Zapisane w chmurze

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przejechała na początek zatoczki, zatrzymała samochód i wysiadła, zabierając ze sobą worek z karmą, dwie miski i wodę. Była prawie pewna, że w zakurzonych badylach obrastających ledwie stojącą autobusową wiatę leży kolejny rumuński psiak. I słusznie przewidywała, bo kilka sekund później zza ceglanego murku wylazł wyjątkowo chudy i żałośnie wyglądający rudy kundelek. Zerknęła na Iuliana. On też zauważył jej obecność, zresztą to nie było trudne, zważywszy na samochód z polskimi tablicami rejestracyjnymi, ale udawał, że jej nie widzi. Nie zwracał na nią uwagi, nawet przeszedł kilka metrów dalej i konsekwentnie machał na przejeżdżające auta.

– Głupi, nadęty gówniarz – sarknęła pod nosem.

Tak jak wcześniej napełniła dwie miski, po czym wstała z kucek, zawinęła roztargany brzeg foliowej torby i popatrzyła na Iuliana. Pomieszał jej szyki. Nie tak to sobie planowała. Miał podbiec, kiedy zatrzymała samochód, i spytać, czy zmieniła zdanie, a tu klops. „Chyba się obraził” – uznała, nie spuszczając z niego oka. Znów się wkurzyła. To przecież on zawalił, nie ona. W zasadzie nie poczuwała się do winy, no, może trochę. Mogła być bardziej ostrożna, a przede wszystkim przewidująca. Powinna była poprosić o zdjęcie, zajrzeć na Facebook, upierać się przy rozmowie telefonicznej, a co zrobiła? Wykłócała się z Łukaszem.

– Niech ci będzie. – Potrząsnęła głową, bo cała ta sytuacja wydawała się jej kompletnie niedorzeczna. Przeszła kilka kroków i krzyknęła: – Hej, podrzucić cię do Aradu?

Odwrócił się w jej stronę i spojrzał na nią spod daszka zrobionego z dłoni.

– Jedziesz do Aradu?

– Tak! – odkrzyknęła, bo mijające ich samochody skutecznie zagłuszały rozmowę.

– Ile za kurs?

– Za kurs?

– Nie stać mnie na jazdę takim autem, a przede wszystkim nie stać mnie na takiego szofera, dlatego wolę spytać – mówił dosyć głośno, jednocześnie zbliżając się do Magdy. W końcu stanął metr przed nią, spojrzał na plastikową torbę z karmą i uśmiechnął się. – Smakuje mu. – Wskazał brodą na kundelka, który kończył niespodziewany posiłek.

– Mam jeszcze drugie opakowanie. Ale to bez sensu. Pomogłam trzem psom. Tylko trzem i tylko dzisiaj. A co będzie jutro? Jaka przyszłość je czeka?

– Czy to ważne? – Chłopak natychmiast spoważniał. W jego jeszcze przed chwilą radosnym spojrzeniu Magda dostrzegła smutek.

– Co z tobą? – zapytała. – Źle się czujesz?

– Nie – zaprzeczył natychmiast. – Ciepło. Trochę przypieka. – Spojrzał w niebo i szybko przerzucił wzrok na Magdę. – To jak? Ile za kurs?

– Głupio wyszło. Wiesz, z tą naszą umową.

– Przepraszam.

– Czyli jednak? – Z politowaniem kiwnęła głową i na moment odwróciła wzrok. – Po co mnie okłamałeś?

– Nie zrobiłem tego specjalnie. Gdy zakładałem ten adres, naprawdę się pomyliłem, a potem, gdy wysłałem maila, pomyślałem, że... – uciął.

– Uznałeś, że tak będzie łatwiej mnie namówić?

– Dotychczas oprowadzałem pary, a raz grupkę trzech kolesi. Samotna babka raczej się nie trafia. – Zrobił dziwną minę, ni to śmieszną, ni głupią.

– Zawiozę cię do Aradu – zdecydowała. – I nawet możesz tam przenocować, bo opłaciłam z góry dwa pokoje.

– Ze śniadaniem?

– Jezu... – jęknęła z rozdrażnieniem. – Ze śniadaniem. I z kolacją dzisiaj. Może być?

