Zapisane w chmurze

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Daj spokój. – Łukasz podszedł i przysiadł na miękkim podłokietniku skórzanej sofy. – Uprzedziłem cię, że wrócę później.

– Czemu szanujesz czas tych wszystkich ludzi, a nie szanujesz mojego? Bo im płacisz, a mnie nie? – Przechyliła głowę. – Tu jest klucz do rozwiązania tej zagadki? Rezerwujesz stolik, wiesz, że ktoś na nas czeka: kierownik sali, kelnerzy, obsługa, dlatego nie chcesz się spóźnić? Bo to nieładnie, niegrzecznie, bez szacunku?

– Przesadzasz. – Łukasz bezwiednie zacisnął pięści. Liczył na miły, spokojny wieczór i na ciepły posiłek, a zamiast smacznego obiadu zastał żonę z nosem pełnym much. – Ugotowałaś coś? – zapytał dla pewności.

– Nie.

– Okej. To może coś zamówimy? Pizzę albo chińszczyznę? Nie pamiętam, kiedy jadłem jakieś fastfoodowe świństwo. – Uśmiechnął się, próbując nie eskalować konfliktu. Czuł, że trochę zawalił, ale nie aż tak, żeby się kajać w nieskończoność.

– Nie jestem głodna. Jeśli chcesz, zamów dla siebie.

– Przepraszam. – Westchnął ciężko.

– Mam coś dla ciebie. – Magda włączyła telewizor i nie spuszczając wzroku z ekranu, machnęła ręką, w której trzymała pilota. – Prezent jest w twoim gabinecie. Na biurku. Wszystkiego najlepszego z okazji piętnastej rocznicy ślubu.

Łukasz wolał zejść jej z oczu. Poszedł do gabinetu, pewien, że ten prezent będzie inny niż wszystkie, i dokładnie tak było. Magda się postarała. W piwnicy znalazła pudełko po kuchence mikrofalowej, włożyła do niego śliczną sukienkę kupioną na dzisiejszą okazję, komplet koronkowej bielizny, parę pończoch, jeszcze zafoliowanych, wysokie czarne szpilki, butelkę szampana, kieliszki, a na górze ułożyła ceramiczny półmisek, w którym leżały filety z piersi kaczki. Mięso było surowe, więc wyciekający z niego sok zmieszany z oliwą i przyprawami wszystko zaplamił. Niestety, Łukasz spostrzegł to dopiero wtedy, gdy odwinął paczkę z papieru i ją otworzył.

– Idiotka – mruknął do siebie.

Inny facet na jego miejscu pewnie ostro by się wkurzył, ale nie Łukasz. Potrafił nad sobą panować, a ta żałosna demonstracja Magdy na pewno nie wystarczyła, żeby stracił zimną krew. Zamknął klapy pudełka i ostrożnie zaniósł całość do pralni. Tam wstawił „prezent” do wanny gospodarczej, przez chwilę rozważając, czy nie zabrać półmiska z mięsem. Gdy pomyślał, co się z nim stanie przez najbliższy upalny dzień, wolał nie ryzykować. Poszedł do kuchni, przyniósł stamtąd dwie reklamówki, owinął półmisek i tak zabezpieczony wsadził do zamrażalnika. Nie znosił marnować jedzenia. Matka mu wpoiła tę zasadę i jak wszystkich, tej też przestrzegał.

Dokładnie umył ręce, sprawdził, czy nie zabrudził przez przypadek spodni i marynarki i wrócił do Magdy. Choć nadal nie przeszła mu złość, przecież nie mógł tego tak zostawić.

– Dziękuję. Bardzo wymowny prezent – powiedział, wchodząc do salonu. Podszedł do barku, żeby nalać sobie szklankę whisky. Picie na pusty żołądek nie było rozsądne, lecz teraz nie miał czasu, by iść do kuchni i przygotować sobie cokolwiek do zjedzenia. – Rozumiem, co chciałaś mi przekazać, przepraszam raz jeszcze i obiecuję, że będę szanował twój czas – wygłosił, krocząc powoli przez salon. Zajął miejsce w fotelu naprzeciw żony i bezgłośnie wzniósł toast szklanką.

