na Diamonda, który sprawiał wrażenie, jakby nic sobie z tego nie robił.

I rzeczywiście tak było. Mimo niewinnej dziewczęcej urody, zgrabnego, lekko zadartego noska, uroczych słodkich ust przypominających kształtem truskawkę, łagodnie pofalowanych włosów, złotych jak łany dojrzałej pszenicy, i wyjątkowo kobiecego, dźwięcznego głosu panna Julia miała ostry charakterek. Od razu to wyczuł i przygotował się mentalnie na wyzwanie.

– Spokojnie. – Podniósł obie ręce. – Nic ci nie grozi. Jeszcze trzy minuty i już mnie nie ma. Daj powiedzieć, co mam do powiedzenia, i znikam. Słowo.

– To mów. – Julia założyła ręce na piersi i wbiła w niego groźny wzrok, choć było jej trochę niewygodnie, zważywszy na to, jak wysoko musiała zadrzeć głowę.

– Na wizytówce zobaczysz, jak nazywa się mój boss. Jest amerykańskim biznesmenem, a jego żona to popularna modelka. Pochodzi ze Słowacji, na pewno ją znasz. Jej pseudonim artystyczny to Gaby.

– Nie znam.

„W dupie mam słowackie modelki. Niesłowackie też mam gdzieś” – warknęła w duszy.

– Znajdziesz ją w necie. Wpisz do wyszukiwarki.

– Okej, sprawdzę. Do rzeczy.

– Chodzi o to, że boss i Gabriela szukają odpowiedniej kandydatki, by… – Nachylił się i resztę zdradził Julii na ucho.

– Czy ja śnię? – Tylko tyle była w stanie z siebie wydobyć.

– Nie, nie śnisz. Przejdźmy tam, bo przeszkadzamy. – Diamond chwycił zbaraniałą do cna dziewczynę za łokieć i przeprowadził bliżej ściany jednej z uroczych kamieniczek wybudowanych wzdłuż rue de Vedel. – Posłuchaj – zaczął, gdy skryli się w cieniu – masz prawo być zaskoczona i…

– Serio? – przerwała mu, gdy odzyskała trochę rezonu.

– Wiem, to brzmi dziwnie i pewnie się boisz, ale niepotrzebnie. Masz wizytówkę, zerknij do sieci. Zobaczysz, że nie kłamię. Znajdziesz bez problemów zarówno mojego bossa, jak i jego żonę, a nawet mnie. To żadna ściema. Mój szef, Matthew Green, poszukuje odpowiedniej dziewczyny, która im pomoże, oczywiście za sowitym wynagrodzeniem. Jedna czwarta oferowanej stawki płatna dwa tygodnie po udanym zabiegu, a druga transza po urodzeniu dziecka. Przewidzieli liczne bonusy i dodatki, koszty utrzymania w czasie ciąży, pokrycie wszelkich wydatków związanych z badaniami i inne. Na przykład koszty pobytu w…

 

– Stop! – Julia nareszcie oprzytomniała do końca. – Stop! Dość. – Pomachała rękami przy głowie. – Dość tego.

– Ale o co ci chodzi? – Diamond zmarszczył czoło.

– Mam nadzieję, że to głupi żart. Zresztą bez względu na to, czy twoja propozycja to żart, czy mówisz serio, i tak nie ma mowy. Nie chcę tego słuchać. Pięć minut już na pewno minęło. – Zerknęła na lewy nadgarstek Diamonda. – Miło było cię poznać, ale naprawdę muszę lecieć.

– Nie żartuję. To poważna oferta.

– Możliwe. – Julia miała wrażenie, że tkwi przed wyjątkowo upartym akwizytorem, a jej ewentualne obawy już dawno zastąpiła irytacja. – Daj mi spokój, okej?

– Jasne. Nie ma tematu. – Nagle Diamond odpuścił. – Miło było cię poznać. – Wyciągnął prawą dłoń.

– Ciebie też. Trzymaj się. – Julia odpowiedziała silnym uściskiem dłoni. Przez moment zastanawiała się, czy czegoś nie dodać na usprawiedliwienie, ale skoro Amerykanin milczał, ona tym bardziej nie zamierzała na nowo zaczynać głupiej dyskusji. – To cześć.

