Zapisane w chmurze

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Nie umiem niczego powiedzieć

nie mogę się pozbierać

serce i mózg są mi obce.

Kto umie kto może

opowiedzieć mi coś o mnie samej?

Kto mi opowie jak gdyby nizał koraliki

bez pomyłki bez błędu –

temu oddam połowę życia.

(Simona Popescu, Matrioszka,

przeł. Magdalena Mazińska)

– Łukasz? – Magda zsunęła nogi z łóżka i popatrzyła w stronę ich wspólnej garderoby. Słyszała, że mąż czegoś w niej szuka, a przed drzwiami stała jego ulubiona walizka. Nagle zaświtała w niej nadzieja, że Łukasz pojedzie z nią do Rumunii. – Łukasz? – Narzuciła szlafrok i wstała, żeby tam podejść.

– Cześć. – Obrócił głowę, zaszczycił ją szybkim spojrzeniem i znów zajął się wybieraniem odpowiedniego krawatu.

– Wybierasz się dokądś?

– Chyba widać.

Ton jego głosu zadziałał na Magdę niczym kubeł lodowatej wody. Była naiwna, jeśli choć przez sekundę łudziła się, że przygotowana walizka ma jakikolwiek związek z jej planami, a jej poukładany mąż podjął spontaniczną decyzję, by razem z nią wyjechać do Rumunii.

– A dokąd? – Rozczarowana, wsparła się plecami o ścianę.

– Lecę do Szczecina, za trzy godziny mam samolot. Roszyński dzwonił, że znów są jakieś problemy z frachtem. Dlatego muszę z nim pilnie porozmawiać. Wracam jutro, ewentualnie w środę – powiedział beznamiętnie.

Przez chwilę rozważała, czy warto jeszcze cokolwiek dodać albo o coś spytać, ale po co? Już wszystko było jasne. Łukasz wyjeżdżał. Tyle.

– Jak wrócę, pogadamy o tej twojej wycieczce – mruknął, patrząc pod światło na koszulę, którą zamierzał spakować. Ostatnio zachlapał ją kawą, ale na szczęście plama zniknęła.

– Obawiam się, że nie pogadamy.

– A to dlaczego? – Odłożył koszulę na kupkę rzeczy do zabrania i spojrzał bacznie na Magdę.

– Przecież ja też wyjeżdżam. Jutro.

– Żartujesz? – Parsknął pod nosem, widząc, jaką ma poważną minę.

– Nie. Już wszystko załatwiłam. – Próbowała nie dać się sprowokować. Do teraz wstydziła się swoich łez wylanych przecież na próżno, bo Łukasz i tak nic nie zrozumiał. – Zarezerwowałam nocleg na jutro i...

– I co? – zapytał, bo nagle ucięła, a jej twarz nieosłonięta makijażem spłynęła delikatnym, acz widocznym rumieńcem.

– I znalazłam przewodnika.

– O! – Uniósł brwi.

– Przewodniczkę. To młoda dziewczyna, ma na imię Julia i oczywiście jest Rumunką. Ponoć już kilka razy świadczyła takie usługi turystom. Napisała do mnie, bo dałam ogłoszenie na forum o podróżach, a ona...

– Ty naprawdę jesteś niepoważna. – „Renata miała świętą rację!” – pomyślał, podchodząc do drzwi garderoby; zamknął je od środka, żeby nikt z personelu przypadkiem nie usłyszał ich rozmowy i wycedził: – Nie ma mowy. Zapomnij, że pozwolę ci na włóczęgę samopas z jakąś rumuńską gówniarą, której w życiu nie widziałaś na oczy.

– Nie możesz mi zabronić. – Magda bezwiednie zaciągnęła na piersi poły cienkiego szlafroka i wypaliła: – Nie jestem twoim dzieckiem. Pojadę do Rumunii, czy to ci się podoba, czy nie, a jeśli zamierzasz utrudniać mi ten wyjazd, nie zezwolić choćby na zabranie samochodu, który owszem, jest moją własnością, ale to ty mi go kupiłeś, bez obaw, poradzę sobie. Wypożyczę auto albo w ostateczności jakieś kupię.

I zanim Łukasz zdołał otworzyć usta, wyszła z garderoby.

– Kurwa mać – warknął, sam zszokowany utratą zimnej krwi. Tak samo jak Magda przed chwilą, on też kilka razy zaczerpnął głęboko powietrza i wyszedł za krnąbrną małżonką. Znalazł ją w łazience, wszedł bez pytania, stanął tuż obok i oparł pośladki na blacie szafki przy umywalce. „Kryzys wieku średniego? A może to PMS? Co z tobą, do cholery?” – chciał wsadzić jej szpilę; taką, żeby poczuła dobitnie, co o niej myśli, i wybiła sobie z głowy durne pomysły, ale musiał ugryźć się w język. – Bądź poważna, proszę. To skrajnie niebezpieczne i bezmyślne. Czemu tego nie rozumiesz?