– Dzięki.

Zauważyła, że odetchnął z ulgą. Wcale mu się nie dziwiła, temperatura już dawno przekroczyła trzydzieści stopni, a stać w czarnym ubraniu w pełnym słońcu? Udar cieplny gwarantowany.

Wsiedli do chłodnego wnętrza volva, Iulian nie skomentował, ale rozejrzał się i uśmiechnął z aprobatą. Ujechali może trzy kilometry, gdy zobaczyli jadącą poboczem furmankę. Był prawie pewien, że i tym razem Magda nie oprze się i skomentuje wygląd konia. Miał rację, nie szczędziła słów krytyki właścicielowi.

– Widziałeś? – Zerknęła do wstecznego lusterka. – Widziałeś te wystające żebra?!

– Nie był taki zły. Widziałem gorsze przypadki.

– Barbarzyństwo.

– Wiosna była sucha.

– Co? – Popatrzyła pytająco na Iuliana.

– Gdy wiosna jest sucha, trawa słabo rośnie i konie nie mają dobrej karmy. Później przychodzi lato, więc tym bardziej. Poczekaj, zobaczysz, co się dzieje, gdy przy drodze są rowy melioracyjne, nie jak tu. – Wskazał brodą na umykające szybko pobocze.

– Niby co się dzieje?

– Tylko tam zbiera się woda i rośnie trawa, więc konie czy bydło wchodzą do takich rowów i się pasą.

– Bez komentarza. – Magda westchnęła i pokręciła głową.

– I tak jest im lepiej niż kiedyś.

– Zdefiniuj „lepiej”.

– W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, jeszcze u początków kariery Ceaușescu, w Rumunii wybito prawie wszystkie konie. Ocalały jedynie te w górach.

– Ale dlaczego?

– Wódz uważał, że konie świadczą o zacofaniu chłopów, a z drugiej strony o ich zamożności.

– Boga w sercu nie mają.

– Kto?

– No jak to kto? Ludzie!

– Wierzysz w Boga?

– Staram się wierzyć, za to w istnienie diabła wierzę bez żadnych wątpliwości.

– Myślisz, że Ceaușescu był diabłem?

– A co innego można pomyśleć?

– Ktoś powiedział, że do odrodzenia się Rumunii po rządach Ceaușescu potrzeba życia jednego pokolenia.

– Wątpię, czy te siedemdziesiąt lat wystarczy. Cholernie mi przykro, że spotkał was taki los. – Chciała, żeby zabrzmiało to szczerze.

Ian zaczął opowiadać o życiu w jego kraju rządzonym przez reżim Ceaușescu i szatańskich pomysłach tyrana, takich jak likwidacja tysięcy małych wiosek i osad i zastąpienie ich obozami pracy, gdzie za psie pieniądze mieli tyrać wieśniacy, pełna regulacja urodzeń czy karny podatek dla bezdzietnych małżeństw, ale mu przerwała. – Może zmienimy temat?

– Masz rację. Za bardzo wczułem się w rolę.

– Nie o to chodzi. – Wykonała bliżej nieokreślony ruch ręką. – Jestem trochę zmęczona, wczoraj przejechałam ponad osiemset kilometrów, pobłądziłam na Słowacji, a w Budapeszcie...

– Co w Budapeszcie?

– Nic. – Ucięła, myśląc, że za wcześnie na zwierzenia.

– Zaskoczyłaś mnie – przyznał, patrząc na nią. – Myślałem, że jesteś starsza.

– Starsza? Jestem starsza. Od ciebie – doprecyzowała. – A gdy mowa o zaskoczeniu, trudno cię przebić.

– Ile masz lat? – spytał, spoglądając to na Magdę, to na drogę.

– Nie mówiłam? Trzydzieści osiem.

– Wyglądasz młodziej.

