ZaradnaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Lekko kręci mi się w głowie. Czuję jakieś drętwienie warg i języka. Byłoby mi teraz trudno coś wyraźnie powiedzieć, ale nie muszę nic mówić. Nikt mnie o nic nie pyta i nie ma ochoty słuchać. Gdzieś tam za kilkoma parami oszklonych drzwi naszykowano już ostre skalpele, całą aparaturę do usypiania i oddychania w moim imieniu. Lekarze pewnie myją dokładnie ręce, zakładają kitle i śmieszne zielone berety z gumką. Na sali operacyjnej zobaczę ich już zamaskowanych, jakby się bali, żebym nie zapamiętała, kto wyrządził mi taką krzywdę, kto mnie tak okrutnie okaleczył.

Wiem, wiem, ratują mi życie. Tak, jeśli im się uda, może uratują mi życie. Ale do tego jeszcze długa i niepewna droga, a okaleczą mnie już dziś. Moja prawa, ciężka i niemal bezwładna ręka wędruje w poszukiwaniu lewej piersi, która właśnie dziś ma zostać odcięta od reszty ciała. Odetną ją i wyrzucą za karę, że mnie zdradziła, że chciała po cichu i podstępnie stać się moim zabójcą. Dotykam jej, ale drętwymi palcami nie wyczuwam zagnieżdżonego w niej wroga. Jest ciepła, miła, jędrna, mimo że ja, jej właścicielka, mam już dobrze po pięćdziesiątce.

Pokochałam je obie od momentu, gdy tylko zaczęły kiełkować pod bluzeczką. Potem wybujały wspaniale i stały się moją dumą. Krągłe, mocne, wychylały się ciekawie z klatki piersiowej i prężyły przede mną jak bufory. Robiłam wiele, żeby były obiektem pożądania ze strony mężczyzn i zazdrości kobiet. Cierpliwie wykonywałam zalecane przez kobiece czasopisma ćwiczenia mające na celu wzmocnić podtrzymujące biust mięśnie. Co rano ochlapywałam je lodowatą wodą, żeby były jędrniejsze. Dbałam o nie lepiej niż o własne dziecko, bo właśnie dziecku odmówiłam karmienia w obawie o ich stan. Zaraz po porodzie zaczęłam mnożyć problemy i udało mi się przekonać lekarza, żeby zaaplikował mi zastrzyk, który przerwał koszmarny proces laktacji. Córka i tak wyrosła duża na mleku w proszku, a ja uratowałam ich kształt i konsystencję.

Może nie powinnam się godzić na tę operację? Może należało czekać spokojnie na wyrok lub cudowne uzdrowienie? Może to ja jestem zdrajcą? Ulękłam się diagnozy i poddałam lekarskim sugestiom, a przecież lekarze tak często się mylą. Wiadomo też, że rak może wycofać się sam. Internet i różne czasopisma trąbią o samoistnych wyleczeniach. Mój sąsiad na przykład miał raka żołądka i już go wysłali do domu, żeby nie psuł statystyk szpitalnych, a on wyzdrowiał, a potem umarł na zawał. A ja się pośpieszyłam i nie dałam mojej piersi szansy na unicestwienie tego „obcego” własnymi siłami. Powinnam ją wspierać. Może trzeba było ją jeszcze częściej masować, głaskać, smarować, naświetlać cudowną fioletową lampą, dostarczać w diecie suplementów, odtruć organizm, poddać się kuracji wodą utlenioną, torfem czy innym świństwem? Na pewno zaś należało medytować, chodzić po gorących węglach, modlić się albo w inny sposób wzmocnić życie wewnętrzne. Opuściłam ją w chorobie i skazałam na śmierć, choć ona tak dobrze mi służyła.