– Renatka naopowiadała ci jakichś głupot? – Magda sięgnęła po pastę do zębów i próbując zapanować nad drżącymi dłońmi, powoli nałożyła wąski pasek elmeksu na szczoteczkę.

– Nikt mi nic nie naopowiadał. – Łukasz był zdenerwowany trafnym podejrzeniem.

– Wampiry nie istnieją, a Rumunia jest w Unii, tak samo jak Polska.

– Jeszcze powiedz, że w Rumunii jest tak samo jak w Polsce i nie mamy o czym gadać.

– Już dawno nie mamy o czym gadać, a teraz wybacz...

– Nie pojmuję, czemu jesteś taka uparta? – Patrzył na Magdę myjącą zęby. – Czemu nie chcesz iść na kompromis? – Odpowiedział mu nieznaczny ruch jej ramion. – W małżeństwie trzeba czasami ustąpić.

„Głupiemu?” – pomyślała rozbawiona. Odkręciła kurek i zaczęła płukać usta.

– A ty wiesz w ogóle, na czym polega kompromis? – zapytała, wycierając twarz małym ręcznikiem. – Otóż na tym, że raz ustępuje jedna strona, a innym razem druga.

– Nie da się z tobą normalnie porozmawiać. Kiedy stałaś się taka drażliwa? Gdzie podziała się moja żona? – Uniósł ręce.

– Spokojna, łagodna, cierpliwa i dająca sobie wejść na głowę? – dopowiedziała.

– Nie rozumiesz, że tak nie można? – Nachylił się i spojrzał jej w oczy. – Nie możesz forsować na siłę swoich głupich pomysłów i liczyć na to, że na każdy przystanę, bo się przeliczysz, i to srogo.

– To jakaś groźba? – Magda wrzuciła szczoteczkę do kubka i sięgnęła po pojemnik z kremem. – Ultimatum? I co mi zrobisz? Rozwiedziesz się ze mną? – W jej głosie zabrzmiała kpina.

– A co, jeśli tak? – wypalił, bo ileż razy można gryźć się w język.

– Serio? – Odłożyła spokojnie słoiczek z kosmetykiem. – Byłbyś skłonny przekreślić wszystko tylko dlatego, że ośmieliłam się sprzeciwić? Zrobić coś, co nie zyskało twojej akceptacji? Nie wierzę. Naprawdę nie wierzę. – Zaśmiała się gorzko. – Wiesz co? Chyba masz rację. Na pewno masz rację. Im dłużej o tym myślę, tym większy w tym widzę sens. Weźmy rozwód, to naprawdę dobry pomysł. I jeszcze jedno! – Wyciągnęła wskazujący palec i wycelowała go w mężowską pierś. – Popatrz, jaka jestem miła, idę na kompromis, zgadzam się z tobą w całej rozciągłości.

– Daj spokój – żachnął się Łukasz. – Muszę dokończyć pakowanie. Pogadamy w środę.

– Nie pogadamy. Jutro wyjeżdżam.

– Magda, proszę. – Bezwiednie zacisnął szczęki. – Odwołaj to, okej?

– Nie ma mowy – odpowiedziała twardo.

– To chociaż przesuń na czwartek ten głupi nocleg.

– Już zapłaciłam.

– Chryste, przecież to nieważne. – Nieznacznie podniósł głos. – To jakieś marne grosze. Ile zapłaciłaś? Sto euro? Co to jest sto euro?

– Może dla ciebie sto euro to nic – fuknęła.

– Proszę, odwołaj to – powtórzył z naciskiem. Nagle dotarło do niego, że nie może dalej napierać, bo przegra sromotnie. Najwyższy czas zmienić front, a przede wszystkim sposób walki. – Wrócę w środę, porozmawiamy spokojnie i może uda się to jakoś sensownie załatwić. – Zbliżył się, objął ją i czule ucałował w czubek głowy. – Proszę, posłuchaj mnie. Martwię się o ciebie i boję. Nie chcę, żeby coś złego ci się przytrafiło. Czemu mnie nie rozumiesz? – Przycisnął ją mocniej do piersi. – Po prostu się boję. Nigdy nie wyjeżdżałaś sama, zwłaszcza daleko i do miejsca, gdzie nie jest tak bezpiecznie jak u nas. Nie bądź... – uciął w porę, myśląc, że nie powinien porównywać jej nigdy więcej do dziecka, bo to trąci protekcją. – Nie bądź uparta. Poczekaj kilka dni, wrócę w środę i spokojnie pogadamy. Zgoda?

– Zgoda – padło po dłuższej chwili.

– Bardzo się cieszę – mruknął, zacierając w duchu ręce. Wprawdzie nie wygrał wojny, ale tę potyczkę, owszem, mógł uznać za zwycięstwo.