Obrócił się w fotelu, żeby lepiej móc ocenić wygląd Magdy. Jeszcze nie zdradził, że wcześniej wiedział, jak wygląda. Wpisał jej adres mailowy do wyszukiwarki i po nitce do kłębka, dotarł najpierw do jej konta na Facebooku, a później na fanpage szkoły, w której pracowała. Właśnie tam znalazł najwięcej zdjęć, zwłaszcza z jakiejś niedawnej, majowej wycieczki szkolnej. Napatrzył się do woli. Ze zdjęć wynikało, że ulubiony strój Magdy – również ten wycieczkowy – to zwykłe proste dżinsy, do tego jasny T-shirt, sportowe buty i fryzura identyczna jak ta, którą zrobiła dzisiaj: koński ogon. Nie uważał się za znawcę kobiecych fryzur, nie mógł więc ocenić, czy miodowy odcień jej włosów jest naturalny, ale jedno wiedział na pewno: pasował jej ten kolor.

– Czemu mnie obserwujesz? Mam coś na twarzy?

– Lubię obserwować ludzi. Zwłaszcza kobiety.

– Dziwnie zabrzmiało. – Nie odrywała wzroku od jezdni. – Powinnam się bać?

– Z mojej strony nic ci nie grozi.

– Nie sądzisz, że to nieco mało wiarygodne zapewnienie? Gdybyś faktycznie miał złe zamiary, nie uprzedziłbyś mnie o nich. A gdybyś miał tylko dobre, to zapewnienie jest zbędne.

– Byłem kiepski z logiki.

– A z czego jesteś dobry?

– Ze wszystkiego.

– Aha. – Zachichotała. – Już wiem, czemu nie po drodze ci z logiką.

Zapadło milczenie. Po minucie Magda zerknęła na towarzysza podróży, żeby ze zdumieniem stwierdzić, że chłopak zasnął. „Pewnie nie spał w nocy” – pomyślała. Musiała jednak skupić się na drodze, bo właśnie minęła Oradeę. Bez problemów zjechała na drogę prowadzącą do Aradu i odetchnęła z ulgą. „Trzeba przyznać, że mają nieźle oznakowane drogi” – stwierdziła z uznaniem. Podobnie oceniała ich jakość. Była ciekawa, czy wszędzie jest tak dobrze, czy unijni urzędnicy postanowili zainwestować pieniądze tylko w główne rumuńskie trasy. „Jeszcze masz czas zdecydować, co zrobić”. Ciągle się wahała, a obecność Iuliana wcale nie ułatwiała wyboru. Okazał się niezłym kompanem podróży, przynajmniej na razie. Postanowiła dotrzeć do Aradu, a tam się zobaczy, co dalej.

Była jakieś dwadzieścia kilometrów przed Aradem, gdy zadzwonił telefon. Od razu odebrała, spostrzegłszy, że to Łukasz.

– I co słychać? – zapytał. – Jak trasa?

– W porządku. Dojeżdżam właśnie do Aradu.

– Dojeżdżasz? Czy dojeżdżacie?

– Dojeżdżamy. – Magda zerknęła na swego towarzysza. Nadal miał zamknięte oczy, ale jego oddech nie był już tak głęboki i miarowy jak przed chwilą.

– A jak pani przewodnik? – W głosie Łukasza zawibrowała lekka nutka ironii.

– Też w porządku.

– Mogę się z nią przywitać?

Magda bezwiednie potarła skórę na lewym policzku.

– Mógłbyś, ale śpi – odparła.

– Gadamy na głośnomówiącym? – upewnił się.

– Nie każdy ma taki delikatny sen jak ty.

– Rozumiem. – Z drugiej strony słuchawki dobiegł cichy śmiech. – Jeszcze będzie okazja się przywitać.

– Na pewno.

Zamienili kilka zdań i ku wielkiej uldze Magdy Łukasz się pożegnał. Potrzebowała chwili oddechu i choć na zewnątrz nadal było piekielnie ciepło i znacznie mniej komfortowo niż w klimatyzowanym wnętrzu auta, wrzuciła kierunkowskaz i zjechała na pobocze. Zabrała butelkę wody i wysiadła z samochodu, zdziwiona, że Iulian nadal śpi. „A może jest chory? Cukrzyca?” – Tylko ta choroba przyszła jej do głowy. Po chwili zauważyła jednak ruch za szybą i wkrótce chłopak dołączył do niej.

 

– Wyspałeś się?