A jeśli coś pójdzie nie tak? Przecież narkoza to zawsze ryzyko. Serce mam liche, ciągle się przeziębiam, więc chyba płuca także nie najlepsze, a ostatnio jeszcze dopadło mnie nadciśnienie. Zawsze mogą wystąpić jakieś komplikacje. Inne pacjentki przed operacją spowiadają się, przyjmują komunię. Siedząc na łóżku, szepczą pacierze, przesuwając paciorki różańca. A ja? Kiedyś w dzieciństwie nauczyłam się tej nużącej modlitwy, ale z własnej woli nigdy jej nie odmawiałam. Potem był taki czas, gdy wraz z córką do upadłego niemalże klepałam kolejne „Zdrowaś Mario” — ona z wiarą, a ja dla świętego spokoju. Wtedy niczego się nie spodziewałam po tej modlitwie i nie pomyliłam się. Dlaczego więc miałabym sięgnąć po paciory dziś?

Miałam wprawdzie w swoim życiu krótki okres powierzchownej pobożności tuż przed Pierwszą Komunią. Chciałam, jak inne dziewczynki, mieć wianek i sukienkę z przezroczystego kryształku. Najbardziej oczywiście kusiła mnie perspektywa prezentów, chociaż w tamtych czasach były to zupełnie drobne rzeczy — złoty łańcuszek z „bozią” czy radziecki zegarek. Ale nawet wtedy nie potrafiłam rzetelnie wypełniać narzuconych mi obowiązków dziecka bożego. Kartkę, na której po spełnieniu dobrego uczynku zamalowywało się na czerwono serduszko, wypełniłam ku zazdrości koleżanek raz-dwa, zakładając w duchu, że kiedyś przecież naprawdę te uczynki spełnię. Litanie, Różaniec i inne dłuższe modlitwy działały na mnie usypiająco. Broniłam się więc przed zaśnięciem i kompromitacją wobec klasy, wymyślając nowe fryzury i kreacje dla świętych figur stojących na ołtarzach.

Niedługo po Pierwszej Komunii przestałam uczęszczać na katechezę. Już w czwartej klasie podstawówki patrzyłam z wyższością i pobłażliwością na dziewczynki, które zaraz po szkole biegły na lekcje religii odbywające się wówczas w salkach parafialnych przy kościołach. Ja za przyzwoleniem mamy mogłam sobie ten trud darować i nawet otwarcie głosić ateizm. Miałam w ten sposób więcej czasu na wystawanie ze starszymi chłopakami pod trzepakiem, słuchanie ich fascynujących relacji z podglądania starych oraz beznadziejnych świńskich dowcipów. Były to najbardziej prymitywne lekcje przygotowania do życia w rodzinie, gdyż moi koledzy zamieszkujący jedno z pierwszych w naszym mieście blokowisk byli już od dzieciństwa prymitywami do kwadratu. Jacy zresztą mieli być, gdy całe dnie biegali po podwórku z kluczem na szyi, bo ich matki i ojcowie pracowali na trzy zmiany? W soboty ich tatusiowie regularnie się upijali i urządzali im trzepanie tyłków za całokształt. Trzeba przyznać, że na ogół było za co. Ale czasami obrywały też ich Bogu ducha winne, zaharowane żony.

Jeśli więc coś pójdzie nie tak, to nie wpuszczą mnie raczej do nieba. Zakładając, że jakieś niebo istnieje, to i tak nie mam w nim czego szukać. Nie chodziłam zbyt długo na religię, nie modliłam się żarliwie i chyba w całym swoim ponadpółwiecznym żywocie nie udało mi się nazbierać tyle dobrych uczynków, żeby naprawdę zapełnić czerwienią wspomniane serduszka. Jest jeszcze dużo więcej rzeczy budzących mój niepokój. Momentów, które chętnie wykreśliłabym ze swojego życia i wymazała z pamięci. A przecież kiedyś uważałam je nawet za powód do dumy, za oznakę sprytu i zaradności. Czasem moje postępowanie wynikało z egoizmu, ale jeszcze częściej było efektem zapobiegliwości i dbałości o dobro rodziny. Uważałam, że mam prawo do szczęścia i chciałam szczęścia dla swoich najbliższych. Nie wiem, czy moje pojęcie szczęścia było fałszywe, czy też wybrałam niewłaściwą drogę, bo ze szczęściem się zdecydowanie rozminęłam, a w całym moim życiu tylko czasami bywałam zadowolona.