Niestety, przedwcześnie je odtrąbił.

Magda już dawno straciła złudzenia, że Łukasz liczy się z jej zdaniem i jej planami. Ze wszystkim, co było dla niej ważne, włączając w to dane przez siebie słowo. Oczywiście nie porozmawiali w środę, nie licząc kilku zdań, które jej mąż rzucił do telefonu, pijąc poranną kawę. Brzmiały znajomo: „Bardzo cię przepraszam, ale Roszyński potrzebuje mnie jeszcze do jutra. Wiem, że miałem być dzisiaj, ale inaczej się nie da. Będę uciekał, bo zaraz mamy spotkanie z facetem, który...”.

Bla, bla, bla...

Pewnie, że to było bardzo ważne, tak ważne, że Łukasz kompletnie zapomniał o planach Magdy i wytłumaczył się jedynie z tego, że przesuwa powrót do domu ze środy na czwartek. Ważne nie tylko dla niego, Emila Roszyńskiego i tego faceta, który... itepe... itede... Ważne również dla całej rodziny Leśniaków, bo przecież podstawą ich życia w dobrobycie była działalność Łukasza, a nie jego małżonki. Z całym szacunkiem dla nauczycieli, Łukasz uważał, że te śmieszne pieniądze, które zarabia Magda, to bardziej kieszonkowe niż pensja. Nawiasem mówiąc, Milena w zeszłe wakacje znalazła dorywczą fuchę przy jakimś unijnym projekcie, wykonała dwadzieścia kilka grafik przedstawiających leśne szkodniki i zarobiła na tych rysunkach więcej, niż jej matka w ciągu miesiąca. Łukasz spuchł wtedy z dumy. Nie dość, że niepełnoletnia wówczas Milena dorwała, i to bez żadnych znajomości, konkretne zlecenie, to cała robota zajęła jej mniej niż tydzień.

I tak to właśnie wyglądało.

„Ma mnie w dupie. Ma mnie w dupie. Ma mnie w dupie...” – powtarzała w myślach Magda, pakując wielką lotniczą walizę. Co dziwne, ta prosta, prostacka wręcz mantra ułatwiała jej skupienie. Musiała przecież spakować ciuchy na co najmniej dwa tygodnie i zrobić to z głową, bo prawie każdy nocleg planowała w innym hotelu. Nie mogła wszędzie tachać ze sobą takiej walizy, dlatego naszykowała dwie podręczne torby, a kosmetyki i inne akcesoria trafiły do dwóch kuferków.

 

Zamierzała wyruszyć w czwartek rano. Najpóźniej o szóstej ze względu na korki. Właśnie dlatego poszła wcześnie spać, ale jak zasnąć, gdy głowa pełna myśli, a serce ściska strach? Już pozbyła się nadziei, że jednak Łukasz sprawi jej niespodziankę i wróci do domu w środę, jak zapowiedział kilka dni wcześniej. Musiał po prostu zapomnieć o ich rozmowie, o wyjeździe. O niej. Dlatego prawie nie zmrużyła oka. Gdy wczesnym rankiem weszła do kuchni zaparzyć kawę, zdziwiona zastała tam równie zaskoczoną jej obecnością Luizę.

– Dzień dobry. A co to szefowa tak wcześnie? – Wybałuszyła oczy, widząc że Magda nie dość, że pojawiła się w kuchni o piątej rano, to jeszcze w dżinsach, a nawet butach.

– A ty? – Magda podeszła do ekspresu i wcisnęła podwójną kawę.

– Chciałam wyjść o pierwszej i pani Irenka pozwoliła. Mam coś do załatwienia w urzędzie.

– A ja wybieram się w podróż.

Magda wsparła plecy o blat kuchennej szafki i krótkimi chlipnięciami próbowała wypić gorącą kawę.

– A wróci szefowa na drugą?

– Nie, no skąd.

– To jak z obiadem? – Luiza potrząsnęła głową, bo tak jeszcze nie było, żeby nikt ich nie uprzedził o nieobecności. Ani szef, a tym bardziej szefowa.

– Łukasz wraca dzisiaj. O której, nie wiem. Ja wyjeżdżam zaraz, więc mnie proszę nie uwzględniać. Kiedy wrócę? Też nie wiem.

– Ale jak to tak... – zająknęła się Luiza. – To mamy robić ten obiad?

– Zamiast obiadu zróbcie sobie z Irenką wolne. Miłego dnia – rzuciła pogodnie, odstawiła filiżankę do zlewu i wyszła, pozostawiając jeszcze bardziej zdumioną dziewczynę samą.