– Imponująca skrucha. – Magda zacisnęła wargi do białości. Irytował ją spokój męża. Myślała, że jej prezent wywoła jakąś bardziej żywiołową reakcję, jakąkolwiek reakcję, a tu nic, Łukasz nadal był opanowany niczym dalajlama. Opanowany i zimny jak głaz. – To nie ma sensu – powiedziała po dłuższej chwili obopólnego milczenia.

– Co nie ma sensu?

Wyłączyła telewizor, odłożyła pilota i zwróciła wzrok na Łukasza.

– Wszystko. My nie mamy sensu. Ty i ja.

– Posłuchaj, rozumiem, że jest ci ciężko i mogę do znudzenia powtarzać przepraszam, ale to tylko trzy miesiące. Ja też tęsknię. – Upił trochę whisky. Przyjemnie paliła w gardle i dawała złudne poczucie sytości, opróżnił więc całą szklankę kilkoma szybkimi łykami. – Też mi brakuje dziewczynek, ich rozmów, krzyków i...

– One nigdy nie krzyczą. Przestały krzyczeć siedemnaście lat temu. – Nie pozwoliła mu skończyć. – Są takie jak ty. Ty też nigdy nie krzyczysz.

– Na Boga! – Ku jej zadowoleniu wreszcie podniósł głos, a nawet uderzył lekko pustą szklanką o udo. – To źle? Źle, że się nie kłócimy?

– Źle, że nie okazujesz żadnych emocji. Mnie nie okazujesz. Żadnych, ani dobrych, ani złych. – Poczuła, że jeszcze moment i nie wygra z łzami, które coraz mocniej szczypały pod powiekami.

– Nie wiem, o co ci chodzi. Nie wiem.

– Zaraz powiesz, że się o nas troszczysz. Że ciężko pracujesz, zarabiasz pieniądze, mnóstwo pieniędzy, dzięki którym wszystkie trzy możemy żyć jak księżniczki. Mamy piękny, wygodny, duży dom, służbę – podkreśliła – i wszystko, co jest potrzebne do życia na wysokim poziomie. I to jest prawda. Tak samo jak prawdą jest, że nigdy nie zabraniałeś mi chodzić do pracy. I nie myśl, że tego nie widzę. Widzę, doceniam i często ci o tym mówię.

– Zgadza się.

– Pozornie wydawałoby się, że nasze małżeństwo jest idealne. Nie wiem, czy jesteś mi wierny, zakładam, że tak – mówiła, bacznie obserwując jego reakcje, ale Łukasz sprawiał wrażenie kogoś absolutnie bez winy. – Ale łatwiej byłoby mi uwierzyć, że tak nie jest, że mnie zdradzasz, niż w to, że jeszcze choć odrobinę mnie kochasz. Teraz rozumiesz?

– Nie – odpowiedział bez namysłu. – Teraz nie rozumiem jeszcze bardziej. Skoro szczerze rozmawiamy, powiem ci, że... – zawahał się, rozważając, czy jego słowa nie będą zbyt ostre, ale z coraz większym trudem panował nad sobą. – Jak śmiesz podejrzewać mnie o zdradę? Nigdy nie dałem ci powodów do takich podejrzeń. – Podniósł się, żeby pójść ponownie napełnić szklankę. Stanął tyłem do Magdy, bo chwilowo wolał jej po prostu nie widzieć. – Nie zdradziłem cię i nie zamierzam, ale ty już zdążyłaś sobie coś wydumać. Jakieś bzdury. – Obrócił się i popatrzył na nią. Jego oczy miały odcień grafitu. Były lodowate i jak wycięte z kamienia. – Nie zdradziłem cię.

– Nie powiedziałam, że mnie zdradzasz.