Ciekawa jestem, czy po śmierci w ogóle coś istnieje? Przecież możemy bytować nadal tylko w innej, duchowej postaci, bez całego tego chrześcijańskiego podziału na zbawionych, potępionych i tych, których da się jeszcze w czyśćcu „doczyścić”. Może gdzieś tam w innym wymiarze czekają na mnie moja mama i tata?

Z mamą chętnie bym się spotkała. Ona zawsze mnie rozumiała i wspierała. Byłyśmy do siebie wewnętrznie podobne, chociaż zewnętrznie bardzo się różniłyśmy. Miałam wprawdzie jej oczy, wydatne wargi i ten obfity biust, ale długie nogi oraz szczupłą sylwetkę odziedziczyłam po tacie. Nie wiem, czy moja przebojowość i spryt były genetycznie zakodowane, czy też wynikały raczej ze sposobu wychowania, na który wpływ miała przede wszystkim mama. Gdyby tata miał szansę rzeźbić mój charakter, byłabym pewnie innym człowiekiem.

Mój tata zawsze różnił się od naszych sąsiadów. Nigdy się nie upijał, nie podnosił głosu i bał się sprzeciwić nawet mamie. Cichy, nieporadny, skromny. Mama twierdziła, że nie miał żadnych większych ambicji. Gdyby nie przedsiębiorczość mamy, nasze życie, podobnie jak naszych sąsiadów, byłoby lichą wegetacją. Ojciec uważał naiwnie, że można być szczęśliwym, mając tylko dach nad głową, jakąkolwiek strawę i pracę. Pracował ciężko jako maszynista na kolei i nie pragnął niczego więcej. Nie zauważał nawet, że to nie dzięki jego pracy zamieszkaliśmy w nowo wybudowanym bloku z wygodami, że mamy nowoczesne meble i dywany, że lepiej jemy i się ubieramy. A inni ludzie na takie luksusy czekali latami i często nigdy się ich nie doczekali. My zawsze mieliśmy na obiad mięso, a szynkę nie tylko od święta. Ja częściej niż inne dzieci jadałam pomarańcze i nosiłam kolorowe, elastyczne rajstopy, przedmiot westchnień koleżanek, którym mamy do burych, ciepłych majtek z nogawką doszywały równie bure, prążkowane, bawełniane pończochy.

Ojciec nie zwracał na takie szczegóły uwagi, gdyż nie miały dla niego większej wartości. A może wolał nie wiedzieć, dlaczego akurat nam lepiej się powodzi, bo tak mu było wygodnie? Nasz mały dobrobyt tworzyła zapobiegliwa, tłuściutka, okrąglutka mama. Była sklepową i udało jej się wkręcić za ladę sklepu dla komunistycznej elity, czyli tak zwanych konsumów. Byliśmy szczęśliwcami i nigdy nie zadawaliśmy sobie ani jej pytania, jakie są koszty naszego małego eldorado, bo w komunie takie rzeczy nie bywały za darmo.

Tak, tak, mamę i tatę chciałabym znów zobaczyć. Gorzej, jeśli po tamtej stronie czeka na mnie także mój mąż Leszek. Co miałabym mu teraz powiedzieć? Jak wytłumaczyć się ze zdrad, które nawet nie zawsze były romansami? Czy po śmierci może mieć on pełną wiedzę o tym, co było przed nim zakryte za życia? Na tę myśl moim ciałem wstrząsa nieprzyjemny dreszcz. Ale zaraz też w moim sercu pojawia się uczucie buntu. Właściwie dlaczego miałabym się tłumaczyć? On też nie jest bez winy. Nie potrafił dotrzymać mi kroku. Był mięczakiem i w końcu salwował się ucieczką, najpierw w alkohol, a potem tak w ogóle, ostatecznie. Zostawił mnie, a później już wszystko się zawaliło i poniosłam tyle strat. Ale musiałam walczyć dalej, przełykać co dzień pogardę innych ludzi, żyć dla Ewy. I dałam radę. Jednak żadnej wdzięczności ze strony córki nie doświadczyłam. Wciąż mnie krytykuje i ostentacyjnie pokazuje, że nie jestem dla niej żadnym wzorem ani autorytetem. Tworzy legendę swojego tatusia. Najchętniej by go kanonizowała. Śmieszne.