Do czternastej brakowało kwadransa i Magda zaczęła się denerwować. Stojąc w kolejce do kasy, co rusz zerkała na zegarek. Odebrała zamówiony sandwich, kupiła sok i wodę mineralną i wyszła na zewnątrz. Choć skwar dokuczał, wolała tam usiąść, niż zostać w sali jadalnej stacji. Czuła się niezbyt pewnie, tym bardziej że w klimatyzowanych wnętrzach tłoczyli się ludzie, a w przykawiarnianym ogródku nie było nikogo. Wybrała środkowy stolik, usiadła i odkręciła butelkę z wodą. Smakowała jej. Ktoś wrzucił do środka gałązkę świeżej mięty, wydłubała ją i niczym królik ogryzła z małych listków.

– Gdzie jesteś? – mruknęła do siebie, znów patrząc na zegarek.

Sądziła, że jest głodna, bo prawie nie ruszyła śniadania w budapeszteńskim hotelu i już od dwóch godzin donośnie burczało jej w brzuchu, ale teraz miała zbyt ściśnięty żołądek, żeby dokończyć kanapkę. Ugryzła kilka kęsów, zawinęła ją w serwetki i wsunęła do torebki na bliżej nieokreślone później. Rozejrzała się wokół. „Znów te psy” – pomyślała, widząc dwa brudne kundle ze skołtunioną sierścią. Leżały w cieniu żywopłotu jakiś metr od niej. Wyglądały jak martwe, ale dobrze wiedziała, że gdy się gwizdnie lub podejdzie bliżej, zaraz podniosą łby. Od przekroczenia granicy z Węgrami naliczyła kilkanaście bezpańskich psów i to ją bardzo poruszyło. „Co za ludzie, że pozwalają na to i nikogo nie obchodzi ich los?”

Nagle kątem oka zauważyła jakiś ruch z lewej strony. Obróciła głowę. Spomiędzy przesuwanych drzwi budynku stacji wyszedł młody mężczyzna. Na pewno nie miał jeszcze trzydziestki, oceniła błyskawicznie. Tak samo szybko spostrzegła, że jest wysoki, dosyć przystojny i wyjątkowo niewłaściwie ubrany jak na upalną i słoneczną pogodę: czarny T-shirt, czarne spodnie bojówki i wojskowe buty, oczywiście też czarne. Młodzieniec wlepił w nią oczy. Poczuła się bardzo nieswojo, bo to nie było przypadkowe spojrzenie kogoś, kto szuka miejsca, żeby usiąść i wypić butelkę fanty, którą trzymał w ręce. Raczej kogoś, kto wyraźnie chce kontaktu. Było długie, przenikliwe i zdecydowanie skierowane właśnie do niej. Magda odruchowo zerknęła, czy jej telefon leży na blacie stolika i prawie natychmiast wzięła go do rąk.

Ku jej zdumieniu mężczyzna podszedł bliżej, stanął nad nią i uśmiechnął się niefrasobliwie, ale leciutko, nie obnażając zębów.

– Hi – powiedział cicho. Miał miły dla ucha, niski głos.

– Hi – odparła bezwiednie.

Tak samo bezwiednie pozwoliła mu się przysiąść, gdy spytał o zgodę, choć zarówno za nią, jak i przed nią stoliki były wolne. Chłopak mówił po angielsku, a co dziwne i śmieszne zarazem, nie wzbudziło to w Magdzie żadnej refleksji. Prawdopodobnie nie zdążyła się nad tym zastanowić.

– Ciepło – zagaił, odkręcając fantę.

– Bardzo. – Magda obdarzyła go uprzejmym uśmiechem.

Próbowała jakoś zaszeregować tego mężczyznę, przypisać do określonej grupy osób, które przebywały na stacji. Z pewnością tu nie pracował, bo nie miał żadnego identyfikatora, a na umięśnionym ramieniu wisiał spory plecak – za duży, żeby tajemniczy intruz przybył tu samochodem. Nie wyglądał jak Rumun, był naturalnym blondynem, choć fakt, Magda, wyobrażając sobie przeciętnego mieszkańca Rumunii, bazowała głównie na stereotypach, a dokładnie na wyglądzie polskich Romów: czarne włosy, takież oczy plus śniada cera.

Spojrzała na jego rzęsy, gęste i długie, chociaż z jasnymi końcówkami, co skracało je wizualnie, a on odpowiedział spojrzeniem, prześlizgując nim po jasnej cerze Magdy, dopiero co muśniętej słońcem. Miał niebieskie oczy, przypominające raczej odcień spranego dżinsu niż plastikowy, tandetny błękit, jak u amerykańskich aktorów noszących kolorowe szkła kontaktowe. Jej oczy? Nie potrafił zdecydować. Szare, a może zielonkawe? Z rdzawymi plamkami na tęczówkach wprowadzających ciepłe tony, zupełnie jak okrąglaki w płytkim górskim strumyku. Nachylił się, żeby lepiej je widzieć, ale wtedy ona zamrugała kilka razy i lekko odwróciła głowę.

– Świetnie mówisz po angielsku – obdarzył ją komplementem.

