Moja twoja winaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




WROCŁAW 2018

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografie na okładce

© maximleshkovich/Fotolia

© Tatiana/Fotolia

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

MARIA SOŁTYS

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-245-8316-4


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Pięć minut

Czwarta rozmowa

Pięćdziesiąt tysięcy

Stówa za poradę

Trzy miesiące pieszo

Osiemset bez gwarancji

Pięć stów i nie ma sprawy

Sześć białych głów

Pokój numer 65

Dwa nowe garnitury

Jeszcze jeden miesiąc

Szesnastokartkowy zeszyt

Wyspiańskiego 2

Jedenaście lat temu

Zero niespodzianek

Czterdziestoparoletni facet

Jakieś dziesięć minut

Ósmy grudnia

Tylko cztery słowa

Pięć dorodnych pomarańczy

Siedem dni

Jeden mały opłatek

Ósmy tydzień

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Pięć minut

Jakie to dziwne, że w ciągu zaledwie pięciu minut można przeżyć więcej emocji w związku niż przez pięć lat jego trwania...

Urszula stała jak porażona i patrzyła na plecy swojego męża, bo bez wątpienia to były plecy Marka: dosyć szerokie, umięśnione – choć nieprzesadnie – i bardzo męskie, osłonięte białą koszulą, którą sama rano mu wyprasowała. Poznawała lekką zmarszczkę na kołnierzyku. Na szczęście ta drobna fałdka nie wpadła Markowi w oko, bo z pewnością poprosiłby matkę, żeby poprawiła po niedokładnej synowej.

Stała więc i patrzyła na plecy Marka Kosteckiego, od pięciu lat swojego ukochanego męża, i myślała, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Że nie ma jej tutaj, na środku kawiarni w centrum handlowym Sfera, że nie stoi z przewieszoną przez ramię kurtką i krzywo założoną czapką, i że nie postanowiła sprawić Markowi urodzinowej niespodzianki i przyjechać tu w tajemnicy, żeby kupić mu kolejne bardzo drogie i markowe pióro visconti, którymi to piórami tak lubił sporządzać notatki.

Pożegnali się rano jak zawsze lekkim i niezobowiązującym cmoknięciem. Marek pożyczył od niej samochód, bo jego był na przeglądzie technicznym. „Jak ci się nie chce brnąć przez tę paskudną breję na chodnikach, wezwij taksówkę albo poproś ojca, żeby cię podrzucił” – powiedział. Z Królowej Jadwigi do centrum Oświęcimia szło się kwadrans, i to wcale nie jakoś szybko, ale ze względu na pogodę wezwała taryfę, która zawiozła ją prosto na dworzec PKS. Wiedziała, że to co robi, jest dziecinne, bo przecież Marek pracował w Bielsku i mogła jechać z nim, ale wtedy nie byłoby niespodzianki! A ona tak bardzo chciała mu sprawić przyjemność.

Dlaczego taki drogi prezent? Bo Marek ostatnio wyraźnie się zmienił. Był prawie jak na początku ich zalotów, bez mała osiem lat wcześniej, czyli czarujący, błyskotliwy i pełen energii. Sypał żartami, opowiadał, co słychać na uczelni, podśpiewywał, przystrzygając trymerem swój seksowny trzydniowy zarost, a raz zaprosił ją na taras i przez dwie długie godziny pokazywał gwiazdy. I nawet wypili szampana, a potem poszli do łóżka. Od niepamiętnych czasów nie było jej tak dobrze w tym małżeńskim łożu.

To wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie chciała tego zapomnieć, wyprzeć z głowy i serca, w przeciwieństwie do obrazu, który miała przed sobą. „Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy” – przypomniała sobie jedno z powiedzonek Renaty i potrząsnęła głową, ale nadal była w kawiarni. Z głośników kapał leniwie jakiś jazzowy kawałek, wtórował mu cichy brzęk łyżeczek, którymi klienci mieszali kawę albo jedli lodowe desery z wysokich pucharków wypełnionych owocami, bitą śmietaną i śmiesznymi wafelkami w kształcie serduszek.

– Przepraszam – usłyszała zza pleców.

Obejrzała się, ale tylko na sekundkę. To była kelnerka. Chciała uprzątnąć mały stoliczek, o brzeg którego wsparła się Ula.

– Proszę – odezwała się bardzo cicho, żeby nikt jej nie usłyszał, i lekko się odsunęła.

„Gdy będę cicho, może zniknę, a to wszystko też zniknie razem ze mną?” – pomyślała.