 

Właściwie to Leszka przede wszystkim mogę spotkać na tamtym świecie, bo według Kościoła jest on potępiony na wieki. Więc jednak wierzę w to, co głosi Kościół? — chwytam za słówka samą siebie. Zatem ja, mama i Leszek, wszyscy z wyjątkiem taty, spotkamy się w piekle? — myślę z pewnym lękiem. I to jest moja ostatnia przytomna refleksja. Wywołany chemiczną substancją sen ogarnia mój spowolniony już wcześniej dawką leku umysł. Odpływam, nie rozstrzygnąwszy kwestii mojej wiary w życie pozagrobowe.

Wydaje mi się, że lecę pod sufit, skąd mogę obserwować zamaskowaną ekipę, która pochyla się nade mną i z sadystyczną satysfakcją nacina białą skórę mojej piersi. Lekarz babrze się w krwistych farfoclach, odrzucając ze wstrętem żółtawe płatki tłuszczu. A potem ktoś paskudnie klnie i robi się jakieś zamieszanie. Obiema rękami chwytam się mojego okaleczonego i niemłodego ciała, żeby jakaś popychająca mnie nieustannie ku górze siła nie wessała mnie w otwartą, niezmierzoną przestrzeń, która rozciąga się ponad tą salą i chyba ponad wszystkim. Mocuję się z nią, żebym nie odpłynęła od tej marnej, znienawidzonej już przecież powłoki. Właściwie po co tak walczę? Co dobrego może mnie jeszcze w życiu spotkać? Dlaczego nie chcę porzucić tej kalekiej, zgorzkniałej, starzejącej się samotnej kobiety? Może lepiej poddać się tej sile i nie czuć już cierpienia? — zadaję sobie pytanie, mając świadomość, że w sumie niewiele ode mnie zależy.

*

Wyraźnie widzę siebie, ale nie tę chorą i starą. Mam nie więcej niż jedenaście lat. Leżę na zielonej łące. Jest ciepły czerwcowy dzień. Pewnie znudziła się nam, dzieciakom, gra w chowanego ograniczona do kilku klatek schodowych i stojącego pośrodku podwórka białego śmietnika i wybraliśmy się nad tory. Tak jak inni wybierają się nad rzekę lub nad morze, my, dzieciaki zamieszkałe na przedmieściach wielkiego, paskudnego miasta położonego w centralnej Polsce, wybraliśmy się nad tory. Za naszymi blokami znajdowały się ogródki działkowe, a dalej pas ziemi porośniętej trawą i kępami gęstych krzaków. Z prawej strony przestrzeń tę przecinał ocementowany kanał ściekowy, zwany szumnie rzeczką. Na wprost nasze pole widzenia ograniczał wysoki nasyp, po którym biegły tory kolejowe. Pociągi jeździły tu dość często, więc lubiliśmy zabawiać się liczeniem wagonów długich składów towarowych. Na tej łące można się było opalać, zakurzyć fajkę, wymyślać ciekawe zabawy, a przede wszystkim zejść z oczu starym.

