Zapisane w chmurze

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Wyrzuć

za burtę

własne życie

i sprawdź

czy wtedy

balon

wzleci

raźniej

(Nicolae Prelipcenau, Próba,

przeł. Kazimierz Jurczak)

– I jesteśmy, proszę wycieczki – zaczął, gdy zbliżali się do granic miasta. – Musisz wiedzieć, droga Magdo, że to miejsce multi-kulti. Po rumuńsku Timişoara, po węgiersku Temsvár, a w niemieckim zwie się Temeschburg. Czasami mówi się o nim Mały Wiedeń. Jako pierwsze miasto w Europie wprowadziło elektryczne oświetlenie ulic i jako drugie tramwaje, oczywiście ciągnięte przez konie. I tu wszystko się zaczęło.

– Wszystko? – Magda skupiała wzrok to na drodze, to na nawigacji prowadzącej ją na parking w centrum. – To znaczy?

– Nowy porządek. To właśnie tutaj w grudniu osiemdziesiątego dziewiątego zaczęła się rewolucja, w wyniku której padł reżim Ceauşescu. Nie będę cię zanudzał całą krwawą historią, chyba że chcesz?

– Chyba nie chcę. – Zerknęła na niego.

Parę godzin później przyznała, że pierwszy raz, odkąd przekroczyła granicę, poczuła zachwyt i coś takiego, co czuje się w wyjątkowym miejscu. Urzekły ją barwne kamienice, barokowa katedra rzymskokatolicka i pałac. Tym razem zrobiła tyle zdjęć, że prawie do cna wyładowała baterię, a przecież jeszcze czekało ich tyle atrakcji. Zjedli niezbyt obfity obiad, bo temperatura sprzyjała raczej jedzeniu lodów niż ciepłych dań, i w centrum, na Piaţa Unirii, znaleźli przyjemną kawiarenkę z ogródkiem.

– Pomnik Trójcy Świętej – wskazał Iulian. – To na pamiątkę epidemii dżumy, jaka nawiedziła kiedyś miasto. Jest jeszcze Wilczyca Kapitolińska podarowana przez Rzym, ale zapomniałem, kiedy. Wybaczysz?

– Potrącę ci z pensji. – Mrugnęła porozumiewawczo. – Co jeszcze warto zobaczyć? – Rozejrzała się wokół, nieodmiennie zachwycona tym miejscem.

– Plac Victoriei i Teatr Narodowy oraz operę, jeśli chcesz, możemy zajrzeć do prawosławnej katedry, polecam ze względu na niesamowity klimat. Co jeszcze? Pałac Hunyadych, najstarszy tutejszy zabytek, i Muzeum Rewolucji, ale to może jutro? Bo dzisiaj? – Wychylił głowę spod kawiarnianej markizy i spojrzał w niebo. – Obawiam się, że jeszcze kwadrans, góra dwa i będzie niezła burza.

– Serio? – zaniepokoiła się Magda.

– Jeśli lubisz sztukę, możemy wrócić do pałacu. – Wskazał kierunek. – Mają tam niezłe muzeum, a na zewnątrz wisi banner, że wystawiają zdjęcia World Press Photo. Zauważyłaś?

– Trudno nie zauważyć. – Banner nie dość, że miał krwistoczerwony kolor, to jeszcze zasłaniał dwie kondygnacje.

– Tam przeczekamy burzę, bo i tak dzisiaj nie zwiedzimy całego miasta.

– Spryciarz. – Zapłaciła za kawę i lody i już mieli iść w stronę pałacu, bo nad miastem zebrały się ciemne chmury, gdy piknął jej telefon. – Ups... – syknęła, przeczytawszy SMS-a od Łukasza.

– Coś się stało? – Iulian zauważył jej minę i lekko drżące opuszki palców, gdy dotykała ekranu aparatu.

– Boże... – jęknęła i z powrotem klapnęła na kawiarniane krzesło. – Mój mąż chciałby zamienić z tobą, a raczej z Julią, moją rumuńską przewodniczką, kilka słów. Masz może syntezator mowy?

– Mamy problem?

– Ja mam problem – podkreśliła.

– Taki zazdrośnik?

– Zazdrośnik? W życiu. – Zaśmiała się z goryczą. – Nie pamiętam, czy kiedykolwiek mój mąż był o mnie zazdrosny. Może kiedyś, na początku, zanim zaszłam w ciążę z dziewczynkami.

– Więc? Co za problem? Zadzwoń i powiedz, że zamiast Julii jest Iulian, a jak twój mąż nadal będzie miał ochotę ze mną pogadać, nie widzę przeszkód.

– Nie o to chodzi.

– A o co?

– Wczoraj nie powiedziałam mu prawdy. Myśli, że jestem tu z Julią, której przecież nie ma.

– Nie ma? – Iulian rozejrzał się wokół. – Może i nie ma, ale zaraz będzie. Daj mi chwilę. I telefon też mi daj.