Niestety, tkwiła tam nadal. Patrzyła na plecy Marka, nachylające się i prostujące, na jego dłoń znajomym gestem poprawiającą ciemnoblond włosy nad uchem i na koszulę napinającą się na umięśnionych barkach, gdy wyciągnął przed siebie ramiona.

Wyciągnął je, żeby objąć siedzącą naprzeciw niego kobietę. A potem ją pocałował. To nie był żaden tam koleżeński czy przyjacielski pocałunek. O nie. Urszula patrzyła na coś, co kiedyś było jej udziałem. Ona też uwielbiała się całować. Delikatnie muskać wargami pełne usta męża albo inaczej: namiętnie i gorąco wpijać się w nie, przyjmować ukąszenia i tańczyć językiem obok języka.

Postąpiła o krok, a potem jeszcze, i jeszcze. Po chwili stała tak blisko, że czuła, jak przez cienką tkaninę koszuli promieniuje ciepło ciała Marka. Zapach jego ulubionej wody kolońskiej owionął ją, przywołując wspomnienia, magiczne chwile z początku ich związku, gdy nie mogli nawet przez moment trzymać się z dala od siebie, napędzani pożądaniem i pragnieniem dotyku, zespolenia w jedność.

Dostrzegała detale, to, że kobieta całująca jej męża jest drobna i szczupła, ma piękne, idealnie gładkie i proste platynowe włosy, a jej dłonie, które właśnie splotła na jego karku, są jasne i pozbawione najmniejszej skazy. Urszula przypuszczała, że to młoda dziewczyna, ale nabrała pewności sekundę później, gdy ta oderwała swoją twarz od twarzy Marka, odruchowo popatrzyła w górę i zatrzymała na Urszuli piękne oczy o jasnozielonej, chłodnej barwie.

To trwało krótko, nie dłużej niż dwa, może trzy głośne jak gong uderzenia serca, ale wystarczyło. Obie wiedziały, co, a raczej kto je połączył. Nagle Marek odwrócił głowę. Przez moment patrzył z niedowierzaniem na żonę. Już chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył.

– Ja... Ja przepraszam – wykrztusiła z trudem. – Ja... Przyjechałam tu, bo kupiłam ci pióro. – Sięgnęła do torebki, chcąc mu je pokazać, udowodnić, że mówi prawdę, że wcale go nie śledziła, ale natychmiast się zreflektowała, że to miała być niespodzianka. Przytknęła dłoń do ust, jakby chciała zatrzymać słowa, które przed chwilą padły, a najchętniej wycofać również ten obraz: zarumienioną dziewczynę z obrzękniętymi od pocałunku wargami i rozszerzone źrenice oczu Marka. Lecz obraz nie znikał.

 

– Usieńka! – Marek odzyskał mowę. Energicznie podniósł się z fotela, ale Urszula jeszcze szybciej i zupełnie odruchowo odskoczyła do tyłu.

– Nic się nie stało – bąknęła. – Ja już idę. Chciałam tylko wypić kawę i coś zjeść. Może jakieś ciasto na ciepło. – Zerknęła na ladę chłodni zastawioną pucharkami i kawałkami szarlotki. – Już mnie nie ma. – Z powrotem skupiła wzrok na Marku. Zagryzła bezwiednie kącik ust, odwróciła się i szybko odeszła, napędzana płonną obawą, że mąż pobiegnie za nią.

Płonną. Bo nie pobiegł.

Nie pamiętała, jak wróciła do domu. Dopiero Halina uświadomiła jej, że przyjechała taksówką.

– Czy mnie się wydaje, czy ta taryfa miała bielskie oznaczenia? – spytała wchodzącą do domu synową.

– Nie. Coś ci się pomyliło – rzuciła Urszula, mijając ją w korytarzu.

– Coś się stało? Czemu już jesteś w domu? – dopytywała, patrząc na Ulę, która dosyć energicznie pokonała pierwszy zabieg schodów prowadzących na piętro.

– Nic takiego. Chyba czymś się zatrułam – wytłumaczyła, przewieszając się lekko przez barierkę. – Idę się położyć. Nie przeszkadzajcie mi, dobrze?

– Nie chcesz jakiegoś lekarstwa?

– Nie trzeba, już zażyłam. Nic mi nie będzie. W razie czego mam przy sobie telefon.