– Och! – żachnął się. – Nie łap mnie za słówka. Wiem, co powiedziałaś, ale nawet takie przypuszczenie mnie obraża. Jestem durniem. – Parsknął pod nosem i przez chwilę trzymał szklankę przystawioną do czoła. – A wiesz dlaczego? Bo obchodzę się z tobą jak z jajkiem, a im bardziej staram się być ostrożny, tym gorzej na tym wychodzę. Czego chcesz? – Po chwili znów siedział w fotelu. Postawił szklankę, specjalnie uderzając jej grubym dnem o blat ławy. – Mam cię opieprzyć? Zjechać, że wymyślasz jakieś brednie?! Coś sobie uroiłaś tylko dlatego, że wróciłem do domu o szóstej zamiast o czwartej?

– Przestań! – Magda już nie mogła nad sobą zapanować. Była pewna, że Łukasz wszystko doskonale rozumie, był przecież bardzo inteligentnym facetem, właśnie tym ją oczarował, inteligencją i błyskotliwością. Urodą też, bo do dzisiaj, będąc czterdziestodwulatkiem, nadal wyglądał świetnie. Mogła rzec, że jest nawet bardziej przystojny i atrakcyjny niż bez mała dwadzieścia lat temu, kiedy się poznali. – Tu chodzi o mnie!

– To znaczy? – Pierwszy raz tego wieczoru Łukasz poczuł, że traci kontrolę, i bardzo mu się to nie spodobało. – Masz romans?

– Nie, nie mam romansu. – Odnotowała z satysfakcją, że głośno wypuścił powietrze, ale to był zaledwie jeden odruch. Prawie od razu twarz męża przybrała swój typowy, wypracowany latami, spokojny wyraz. – Chodzi o mnie, o to, że jestem, ale ty już mnie nie zauważasz. Stałam się przezroczysta jak powietrze i woda, ale brak tlenu zauważyłbyś od razu, podobnie wody. Mojego braku nie. Pamiętasz wycieczkę do Wieliczki? Wróciłam po dwóch dniach, chciałam ci coś powiedzieć, a ty mnie wyśmiałeś.

– Wyśmiałem? – Sięgnął po szklankę, czując, że tym razem biez wodki nie razbieriosz, jak mawiał jeden z jego rosyjskich kontrahentów.

– Tak, wyśmiałeś. Powiedziałeś, że już się stęskniłam. Śmiałeś się ze mnie.

– Chryste. – Łukasz z niedowierzaniem pokręcił głową. Pamiętał ten dzień, był wykończony. Dopinał umowę na budowę sześciu cementowni na Białorusi, a Magda chciała mu opowiedzieć o jakiejś bzdurnej wycieczce szkolnej. Nie interesowały go jej problemiki, bo jakież miała problemy w tej pracy, z której, swoją drogą, mogła w każdej chwili odejść. Nie potrzebowali tych nędznych groszy zarabianych na etacie nauczycielki geografii. Łukasz uznawał to za swoiste hobby Magdy, coś, co robi się dla przyjemności i żeby zabić czas. Przy okazji miała trochę „swoich” pieniędzy i czasami kupowała mu jakiś prezent bez zapłaty ze wspólnego konta. – Żartowałem. To nie było wyśmiewanie, po prostu żartowałem.

„Ale mnie bardzo zabolał ten żart”. Nie powiedziała tego na głos. Łukasz nie lubił, gdy jasno wyrażała, co sprawia jej przykrość. Od zawsze było jej łatwiej odczytać czyjeś emocje, niż pozwolić komuś zajrzeć do własnej duszy. Zresztą co by to dało? On był inny. Dla Łukasza wszystko było proste, zero-jedynkowe, białe lub czarne. Podkurczyła nogi, wsparła stopy o krawędź siedziska sofy i skryła twarz pomiędzy kolanami.

– Chcę wyjechać. Muszę stąd wyjechać.

– Przecież wyjeżdżamy. Na początku sierpnia. – Przypomniał jej o zaplanowanych wczasach na Majorce. – Jeśli chcesz, mogę to ewentualnie przełożyć na dwa tygodnie wcześniej.