– Tak. – Przeciągnął się niczym kot, podskoczył kilka razy w miejscu i energicznie potarł ramiona.

– Chcesz? – Podała mu półpełną butelkę z wodą.

– Chętnie. – Opróżnił całą zawartość i rozejrzał się po okolicy. – Gdzie jesteśmy?

– Za niecałe dwadzieścia kilometrów będzie Arad.

– Serio? – zdziwił się. – Sorry. Trochę słabo, bo przespałem prawie całą drogę, zamiast zabawiać cię historyjkami o mojej pięknej ojczyźnie. – Wskazał na pobocze po przeciwnej stronie jezdni. Ktoś wyrzucił tam kilka czarnych plastikowych worków z odpadkami.

– Chwilowo nie mam ochoty na historyjki, a co do estetyki, nie jest źle. Pierwszy raz widzę śmieci przy drodze. Jest czysto, a jezdnia świetna.

– A tak poza tym coś mnie ominęło?

– Jeśli pytasz o zwierzęta, owszem, kilkanaście psów, jedna krowa i jeden osioł. Ten ostatni prawie wlazł na asfalt. – Magda zaśmiała się, bo ledwie powiedziała słowo „osioł”, a Iulian dotknął swojej piersi wskazującym palcem i zrobił zeza.

– A Cyganie?

– Brak.

– Dziwne, prawda?

– Trochę tak.

– Podobnie jak żebraków, Cyganów również spotkamy, i to nie raz. Osiem procent Rumunów to Cyganie czy też, jak wolisz, Romowie. Z tego jedna trzecia jest bezrobotna, jedna piąta nie ma dostępu do opieki medycznej i prawie wszyscy, bo osiemdziesiąt procent, żyją poniżej granicy ubóstwa. Swoją drogą garstka z nich to milionerzy, a co do biedy, w Indiach, skąd przecież pochodzą Cyganie, jest znacznie gorzej.

– Hm. Marna pociecha.

– Ale zawsze jakaś.

Jeszcze chwilę postali na poboczu, po czym wrócili do samochodu i pół godziny później minęli tabliczkę z napisem Arad. Zatrzymali się w hotelu Phoenix. Magdę spotkała miła niespodzianka, bo hotel, choć trzygwiazdkowy, okazał się całkiem przyzwoity. Trochę ją rozbawiła rozbudowana biurokracja i fakt, że przy zameldowaniu musiała wypełnić bardzo obszerną ankietę, włącznie z podaniem miejsca urodzenia.

– Inwigilacja level hard – żartowała, idąc z Iulianem na górę.

– Raczej biurokracja. Czy wiesz, że gdy sprzedawca nie wyda ci paragonu fiskalnego, możesz zabrać towar lub skorzystać z usługi i nie zapłacić?

– Serio?

– Zobaczysz, jeszcze nieraz ktoś będzie ci wciskał paragon i dodatkowo imienną fakturę.

Ich sypialnie sąsiadowały ze sobą i były prawie identyczne. Zostawili bagaże i zeszli do restauracji, bo obojgu donośnie burczało w brzuchach.

– Myślałam, że zjem coś z tradycyjnej rumuńskiej kuchni, ale to chyba nie jest...

– Na pewno nie jest – wszedł jej w słowo Iulian. – To menu dostosowane do turystów.

Podobnie jak Magda, stał przed szerokim bufetem i zastanawiał się, co wybrać. Był okrutnie głodny i najchętniej zjadłby wszystko, ale czuł lekkie skrępowanie, bo nie znosił jałmużny. Miał przecież zapracować na noclegi i wyżywienie, a prócz tego, zgodnie z ich mailową umową, otrzymać dwadzieścia euro za każdy dzień swoich przewodnickich usług.

– Nieważne. Zjem cokolwiek – odparła. – Wszystko wygląda bardzo smakowicie.

W końcu się przełamał. Było mu łatwiej, gdy widział, ile jedzenia naładowała sobie Magda.

– Hm, na tę zupkę z flakami wołowymi...

– Ciorbă de burtă – podsunął nazwę.

– ...raczej się nie skuszę, ale z klopsikami już tak. Nie wiem, co z mamałygą. Brzmi mało smakowicie.