– Dobrze. – Teściowa zmarszczyła czoło, bo wcale tak nie czuła. Że jest dobrze. Usieńka nigdy tak źle nie wyglądała, no, może trzy lata temu, gdy też jakoś dziwnie się zachowywała. Ostatecznie pouczyła Jureczka, że zostawia mu Usieńkę pod opieką i że ma mieć na nią baczenie, a sama pojechała do biblioteki.

Dwie godziny później przyjechał Marek. Ojciec nawet nie zauważył powrotu syna. Drzemał przed telewizorem, znudzony do cna nie wiadomo którą powtórką serialu „Klan”.

– Usia! – pokrzykiwał Marek, szukając jej po całym mieszkaniu.

Denerwował się, bo nie odbierała telefonu. Zauważył wyłączony aparat leżący tuż obok pudełeczka z piórem, ale odetchnął z ulgą dopiero wtedy, gdy w końcu znalazł żonę. Skryła się w małym pokoju, który kiedyś miał być pokojem dziecka, ale ciągle stał pusty. Siedziała pod ścianą i tępym wzrokiem wpatrywała się w okno balkonowe.

– Usia, wołałem cię! Czemu się nie odzywasz? – dodał z wyrzutem.

– Widocznie nie mam nic do powiedzenia – odparła matowym, wypranym z emocji głosem.

Zawahał się, ale w końcu usiadł obok niej.

– Musimy pogadać.

– Nie ma o czym.

– Jest.

– Skoro tak, słucham...


Ula mieszkała w rodzinnym domu Marka od dnia ich ślubu. Nie mogła złego słowa powiedzieć o teściach. Jerzy Kostecki, ojciec Marka, był chemikiem, kiedyś docentem na jednej z uczelni, od lat na emeryturze, ale czasami łapał jakieś drobne fuchy i na zlecenie pisał opracowania dla kilku lokalnych firm. Nigdy się nie wtrącał do „młodych” i rzadko zaglądał na piętro, gdzie mieli swoje niezależne trzypokojowe mieszkanie. Z kolei Halina, bo tak właśnie kazała się do siebie zwracać teściowa, też umiarkowanie wnikała w to, co robią synowa i syn. Wiodła bardzo aktywne życie i oprócz tego, że perfekcyjnie prowadziła dom, udzielała się charytatywnie w świetlicy dla trudnej młodzieży oraz w bibliotece.

Niedługo po drugiej rocznicy ślubu Urszula zorientowała się, że ta dziwna senność, która ją ogarnia prawie każdego popołudnia i nie przechodzi nawet po najmocniejszej kawie, ma swoje bardzo radosne podłoże. Upewniła się co do swojego stanu, robiąc badanie krwi i odwiedzając doktora Cebulę. Gdy wyszła z gabinetu, miała ochotę krzyczeć na cały świat, że wkrótce zostanie mamusią. Ale szybko jej przeszło. Obawiała się, i słusznie, że gdy teściowa dowie się o jej ciąży, zamieni się w kwokę i udusi ją swoimi opiekuńczymi skrzydłami.

Urszula kupiła parę maleńkich białych paputków i grzechotkę, pięknie zapakowała w delikatną bibułkę i wręczyła późnym wieczorem zaskoczonemu mężowi. W pierwszym momencie odniosła wrażenie, że wcale się nie ucieszył, ale tylko przez chwilę, zanim twarz męża rozjaśnił cudowny, promienny uśmiech, a wyciągnięte ręce mocno ją objęły. Dała się nabrać, jak zawsze. Przez myśl jej nie przeszło, że udawał. Udawał, bo przecież właśnie zamierzali kupić nowy samochód dla niego. Na dodatek za cztery miesiące mieli lecieć na dwutygodniowe wczasy do Hiszpanii, a jak wiadomo dziecko to spory wydatek, nie mówiąc o tym, że i urlop stanąłby pod znakiem zapytania ze względu na konieczność podróży samolotem i pobyt w czasie największych upałów.

– Nie mówmy na razie rodzicom – zaproponował Marek, a Ula skwapliwie pokiwała głową. – Gdy im powiemy, zaraz się zacznie płacz i lament, że wywalamy kasę, zamiast oszczędzać na pokój dla dziecka – uzasadnił, przyzwyczajony do wygodnego życia i do tego, że przez ostatnie dwa lata nie odmawiał sobie wypadów do pubu czy jadania na mieście. Tym bardziej że Ula nigdy nie dała mu odczuć, że jest od niej gorszy, choć zarabiał może dwadzieścia procent tego, co ona.