– Nie chcę. Nie przekładaj.

– Aha – mruknął, myśląc, że okrutnie męczy go ta rozmowa i gdyby nie wypity alkohol, wsiadłby do samochodu i pojechał do biura. Tam zawsze się uspokajał. – Chcesz wyjechać. – Powstrzymał chęć parsknięcia śmiechem.

– Tak. Pojadę gdzieś sama.

– Sama.

– I to już.

– Dzisiaj?

– Nie. Jutro.

– Dokąd się wybierasz?

– Jeszcze nie wiem.

– Świetnie. Wobec tego pozwolisz, że pójdę coś zjeść, a ty w tym czasie możesz zacząć pakować walizkę. Bon voyage – dodał, wstając. Sądził, że na tym koniec, ale dwie godziny później Magda zeszła do salonu i bez słowa wręczyła mu czytnik. – Co to?

 

– Przeczytaj, to zrozumiesz. Albo nie.

Został sam. Wyłączył powtórkę meczu i otworzył czytnik. Przeleciał wzrokiem kilka linijek tekstu, zerknął na początek e-booka, by stwierdzić, że nie zna ani autorki, ani tego tytułu, ale postanowił choć trochę przeczytać. Książka była niewiarygodnie nudna i głupia. Dokładnie rzecz biorąc, główna bohaterka zdawała mu się wyjątkowo głupia, lecz usilnie próbował wejść w jej emocje. Bez skutku. Po dwóch kwadransach nużącej lektury zapadł w sen. Spał tak mocno, że nie poczuł, jak ktoś wyjmuje mu z rąk czytnik i okrywa go kocem, a potem gasi światło.

Iulian pracował od świtu. Wyjął z szafy wszystkie swoje ciuchy, posegregował, większość wylądowała w dwóch pokaźnych workach na śmieci, a kilkanaście, tych najbardziej ulubionych ewentualnie niezbędnych, jak bielizna czy ciepła bluza z polaru, trafiło do plecaka. Książki, płyty i inne drobiazgi musiał zostawić. Raz, że żal mu było wyrzucać te rzeczy, a dwa, zawsze mogły się komuś przydać, choćby kumplom. Rozejrzał się po pokoju. Już prawie wszystko zostało spakowane, jedynie jego gruby niebieski kajet, stanowiący coś w rodzaju dziennika, oraz laptop leżały na biurku.

Jeszcze raz sprawdził, czy w kieszonce plecaka ma wszystkie dokumenty, wcisnął głębiej foliową koszulkę z wynikami badań profilaktycznych oraz tymi z laboratorium i westchnął ciężko. „Ogarniesz. Wtedy ogarnąłeś, teraz też” – pomyślał, choć wcale tak nie czuł. To była raczej żałosna próba pozytywnej afirmacji, ale na razie musiała wystarczyć. Usiadł przy biurku, uruchomił komputer i przez dłuższą chwilę zajmował się kontami na portalach społecznościowych. Na szczęście miał tylko dwa: na Facebooku i na Instagramie. Dezaktywował oba, usunął jedno stare konto mailowe, takie, które w zasadzie znali wszyscy jego znajomi, założył szybko nowe i dopiero gdy skończył, spostrzegł, że zrobił literówkę.

– A niech to... – mruknął pod nosem. Już miał usunąć również to nowe konto, lecz po krótkim namyśle uznał, że może tak miało być. Jeszcze zostało mu kilka forów dyskusyjnych. Stamtąd też chciał definitywnie zniknąć. Wszedł na ostatnie i nagle spostrzegł, że w jednym z subskrybowanych wątków ktoś zostawił komentarz. – Ciekawe.