Ubrana jestem w satynową sukienkę, białą w zielone groszki. Ma modny fason z przedłużanym stanem. Jestem wysoka i wyglądam chyba już na jakieś trzynaście lat. Właśnie tyle lat skończył idący obok mnie mój podwórkowy narzeczony Rysiek. Rysiek nie wstydzi się trzymać mnie za rękę. Dziewczyny zazdroszczą mi go i wołają: „Panna z kawalerem pod siódmym numerem. Panna kawalera pocałuje. On jej wianuszek zepsuje”. Nie wiem, dlaczego miałby mi psuć wianuszek, którego wcale nie mam zamiaru wić, chociaż wokół nas rośnie mnóstwo jaskrów, mleczu i wonnej koniczyny. Liczę natomiast na to, że później schowamy się w krzaki i Rysiek mnie naprawdę pocałuje. Ostatnio nawet chciał mi włożyć rękę pod sukienkę, ale mu nie pozwoliłam. Słyszałam, jak sąsiadka, siedząc na ławce przed klatką, mówiła, że jej córka będzie miała dzieciaka, bo „pozwoliła chłopakowi na wszystko przed ślubem”. Ze mną tak nie będzie. Powiedziałam Ryśkowi, że zgodzę się na tę rękę, ale po ślubie, więc on zaraz ogłosił, że w sobotę weźmiemy ślub. Nie byłam pewna, czy ksiądz da nam ślub, bo przecież od jakiegoś czasu nie chodzę już do kościoła. Rysiek zdecydował więc, że ślub będzie cywilny. Poprosił dozorcę z pobliskiej budowy, żeby za paczkę papierosów wysłuchał naszej przysięgi. Dwaj koledzy Ryśka mieli wystąpić w roli świadków, a dziewczyny, to jest druhny, uszyły dla mnie welon z firanki. Chłopcy obiecali nawet załatwić wino na wesele.

Byłam dumna i z wdzięcznością ściskałam dłoń mojego narzeczonego. Będziemy na pewno szczęśliwi, bo mamy ze sobą wiele wspólnego — myślałam. Mieszkamy w tym samym bloku, uczymy się w tej samej klasie, gdyż Rysiek już dwukrotnie nie zdał. Nie był wcale osłem, ale nie bardzo chciało mu się chodzić do szkoły. Ja po ślubie też nie zamierzałam co dzień latać na lekcje. Będę miała przecież więcej obowiązków. Tata Ryśka, tak samo jak mój, był maszynistą i dlatego wakacje także spędzaliśmy zawsze razem na bocznicy.

Torami z łoskotem zaczął przetaczać się długi i bardzo urozmaicony skład towarowy. Rysiek najbardziej lubił oglądać cysterny.

— Tata mówił, że dostali taką klawą spalinówkę i on na pewno będzie nią jeździł — pochwalił się mój narzeczony. — A w ogóle niedługo nie będzie już parowozów, tylko same spalinówki i elektrowozy.

— Dlaczego twój tata miałby jeździć tą najlepszą spalinówką? — zapytałam zaczepnie.

— Bo jest najlepszy — odpowiedział chełpliwie Rysiek.

— Mój tata jest lepszy. Na pewno jest lepszy od twojego — powiedziałam i poczułam, że nasze małżeństwo zawisło na włosku. — Zobaczysz, że mój będzie jeździł tą spalinówką — upierałam się mimo wszystko nadal i Rysiek, który chłopakom nigdy nie ustępował, dla mnie skapitulował.

— No dobra, poczekamy, może będzie właśnie jechała i wtedy zobaczymy, kto ją prowadzi — stwierdził pojednawczo.

— Dobra — zgodziłam się. — Możemy się nawet założyć. Będziemy siedzieć i czekać.

Byłam pewna, że mój tata dostanie nową lokomotywę. Położyliśmy się z Ryśkiem na wznak na kocu i przez przymknięte powieki spoglądaliśmy w niebo na wędrujące obłoki. Moim ulubionym zajęciem było doszukiwanie się w chmurach kształtów fantastycznych budowli, zwierząt i pojazdów. Teraz dodatkowo nasłuchiwaliśmy odgłosów nadjeżdżającego pociągu. Szczęście nam sprzyja — pomyślałam, gdy po kilku elektrycznych składach osobowych, które przeleciały po torach drobnym truchtem, stukając jak kobiety na wysokich obcasach, usłyszeliśmy zbliżający się duży, ciężki towarowy. Nie posapywał, sunął i śmiesznie porykiwał zamiast gwizdać.