– Nie cieszysz się? – Była trochę zaniepokojona jego miną.

– Cieszę. Bardzo się cieszę. Po prostu to jeszcze do mnie nie dotarło. – Znów ją objął i cmoknął w czoło.

Minęły trzy tygodnie, nadszedł czas na kolejną kontrolną wizytę i już wtedy powinna była zauważyć, że coś jest nie tak. Marek wymówił się obowiązkami, a dokładnie przygotowaniem referatu o jego ulubionych holenderskich malarzach i różnicach między siedemnastowiecznym malarstwem holenderskim a wcześniejszym flamandzkim na przykładzie sztuki Vermeera i obrazu „Dziewczyna w błękitnej sukni”.

Właśnie dlatego Ula poszła sama.

Doktor Cebula ją zbadał, przepisał jakieś witaminki, założył kartę ciążową i zaprosił ponownie za trzy tygodnie. I znów Marek był zajęty i historia się powtórzyła. Prawie się powtórzyła, bo w trakcie badania głos lekarza wyraźnie zadrżał.

– Proszę wsunąć dłonie pod pośladki i zwinąć w pięści. Muszę lepiej widzieć – oświadczył. Patrzył w monitor i już wiedział, że nie ma dobrych wiadomości.

„Płód obumarł” – tak brzmiała diagnoza. Oczywiście doktor Cebula uspokajał, tłumaczył, że to dosyć powszechne i w pierwszym trymestrze zdarza się nie tak rzadko. Pocieszał: „Kiedyś kobiety też roniły i nawet nie wiedziały, że były w ciąży”, ale to wcale nie uspokoiło Urszuli. Przepłakała miesiąc, dziękując Bogu, że nikt oprócz Marka nie wiedział o jej odmiennym stanie. Nie zniosłaby litości, pocieszania, telefonu od siostry, która z pewnością wykorzystałaby ten fakt, żeby kolejny raz podkreślić i przypomnieć, że ma trójkę dzieciaków, a przecież jest młodsza. A Marek? Kilka razy coś napomknął, rzucił jakimś truizmem, że czas leczy rany i że za rok będą się z tego śmiać, bawiąc swoje nowo narodzone dziecko.

Ale dziecka nie było. Ula nie zachodziła w ciążę. W końcu po roku bezowocnych starań znów udała się do doktora Cebuli, wykonała dziesiątki zleconych badań i okazało się, że wszystko jest w porządku.

– Problem leży w twojej psychice – przekonywał Marek.

Któregoś dnia nie wytrzymała i zasugerowała mu to, o czym już dawno wspominał Cebula.

– Ty też powinieneś się przebadać.

– Ja?

Nie chciał o tym słyszeć, ale... W końcu uległ, bo żona kupiła mu coś, o czym marzył od dawna. Dostał od niej zestaw do obserwacji nieba. Te wszystkie teleskopy do astrofotografii i statywy kosztowały prawie dziesięć tysięcy, ale czego się nie robi dla kochanego mężczyzny? Kostecki oddał krew (i nie tylko krew) do badania, a po czterdziestu dniach do domu na Królowej Jadwigi przyszła pocztą koperta z wynikami. W sumie nie żałował. Gdy zobaczył, jak doskonałe ma parametry, że jego kariotyp jest idealny i bez żadnych aberracji, poczuł się dziesięć razy bardziej męski niż dotychczas.

Nawet żona podobała mu się bardziej niż zwykle i kilka razy poszedł z nią do łóżka z własnej inicjatywy. Niestety, po czterech latach małżeństwa już prawie wcale nie przypominała tej apetycznej, lekko zaokrąglonej tam gdzie trzeba, seksownej dwudziestopięciolatki. Przybrała na wadze ponad dwadzieścia kilogramów. Częściowo odpowiedzialne za to były leki, bo Cebula wiecznie coś jej przepisywał, głównie hormony, ale tylko częściowo.

Ula zajadała stres. Prawie codziennie szła przez rynek do cukierni u Kołaczka. Tam piła kawę i zjadała pączka z lukrem. Czasem to były dwa pączki, a gdy miała doła, pochłaniała jeszcze eklera lub sernik. Potem wracała do domu, gdzie czekała na nią teściowa lub teść z pysznym, dwudaniowym obiadem. I deserkiem. A potem były podwieczorek i kolacja. I jeszcze coś na przekąskę, zjadane godzinę przed północą.

– Jak wyglądam? – pytała nieraz Marka, stojąc przed lustrem i wciągając coraz bardziej wystający brzuch.