– I tak samo wygląda. Jeszcze będziesz miała okazję do degustacji.

– Jak sądzisz, warto wyjść na miasto? – Popatrzyła w stronę okien restauracji. Choć dochodziła ósma, na zewnątrz nadal było słonecznie i bardzo ciepło.

– Jeśli masz na myśli zwiedzanie, nie warto, ale znalazłoby się tu coś ciekawego. Mianowicie gomboti. To deser, najczęściej ze śliwek.

– Zjadłabym coś słodkiego. Lubię słodycze, a ty?

– Też.

– Gdy tak spałeś, pomyślałam, że masz cukrzycę – wyznała nieco skrępowana.

– Cukrzycę? Nope. Nie mam cukrzycy, po prostu byłem zmęczony. Nie spałem prawie całą dobę.

– No tak... – Nieznacznie uniosła ramiona. Bezwiednie poprawiła opadający kosmyk włosów i uśmiechnęła się do Iuliana.

– To co, idziemy na wycieczkę? – zapytał.

– A chcesz?

– Pewnie, ale najpierw może się przebiorę? – Zerknął krytycznie na siebie. – I wezmę prysznic?

– Mnie też się przyda.

Miał rację co do atrakcji w Aradzie. Przeszli przez starówkę, Magda zrobiła kilka zdjęć neorenesansowego ratusza, chwilę pozowała Iulianowi, stojąc przed pałacem Cenad, ale na wędrówkę do serbskiej cerkwi nie dała się namówić. Bolały ją nogi, poza tym chciała wreszcie skosztować gomboti. Nie żeby nie było tego deseru w kilku knajpkach, do których zaglądali. Owszem, był, ale nie znalazł uznania w oczach przewodnika. Dopiero w pewnej małej rodzinnej restauracyjce blisko hotelu znaleźli gomboti spełniające wyśrubowane wymagania Ponty.

– Świetne. Coś jak polskie knedle ze śliwkami, ale nasze po prostu gotuje się w wodzie i nie mają tej przepysznej posypki. – Magda zjadła ostatni kęs i pomyślała, że jeszcze chwila i pęknie.

– Fajnie, że ci smakuje. – Iulian uśmiechnął się od ucha do ucha. – Drugi najlepszy rumuński deser to papanasi, nasze pączki. Z dziurką. W każdej dziurce jest drugi pączek, kulka wielkości piłki do ping-ponga, a całość oblana jest śmietaną i dżemem lub marmoladą owocową.

– Brzmi tucząco.

– O tak. Na dodatek jedna porcja to zwyczajowo dwa takie bałwanki.

– Dzięki za ostrzeżenie.

– Raczej nie musisz się odchudzać – stwierdził, z przyjemnością zerkając na jej szczupłą sylwetkę.

Bez pośpiechu wracali do kwatery. Po drodze, jak przystało na przewodnika, uraczył ją kilkoma mrożącymi krew w żyłach, a raczej podnoszącymi żołądek do gardła historiami o strasznych obyczajach niektórych rumuńskich restauratorów.

– Najgorzej jest tam, gdzie dużo turystów. Uważaj, gdy dotrzesz do Mamai.

Już miała wtrącić, że najprawdopodobniej jej rumuńska wycieczka zakończy się jutro, ale ugryzła się w język. „Jeszcze mam trochę czasu na ostateczną decyzję”.

– Co jest w Mamai? To ten kurort nadmorski?

– Tak. Najbardziej ekskluzywny i zarazem najgorszy, jeśli mowa o higienie, zwłaszcza w knajpach. Swego czasu pracowałem w jednej jako kelner, i tę mogę ci od biedy polecić. W hotelu dam ci listę sprawdzonych miejsc. – Zwolnił kroku, bo już prawie do niego dotarli. – W sąsiednim barze podawali owoce morza i ryby. Świeże ryby – podkreślił. – Codziennie rano odławiali martwe i serwowali turystom.

– Gdzie to widziałeś? – Przełknęła ślinę, bo nagle poczuła w ustach jej nadmiar.