Tak, nie ma wątpliwości, to na pewno spalinówka. Bez słowa podrywamy się i biegniemy w górę nasypu. Zarówno mój tata, jak i ojciec Ryśka mieli zwyczaj latem w tym miejscu wyglądać przez okno i wypatrywać nas na łące. Nie tylko my, ale także inne dzieciaki z podwórka machały zawsze do nich rękami i posyłały im całusy. A oni odwzajemniali się tym samym. Teraz boczne okienko lokomotywy spalinowej także jest otwarte, ale nikt z niego się do nas nie wychyla. Chyba nie zdołamy ustalić, kto prowadzi zieloną spalinówkę — myślę i zrezygnowana opuszczam ręce. Rysiek jednak nie daje za wygraną. Podskakuje wysoko, a jego rozpięta kolorowa koszula wydyma się na wietrze jak spadochron. I nagle nie ma go już koło mnie. Skrawki koszuli niczym kolorowe motyle wirują w powietrzu. Na mojej sukience obok zielonych groszków pojawiają się czerwone plamy. To krew i nawet szczątki ciała Ryśka. Ręka spada dalej z nasypu, a resztę trzeba będzie dosłownie zeskrobywać z szyn i wagonu cysterny, który wciągnął mojego pierwszego w życiu narzeczonego.

Krzyczę, krzyczę, krzyczę. Wszystko znika, a w uszach wciąż brzmi jakiś niesamowity wrzask wymieszany z rykiem lokomotywy.

— Słyszy mnie pani? — Ktoś nachyla się nade mną.

Jaka pani? — myślę. Mam przecież jedenaście lat. Jestem wysoka, ale bez przesady.

— Operacja skończona. Trochę nas pani postraszyła, ale już jest w porządku. Teraz niech pani odpoczywa — mówi młoda kobieta i uśmiecha się łagodnie.

Jakie w porządku? Jakie w porządku? — myślę wciąż wewnętrznie rozdygotana. Mój narzeczony nie żyje, a ona słodko się uśmiecha i udaje, że traktuje mnie jak dorosłą. Chcę przełknąć ślinę, lecz w gardle chyba mam ranę. Boli, strasznie boli. Ręce też mi zdrętwiały i nie chcą mnie słuchać. Jedna podłączona jest do kroplówki, ale drugą zmuszam do tego, by zbliżyła się do klatki piersiowej, w której czuję piekący ból. Dłoń dotyka bandaży. Teraz już wiem. Nie jestem dzieckiem. Wraca mi świadomość. Wiem, jaka operacja się udała. Dla nich się może udała, ale dla mnie nic już nie może się udać — myślę i znów pogrążam się we śnie.

*

Jest sobotni wieczór, leżę na wersalce i płaczę. Płaczę tak już trzeci dzień. Mama też jest struta. Taty nie ma, bo zaraz z miejsca wypadku zabrali go do szpitala. Dzieciaki gadały, że na pewno do czubków i że już nigdy nie będzie normalny. Słyszałam, jak sąsiadka opowiadała, że założyli mu kaftan bezpieczeństwa, bo tak szalał. W przyszłym tygodniu ma być pogrzeb Ryśka. Podobno nie bardzo jest co włożyć do trumny, gdyż tata był tak skupiony na wszystkich nowych wskaźnikach i zegarach, że dłuższy czas nie zauważył, co się stało. Zakład wygrałam, to mój tata okazał się najlepszy, ale teraz wolałabym, żeby był najgorszy i nigdy nie wsiadł do tej cholernej spalinówki.

Mama wyciąga z mojej półki ukrytą za bielizną udrapowaną na komunijnym wianuszku koronkową firankę.

— Co to jest? — pyta zdziwiona.