Magda parsknęła śmiechem, bo zamienili raptem dwa zdania i powiedziała mu to samo. Że świetnie mówi po angielsku. Na końcu języka miała pytanie, jakiej jest narodowości, ale ostatecznie stchórzyła.

– I jak ci się tu podoba? – zapytał, przekrzywiając głowę.

– Tu, to znaczy gdzie? Na stacji?

– Na stacji i w Rumunii.

– Aha. – Chrząknęła lekko w kułak, bo rozbawiło ją to dziwaczne zachowanie mężczyzny. – Stacja w porządku, choć nie mają map. Map Rumunii – doprecyzowała. – Jest mapa Grecji, Niemiec, Austrii, a nawet plan Wiednia, ale mapy Rumunii brak. Co do kraju, ładnie, przynajmniej na razie, tylko te biedne pieski... – Jej wzrok wrócił do psiaków. – Ciekawe, czemu tyle ich jest?

– Czekają na jedzenie, a na stacjach benzynowych zawsze jest szansa, że ktoś im rzuci niedojedzoną kanapkę albo hot doga – wyjaśnił grzecznie blondas.

– Nie uważasz, że to barbarzyństwo? Ktoś powinien zrobić z tym porządek.

– Porządek?

– Tak. Porządek. Zająć się nimi.

– Zabić?

– Nie, no skąd! Zaopiekować się, a nie zostawiać na pastwę losu. Mamy dwudziesty pierwszy wiek, Rumunia jest w Unii, a nasz stosunek do zwierząt odzwierciedla poziom cywilizacji. – Pozwoliła sobie na śmiałą perorę, biorąc za pewnik, że może skrytykować postawę Rumunów, bo mężczyzna zdecydowanie nim nie był. Stawiała na Niemca, ewentualnie mieszkańca któregoś ze skandynawskich krajów, gdzie mężczyźni mają jasną skórę, takież włosy i niezbyt wyraźną oprawę oczu.

– Kiedyś tak nie było – odparł ze spokojem i upił kolejny łyk fanty z oszronionej butelki. – Ceaușescu uznał, że lud pracujący musi mieć spokój i nakazał wszystkim właścicielom psów, żeby się ich pozbyli. Ludzie posłuchali wodza, wyrzucili psy z domów i mieszkań, a te zaczęły się pętać po miastach, namnażały bez kontroli i teraz jest, jak jest. Tysiące, dziesiątki tysięcy bezpańskich psów. – Obdarzył kundle beznamiętnym spojrzeniem. – Nikt tego nie kontroluje. Na szczęście z reguły nie są groźne, nie gryzą i nie są natrętne. Wiedzą, gdzie ich miejsce. Jak widać, radzą sobie.

– Radzą? U nas, w Polsce, na każdej stacji są wystawione miski z wodą, właśnie dla psów. Na Zachodzie podobnie. Gdziekolwiek pojechać, na każdej stacji tak jest. A tutaj?

– A tutaj jest inaczej. To Rumunia, nie Zachód. Jeszcze nieraz się przekonasz, że tutaj mało kogo interesuje los zwierząt.

– Szczerze? – Magda przymrużyła oczy. – To okropne, co pan mówi. – Z premedytacją zwiększyła dystans, zwracając się do niego mniej poufale.

– Dlaczego? – Jej rozmówca zsunął plecak, odłożył na ziemię i oparł się wygodnie. – Historia uczy nas, że bardzo wiele problemów na tym łez padole nigdy nie znajdzie rozwiązania. Tak po prostu jest.

– To jest nieludzkie. Taka obojętność – doprecyzowała.

– Pani też jest obojętna. – Parsknął śmiechem. – Co pani zrobiła, żeby poprawić ich los?

– A co ja mogę zrobić? Przecież ich nie przygarnę, a nawet jeśli, to najwyżej dwa, a sam pan mówił, że są ich tysiące.

– To ma jakieś znaczenie? Pomoc to pomoc. Na świecie są miliony ludzi, lecz dla nas liczy się garstka, czasami parę osób, a czasami tylko jedna. – Wysunął dłoń, żeby zabrać kilka papierowych serwetek. Przetarł nimi czoło, zwinął w kulkę i przez chwilę mierzył wzrokiem odległość do kosza na śmieci stojącego tuż przy szklanych drzwiach stacji.

– Celny rzut – skwitowała Magda, gdy kulka odbiła się od ściany i trafiła do środka kubła.

– Ale bez punktów. – Spojrzał na nią i pierwszy raz uśmiechnął się tak szeroko, że mogła zobaczyć jego zęby. Były białe, zadbane, ale lekko krzywe, zwłaszcza kły. Jeden z nich zachodził na sąsiadującą dwójkę. – Tylko ktoś bardzo naiwny pomyśli, że los świata może zależeć od jednego człowieka, ale nie mówimy teraz o całym świecie, prawda? To jak będzie?