Przeleciał wzrokiem parę zdań i zmarszczył czoło. Nie wahał się zbyt długo. Odpisał forumowiczce w prywatnej wiadomości i zostawił swój nowy adres e-mail. Zamknął laptop i schował razem z dziennikiem do plecaka. Teraz to już naprawdę było wszystko, co miał do załatwienia, a dokładnie – do zamknięcia. Pozostała jedynie rozmowa z Pakim i mógł wyruszać w świat. Zarzucił plecak na ramię, ostatni raz powiódł oczami po pokoju, patrząc na nową sofę, która wczoraj zastąpiła wysiedzianą staruszkę, na szafę z naprawionymi drzwiami i nowe żaluzje, bo stare już dawno się zepsuły. O tak. Mógł czuć satysfakcję, że zostawia pokój w znacznie lepszym stanie niż przed czterema laty, gdy najpierw on sam tu zamieszkał, a wkrótce potem dołączyła do niego Martyna.

– To na razie. – Zamknął za sobą drzwi.

Paki jak zwykle urzędował w kuchni. Zauważył Iuliana, ledwie ten przekroczył próg.

– Co jest, stary? – Zatrzymał w bezruchu dłoń trzymającą surowe jajko. – Wybierasz się gdzieś?

– Taaa. Wyjeżdżam.

– Co? – Pakistańczyk wybałuszył już i tak bardzo wyłupiaste oczy. – A dokąd?

– Jeszcze nie wiem. Do domu, a może do ciotki, do Manchesteru.

– Serio? Na długo?

– Jeśli pytasz, kiedy wrócę, powiem, że nigdy. – Iulian uznał, że czas odkryć przed przyjacielem karty.

– Czekaj. – Paki szybko zakręcił gaz pod patelnią, położył ostrożnie jajko na blacie szafki i podszedł do kumpla. – Co jest grane? – Odruchowo przejechał dłonią po brodzie.

– Po prostu wyjeżdżam.

– A Martyna?

– Co z Martyną? – Ramiona Iuliana nieznacznie się uniosły. – Nic.

Paki nie popuścił. Zawlókł go do salonu, usadził przed sobą i kazał sobie wszystko wyjaśnić.

– A co tu do gadania. Już czas zacząć coś nowego. „A raczej zakończyć coś starego” – dodał bezgłośnie.

– A Marti? – Paki zrobił głęboki wdech, bo to, co zamierzał wygłosić, nie było dla niego łatwe. Nigdy nie wtrącał się w prywatne sprawy Iuliana, a już zwłaszcza nie wnikał w kwestie damsko-męskie. Raz, że uważał to za grzech, a dwa, to nie był jego interes. Mimo to uznał, że powinien coś wytknąć kumplowi. A nuż się opamięta. – Zostawiasz Marti, bo straciła dziecko? Jeśli tak, jesteś gorszy od psa. – Udał, że spluwa na podłogę.

Podobnie jak Sergiusz i Sasza, również Paki sądził, że Martyna nieszczęśliwie poroniła. Cała trójka współlokatorów wiedziała przecież o ciąży dziewczyny, spodziewali się więc rosnącego brzucha, a pod koniec roku narodzin pierwszego potomka Iuliana i Marti, jak ją nazywali. Martyna od początku załatwienie tego problemu wzięła wyłącznie na siebie. Kilka dni po powrocie od rodziców pod pozorem kontrolnego badania wybrała się do ginekologa, naturalnie z Iulianem. Lekarz orzekł, że macica wygląda prawidłowo, ale wersja dla Pakiego i reszty chłopaków brzmiała: „poronienie”. Martyna wróciła ze zbolałą miną, skryła się w sypialni razem z Iulianem, a po kilkunastu minutach ten wyszedł, oświadczył chłopakom, co się wydarzyło i poprosił, żeby nigdy, przenigdy nie wracali do tego tematu, bo ona bardzo cierpi. Czuł się z tym wybitnie podle, widząc reakcję kolegów, a zwłaszcza Pakiego. Ten, chociaż prawie nigdy nie klął, tym razem puścił parę bluzgów na niesprawiedliwość losu, a potem zamknął się w swoim pokoju i przesiedział tam pół dnia.

– Czemu nic nie mówisz? Słyszałeś? Pytałem o coś. – Popędził Iuliana.

– Nie przez to. Oboje podjęliśmy decyzję. Ostatnio się nam nie układało, przecież wiesz.