– Cześć.

Kusiło ją, żeby się obejrzeć, ale uznała, że to może zachęcić Diamonda. „Zobaczy, że się oglądam, podbiegnie i znów się zacznie. Co to w ogóle za durny pomysł?”. Szła, co rusz potrząsając głową, że przytrafiła się jej taka przygoda. Pokonała kilkanaście metrów i zatrzymała się przy witrynce małego sklepu z pamiątkami pod pozorem obejrzenia wystawy. Przytknęła nos do szyby, lekko odwróciła głowę i zezując w lewo, sprawdziła, czy gdzieś wśród tłumu nie góruje ciemnoskóra i lśniąca łysina Diamonda. Na pewno by ją zauważyła. Na jej szczęście, lecz także ku niespodziewanemu rozczarowaniu, nie stwierdziła obecności natręta.

Znów przeszła kilkanaście metrów, a kiedy po prawej spostrzegła kolejną małą i przytulną kawiarenkę, weszła do chłodnego wnętrza bez wahania. Musiała skorzystać z toalety, lecz przede wszystkim skusił ją napis o darmowym dostępie do internetu. Pół godziny zajęło jej surfowanie po sieci. Diamond niewątpliwie mówił prawdę, a przynajmniej tę część dotyczącą prawdziwości danych osobowych. Najpierw znalazła jego szefa, później słowacką modelkę, a wśród członków zarządu którejś z firm tworzących gigantyczny holding, należący w głównej mierze do Matthew Greena, natrafiła na zdjęcie Diamonda.

– Ho, ho. Nieźle. – Z podziwem przeglądała notkę biograficzną.

Nie tylko ukończył studia na Uniwersytecie Columbia, lecz także z wyróżnieniem zaliczył tamtejszą Szkołę Biznesu i jeszcze kilka innych specjalistycznych kursów. Zdobył również tytuł MBA na Uniwersytecie w Pensylwanii, a nawet odbył, zupełnie niezwiązane z ekonomią, dwuletnie szkolenie medyczne.

– Człowiek orkiestra – mruknęła, widząc, jakie zainteresowania ma Diamond.

Pasjami zajmował się strzelectwem, windsurfingiem i jazdą konną, a w wolnych chwilach słuchał i tworzył muzykę z gatunku rap. Próbowała odnaleźć jakieś przecieki dotyczące jego życia prywatnego, ale tych było bardzo mało. Bez wątpienia niespełna trzydziestoletni Diamond King, bo tak miał na nazwisko, co oczywiście bardzo rozbawiło Julkę, był kawalerem, a na wszelkich zdjęciach, z reguły z eventów czy przyjęć, występował albo sam, albo w towarzystwie jakiejś atrakcyjnej, ciemnoskórej jak on kobiety. Mimo to żadna z tych ślicznotek się nie powtarzała, co mogło wskazywać na ulotność wzajemnej relacji.

– Dobra. Dość tego. – Julia przez chwilę patrzyła na wizytówkę, zastanawiając się, czy ją zachować, czy może potargać na małe kawałeczki i wrzucić do pierwszego lepszego kubła. W końcu zdecydowała i wizytówka trafiła do kieszonki portfela.

Nagle jej telefon cicho zawibrował. Natychmiast odebrała.

– I gdzie ty jesteś? – Głos Majki nie brzmiał przyjaźnie.

– A wy?

– A my? – przedrzeźniła jej ton. – A my pod oceanarium.

– Jezu. – Dopiero teraz spostrzegła, że minęła umówiona godzina. – Już tam pędzę.

– Nie mam słów.

– Sorki.

Julka wypadła z kawiarni i spóźniona pobiegła w stronę oceanarium, nie mając pojęcia, że jej przygoda z Diamondem Kingiem – i nie tylko z nim – wcale się nie skończyła.