– Tu i ówdzie w głównej sali jadalnej i na zewnątrz są rozstawione olbrzymie szklane akwaria. Taka atrakcja dla gości, zwłaszcza dla dzieci. O siódmej rano większość turystów śpi, odsypia nocne szaleństwa, więc żaden z nich tego nie widzi.

– Obrzydlistwo. Chryste, już nic nie zjem.

– Ja też. Najadłem się dzisiaj za wszystkie czasy. – Poklepał się po brzuchu.

– Mówię o jedzeniu w ogóle.

– E... to ja się nie piszę na taki scenariusz. Jutro znów będę głodny.

– I co ja mam teraz zrobić? – Parsknęła śmiechem, bo nagle zaczęła ją bawić ta fatalnie pojmowana przez restauratorów gospodarność. – Żywić się w McDonaldzie?

– Możesz jeszcze w Burger Kingu i KFC – podsunął dowcipnie. – Ewentualnie w Super Mamma, to nasza sieciówka z fast foodem, świetna, niestety, jest tylko w kilku miastach.

Dotarli do pokoi, gdy oznajmił, że ma coś dla niej. Niespodziankę, jak podkreślił. Kilka minut później zapukał do jej drzwi. Niestety, w każdym pokoju było tylko jedno krzesło, więc musiał wrócić po swoje. W końcu usiedli przy małym biurku, a Iulian uruchomił swój tablet.

– Mówiłaś, że chcesz zwiedzić cmentarz w Săpâncie, dlatego się przygotowałem. Wyślę ci tę prezentację na maila, ale najpierw opowiem to i owo.

– Widzę, że masz plan doprowadzenia mnie do ostateczności. – Westchnęła ciężko.

– To znaczy? – Zerknął na nią znad otwartego zdjęcia.

– Nie sądziłam, że aż tak się przyłożysz. Prezentacje, zdjęcia? Wspominałam, że mi głupio?

– Tak. – Wyszczerzył zęby.

– I mam mieć gigantyczne wyrzuty sumienia, że jutro się pożegnamy, ty pójdziesz na dworzec, a ja sama pojadę do Timișoary?

– Może tak być. – Kilka razy uniósł i opuścił brwi.

– I znosić cierpliwie myśl, że straciłeś nie tylko pieniądze na dojazd, ale i czas, a ja w żaden sposób ci tego nie wynagrodziłam?

– Nie bądźmy małostkowi. Najadłem się, wziąłem prysznic, spędzę noc w luksusowych warunkach, a jutro dostanę obfite śniadanie. To nie jest nic.

– Zawsze patrzysz tylko dzień naprzód? A co będzie pojutrze?

– Zobaczę pojutrze. – Pierwszy raz zaśmiał się głośno.

Musiała przyznać, że podobał jej się taki radosny. – Masz ładny śmiech.

– Wróćmy do ciebie. Jaki masz ty?

– Rzadko się śmieję.

– To chyba dosyć smutne.

– Chyba tak, a ty fundujesz mi pogadankę o cmentarzu.

– Ale to Cimitirul Vesel, czyli wesoły cmentarz.

– Jak cmentarz może być wesoły? To oksymoron.

– Jeśli nie chcesz, nie musimy go oglądać. – Opuścił wzrok na ekran.

– Chcę, tylko...

– Nie lubisz rozmawiać o śmierci?

– Nie wiem. Rzadko o niej myślę.

– To jak?

Zgodziła się, a po chwili przestała żałować. Potrafił ciekawie opowiadać, zdjęcia okazały się całkiem interesujące, a treść kilku rymowanych epitafiów nawet ją rozbawiła, na przykład to o rzeźniku, który przygotowywał doskonałe wyroby z baraniny, czy inne, opisujące w skrócie losy jakiegoś mężczyzny, z płaskorzeźbą przedstawiającą go przy stole, gdy pije zrobioną przez siebie palinkę. Były też historie wstrząsające, jak ta o dwunastoletniej dziewczynce, która wystrojona czekała na taksówkę. Wybierała się do babci, niestety, nie dotarła, bo zginęła w wypadku samochodowym.

– Piękne te krzyże, lecz historyjki... – urwała. – Sama nie wiem. Dla mnie to nic wesołego.