Wstał i zabrał aparat z rąk osłupiałej Magdy. Już wcześniej zauważył grupkę dziewcząt. Siedziały kilka stolików dalej i śmiały się jak wariatki. Na oko ocenił, że to pewnie studentki, prawdopodobnie nie wyjechały jeszcze z miasta, ewentualnie przybyły tu jako turystki. Podszedł do nich, nachylił się nad stołem i coś zaczął mówić, obserwowany bacznie przez zszokowaną Magdę. „Co on knuje?” – zachodziła w głowę, zwłaszcza że dziewczęta słuchały go uważnie, potakiwały skwapliwie, a po chwili dwie z nich spojrzały na nią i obdarzyły zawadiackim uśmiechem.

Minęła minuta i Iulian wrócił do stolika.

– Przedstawiam ci Julię. – Skinął głową i wskazał na stojącą obok dziewczynę. Była śliczna, ciemnooka i kruczowłosa, z dwoma dołeczkami w policzkach. – Julia ma dwadzieścia cztery lata, jest z Bukaresztu, jej prawdziwe imię to Nadia, ale nie będziemy aż tak drobiazgowi. – Puścił do Magdy oczko. – Zaraz zrobicie sobie słodkie selfie, wyślesz je mężowi, a potem zadzwonisz i Julia zamieni z nim kilka słów.

– Chyba oszalałeś? – wykrztusiła. Przenosiła wzrok to na niego, to na dziewczynę. – Tak nie można.

– A kto nam zabroni?

– Niech się pani zgodzi. To takie romantyczne! – Nadia była podekscytowana.

– Romantyczne? – Magda wytrzeszczyła oczy.

– Oczywiście. Ty i ja. – Iulian mrugnął do niej porozumiewawczo.

– Co?!

– Kiedyś ci wytłumaczę, teraz nie ma czasu, zaraz rozpęta się piekło. – Iulian z niepokojem spojrzał za siebie, żeby stwierdzić, że jeszcze chwila i lunie deszcz. – Nadiu, usiądź obok. – Odsunął krzesło obok Magdy, wręczył dziewczynie telefon, uprzednio ustawiwszy aparat na zrobienie selfie. – Uśmiech! – zawołał, gdy Nadia przybliżyła ramię do ramienia Magdy.

Dziewczyna cyknęła kilka fotek, a potem, ku jeszcze większemu zaskoczeniu Magdy, kazała jej wstać i zrobiła parę kolejnych zdjęć, tym razem mając za sobą perspektywę placu i pomnika Trójcy Świętej.

– Doskonale. – Klasnął w dłonie. – Teraz rozmowa. – Spojrzał znacząco na Magdę. Od razu pokręciła głową i powiedziała, że oszalał. – Spokojnie, Nadia wie, co ma mówić. Dzwoń! – Wepchnął jej w dłoń aparat. – No już, szybko!

Nie wierzyła, że go posłuchała. Działała jak w transie. Wybrała numer Łukasza, powiedziała kilka słów, a potem oddała telefon Nadii vel Julii. Dziewczyna spisała się na medal, przedstawiła się, powiedziała, że razem z Magdą cudownie spędzają czas i nawet podziękowała Łukaszowi za to, że tak się o nie troszczy.

– Dzisiaj i jutro zwiedzamy Timişoarę, a pojutrze może zahaczymy o Lugoj. To po drodze do Hunedoary. Przepraszam, ale musimy kończyć, bo zaraz będzie burza! – pisnęła, gdy błysnął pierwszy piorun, a chwilę potem miasto zatrzęsło się od grzmotu. – Do usłyszenia!

– Załatwione. – Iulian odebrał od niej aparat. – Dzięki!!! – Uścisnął Nadię, powiedział coś po rumuńsku, ona zaświergotała niczym ptaszek, zachichotała i po chwili zostali sami z Magdą. – Szybka decyzja: albo tu zostajemy, albo lecimy do muzeum.

– E...

– Lecimy! – Wyciągnął rękę.

Byli zupełnie mokrzy, gdy chwilę później dopadli zabytkowych drzwi muzeum. Magdzie już przeszedł stupor, stała oparta plecami o ścianę korytarza i zaśmiewała się do łez, bo sytuacja była absurdalna. Czuła, że kiedyś zapłaci za to szaleństwo, ale gdyby mogła cofnąć czas, postąpiłaby tak samo.

– A co ze zdjęciami? Po co je zrobiłyśmy? – Ledwie była w stanie spytać, tak się śmiała.

– Właśnie! Zapomniałem! – Iulian klepnął się w czoło. Jeszcze nie oddał jej telefonu, więc to on wysłał zdjęcia Łukaszowi. – Puściłem tylko te. – Pokazał na zdjęcia zrobione na tle Piaţa Unirii. – A fotki z kawiarni wykorzystamy za kilka dni. Co ty na to?