— Mój welon — odpowiadam przez łzy. — Dzisiaj miałam z Ryśkiem wziąć ślub cywilny. Nie zapraszałam was, bo Rysiek powiedział, że się nie zgodzicie — mówię tak poważnie, że przez smutną twarz mamy na moment przebiega uśmiech.

— Taka duża z ciebie panna, a taka dziecinna. — Mama podchodzi, przytula mnie do ciepłej, miękkiej, olbrzymiej piersi i głaszcze po głowie.

— Mamo, czy ja już teraz zostanę starą panną? Wszystkie dzieciaki z bloków wiedzą, że byłam narzeczoną Ryśka. Ja zresztą nie chcę innego chłopaka. Rysiek był najlepszy i miał takie ładne, złociste loki. Iwona mó wiła, że będziemy mieli rude dzieci. Ale co tam, rude też mogą być ładne. Prawda?

— Głuptasie, to nie było żadne narzeczeństwo, to zabawa. Ty nie jesteś dla takich jak Rysiek. Zobacz w lustrze, jaka jesteś śliczna. Gdybym ja taka była, dzisiaj byłabym panią doktorową albo inżynierową i miałabym gosposię. Ty za to będziesz miała wszystko. Musisz się tylko dobrze uczyć i być mądrą dziewczyną, żeby byle komu nie dać swojego skarbu. Słuchaj mamy, a będzie ci dobrze w życiu. Ja nie miałam warunków, żeby skończyć szkołę. Była wojna, rodziców wywieźli do Oświęcimia, a ja zostałam u ciotki. Po wojnie zaraz wyszłam za mąż, bo ciotka narzekała, że jej ciasno, że jej mąż się na mnie gapi, jak się myję, i takie tam różne. Tata jest dobry, ale straszna z niego niedojda życiowa. Nie dopuściłam, żebyśmy mieli tyle dzieci, co na przykład u Ryśka. Nam jest lepiej, bo ja umiem dużo załatwić, ale ty będziesz żyła w luksusie i będziesz jeździć własnym autem, i może nawet będziesz mieszkać w willi, i prowadzać takiego rasowego psa z długą falującą sierścią. — Mama rozmarzyła się na dobre.

Ja także oczyma wyobraźni zobaczyłam siebie już dorosłą. Świadczyły o tym wymalowane na czerwono usta. Szłam małą uliczką, tą co to biegnie za naszym kościołem i nie ma na niej bloków, tylko same domy jednorodzinne. Ubrana byłam w eleganckie futro i czarny kapelusz. Na smyczy obok mnie tanecznym krokiem podążał siwy, jak moje futro z lisów, chart afgański. Wierzchem dłoni otarłam łzy i smarki pod nosem. Więcej już nie płakałam, nawet na pogrzebie Ryśka.

*

— Ktoś panią odwiedził. — Pielęgniarka uśmiecha się do mnie i sprawdza, czy wenflon dobrze trzyma się w żyle. — Nie powinniśmy wpuszczać takiej gromady, ale dla rodziny doktora można zrobić wyjątek. Dlaczego pani nawet nie wspomniała, że zięć jest lekarzem? Tylko bardzo proszę, żeby dzieci nie hałasowały, bo zbiorę burę.

W drzwiach stoi Ewa z malutką Helenką wiszącą na niej w modnej, kraciastej chuście i dwójką starszych chłopców po bokach. Janek i Franek rzucają się z piskiem w moim kierunku. W geście obronnym wystawiam wolną od kroplówki rękę.

— Ucisz ich! To jest szpital! Co za pomysł, żeby ich tu przyprowadzić?! — krzyczę zdenerwowana do córki.

Dzieci zatrzymują się jak wryte i buzie wyginają im się w podkówki. Zaraz będą ryczeć i dopiero zrobi się zamieszanie. Jak ona mnie tu znalazła i po co w ogóle szukała? Gdybym chciała jej towarzystwa czy protekcji zięcia, powiedziałabym, że idę do szpitala — myślę. Ewa tymczasem wyciąga dwie kartki i kredki. Sadza dzieci przy parapecie i mówi do chłopców:

— Narysujcie dla babuni laurkę. Coś pięknego, z całego serca, żeby miała siłę i zdrówko.