– Z czym?

– Z psami.

Magda aż podskoczyła. Już miała odpalić, że to nie jej sprawa, gdy przypomniała sobie o Julii. Spojrzała na zegarek, żeby stwierdzić, że już dawno minęła druga. „I co teraz?”

– Czekasz na kogoś? – zainteresował się Bezimienny.

Ciągle był bezimienny, bo się nie przedstawił, a Magda nie miała zamiaru czynić tego pierwsza. Ochoty też nie miała, tym bardziej że mężczyzna całkiem umiejętnie wzbudził w niej poczucie winy i odpowiedzialności za te dwa brudne kundle leżące blisko nich.

– Owszem. – Spojrzała na niego, dając mu do zrozumienia, że jest intruzem i powinien wstać i odejść.

Niestety, świadomie to ignorował. Siedział i patrzył na Magdę, a na jego twarzy błąkał się delikatny uśmieszek. W końcu nie wytrzymała, westchnęła, prawie niezauważalnie wzruszyła ramionami i skupiła wzrok na ekraniku telefonu. Szybko wstukała treść SMS-a. Nie bawiła się w grzeczności. Gdzie jesteś i kiedy będziesz w Borș? Czekam na ciebie już godzinę. Magda. Ledwie wysłała wiadomość, a coś piknęło po drugiej stronie stołu. Magda poczuła, że jej serce przyspieszyło. Jeszcze nie dopuszczała do siebie podszeptu intuicji, ale gdy jej rozmówca wyjął telefon z kieszeni spodni i odczytał wiadomość, uśmiechając się przy tym szeroko, pomyślała, że zaraz ją coś trafi. Złość wyparła z niej inne uczucia, a zwłaszcza rozsądny w tym momencie strach. Była tu sama, na stacji benzynowej w nieznanym kraju, nie znając języka, a naprzeciw niej siedział obcy mężczyzna, wysoki i umięśniony, który z łatwością mógłby zrobić jej krzywdę.

Jestem tutaj. Iulian – brzmiała odpowiedź. Magda podniosła wzrok. Nie musiała się silić, żeby groźnie wyglądać. Jej oczy ciskały gromy, a oddech przyspieszył jak u napastnika szykującego się do ataku. Iulian? Poczuła, że jeszcze moment i zacznie krzyczeć. Albo płakać z bezsilności. Jak na złość z jej pamięci usłużnie wychynął głos Łukasza, a wraz z nim ostrzeżenia, którymi raczył ją mentorskim tonem nawet wczoraj wieczorem, przez telefon. Miał rację. Była głupia, naiwna, nieostrożna i nie znała ludzi. Właśnie dobitnie się o tym przekonała.

– To jakiś żart? – wykrztusiła.

– Nie. – Iulian lekko się schylił i nie spuszczając z niej oczu, wyjął wizytówkę. Położył ją na blacie stołu i przesunął w stronę Magdy. – Umówiłaś się ze mną. Mam być twoim przewodnikiem. Pisałaś na forum, a potem przez maila.

– Powiedz, że to żart. – Była na siebie wściekła. I zaczynała się bać. Dopiero teraz zdała sobie sprawę ze swojej głupoty. Kontrolnie zerknęła na wizytówkę. Wszystko się zgadzało. No, prawie wszystko. Adres mailowy, numer telefonu i nazwisko – Ponta – to było jej dobrze znane; nie zgadzało się jedynie imię. – Iulian? – zapytała, akcentując wyraźnie ostatnią głoskę.

– Iulian Ponta. Miło mi. – Wyciągnął do niej rękę, ale szybko ją zabrał, bo Magda najwyraźniej nie miała zamiaru odpowiedzieć uściskiem. – Dla przyjaciół Ian. Możesz mi również mówić Chris, ewentualnie Christian, bo tak mam na drugie imię.

– Masz na imię Julia – wysyczała Magda. – Julia. Czekam na dziewczynę. Na przewodniczkę. Na Rumunkę o imieniu Julia – powiedziała dobitnie.

 

– Obawiam się, że poza mną nikogo się nie doczekasz. – Zabrał wizytówkę i włożył ją z powrotem do kieszeni bojówek. – Skoro nie chcesz moich usług, choć nie mam pojęcia dlaczego, niech i tak będzie. Zwróć mi za dojazd z Konstancy i powrót. To będzie... – zawiesił głos – jakieś pięćdziesiąt euro. Chyba że masz leje, wtedy dwieście i jesteśmy kwita.

– Żartujesz – ni to spytała, ni stwierdziła. – Nie mam zamiaru zwracać ci żadnych pieniędzy. Oszukałeś mnie – wypaliła, zerkając na przesuwne drzwi i szacując, czy zdoła do nich dopaść, zanim oszust dopadnie ją.