– Ja chyba oszalałam? – Magda znów zaniosła się śmiechem.

– Bez obaw. Twój mąż nie pozna, że to z tego samego dnia, bo Nadia ujęła tylko wasze twarze, a zresztą ciuchy zawsze można przyciąć.

– Jesteś nieprawdopodobnym oszustem i kłamcą, Iulianie – wyznała z podziwem w głosie.

– Wiem – mruknął pod nosem, patrząc krytycznie na fotki. – Jeszcze nieraz się o tym przekonasz.

– Serio? Powiedz, czemu się na to zgadzam? – Śmiała się jak tamta dziewczyna, która udawała jej przewodniczkę.

– Bo lubisz szaleństwo? – Oddał jej aparat.

– Lubię? – zapytała, chowając go do torebki.

– Każdy lubi.

– To jest okropne. Okłamałam męża.

– Ty? W życiu. To ja okłamałem twojego męża. Nie przypisuj sobie moich zasług.

– Jesteś kompletnym wariatem, a ja zwariowałam przy tobie.

– I świetnie. Nadszedł czas szaleństw.

– Czas szaleństw?

– Tak, i to najwyższy! Pamiętasz, jak mówiliśmy o śmierci? Wczoraj? – Skwapliwie potaknęła, więc ciągnął: – Ludzie nie powinni bać się śmierci, tylko tego, że zmarnują życie. Nie wolno nam zmarnować nawet minuty, to ciężki grzech. Kapujesz?

– Nie, ale próbuję.

– Doskonale. A teraz... – Spojrzał w głąb korytarza. – A teraz idziemy zwiedzać.

– Poczekaj, dostałam SMS-a. – Wyjęła telefon, odczytała wiadomość i znów zachichotała. – Łukasz kazał cię pozdrowić.

– Miło z jego strony.

– I powiedzieć, że jesteś śliczną dziewczyną...

Srodze się zawiedli, bo wystawa zdjęć skończyła się prawie dwa tygodnie wcześniej, a nikt nie pomyślał o demontażu wielkiej czerwonej płachty. Na szczęście kilkanaście fotografii pozostało na stałej ekspozycji, w tym jedna ze zwycięskich prac rumuńskiego fotografa Vadima Ghirdy. Przedstawiała przeprawę uchodźców przez wzburzoną rzekę. Ludzie próbowali w ten sposób dostać się do Macedonii i ominąć ogrodzenia graniczne. Magda nie mogła oderwać wzroku od fotografii, bo nie obrazy, a właśnie zdjęcia robiły na niej największe wrażenie. Podobnie jak scena z więzienia w Quezon City, gdzie prawie cztery tysiące osadzonych mężczyzn walczyło o skrawek miejsca, żeby móc spędzić kolejną noc w piekle, czy dwójka przerażonych dzieciaków mieszkających w Mosulu albo martwy nosorożec, ofiara handlarzy rogami.

 

– Gdy widzę, ile zła jest na świecie, chce mi się krzyczeć, bo nie można nic z tym zrobić – wyszeptała, ostatni raz prześlizgując się wzrokiem po fotografiach.

– Można. Każdy z nas może coś zrobić. A wczoraj?

– Co wczoraj?

– Nakarmiłaś psy.

– Żartujesz?

– Pomogłaś przecież kilku psom. I nie szkodzi, że tylko kilku. To tak samo ważne i dobre, jakbyś pomogła każdemu bezpańskiemu psu w Rumunii.

– Raczej nie widzę tego tak jak ty.

– Kiedyś zobaczysz.

– Chciałabym. Chciałabym dostrzec sens w każdym dobrym uczynku, który robimy, bo przecież ciągle je robimy, ale często z rozpędu albo przyzwyczajenia, ewentualnie żeby uciszyć głos sumienia, a tak nie powinno być.

– A teraz chodźmy stąd, bo już po burzy i znów świeci słońce. Kupimy kwiaty i zaniesiemy pod pomniki. Ktoś może powiedzieć, że to bez sensu, bo martwym jest zupełnie obojętne, czy dostaną kwiaty, czy nie, ale kwiaciarka?

– Tak, kwiaciarka się ucieszy.

– Zaczynasz łapać. – Puścił jej oczko i ostrożnie chwycił za rękę. – Tobie też kupimy, ale uprzedzam, ty płacisz. – Zaśmiał się.

Magda poważnie rozważała zmianę rezerwacji z jednego pokoju na dwie jedynki, ale problem sam się rozwiązał. Nie dość, że w tym hotelu w ogóle takich nie było, to jeszcze wszystko zabukowane. Iulian czuł się jak idiota, gdy mimowolnie uczestniczył w tej rozmowie, bo przecież mógł się domyślić, że ich wspólny nocleg w jednym pokoju może krępować Magdę, ale nie mając grosza przy duszy, ma się niewiele możliwości.