– A mnie się podoba. – Powiększył jedną z fotek.

– Nie mówię, że są brzydkie. A ornamenty to prawdziwe arcydzieła. – Ona też skupiła wzrok na zdjęciu. – Przepiękny odcień błękitu. Jeśli chodzi o treść epitafiów, to myślę, że ludzie, którzy je wykonali, bali się śmierci. Oswajali ją, a przynajmniej próbowali oswoić, sprowadzając czyjąś śmierć i życie do żartu. Tak to widzę. – Podniosła spojrzenie na Iuliana, bojąc się, że uraziła go swoją szczerością.

– Poczekaj, coś ci przeczytam. – Przesunął kilka zdjęć, żeby znaleźć właściwe. – To nagrobek młodego chłopaka. Miał dwadzieścia lat, kiedy zginął. – Iulian chrząknął i przeczytał treść epitafium po rumuńsku, a potem szybko przetłumaczył: – „Mówię do was, kochani rodzice: nie trwajcie resztę życia w smutku. Dawaliście mi dobre rady. Sam jestem sobie winien zbyt dużej prędkości za kółkiem. Nie powinienem jechać tak szybko. Patrzę na siebie, wiem, co zrobiłem i widzę, że gniję w ziemi”.

– Boże, co za makabra. – Magda bezwiednie potarła ramiona.

– Chłopak prosi rodziców, żeby się nie smucili. W europejskiej kulturze wesołe podejście do śmierci i pogodne przyjmowanie wyroków losu to coś bardzo rzadkiego, ale czasami warto spróbować pomyśleć o tym inaczej. Nie uważasz?

– Sorry, ale nie kupuję tego. – Aż się wzdrygnęła, bo nagle jej myśli powędrowały do córek. – Dla rodziców śmierć dziecka to coś najgorszego i żadne, nawet najbardziej wesołe epitafium tego nie zmieni. – Nagle do niej dotarło, że wyraźnie posmutniał. – Przepraszam, uraziłam cię czymś?

– Nie, skąd. – Na jego twarzy pojawił się uśmiech, ale tylko jego usta się śmiały. – Stara rumuńska legenda mówi, że zaakceptować śmierć, to znaczy przestać się jej lękać. A ja nie chcę żyć w strachu.

– Straciłeś kogoś? – zapytała. Tak naprawdę nic nie wiedziała o tym chłopaku. Tylko tyle, że ma dwadzieścia sześć lat, a w takim wieku już mógł być ojcem, mieć dziewczynę, a nawet żonę.

– Straciłem tatę, ale miałem wtedy zaledwie pięć lat i nie pamiętam zbyt wiele.

– Przykro mi.

– Tata pochodził z Moskwy, a mama jest Rumunką. Poznali się, gdy pojechała tam na wycieczkę. Potem się pobrali i ojciec przyjechał tutaj. Kiedyś służył w radzieckim wojsku. Był żołnierzem w czasie interwencji w Afganistanie.

 

– Ile miał lat, gdy ożenił się z twoją mamą?

– Czterdzieści trzy. Za wojenne zasługi pozwolili mu szybciej odejść z wojska, lecz tak naprawdę po prostu się go pozbyli. Dostawał śmieszną emeryturę, ale razem z mamą dawali radę. Nie chodziło o pieniądze. Umarł, bo nie potrafił ułożyć sobie życia bez wojska i służby.

– Zawał? – domyśliła się.

– Tak.

– Przykre.

– Wiesz, czemu chodzę tak ubrany? – Wskazał na swoją koszulkę. – Bo ojciec tak się ubierał. Zawsze na czarno. To pamiętam najlepiej: czarne ciuchy i wojskowe trepy. Lubię ten styl.

– Dobrze ci w nim.

– Wiem. – Przejechał dłonią po głowie. – Już są za długie, trzeba podciąć.

– Za długie? – Magda przyjrzała się chłopakowi uważnie. Włosy Iuliana nie miały więcej niż dwa, może trzy centymetry długości, i to na czubku głowy, bo po bokach i na karku wygolił je niemal do skóry.

– Lubię na jeża. Jak żołnierze.