* * *

Oceanarium było świetne. Gdzie temu gdyńskiemu do tego miejsca. Nie dość, że mieściło się w przepięknym zabytkowym budynku, to jeszcze posiadało imponujące okazy. Dziewczyny miały szczęście trafić na karmienie małych rekinów i już to wprawiło je w zachwyt. Zrobiły mnóstwo zdjęć, a Majka nakręciła długaśny filmik z rybkami nemo, który później próbowała bezskutecznie wstawić na Facebooka. Opuściły oceanarium po kilku godzinach i zmęczone wracały przepiękną Avenue Saint Martin, podziwiając urocze wille po drugiej stronie jezdni – wszystkie te domy wyglądały jak z bajki i były otoczone prawdziwym morzem kwiatów pnących się po idealnie czystych elewacjach.

– Nawet chodnik jest nie z tego świata. – Majka nie potrafiła się nadziwić, że ktoś wykonał go z lśniących płytek klinkieru. – Tu jest jak w raju!

– O tak. Monako jest prześliczne – zgodziła się z nimi Iga.

Tylko ona była tu wcześniej, i to kilka razy. Siostra jej babki, ciocia Maria, mieszkała w niedalekim Saint-Laurent od ponad trzydziestu lat. Wyszła za mąż za Francuza, swojego rówieśnika, i we dwójkę żyli sobie spokojnie w pobliżu tego rajskiego zakątka. Niestety, ciocia Maria owdowiała kilkanaście lat temu. Odtąd przez cały lipiec wynajmowała swój mały domek rozlicznej rodzinie z Polski, a sama odwiedzała w tym czasie młodszego brata, mieszkającego w rodzinnym Poznaniu. Tylko dlatego stać było Igę i jej rodziców na takie wyjazdy i coroczny pobyt na Lazurowym Wybrzeżu. Ciotka nie pobierała żadnych opłat, nigdy by się nie zgodziła nawet na jedno euro zapłaty, przeciwnie – zostawiała dom z dobrze zaopatrzoną spiżarnią i lodówką, by przyjezdni z Polski mogli od razu poczuć jej gościnność. Iga dla odmiany postanowiła w tym roku przyjechać tu bez rodziców, za to z przyjaciółkami. Trochę się obawiała, zwłaszcza długiej trasy, ale wszystko, przynajmniej na razie, było w porządku.

– Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy tu dziesięć dni. – Majka szła, rozglądając się wokół. – Kiedy to minęło? Jeszcze trzy i musimy się pakować. Szkoda.

– Uhm. Bardzo – odezwała się cicho Julka.

Ona też była tu pierwszy raz, bo podobnie jak Majkę i Igę nie stać ją było na takie wczasy, rodziny za granicą nie miała, a już w takim pięknym i drogim miejscu? Iga była prawdziwą szczęściarą.

– To co? Jutro ogród egzotyczny i jaskinia? – Majka przypomniała o jeszcze niezrealizowanym punkcie programu. – Czy plaża?

– Plaża – odpowiedziała natychmiast Julia i zerknęła na idącą po lewej stronie Igę.

– Nie. Błagam. Jestem czerwona jak rak. – Biedna Iga jako jedyna nie mogła prawie wcale plażować. Ze swoimi rudymi włosami, bladą piegowatą cerą i najbardziej wrażliwym na słońce fototypem musiała uważać. – Zostanę w domu, ale wy, jak chcecie, idźcie.

– Okej – zgodziła się Majka. – Niech będzie jutro plaża, choć w sumie wolałabym tu przyjechać.

– Plaża, proszę. A ogród możemy zostawić na pojutrze.

– Jak chcesz. – Nieco zdziwiona przyjęła słowa Julki, wśród nich największej i najbardziej zagorzałej miłośniczki zwiedzania.

Uszły kilka metrów, gdy nagle zza zakrętu wyłonił się biały samochód. Już z daleka widziały, że to kabriolet, i to bardzo wypasiony kabriolet, a za kierownicą siedzi ciemnoskóry mężczyzna. Przejechał obok nich niezbyt szybko. Majka dałaby głowę, że na ich widok wyraźnie zwolnił, a już na pewno nie miała żadnych wątpliwości co do zachowania kierowcy. Nie tylko obrócił głowę w ich stronę, ale też machnął im ręką i wykrzyknął coś, co brzmiało jak „helołpolszka”.

– Widziałyście?! – Majka stanęła jak wryta.

– Ale co? – wykrztusiła z trudem Julia, modląc się, żeby Diamond, bo właśnie to on siedział za kierownicą białego porsche, nie zawrócił.