– Mam pomysł. Przenocuję w samochodzie. Co ty na to? – zaproponował, zanim jeszcze zaczęła wypełniać skomplikowaną ankietę meldunkową.

– Jesteś niepoważny – fuknęła z irytacją, bynajmniej niewywołaną tym pomysłem, a faktem, że za chwilę pójdą razem do JEDNEGO pokoju, będą się kąpać w JEDNEJ łazience, a potem spać łóżko PRZY łóżku.

– Ale czemu? Rozłożę przedni fotel i przekimam.

– Chrapiesz? – Spojrzała na niego.

– Nie, a ty?

– Nie wiem. Chyba nie.

– W najgorszym przypadku zatkam ucho poduszką. Albo ciebie zatkam.

– Głupek. – Zaśmiała się, ucieszona, że chociaż on potrafi rozładować napięcie.

Na szczęście pokój okazał się dosyć duży, a łóżka rozstawione daleko od siebie, w tym jedno we wnęce. To właśnie zajęła Magda. Trochę ją zdziwiło, bo pierwsze, co zrobił Iulian, to pomaszerował prosto do łazienki i spędził tam dobry kwadrans. Zrozumiała jego zachowanie, gdy wyszedł boso, trzymając swoje buty, które wystawił na mały balkon przylegający do pokoju, a parę upranych skarpetek przewiesił przez balustradę.

– Mogłabyś rano się nie obudzić. – Skwitował, zamykając za sobą balkonowe okno.

– Czemu nie kupisz sandałów? – Popatrzyła na jego stopy. – Cały dzień w takich buciorach? Dostaniesz grzybicy.

– Nie lubię innych butów. Poza tym widziałaś kiedyś żołnierza w sandałach? – zapytał, przysiadając na brzegu materaca.

– Jezus chodził w sandałach.

– Tak, to jest argument. Jutro kupię sandały.

– A właśnie! – Magda szybko sięgnęła po torebkę, wyjęła z portfela dwa banknoty i podeszła do Iuliana, by mu je wręczyć. – Twoja dola.

– Czterdzieści? Umawialiśmy się na dwadzieścia eurosów dziennie.

– I jest dwadzieścia. Za wczoraj i za dzisiaj.

– Wczoraj głównie spałem.

– Umowa to umowa, nie dyskutuj.

– Dzięki. – Wsunął pieniądze do kieszeni spodni. – Co teraz? Idziemy spać?

– Jeszcze wcześnie. Dopiero dziesiąta. Tak szybko chodzisz spać? – Wróciła na swoje łóżko i wyjęła z torby laptop.

– Nie przejmuj się mną. Potrafię zasnąć w każdym miejscu i nic mi nie przeszkadza. Nie gniewaj się, ale... – Malowniczo ziewnął i spojrzał tęsknym wzrokiem na poduszkę.

– Jasne, śpij. Ja też zaraz się położę, ale najpierw... – W tym momencie zdała sobie sprawę, że zamiast jakiejś aseksualnej i bezpiecznej flanelowej piżamy w kratkę spakowała kusą koszulkę na ramiączkach. – Muszę wziąć prysznic. I chciałam jeszcze zerknąć na maila, może dziewczynki wysłały jakieś zdjęcia. Są na wakacjach u rodziców męża, w Stanach.

– Uuu... – Z uznaniem pokiwał głową. – Fajnie.

– Fajnie. Wyjechały pod koniec czerwca i będą tam trzy miesiące.

– Nie krępuj się, bierz prysznic, mailuj, rób, co chcesz. Mnie tu nie ma.

Odwróciła wzrok, bo Iulian wstał i zaczął rozpinać spodnie. Spojrzała w tamtym kierunku dopiero po chwili, pewna, że chłopak już zdążył skryć się pod kołdrą. W klimatyzowanym pokoju było dosyć chłodno, może dlatego na jej ramionach pokazała się gęsia skórka. Potarła je bezwiednie. Niestety, córki nie raczyły wysłać zdjęć, nie napisały ani słowa, ale Magda odnalazła ich wpis na Facebooku i tam skomentowała, rozczarowana, że tylko w ten sposób może się z nimi skontaktować. Trochę ją kusiło, żeby zawrzeć w komentarzu jakiś delikatny, zawoalowany przytyk, ale ostatecznie wpisała to co wszyscy, że ślicznie wyglądają, i pożyczyła im dobrej zabawy.