– Masz ładne włosy, gęste. Trochę się kręcą, prawda? – Przyjrzała się dokładniej.

– Kręcą. Nienawidzę tego. – Zaśmiał się.

– Jeśli to nie sekret, czemu masz takie nazwisko?

– Rumuńskie?

– Nie wiem, czy jest rumuńskie, ale na pewno nie brzmi jak rosyjskie.

– To nazwisko mamy. Nie zmieniła go po ślubie i dała mi, gdy się urodziłem, a ojciec nie miał nic przeciwko. Nie przywiązywał wagi do takich drobiazgów jak nazwisko. Mama zawsze mówi, że z wyglądu i charakteru jestem wypisz wymaluj jak ojciec. Też mam w nosie drobiazgi.

– To chyba dobrze? Nie zaprzątać sobie myśli błahostkami?

Poprzedni temat rozmowy wybitnie jej nie odpowiadał, więc odetchnęła z ulgą, że zrobiło się nieco milej, a na pewno bardziej beztrosko. Zaproponowała drinka w tutejszym nocnym barze, ale Iulian zdecydowanie odmówił.

– Mogę ci potowarzyszyć, lecz pił nie będę.

– W ogóle nie pijesz alkoholu czy tylko dzisiaj?

– W ogóle.

„Ciekawe dlaczego?” Spojrzała bacznie w oczy chłopaka, ale nic w nich nie odczytała.

Zeszli na parter, Magda zamówiła lampkę wina poleconego przez Iuliana, a on gorącą czekoladę. Może posiedzieliby dłużej, niestety, oboje coraz dotkliwiej odczuwali zmęczenie, zwłaszcza ona, bo przecież nie zmrużyła oka, a cały dzień obfitował we wrażenia. Pożegnali się przed drzwiami jej pokoju i umówili na śniadanie o ósmej.

„Co teraz?” Ułożyła się wygodnie. Zamknęła oczy i czekała na jakieś natchnienie, a może jakiś znak, który pomoże w podjęciu decyzji. Niestety, nic takiego nie nastąpiło.

Iulian przełknął ostatnią kromeczkę, dopił resztkę espresso i sięgnął do plecaka. Wyjął listę restauracji i hoteli, do której jeszcze wczoraj w nocy dopisał kilkanaście miejsc godnych polecenia, i bez słowa wręczył Magdzie.

– Dziękuję. – Chrząknęła i niepewnie spojrzała na chłopaka. – Ja... Raczej nie potrzebuję tej listy – wyznała skrępowana.

– Dlaczego? – W oczach chłopaka błysnęła nadzieja, że jednak nie wszystko stracone.

– Boję się sama zwiedzać, więc dzisiaj odfajkuję Timișoarę, przenocuję, a jutro powrót do domu.

– Naprawdę? – Pokręcił głową, bo zdziwienie wygrało z rozczarowaniem, że jednak ich wspólna podróż za chwilę się skończy. – Przejechałaś taki kawał drogi i rezygnujesz?

– Okej, to co powinnam według ciebie zrobić? – Rzuciła kulkę z serwetki na pusty talerz, założyła ręce na piersiach i spojrzała na Iuliana, mrużąc lekko oczy.

– To raczej łatwa zagadka.

– Tak sobie myślę... – Przechyliła głowę. – Jesteś bardzo zdeterminowany. Dlaczego? Mogę wiedzieć, po co ci te pieniądze, które miałeś zarobić? I czemu nie pójdziesz do pracy? Takiej zwykłej, na etat.

– Gdybym powiedział ci prawdę, za pięć minut siedzielibyśmy w twojej wypasionej furze i jechali do Timișoary, a tobie byłoby jeszcze bardziej głupio niż wczoraj.

– Nie wierzę – żachnęła się Magda. – Po prostu nie wierzę.

– W co?

– Nieważne. – Machnęła ręką.

– Jestem za szybki?

– Zdecydowanie. Mam propozycję: jedźmy do tej przeklętej Timișoary, zwiedźmy ją i przenocujmy, a później...

– Się zobaczy.

– No właśnie.

– Zgoda. – Wyciągnął dłoń nad stolikiem.

Tym razem nie musiał czekać na uścisk ręki.