– No wiem. – Dłoń Pakiego jak zawsze powędrowała w okolice brody. Kilka razy przeciągnął po niej palcami, podrapał się po głowie i westchnął ciężko.

– Od miesiąca nie gadaliśmy ze sobą. Martyna nie chciała. Nie żebym ją oskarżał – dodał naprędce Iulian, widząc krytyczne spojrzenie przyjaciela. – Po prostu. Czasami coś się nie udaje, a jakieś złe wydarzenie przyspiesza koniec.

– Nie kochałeś Marti?

– Kochałem i kocham, ale nie będziemy razem. Tak czasami bywa, Paki.

– Ja bym walczył. Gdybym kochał – sprecyzował.

– Do walki potrzeba dwóch wojowników.

– Tchórzysz?

– Nie. Oboje postanowiliśmy ustąpić pola.

– Ona wie?

– Co?

– Że wyjeżdżasz?

– Wie. Jest teraz u rodziców. Wyjechała specjalnie, żebym mógł spokojnie się spakować. Wróci za kilka dni. Mówiła, że chce z wami pomieszkać do końca studiów.

– A co z kasą za odstępne? Zostawiasz Marti na lodzie. Nie stać jej na opłaty za was dwoje.

– Przelałem jej na konto moją dolę za pół roku do przodu. Więcej nie mam. – Grdyka na szyi Iuliana podskoczyła, bo poczuł się głupio, gdy Paki świdrował go wzrokiem jak najgorszego łotra. – Straciłem robotę. – Wyznał po chwili obopólnego milczenia. – Nie przedłużyli mi umowy.

– To gnoje.

– No.

– Mógłbym popytać, czy u nas nie ma miejsca. – Paki wyszczerzył śnieżnobiałe i okropnie krzywe zęby. – Robota ciężka, ale dobrze płacą. Przywykniesz. – Pił do tego, że praca w chłodni przy rozbiorze mięsa nie należała do łatwych ani przyjemnych. Nie dość, że monotonna, wymagająca uwagi, to jeszcze w zimnie.

– Dzięki, ale nie. – Iulian uśmiechnął się do kumpla. – Sorry, ale na mnie czas. Już nic mnie tu nie trzyma. – Rozejrzał się z nostalgią po pokoju, w którym spędził tyle szczęśliwych chwil. – Nie mam pracy, Martyna nie widzi przed nami przyszłości, ja tak samo. Po co mam tu zostać? Mamy się wzajemnie użerać jeszcze przez rok? Mam spać na kanapie? Daj spokój. To trzeba zamknąć. Ona ma studia, musi tu zostać. Ja nie.

– Skoro tak mówisz... – Paki zmarszczył nos, mając wrażenie, że Iulian nie jest do końca z nim szczery. – Czas jest jak miecz, jeśli go nie utniesz, on utnie ciebie – wygłosił jedno z ulubionych powiedzonek.

– No właśnie. – Iulian skwapliwie potaknął. – Muszę zapamiętać. Zostawiłem w pokoju trochę ciuchów. Przejrzyj je, może coś ci się przyda. A jak nie, wywalcie do kontenera.

– Jasne.

– Posłuchaj, Paki...

– No co?

– Albo nic. – Machnął ręką. – To trzymaj się. – Wstał i podszedł do kumpla, żeby uścisnąć mu rękę.

– A co z chłopakami, nie poczekasz na nich?

– Spoko. Przecież nie umieram. Odwiedzę was pewnie jeszcze w tym roku. Powiedz im, że wtedy postawię wódkę na pożegnanie. – Zaśmiał się.

– Dobra. – Paki odprowadził go do wyjścia. Jeszcze raz uścisnął prawicę kumpla, zamknął za nim drzwi i oparł się o nie plecami.

Coś właśnie się skończyło.