Poszła do łazienki, a gdy wróciła po ożywczej kąpieli, Iulian już spał w najlepsze. Przystanęła na moment nad nim i czując w sercu niemal matczyną błogość, patrzyła, jak spokojnie oddycha. „Jego twarz wygląda jak u dziecka” – pomyślała i prawie parsknęła śmiechem, bo to wszystko zdało się jej jakieś nieprawdopodobnie dziwne. Tak samo dziwne było to, że ona sama również zasnęła bez kłopotu, ale w nocy coś ją przebudziło. Usiadła na łóżku i przez chwilę próbowała zrozumieć, czy cichy jęk, który zakłócił jej sen, był snem czy jawą. Zagadka szybko się rozwiązała. Iulian znów cicho stęknął, a jego głos zabrzmiał niczym żałosna skarga. Aż ścisnęło ją w sercu. „Może śni mu się jakiś koszmar?” Zastanawiała się, czy nie wstać i pomóc mu wyjść z sennego majaka, ale stchórzyła. Iulian obrócił się na łóżku i ucichł. „Chwała Bogu” – westchnęła w duchu. Nie mogła z powrotem zasnąć, pewnie dlatego, ledwie budzik w telefonie wydał z siebie pierwszy nieśmiały dźwięk, natychmiast otworzyła oczy. Zeszli na śniadanie, pokrótce obgadali, co będą dzisiaj robić, gdy nagle zadzwonił telefon Magdy.

Wywróciła oczami, widząc że to Renatka. Od zawsze się nie znosiły, ale obie udawały, że jest przeciwnie. Magda zachowała tyle uczciwości wobec samej siebie i Renaty, że prawie nigdy nie inicjowała rozmów czy spotkań. Przeprosiła Iuliana i odebrała telefon od siostry męża. Jej rozmówczyni miała w zwyczaju mówić dużo, głośno i najczęściej bez sensu, za to ze sporą dozą złośliwości. Spytała, jak się Magdzie wiedzie, czy amortyzatory wytrzymują dziury w asfalcie, a potem bezczelnie zaczęła drążyć temat przewodniczki.

– Łukasz wpadł do nas wczoraj wieczorem i mówił, że podróżujesz z jakąś Rumunką. Uważaj, oni tam, w tej Rumunii, okropnie kradną. Co drugi to żebrak, a co trzeci złodziej. Łukaszek powiedział, że nocujecie razem! Podziwiam, ja nie miałabym tyle odwagi. A co, jeśli ta dziewucha cię okradnie?

Magda podniosła wzrok na Iuliana, bardzo żałując, że nie odeszła od stołu. Wprawdzie Renata rozmawiała z nią po polsku, a tego języka jej przewodnik na pewno nie znał, ale i tak było jej strasznie głupio. Czuła się okropnie, tym bardziej że pod wpływem rozmowy z Renatą prawie natychmiast skoczyło jej ciśnienie i policzki spłonęły rumieńcem.

– Przestań gadać głupstwa – przerwała. – Nie musisz się o mnie martwić. Nikt mnie nie okradł, drogi są świetne, ludzie gościnni, a Rumunia piękna. Polecam.

– Raczej nie skorzystam.

– Wiem. Znam twoje wyrafinowane gusta – prychnęła z ironią.

Renata, podobnie jak jej braciszek, uznawała tylko wypoczynek mocno zorganizowany. Zawsze w ciepłych krajach, koniecznie w pięciogwiazdkowym hotelu i z opcją all inclusive. A że takie wczasy polegały głównie na bezmyślnym leżeniu przy basenie i sączeniu drinków? To miał być wypoczynek! Tak podkreślał Łukasz, a jego siostra prawie zawsze traktowała go niczym wyrocznię. Może dlatego czuła okropny żal i gniew, bo rodzice zaprosili do siebie tylko dwie nieznośne i przemądrzałe córki Łukasza, a o jej ukochanym synku nawet nie wspomnieli.

– Ojej, humorek nie dopisuje? A może się nie wyspałaś?

– Tak, zgadłaś. – Magda już miała palnąć, że prawie całą noc uprawiała dziki seks z Iulianem. W ostatnim momencie ugryzła się w język. – Przepraszam, ale muszę kończyć. Pozdrów Stacha i Tomaszka. Buziaki. – Rozłączyła się, nie czekając na odpowiedź.

Odłożyła aparat na stolik, by po sekundzie wrzucić go do torebki.

– Renata, siostra męża, dzwoniła – wyjaśniła zdawkowo.

– Aha – mruknął. Co trochę ją zaniepokoiło, uciekł wzrokiem, a przynajmniej takie miała wrażenie. „Wyczuł, o czym była rozmowa?” Spojrzała czujnie na Iuliana, ale zachowywał się jak zawsze. Nałożył na talerz sporą kupkę wędlin i pochłaniał kolejne plastry włoskiej szynki, zagryzając je białym pieczywem. – Co chciała? – Napełnił filiżankę herbatą i podmuchał na parujące lustro.

– Nic. Pogadać. – Nieznacznie wzruszyła ramionami.

– Jedz, będziesz głodna. – Dopiero teraz popatrzył w jej oczy.

– Straciłam apetyt. – Uśmiechnęła się blado.

– Nie lubisz jej?

– Renaty? Nie.

– To po co z nią rozmawiasz?

– Jak to po co?