Nie bała się jakoś strasznie, bo mimo wszystko znajdowali się w miejscu publicznym, a znad wejścia do stacji błyskało uspokajające oko kamery przemysłowej, ale i tak czuła się okropnie. Nie dość, że właśnie jej plany legły w gruzach zaraz na początku podróży, to jeszcze wkurzała ją świadomość, jak bardzo będzie się cieszył Łukasz. I śmiał z jej nieporadności.

– Oszukałem? – Lekko uniósł brwi. – Nie rozumiem.

– Doskonale rozumiesz. Twój adres mailowy zaczyna się imieniem Iulia. I dokładnie tak samo podpisałeś się w pierwszym mailu.

– Naprawdę?

Cofnął głowę, jakby chciał nabrać dystansu do tej informacji, ale Magda nie dała się zwieść. Była pewna, że zrobił to specjalnie. Specjalnie i z wyrachowaniem napisał Iulia, a potem zawsze podpisywał się tylko pierwszą literą imienia.

– Nie żartuj sobie. Oszuście – wycedziła przez zęby. – Chyba nie sądzisz, że zgodzę się na twoje towarzystwo. Zapomniałeś? Mamy razem jeździć, spać w jednym pokoju hotelowym, razem być przez dwa tygodnie, a ja... – Nagle ucięła.

– A ty?

– Mam męża, Iulianie. Męża.

– I co to zmienia? Wiem, że masz męża i córki bliźniaczki. Pisałaś o tym.

– A ty pisałaś – dobitnie podkreśliła rodzaj żeński – że masz na imię Iulia.

– Widocznie się pomyliłem. Nie wbiło jednej literki, gdy pisałem. Literówka.

– Literówka? – Westchnęła i spojrzała w niebo. – Dwa razy? Bo ci uwierzę.

– Klawisz z literką „n” nawala. Zalałem laptop colą.

– Ekran komórki też nawalił? Już zapomniałeś, że z niej również do mnie pisałeś?

– Co teraz? – zapytał po dłuższej chwili.

– Nic. – Magda wstała i spojrzała na Iuliana, próbując przewidzieć jego kolejny ruch. Siedział i wyglądał, jakby pogodził się z jej decyzją. To jeszcze mocniej upewniło Magdę, że ma rację. „Specjalnie wprowadził mnie w błąd. Żadna literówka” – uznała. Już się domyśliła, dlaczego nie odebrał jej telefonu i zawsze prosił o SMS-y. Nie chciał się odkryć. – To było bardzo głupie, wiesz?

– Ale co?

– Nadal zgrywasz idiotę? Wiem, że zrobiłeś to specjalnie. Spe-cjal-nie – wyskandowała. – Pewnie liczyłeś, że się zgodzę, bo postawisz mnie pod ścianą.

– Nie poradzisz sobie sama. Albo poradzisz – sprostował naprędce – ale nie będzie tak fajnie jak ze mną.

– Zobaczymy. Zobaczę. – Ona też się poprawiła. – Trzymaj się.

– Cześć. – Odwrócił głowę, żeby na nią nie patrzeć.

Magda nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. W zasadzie była wolna. Miała pewność, że chłopak nie wykona w jej stronę żadnego ruchu i trochę ją to dziwiło. Szybko się poddał. Nie ponowił prośby o zwrot kosztów przyjazdu tutaj, choć dla niego musiał to być spory wydatek. Kiedyś sprawdziła, ile wynosi najniższe wynagrodzenie w tym kraju i wiedziała, że to bardzo niska kwota, trochę ponad tysiąc złotych na rękę, a przecież Iulia, czy też Iulian, od kilku miesięcy był bez pracy. Chyba że ta informacja również nie miała nic wspólnego z prawdą.

W końcu nie wytrzymała, odwróciła się na pięcie i poszła w stronę drzwi. Musiała ochłonąć. Lodowate powietrze zadziałało na nią jak zimny prysznic. Przemierzyła wnętrze stacji, dotarła do toalet i tam spędziła kilka długich minut na ochlapywaniu twarzy wodą. Niestety, prócz niej w maleńkiej łazience tłoczyły się inne kobiety, więc musiała zwolnić im miejsce przy jednej z dwóch czynnych umywalek.

Gdy wyszła, jej wzrok zatrzymał się na regale z psią karmą. Nagle przyszło jej do głowy, że akurat w tej kwestii Iulian-Oszust-Ponta miał rację. Nie trzeba pomagać całemu światu. Wystarczy podać rękę jednemu człowiekowi albo sypnąć karmę dwóm bezpańskim psom. Zabrała worek pedigree, wzięła też paczkę jednorazowych miseczek z plastiku i dużą butelkę niegazowanej wody mineralnej. Zapłaciła i wyszła na zewnątrz. Popatrzyła na miejsce, gdzie wcześniej siedział Iulian, i nagle poczuła lekkie ukłucie w sercu. „Może powinnam dać mu szansę?” Przez chwilę stała w bezruchu i rozważała, co zrobić. Mogła bez problemu skontaktować się z nim, zadzwonić, była prawie pewna, że tym razem odbierze, albo wysłać SMS-a. „Nie, to głupi pomysł” – odepchnęła kuszącą myśl. Raz, że wyszłaby przed nim na kompletną idiotkę, a dwa – w jakimś sensie dałaby mu przyzwolenie na oszustwo. Nie żeby nigdy nie zdarzyło się jej skłamać, owszem, czasami naginała prawdę, ale to, co zrobił Iulian, uznała za przesadę.