Magda postanowiła, że przeprowadzi swój plan. Nie wyobrażała sobie, że spędzi cały długi miesiąc, wiecznie czekając na Łukasza i nie mając absolutnie nic do zrobienia. Z trudem zasnęła, bo nie lubiła spać sama, lecz ostatecznie się udało. Zanim jednak zmorzył ją sen, zdążyła w myślach uznać się za ofiarę losu, żałosną kobietę, której byt stanowił jedynie mąż, istotę bez własnego życia, wiszącą niczym bluszcz na współmałżonku, który nie wiedzieć kiedy stał się centrum jej uniwersum. Bez Łukasza nie istniała, a co najgorsze, on w ogóle jej nie potrzebował. Podobnie córki. Zaraz po powrocie ze Stanów jechały do Poznania, na wynajętą stancję, gdzie miały spędzić kolejne pięć lat. Czuła, że to już koniec bycia komukolwiek potrzebną.

Obudziła się i zeszła do kuchni. Zaparzyła kawę i zabrała filiżankę na piętro. Łukasz jeszcze spał, przechodząc, słyszała ciche pochrapywanie, jak mu się czasem zdarzało po wypiciu alkoholu. Co dziwne, Magda nie czuła nawet najmniejszych objawów kaca, może to nerwy sprawiły, że wszystko z niej wyparowało bez śladu. Znalazła w pokoju Mileny atlas, poszukała mapy Europy, bo na dalsze wycieczki nie było jej stać, zamknęła oczy, chwilę pokrążyła palcem i pac, dotknęła mapy na chybił trafił.

– Rumunia? – spytał Łukasz, marszcząc czoło.

Wstał przed południem, połamany, jak z krzyża zdjęty i polazł na piętro, żeby skorzystać z łazienki. Zastał Magdę siedzącą z laptopem na kolanach i chyba diabeł go podkusił, bo zapytał, czy już zabukowała hotel. Powiedziała, że jeszcze nie, ale szuka. Wtedy spytał, w jakim mieście, a gdy żona odparła, że pierwszą noc spędzi w Budapeszcie, odetchnął z ulgą. Niestety, tylko na chwilę.

– Wybierasz się do Rumunii? Serio? – Przysiadł na brzegu małżeńskiego łóżka.

– Tak.

– Oszalałaś?

– Czemu?

– Jak to czemu? Co ty tam chcesz robić?

– Zwiedzać. – Dopiero teraz raczyła na niego popatrzeć, bo dotychczas nie odrywała wzroku od ekranu. – Będę podróżować przez Rumunię i zwiedzać.

– Wspaniale – prychnął z przekąsem Łukasz. – Ile kosztuje taka przyjemność?

– Jeśli myślisz, że poproszę cię o kasę, to się mylisz. Mam swoje pieniądze.

– Ile czasu cię nie będzie? – Ciągle nie traktował jej serio, bo każde pytanie zadawał coraz bardziej ironicznym tonem.

– Minimum dwa tygodnie, a jeśli mi się spodoba i starczy oszczędności, może nawet trzy. – Poprawiła poły szlafroka, bo jeszcze nie zdążyła się przebrać z piżamy.

– Córki wyjechały, żona też wkrótce wyjeżdża, a ja sam zostaję na posterunku. – Udawał, że popadł w zadumę. – To kiedy mnie opuszczasz?

– Jeszcze nie wiem. Najpierw muszę zaplanować podróż, zrobić rezerwację kilku pierwszych noclegów i kupić jakiś przewodnik. – Przesunęła wzrok na ekran. Starała się zachować stoicki spokój, ale zdradzały ją rumiane placki na szyi i drżące opuszki palców.

– Jaki masz budżet?

– Dwadzieścia pięć tysięcy – mruknęła od niechcenia.

– Fiu, fiu! – Łukasz bezwiednie przeczesał włosy. Nie sądził, że żona z marnej nauczycielskiej pensyjki zdołała odłożyć tyle pieniędzy. Był pewien, że przepuszcza je na bieżąco, a jeśli ma coś na koncie, to nie więcej niż tysiąc, góra dwa. – Sporo kasy.

– Sporo.

– A może pojadę z tobą?