– Normalnie. Pytam, po co rozmawiasz z kimś, kogo nie lubisz? – Wpakował do ust dwa koktajlowe pomidorki. Niestety, nie był w stanie złączyć warg i sok z jednego wytrysnął i siknął na obrus jasnoczerwoną strużką. – Fuck – powiedział niezbyt wyraźnie. Przeżuł do końca pomidory, wziął serwetkę i nieudolnie starł zabrudzenie. – Będzie kara.

– Jaka kara?

– Zapaskudziłem obrus. – Pokazał jej język.

– Tak, zaraz ktoś postawi cię do kąta.

– To po co z nią gadasz?

– Jezu... – żachnęła się Magda. – To siostra mojego męża.

– Mówiłaś.

– Nie gadasz z ludźmi, których nie lubisz? – W głosie Magdy słychać było irytację.

– W życiu.

– A jeśli musisz?

– Nie muszę.

– To co mam według ciebie zrobić? – Odchyliła się na krześle i założyła ręce na piersiach.

– Nic. Po prostu z nią nie gadać.

– A gdy zadzwoni? Nie odbierać, tak?

– Tak. Ewentualnie odebrać i powiedzieć: nie chcę z tobą gadać, cześć.

– Jakież to proste – zakpiła.

– Prawda? – Iulian wyszczerzył zęby. Na jednym z nich została skórka z pomidora.

– Masz kawałek pomidora na zębie.

– Możliwe. – Niezrażony uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Wkurzasz mnie. – Magda leciutko drgnęła. – Nie wszystko jest takie proste, jak sądzisz.

– Tak też może być. Nie mam monopolu na rację.

Nie odpowiedziała. Spontanicznie sięgnęła po pomidorka i rzuciła nim w Iuliana, ale chłopak się uchylił i pomidor trafił w łysinę faceta siedzącego przy sąsiednim stole. Magda z przestrachem patrzyła na mężczyznę, który odwrócił się i groźnie spojrzał na nich spod zmarszczonego czoła.

– Przepraszam! – powiedziała po polsku, ale mężczyzna ani drgnął.

Dopiero Iulian załagodził sytuację. Okazało się, że jest Rosjaninem i bardzo szybko przyjął przeprosiny.

– No tak, to zrozumiałe, że znasz rosyjski – szepnęła chwilę później Magda. – Tata cię nauczył, prawda?

– Sam się nauczyłem – skwitował. – Kiedy ojciec miał mnie nauczyć? Zresztą prawie wcale nie gadał w domu po rosyjsku.

– To jak?

– Po angielsku, trochę po rumuńsku. Po ojcu odziedziczyłem talent do języków.

– Ale polskiego nie znasz? – Aż ścisnął się jej żołądek, gdy przypomniała sobie słowa Renaty.

– Polskiego nie. Znam angielski, rumuński, rosyjski i niemiecki. Te cztery biegle. A słabo francuski. Liznąłem też nieco skandynawskich języków, ale te są okropne. Najbardziej lubię angielski. Gdy miałem niecałe siedem lat, wyjechaliśmy z matką do Manchesteru, bo tam mieszka jej siostra, ciotka Valentina. Mieszkaliśmy tam, aż skończyłem ichniejszą podstawówkę, trochę ponad osiem lat. Stąd dobrze znam angielski. A ty?

– Jakie znam języki? Prócz polskiego tylko angielski.

– Wystarczy.

– Nie do końca. Chciałabym znać jeszcze jakiś, ale nie wchodzi. – Kilka razy stuknęła się palcem w czoło.

– Musisz z tym żyć. – Zaśmiał się.

Skończyli śniadanie i opuścili hotel. Zgodnie z wczorajszymi planami poszli zwiedzać miasto. Magda kupiła kwiaty i złożyli je pod pomnikami ofiar rewolucji wyzwalającej Rumunię spod jarzma Słońca Karpat.

 

– Mămăliga nu explodează – powiedział Iulian, gdy stali pod ostatnim, bardzo wymownym pomnikiem przedstawiającym mężczyznę, który dzierżył wyciągnięty w górę miecz, a jego noga i druga ręka straszyły kikutami. – To znaczy: mamałyga nie wybucha. Jest plastyczna i elastyczna, zmieści się w każdej szczelinie, bezkształtna przyjmuje kształt naczynia. Rumuni, my, Rumuni – wskazał na siebie palcem – jesteśmy jak mamałyga. Ale kiedyś następuje moment przełomowy i nawet ktoś najbardziej bezwolny, bezkształtny i bezgranicznie tolerancyjny w końcu wybucha. Rozumiesz? – Spojrzał na Magdę. – Walka z tyranią nadal trwa, bo nie da się tak szybko o niej zapomnieć i naprawić. Walczymy do końca. Jak ten człowiek. – Znów przeniósł spojrzenie na rzeźbę. – Trzeba walczyć do końca i nie myśleć o tym, że prawdopodobnie przegramy, bo walka sama w sobie też jest naszym zwycięstwem.