– Świetnie. Jak zawsze – odpowiadał, nawet na nią nie patrząc.

Przez ostatni rok czuł się jak byk rozpłodowy. Ula „rządziła” częstotliwością i terminami zbliżeń. Mówiła: „Teraz sześć dni przerwy, bo czekamy na jajeczkowanie” i nie pozwalała mu się dotknąć. On sam też nie mógł się dotknąć, bo przecież nasienie będzie słabe. A gdy nadchodziły płodne dni, musiał uprawiać seks na żądanie, czy tego chciał, czy nie. I to chyba było jeszcze gorsze, bo przed seksem Ula dwoiła się i troiła, żeby go podniecić, a po „akcie” leżała bez ruchu z poduszką podłożoną pod tyłek, za to on już zrobił swoje i zasadniczo był zbędny.

Kiedyś jej oświadczył, że ma tego dosyć i nie będzie się pieprzył na zawołanie, bo to go poniża, uwłacza jego godności i zabija w nim chęć do seksu. Oczywiście nie obyło się bez przepłakanego wieczoru i prawie dziesięciu cichych dni. Więc uległ, ale postanowił załatwić to po swojemu. Miał dość przedmiotowego traktowania. Znów chciał czuć się jak facet, jak zdobywca, a nie jak przedmiot.

Czy to aż tak wiele?


Kancelaria mecenas Orlickiej znajdowała się niedaleko rynku. Ale to nie odległość od biura Urszuli zadecydowała o jej wyborze, lecz fakt, że prawniczka słynęła z szybkiego i efektywnego załatwiania spraw. I na szczęście działała w Oświęcimiu od niedawna, więc prawie nikt jej nie znał prywatnie, zwłaszcza z rodziny Kosteckich.

Ula stanęła pod drzwiami kancelarii, lekko się zawahała, ale weszła, bo czy miała inne wyjście? Odnalazła sekretariat, potwierdziła swoją wizytę i parę minut później siedziała przed drobniutką, niziutką i całkiem niegroźnie wyglądającą młodą blondynką, na dodatek ubraną dosyć niecodziennie jak na prawniczkę, bo w delikatną dzianinową sukienkę koloru pudrowego różu.

– Co panią do mnie sprowadza? – Uśmiechnęła się do wyraźnie zarumienionej Urszuli, nie wiedząc, czy te poczerwieniałe policzki to od emocji, czy może od lekkiego przymrozku, który pojawił się dosyć niespodziewanie w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny.

– Pani mecenas... – zająknęła się Ula. Wyjęła z torebki chusteczkę, przetarła usta, a potem zwinęła ją w kulkę i zamknęła w drżącej dłoni. – Chcę się rozwieść. Potrzebuję pozwu, rozważam też reprezentowanie mnie przed sądem.

– Rozumiem. Co się stało?

– Przed świętami Bożego Narodzenia odkryłam, że mąż mnie zdradza. Widziałam go z kochanką w kawiarni. Całowali się. Wieczorem do wszystkiego się przyznał. Romans trwa już prawie dwa lata, a spotkania... – chrząknęła, bo coś zadrapało ją w gardle – spotkania intymne ponad rok.

– Czy pani mąż i ta pani nadal się widują?

– Tak.

– Dlaczego dopiero teraz pani z tym przychodzi?

– Bo... – Urszula spuściła wzrok na dłoń międlącą coraz bardziej wilgotną od potu kulkę. – Mąż zaproponował, żebyśmy się nie rozstawali. Dla niego ten związek nic nie znaczy, stwierdził, że to odskocznia. Mówi, że nie kocha tej kobiety. – Popatrzyła na mecenaskę. – Twierdzi, że mnie kocha i nie wyobraża sobie życia beze mnie.

– Mimo to nie planuje zakończenia romansu?

– Na razie nie. Za to zaproponował mi pewien układ. Mianowicie, że ja też mogę mieć kochanka.

– Otwarte małżeństwo?

– Tak.

– Ale dyskretnie? – Orlicka mrugnęła porozumiewawczo. – Żeby nikt się nie dowiedział? Dla dobra dzieci? Rodziny i znajomych?

– Coś w ten deseń, tylko bez dzieci, bo jeszcze ich nie mamy. – Ula czuła, jak w gardle znów wzbierają gniew i żal. Dokładnie jak wtedy, gdy Marek mówił to wszystko.