– Psy – powiedziała do siebie. – Najpierw psy, a potem pomyślisz, co dalej.

Podeszła ostrożnie do psiaków, a one od razu podniosły łby i spojrzały z zainteresowaniem. Jeden nawet lekko zamiótł ogonem ziemię. Magda rozerwała worek z karmą, rozpakowała miseczki i napełniła dwie z nich śmierdzącym granulatem, a kolejne wodą. Ustawiła psi bufet na ziemi tuż obok psów i ze zdziwieniem skonstatowała, że wcale ich to nie rusza.

– No jedzcie. – Zachęciła je. Oba psy jak na komendę najpierw popatrzyły na nią, potem na miski i znów na nią. – Ej, co jest z wami? Nie lubicie pedigree? Nie było innej. – Przykucnęła, wzięła miskę i podsunęła jednemu z psiaków pod nos. – Wiem, ohydnie cuchnie, ale psy to lubią. No jedz.

Jeden pies powąchał karmę, wstał i z nieufnością zbliżył pysk do jedzenia. Drugi kundel wahał się nieco dłużej, ale po minucie oba pałaszowały karmę, aż miło było patrzeć. Magda odetchnęła z ulgą. Chociaż ta misja się powiodła.

Miała zostawić karmę i niewykorzystane miski, ale po chwili namysłu uznała, że zabierze ją ze sobą. Wróciła na stację, dokupiła jeszcze jeden worek i dwie butelki wody i opuściła wnętrze, żegnana ciekawskim spojrzeniem kasjera i ochroniarza. Żałowała, że nie zna języka, bo powiedziałaby im, a raczej nawrzeszczała, co myśli o takim traktowaniu zwierząt. Wsiadła do samochodu, uruchomiła silnik i klimatyzację, bo auto okropnie się nagrzało, i wsparła czoło o kierownicę. „Co teraz?”

Miała raptem dwie opcje do wyboru: zawrócić na granicę, znów przenocować w Budapeszcie, a potem kierunek Polska, lub jechać sama. Obie opcje były tak samo beznadziejne. Coraz mocniej żałowała, że nie dała szansy Iulianowi. Co jej szkodziło spróbować? Kilka razy uderzyła głową o kierownicę, niestety, to nie pomogło. Myśli nadal szalały. W końcu podniosła głowę i spojrzała na leżącą tuż obok torebkę. Wyjęła telefon. Minęły długie trzy minuty, zanim wybrała jego numer. Ze zdumieniem stwierdziła, że nici z rozmowy.

– Zablokowałeś mnie? Serio? – Parsknęła ze wzgardą. – Masz tupet, gówniarzu.

Paradoksalnie ta porażka dodała jej energii i pomogła podjąć decyzję, choć fakt, nie ostateczną, a raczej tymczasową. Wyjechała ze stacji i, kierując się nawigacją, ruszyła w stronę Aradu. Tam czekał na nią pokój w hotelu, a precyzyjnie rzecz ujmując dwie jedynki, bo nazajutrz planowała zwiedzanie Timișoary. Skoro już opłaciła noclegi w Aradzie i Timișoarze, szkoda marnować pieniądze. „Zawsze mogę zawrócić, a Łukaszowi powiem, że mi się nie podobało”.

Była trochę ciekawa, gdzie podział się Iulian i chociaż ją to irytowało, musiała przyznać, że zaintrygował ją ten bezczelny młodzik. Pewnie dlatego poczuła szybsze bicie serca, gdy kilometr za stacją zauważyła go stojącego na poboczu. Gdy go mijała, dostrzegła, że trzymał przed sobą kartkę z napisem „Arad”. Zrobiło się jej głupio. Najwyraźniej chłopak nie miał pieniędzy na powrót, ale nadal czuła gniew, bo paskudnie ją oszukał. Zwolniła, zjechała na pobocze i przez chwilę patrzyła we wsteczne lusterko. Iulian jej nie poznał, tak sądziła. Nawet nie drgnął, stał i machał ręką, lecz przez kolejne dwie minuty nikt się nie zatrzymał. Magda wrzuciła wsteczny bieg i powoli, jadąc głównie poboczem, wycofała do zatoczki. Pomyślała, że weźmie Iuliana do Aradu, ale najpierw postanowiła zagrać mu nieco na nosie.