– Jaki koleś! I jaki wózek! Jezu! – Majka chwyciła się za serce i wniosła wzrok ku niebu. – Jak babcię kocham, co za widok! Chcę tego gościa na zawsze. Chcę jego, jego furę i dom, który na pewno tu ma. – Mogła mieć rację, wszak znajdowały się w dzielnicy willowej Monako, a pokonywana przez nie droga wiodła wzdłuż ulicy z zakazem jazdy dla wszystkich poza garstką szczęśliwców mających tutaj domy. – Jakie ciacho… – jęknęła, próbując dostrzec go w oddali, niestety samochód zniknął za kolejnym zakrętem.

– Niezły był – potwierdziła Iga. – Ale oni wszyscy tutaj jeżdżą takimi furami, że szczęka opada.

– Ale ten był nieziemski. I Murzyn. Mniam! Ale musi być słodki. – Majka nadal przeżywała. – Słyszałyście, co krzyknął? – spytała, gdy ledwie ruszyły z miejsca.

– Nie. Ja nic nie słyszałam. – Julka poczuła, jak wzdłuż kręgosłupa spływa jej kropla potu. Najchętniej kazałaby dziewczynom przyspieszyć i skryć się gdzieś w jednej z monakijskich kawiarenek, a tak w ogóle to chciałaby jak najszybciej stąd wyjechać pierwszą złapaną taksówką.

– Na pewno krzyknął „halo”. – Majka zmarszczyła czoło. – Ale coś jeszcze. Polska? To możliwe, że krzyknął Polska? – Spojrzała na milczącą Julię. – Słyszałaś?

– Nic nie słyszałam. Chodźcie szybciej. Okropnie chce mi się siku.

Ku jej uldze już nie natrafiły na „nieziemskiego Murzyna” i w spokoju wróciły do miasteczka. Nazajutrz, zgodnie z umową, Iga została w domu, szczęśliwa, bo wreszcie mogła coś przeczytać, a nie tylko łazić po świecie i oddawać się nielubianemu „plażingowi”. Julka z Majką zabrały ręczniki i poszły się opalać.

– Tak sobie myślę… – zagaiła Majka, wyjmując z torby szczotkę.

– Co sobie myślisz?

– Zasadniczo nie wiem, co mam myśleć. – Zdjęła gumkę i zaczęła rozczesywać długie pasma ciemnobrązowych włosów. – O tobie.

– O mnie? – zdziwiła się Julka. – Ale o co ci chodzi?

– O wczoraj. Coś jest na rzeczy.

– Nie wiem, o czym mówisz. – Julka zerknęła z niepokojem na przyjaciółkę.

– Najpierw dzwonisz spanikowana i każesz nam natychmiast przyjechać do Monako. Potem się spóźniasz, a wisienka na torcie to spotkanie z tym kolesiem.

– Z jakim kolesiem?

– Nie udawaj głupiej. Obserwowałam cię. Zbielałaś na gębie jak twarożek bieluch. Coś zaszło między wami? Znasz go?

– Skąd taki pomysł? – Julia prychnęła. – Skąd mam znać jakiegoś Murzyna w porszaku? Dobrze się czujesz?

– Doskonale. W przeciwieństwie do ciebie. – Majka wskazała brodą na jej dłoń międlącą nerwowo róg ręcznika. – Znam cię, koleżanko, i wiem, kiedy coś ukrywasz. Więc?

– Zaczepił mnie w kawiarni – odpowiedziała po dłuższym namyśle Julia. Drgnęła nerwowo, bo ledwie się przyznała, a Majka wykrzyknęła:

– Mam cię! – Wrzuciła szczotkę do torby i wlepiła w przyjaciółkę świdrujący wzrok. – Opowiadaj.

– Nie ma nic do opowiadania. – Julia już żałowała, że nie potrafiła się powstrzymać przed chlapnięciem prawdy. – Siedziałam w kawiarni, zaraz po zmianie warty pod pałacem, a on się przysiadł, bo nie było wolnych miejsc. Chwilę pogadaliśmy i tyle.

– Stąd wie, że jesteś Polką?

– Tak.