– Długo pani wytrzymała, trzy miesiące – westchnęła prawniczka. – Ale już dość?

– Już dość. – Urszula pokiwała głową i wyjęła z paczki kolejną chusteczkę.

 

– Jak długo jesteście państwo małżeństwem?

– Pięć lat.

– Macie państwo rozdzielność majątkową? Intercyzę?

– Nie.

– Nieruchomości? Kredyty, pożyczki lub inne długi czy zobowiązania? Jakiś majątek ruchomy?

– Mieszkamy u teściów, majątku nieruchomego brak. Mam samochód, paroletniego volkswagena passata, a mąż dwuletnie renault megane. Żadnych poważnych długów, mały kredyt na zakup samochodu, ale wkrótce się kończy.

– Oszczędności? – Mecenas Orlicka wyjęła notes z szuflady, otworzyła i pstryknęła nad nim długopisem.

– Tak. Pięćdziesiąt tysięcy.

– Kosztowności, obrazy, antyki?

– Nie.

– To sporo ułatwia. Ma pani jakieś wymagania co do samego rozwodu? Z orzeczeniem o winie męża czy bez orzekania?

– Mam tylko jedno wymaganie, jeśli mogę tak to ująć: rozwieść się jak najszybciej. Najlepiej na jednej rozprawie.

– Jak długo nie sypiacie państwo ze sobą? – Mecenaska popatrzyła ze współczuciem na swoją klientkę.

Ta nie prezentowała się efektownie. Bez makijażu, z odpryśniętym lakierem na krótko obciętych paznokciach, po macoszemu potraktowaną fryzurą i w przypadkowo dobranych ciuchach wyglądała jak wyjątkowo zaniedbana kura domowa. Nie mówiąc o widocznej nadwadze, która dodawała jej lat.

– Aż tak widać, że nie sypiamy? – Urszula zacisnęła wargi.

– Nie, proszę pani. Nie widać – skłamała gładko prawniczka, żeby nie dawać zgnębionej kobiecie dodatkowej okazji do obniżenia już i tak niskiej samooceny. – To normalne, standardowe pytanie o czas trwania rozpadu pożycia małżeńskiego. Takie samo jak to o majątek, długi, dzieci czy odrębność majątkową. To jak długo trwa rozpad pożycia?

– Od kiedy się dowiedziałam o kochance – wykrztusiła z trudem Ula.

Z trudem, bo przecież nadal czuła do Marka silny pociąg fizyczny. Gdy przypominała sobie tę romantyczną noc na tarasie, gdy mąż pokazywał jej gwiazdy, mówił, jak się nazywają, do której konstelacji należą, a potem obsypał ją czułościami, do jej oczu napływały łzy żalu, że to był ich ostatni tak piękny wspólny wieczór.

Ale się starała. Może i nie była równie szczupła i młoda jak kochanka Marka, na pewno taka nie była, wszak ta dziewczyna liczyła sobie dwadzieścia lat, ale przecież też kiedyś wyglądała szczupło i młodziutko. „Czy tylko uroda się liczy?” – zastanawiała się, siedząc samotnie w domu, bo Marek był „u kolegi”, jak oficjalnie przedstawiał to dociekliwej matce.

– A jak się pani układa z rodzicami męża? – zagadnęła Orlicka, jakby wyczuła myśli swojej klientki. – Czy oni wiedzą o tej sytuacji?

– Nie. Nikt nie wie. Poza zainteresowanymi, czyli mną, mężem i jego kochanicą. To marny powód do dumy. – Pozwoliła sobie na ironiczny ton. – Mąż powiedział, że ta dziewczyna to jego uczennica. Nie wiem, była czy aktualna. Mąż jest wykładowcą na uczelni artystycznej w Bielsku. Na pewno pani wie, jak są postrzegane związki między nauczycielami a uczennicami.

– Wiem. Ile ona ma lat? Zna ją pani? – Prawniczka szybko się zorientowała, że klientce przydałaby się szczera rozmowa z kimś, kto jej po prostu wysłucha. Ulżyłoby jej, choć pewnie sądziła inaczej, skoro trzymała to w sekrecie.

– Dwadzieścia. Raz w życiu ją widziałam, wtedy, w kawiarni.

– Proszę mi o tym opowiedzieć.

Ula westchnęła, bo ta chwila była chyba najgorszym momentem w jej życiu, ale jakoś się opanowała. Bez zbędnych detali zreferowała przebieg przypadkowego spotkania, a potem słowa Marka.