Zapadła cisza zakłócana jedynie delikatnym klikaniem touchpada.

– Nie chcesz ze mną jechać, więc po co pytasz? – odezwała się w końcu Magda. – Zaraz powiesz, że pojedziesz choćby jutro, a jutro powiesz, że w środę, bo jeszcze musisz zamknąć kilka spraw, a potem wyskoczy ci coś bardzo ważnego i przełożysz wyjazd na przyszły poniedziałek, ale zapomnisz, że wtedy masz spotkanie z kimś jeszcze ważniejszym i tak będziesz mnie zwodził, aż minie lipiec i dopiero wtedy polecimy razem na Majorkę, a tam ja będę snuć się przez dwa tygodnie przy basenie, a ty będziesz nadal załatwiał swoje bardzo ważne sprawy, siedząc w pokoju przed laptopem i pijąc mrożoną herbatę. Nie chcę tak, Łukaszu. – Podniosła na niego szklisty wzrok. – Już nie.

 

– Widzę, że wszystko sobie przemyślałaś.

– Nic sobie nie przemyślałam, ale jeśli nie zrobię choć jednego kroku, nigdy nie ruszę z miejsca. – Po jej twarzy ściekały pierwsze łzy.

– Twoja decyzja.

Uznał, że wystarczy. Był aż nadto wyrozumiały. Wrócił do łazienki, żeby się ogolić, później założył jasną koszulę i takież spodnie, wychodząc, krzyknął w stronę sypialni, że jedzie do kościoła, a potem do siostry na obiad.

Została sama.

Ona i Rumunia.

Tę noc spędzili razem i osobno. Razem, ponieważ w jednym łóżku, a osobno, bo Łukasz wrócił od Renatki wyjątkowo poirytowany i prawie wcale nie odzywał się do żony. Zwierzył się siostrze i szwagrowi, na jaki to ekscentryczny pomysł wpadła Magda, przedstawił im zagrożenia wynikające z samotnej eskapady w takie miejsce i usłyszał dokładnie to, czego oczekiwał. O ile Stacho, szwagier, niewiele mówił, bo w Rumunii nigdy nie był, o tyle Renata, która też znała ten kraj tylko z opowiadań, nie certoliła się z opinią o planach Magdy.

– Bez urazy, ale twoja żona to skrajnie nieodpowiedzialna idiotka. Co ona sobie myśli? Tam jest niebezpiecznie! Zaraz ją ktoś napadnie, okradnie z pieniędzy albo i samochodu, za który ty przecież zapłaciłeś! A jeszcze, nie daj Bóg, niech ktoś ją zgwałci, Cygany jakieś! I co później? A jak zarazi się jakimś syfem? Boże, co za bezmyślna kretynka! Wyobraźni nie ma? – Używała sobie, coraz mocniej się nakręcając.

Nawet stanowczo wygłoszona uwaga Staszka, żeby skończyła ujadać, jej nie ostudziła. Nadawała na Magdę, a Łukasz z minuty na minutę czuł rosnący gniew, bo cokolwiek by mówić, Renata miała rację; choć fakt, mogłaby przedstawiać swoje zdanie w nieco bardziej wyważony sposób. Nie znosił jazgotu siostry, a już tyle czasu tego słuchać? Współczuł mężowi Renaty; miał chłop anielską cierpliwość do tej rozkrzyczanej jędzy. Wrócił do domu z głową pękającą od sprzecznych myśli i z ulgą zasiadł przed telewizorem. Liczył, że Magda dołączy do niego, kiedy spostrzeże jego powrót, ale nie wychylała nosa z sypialni. Gdy przechodził obok drzwi, usłyszał ciche klikanie myszki i kusiło go, żeby wejść i spytać, czy zmieniła zdanie, a może nawet spróbować na nią wpłynąć, lecz po spotkaniu z Renatą nie miał sił ani chęci na rozmowy.

A później zadzwonił Roszyński i powiedział, że muszą pilnie pogadać. I problem sam się niejako rozwiązał. Przynajmniej tak się Łukaszowi wydawało.