– Och...

– Co? – Obrócił głowę.

– Prawie poczułam to, co musieli czuć ci ludzie. A kimże jestem? Zwykłym mieszczuchem, który nie dokonał w życiu niczego ważnego. No, może prócz urodzenia dwójki dzieci. Żadnej ofiary, dowodu męstwa. Nic przełomowego.

– Nie musimy być rewolucjonistami, żeby poczuć wolę walki. Latami godzimy się z losem, nie czując przy tym zbytniego niepokoju, gdy nagle coś w nas pęka, coś się zmienia, robimy coś, co uruchamia lawinę zdarzeń.

– A teraz wspomnij, że pomogłam kilku bezpańskim kundlom. Ech... – Pokręciła głową.

– Poczekaj. – Iulian przymrużył oczy. – Powiedz mi coś. Czemu tu przyjechałaś i dlaczego sama, bez męża?

– Naprawdę chcesz wiedzieć?

– Skoro pytam? – Czekał na jej słowa. – Chodź, usiądziemy. – Wskazał na ławkę stojącą nieopodal. Wprawdzie była nieco zdezelowana, a z oparcia i siedziska łuszczyła się zielona farba, ale przynajmniej mogli skryć się w cieniu.

– Czemu tu przyjechałam... – ni to stwierdziła, ni spytała samą siebie Magda. Poprawiła się na ławce, bo sterczący płatek starej farby ukłuł ją w spód odsłoniętego uda, kilka razy zamrugała, chrząknęła, a nawet upiła mały łyk wody i dopiero wtedy... – Nie wiem, czy mnie nie wyśmiejesz, bo nie ma wyraźnego powodu – zaczęła ostrożnie.

– Na pewno jest. Jakiś szczególny, ważny, taki, który cię tu przygnał. No powiedz, nie wstydź się. Wiem już, że nie znosisz Renaty, pewnie jako jedyny, prócz ciebie oczywiście, człowiek na tej planecie, więc równie dobrze możesz mi powiedzieć, dlaczego Rumunia, dlaczego teraz i dlaczego sama tu przyjechałaś?

– Zacznę od najłatwiejszego. Dlaczego Rumunia? Wzięłam mapę Europy, a dokładnie atlas geograficzny córki, zamknęłam oczy, zakręciłam palcem kółeczko, pacnęłam i trafiło na Rumunię – powiedziała, oczekując, że Iulian wybuchnie śmiechem, bo przecież to był najbardziej absurdalny sposób wyboru miejsca na wakacje.

– Okej, to już jasne.

– Chwileczkę, nie myślisz, że to głupie?

– Nie bardzo, a nawet jeśli kierowanie się tak zwanym losowym wyborem jest głupie, uwielbiam to. Zapomniałaś? Czas głupstw! Właśnie nadszedł twój. A czemu sama?

– Łukasz...

– Nie ma czasu?

– Inaczej. Najlepiej będzie, jak najpierw odpowiem, skąd impuls, żeby w ogóle gdzieś wyjechać. Wszystko przez książkę. To powieść o pewnej kobiecie, która postanowiła przez rok nie wstawać z łóżka. Poszła na piętro, gdzie ona i mąż mieli małżeńską sypialnię, wlazła do łóżka i leżała tam równy rok, wstając jedynie, gdy musiała skorzystać z łazienki.

– Oryginalny pomysł. Na pewno nie czytałem tej książki, zapamiętałbym.

– Przeczytałam i...

– Pomyślałaś, że masz tak samo dość wszystkiego jak ta kobieta.

– Mówiłeś, że nie czytałeś. – Magda cicho parsknęła.

– Bo nie czytałem, ale nietrudno się domyślić, że ten wyjazd to twoja ucieczka. Kontrolowana, bo twoi bliscy wiedzą, gdzie jesteś i z kim, lecz mimo to nadal ucieczka.

– Masz rację.

– Dlatego przyjechałaś sama.

– Tak.

– I pewnie nie powiesz mi, czemu ta kobieta podjęła decyzję o ucieczce do łóżka, a ty o podróży tutaj?

– Myślę, że podjęłam decyzję dokładnie z tego samego powodu co ona.

– Powiesz, jaki jest tytuł?

– Kobieta, która przez rok nie wstawała z łóżka.

– No tak. Autor?

– Sue Townsend.

– Jeszcze dzisiaj kupię e-booka...

– Nie musisz – przerwała mu. – Mam ze sobą czytnik.

– A na nim polską wersję? – Puścił jej oczko.

– Nie, angielską.