– Wiem jedynie, że ma na imię Patrycja. Nie chciałam więcej słuchać. To takie... – Zacisnęła usta.

– Upokarzające?

– Uhm... – Poczuła szczypanie pod powiekami.

– Straciła pani zaufanie do męża? – zapytała Orlicka, żeby zobaczyć natychmiastowe kiwnięcie głową. – Kocha go pani?

– Mam mówić prawdę? – wychrypiała Urszula.

– Mnie zawsze mówi pani prawdę, zgoda? – Prawniczka lekko się uśmiechnęła. – A ja doradzam pani, co należy powiedzieć reszcie świata.

– Kocham, ale nie chcę już z nim być. Nie mogę. Nawet gdyby zerwał z tą dziewczyną i już nigdy mnie nie zdradził. Coś we mnie umarło. O, tutaj. – Wskazała na miejsce, w którym biło serce. – I już nigdy się nie odrodzi.

– Dlatego chce pani odejść?

– Dlatego chcę odejść...

Czwarta rozmowa

Mleko się wylało, a raczej wykipiało. Kiedyś musiała nastąpić ta chwila. Marek poinformował rodziców, a Halina wezwała Urszulę na dywanik, wysłuchała spokojnie jej racji i wszystko zdawało się w miarę w porządku, o ile planowanie rozwodu z orzeczeniem o winie i wyprowadzka synowej są czymś „w porządku”. Przetrawiła to, co powiedzieli syn i synowa, przedyskutowała to z mężem, który miał szczerze dość tego tematu, ledwie się o nim dowiedział, bo przecież po co komu taka rewolucja, i pod wpływem jego sugestii zadzwoniła do Bogusi, matki Urszuli.

Na początku obie panie, jak to wieloletnie przyjaciółki i matki dzieci, które się zakochały i pobrały, piały zgodnie i w jednym tonie, że Uleńka powinna wybaczyć Marusiowi, wszak to tylko chłop, a chłopy jak powszechnie wiadomo są głupie i często myślą oraz podejmują decyzje organem usytuowanym poniżej pasa, ale szybko im przeszła ta jednomyślność.

Krew nie woda i po kwadransie rozmowy Halina nie wytrzymała i stwierdziła, że kocha i uwielbia Urszulkę jak własną córkę, ale gdyby synowa bardziej się starała i urodziła wyczekiwanego wnuka, na pewno by do tego wszystkiego nie doszło. Bogusia odparowała, że nie wiadomo dlaczego w tym związku nie pojawiło się jeszcze potomstwo. Na to Halina, że na pewno nie z powodu jej jedynaka, bo pokazał jej kiedyś wyniki badań.

Oj, mocno trafiło wtedy Bogusię. Skończyła rozmowę słowami: „Nawet gdyby moja córka była niepłodna, to nie powód i wytłumaczenie kurewstwa twojego synalka”. Zadzwoniła do Urszuli i wypytała, o co chodzi z tym brakiem dzieci, powodując jeszcze większy zamęt. Jakoś udało się jej udobruchać starszą córkę, która zgodziła się nawet przyjechać w Poniedziałek Wielkanocny na uroczysty obiad.

Przyjechała, a już po godzinie żałowała tego serdecznie. O ile matka i ojciec zachowali odrobinę przyzwoitości, o tyle Natalka, młodsza o trzy lata siostrunia, miała niepowtarzalną okazję, żeby skopać leżącą na cacy. Dorwała pozew rozwodowy, który zupełnie nieprzemyślanie przywiozła ze sobą Ula, i zaczęła go czytać przy świątecznym stole.

– „Pozwany od dłuższego czasu pozostaje w nieformalnym związku z inną kobietą oraz nie ma zamiaru tego związku zakończyć, a podjęta przez powódkę próba rozwiązania kryzysu małżeńskiego zakończyła się fiaskiem, strony nie widzą dalszej możliwości utrzymywania związku małżeńskiego. W chwili obecnej nie ma już racji ani potrzeby kierowania stron do postępowania mediacyjnego. Strony bowiem zdecydowane są rozwiązać związek małżeński, a nadto pozwany uznaje swoją winę w rozkładzie tegoż” – zacytowała fragment dokumentu. – Czyli co? – Popatrzyła na siostrę.

– Czyli gówno – odparowała Urszula, bo miała już dosyć tego spektaklu.

– Milutko... – Natalia rzuciła pozew na stół.

Urszula złożyła dokument i z ulgą schowała w torebce. Przywiozła go, żeby pokazać rodzicom, bo prosili, zaalarmowani telefonem od Haliny. Ta awanturowała się, że Ula zwaliła na Marka całą winę i zażądała zwrotu kosztów prawniczki. Mówiła, że powinni się pogodzić, a skoro już Uli tak strasznie nie po drodze z mężem, mogła wnieść pozew o rozwód, ale bez orzekania o winie.

– Moim zdaniem mogłaś to jeszcze przemyśleć – odezwała się po chwili Bogusia. – Taki wstyd. Wszyscy się dowiedzą, co się stało.

– Przecież to nie jej wina – wtrącił się Maciek, mąż Natalki, ale ta natychmiast zgromiła go wzrokiem.

– Nie widzisz, że się krztusi? – Wskazała brodą na siedzącego mu na kolanach rocznego synka Kubusia.

– To go zabierz, jak ci się nie podoba, jak się nim opiekuję – warknął szwagier Urszuli. Wstał, wepchnął swoje najmłodsze dziecko matce i wyszedł na papierosa, jak zwykle zabierając ze sobą teścia, jedynego „normalnego” w tej rodzinie.

– Milutko... – powtórzyła Urszula z satysfakcją. Z jeszcze większą przyjęła prawie mordercze spojrzenie siostry.

– Przestańcie, dziewczyny – uspokoiła je matka. – A gdzie Jaś i Agatka? – Rozejrzała się wokół za parą wnucząt.

– Siedzą u was w pokoju i oglądają MiniMini – wyjaśniła Natalia.

– Za dużo telewizji. Oczy się im zepsują.

– Wcale nie oglądają tak dużo, zresztą jeśli oglądają, to tylko z wami. Przecież w przedszkolu nie ma telewizora – skwitowała Natalia. – A gdzie będziesz mieszkać? – Postanowiła skupić uwagę poirytowanej sytuacją rodzicielki na sprawczyni zamieszania, czyli przyszłej pierwszej rozwódce w rodzinie.

Niepotrzebnie, bo matka właśnie wstała, zabrała najmłodszą pociechę córki i poszła sprawdzić, co tam u nieznośnej, ale i kochanej dwójki.

– To dokąd się wynosisz? – zagadnęła Urszulę.

– No przecież mówiłam. Do Bąkowa. Spróbuję wiejskiego życia. Może jest prostsze niż to miejskie.

– Na pewno nudniejsze – wypaliła Natalia.

– Myślę, że bardzo tęsknisz za nudą, stąd ten sarkastyczny ton.

– Nie będę mówić, za kim ty tęsknisz. Aż widać, jak cię skręca – prychnęła siostra. – Czyli będziesz mieszkać w tym domu, który wyłudziłaś od tej staruszki? Ech, niektórzy mają szczęście. – Pokręciła głową.

– Nie wyłudziłam. Dostałam w spadku – po raz kolejny powtórzyła Urszula.

Siostra nie mogła przeżyć, że tak się Uli udało. Od roku mieszkała razem z mężem, trójką dzieci i rodzicami w Chełmku, w dużym, czteropokojowym mieszkaniu, które kupili za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ich kawalerki i dwupokojowego mieszkanka rodziców. Niestety, nawet osiemdziesiąt pięć metrów kwadratowych to żaden luksus i wygoda, gdy zamieszkuje je siedem osób, w tym trójka ruchliwych berbeci.

– Miałaś go sprzedać – przypomniała Natalia. – Mogłabyś pomóc rodzicom, kupić im jakieś fajne mieszkanie, choćby takie, jakie mieli przedtem. Gniotą się tu z nami, a dzieci przeszkadzają. Tato potrzebuje spokoju, jest chory na serce. Powinien mieć swój pokój, bo musi mieć chłodniej niż my, spać przy otwartym oknie. I w ciszy, a nie w takim hałasie. – Pokręciła głową, słysząc krzyki dzieciaków dochodzące z pokoju dziadków.

– Nie było chętnych – odparowała Urszula, już nieźle wkurzona przemycanymi między wierszami zarzutami. – Przecież wam proponowałam ten dom. Mogliście go kupić za pół ceny zamiast mieszkania.

– Też mi oferta. To straszna wiocha, a gdzie przedszkole? Ja i Maciek jakoś byśmy dojechali do pracy, bo do Oświęcimia prawie ta sama droga co stąd, ale... Sprzedalibyśmy mieszkania, dali ci kasę, przenieśli się do tej dziury, a co z rodzicami?