– Pozwolisz, że spróbuję zgadnąć, jakie były te przyczyny? – Nie zaoponowała, więc kontynuował: – Przypuszczam, że bohaterka tej książki, podobnie jak ty, ma rodzinę, dzieci i męża. Nie pracuje lub wynagrodzenie za jej pracę nie znaczy zbyt wiele w domowym budżecie, a co za tym idzie, i mąż, i dzieci nie traktują jej poważnie. Jest olewana zarówno przez małżonka, jak i potomstwo, które liczy się tylko ze zdaniem ojca. Pewnie podejmuje nieustające wysiłki, żeby przychylić im nieba, a gdy czasami ma dość tej sytuacji i zaczyna nieśmiało myśleć o sobie, od razu ma gigantyczne wyrzuty sumienia. Teraz, gdy jej dzieci wyjechały daleko i powoli zbliżają się do momentu, kiedy pępowina łącząca je z matką będzie zbędna, ta kobieta czuje się jeszcze gorzej, bo tylko świadomość bycia potrzebną, a nawet niezbędną, trzymała ją przy życiu. Dlatego właśnie...

– Dość. Przestań – wykrztusiła Magda. Opuściła głowę, a wtedy jej wzrok mimowolnie zatrzymał się na drżących dłoniach ściskających butelkę.

– Przepraszam. – Iulian dotknął jej ramienia, ale odsunęła się gwałtownie. – Przepraszam, wybacz mi. Za ostro pojechałem. Poza tym to nie mój interes.

– Pewnie myślisz, że jestem żałosna – wyszeptała, bezmyślnie patrząc przed siebie.

– Myślę, że nie jesteś mamałygą, a książki nie przeczytam. Razem, we dwójkę, napiszemy lepszą wersję. Co ty na to?

– Czas szaleństw? – zapytała z przekąsem.

– To znaczy?

– Tytuł.

– Świetny. Mnie się podoba.

Mieli zahaczyć o Lugoj i tak zrobili, ale pobyt w tym mieście przebiegł bez większych zachwytów. Zwiedzili cerkiew grekokatolicką, Magda pstryknęła kilka zdjęć klasycystycznego ikonostasu, a jedynym, co ją naprawdę zainteresowało, były piękne witraże wykonane w Czechach. Druga cerkiew, prawosławna, spodobała się bardziej, może dlatego, że jej bryła nawiązywała do wiedeńskiego baroku, a ten styl zawsze budził jej podziw. I to było tyle, jeśli chodzi o małe banackie miasteczko. Zjedli dobry obiad i ruszyli w drogę. Mijali właśnie tabliczkę z napisem Hunedoara, gdy Magda uświadomiła sobie, że...

– Zapomniałam zarezerwować nocleg! – Popatrzyła spanikowana na Iuliana. – Jezu, co za sklerotyczka ze mnie.

– Spokojnie, na pewno coś znajdziemy.

– A jeśli nie znajdziemy?

– Znajdziemy.

Chciała się zatrzymać na poboczu i poszukać czegoś w Internecie, ale on miał inny pomysł. Pilotował Magdę przez wąskie uliczki miasta, aż dotarli pod niewielki i niezbyt atrakcyjnie wyglądający budynek. Kazał zaparkować, a kiedy oboje wysiedli, poinformował, że to mały prywatny hostel, tani i ze śniadaniem.

– Nocowałem tu kilka razy.

– Hostel? – Magda zmarszczyła nos. – Raz w życiu byłam w hostelu, za czasów licealnych, zrobiliśmy tam imprezę, rodzaj domówki. – Przebiegała wzrokiem po elewacji i czuła coraz większą ochotę, żeby zrejterować, gdy widziała ściany straszące spękanym tynkiem, zapewne niemalowanym od nowości, i futryny, z których łuszczyła się ciemnobrązowa farba.

– Nigdy nie spałaś w hostelu?

– Nie. – Zadarła głowę, żeby obejrzeć okna pod dachem i bardzo szybko pożałowała, bo w jednym z nich ukazał się chudy wyrostek, spojrzał na nią, podniósł i zademonstrował butelkę z czymś, co na pewno było alkoholem.

– Wobec tego będziesz miała jedyną i niepowtarzalną okazję przenocować w rumuńskim hostelu – zawyrokował Iulian, otwierając bagażnik.

W środku było nieco lepiej i Magda odetchnęła z ulgą, ale jej radość trwała krótko.

– Mamy tu spać? – spytała ze zgrozą, kiedy weszli do maciupeńkiego pokoiku. Owszem, na pierwszy rzut oka i pociągnięcie nosem zdawał się czysty i schludny, ale miał nie więcej niż pięć metrów kwadratowych, z czego połowę zajmowało piętrowe łóżko. – Na tym? – Wskazała na nie brodą. – A łazienka? No właśnie, gdzie jest łazienka?

– Na korytarzu. Wspólna.

– Iulian, ja...

– Wymiękasz? – Rzucił plecak i jej torbę na dolne łóżko, wsparł się ramieniem o słupek i, szczerząc zęby, patrzył na biedną Magdę przeżywającą właśnie prawdziwą gonitwę myśli. – Nie oczekuj luksusów za sześćdziesiąt lei. I to za nocleg ze śniadaniem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?