Do mnie zaś zwraca się karcąco, sadowiąc się na brzeżku łóżka:

— Co ty wyprawiasz? Wiesz, ile nam strachu napędziłaś? Szukamy cię wszędzie od trzech dni. Dlaczego nie powiedziałaś, że masz jakieś problemy ze zdrowiem? Zachowujesz się, jakbyś nie miała rodziny.

 

— To moja osobista sprawa i, chwała Bogu, radzę sobie sama. Myślisz, że potrzebne mi jakieś konsylium rodzinne? Nie potrzebuję, żebyście z Jackiem przy kolacji roztrząsali kwestie dotyczące mojego ciała — mówię rozdrażniona. — W szpitalu mam wszystko, czego mi trzeba. Nie będą mnie tu zresztą długo trzymać. Czuję się już zupełnie znośnie.

— Więc ze szpitala zabieram cię do siebie. Nie możesz być sama. — Córka próbuje decydować za mnie.

— Nie jestem rzeczą, żeby mnie zabierać. Nie będę nikomu robić kłopotu. U ciebie nie ma warunków do rekonwalescencji. W domu będzie mi najlepiej. Dziękuję za dobre chęci, ale ty nie masz czasu nawet dla siebie, a chcesz się zajmować chorą.

Helenka zaczyna się prężyć w fantazyjnej chuście i popłakuje. Mam wątpliwości, czy dziecku wygiętemu w pałąk jest naprawdę wygodnie. Kiedyś wiejskie baby tak nosiły dzieci w pole, ale one nie miały wyjścia. Ewa rozkłada dziecko na mojej pościeli. Czuję na odległość, że pielucha jest pełna. Córka spokojnie rozpakowuje małą, która z zadowoleniem wierzga ślicznymi, malutkimi nóżkami. Prosi chłopców o pomoc, a oni natychmiast przerywają rysowanie i biegną ochoczo do niej. Sześcioletni Janek podaje jej pachnącą jednorazową chusteczkę, którą Ewa wyciera pupcię Helenki. Młodszy o dwa lata Franek trzyma już naszykowaną folię, w którą matka wrzuca brudną pieluchę i zużytą chusteczkę. Janek pewnym ruchem podsuwa pod uniesioną przez Ewę pupkę Helenki nową, czystą pieluszkę, całując przy tym słodką stopkę siostrzyczki fikającą mu przed nosem. Franek przysuwa swoją główkę do brzuszka dziewczynki i łaskocze ją czupryną. Mała śmieje się w głos.

— Dobrze sobie radzisz — mówię oschle, próbując ukryć wzruszenie, jakie wywołuje we mnie ta scenka.

— Bo mam dzielnych pomocników. — Ewa przygarnia chłopaczków i całuje ich serdecznie.

Malutka jednak po chwili nadal się krzywi i zaczyna płakać.

— Wiesz, idźcie już, bo to nie miejsce dla dzieci — mówię trochę wystraszona, że pielęgniarka będzie niezadowolona.

— Spokojnie, mamo, Helenka tylko chce jeść. Zaraz się uspokoi, jak podam jej obiad. Właśnie podgrzałam. — Ewa śmieje się i rozpina bluzkę.

Podaje małej nabrzmiałą, piękną, białą pierś. Dziecko chwyta łapczywie sutek i ciągnie z lubością. Ewa przymyka oczy i kołysze się leciutko. Jest spokojna i piękna. Przypomina mi Madonnę Rafaela. Patrzę na tę jej lewą obnażoną pierś i łzy same napływają mi do oczu. Córka jest psychologiem, a nie czuje, jak niedelikatnie zachowuje się względem mnie, której lewa pierś została już pewnie zutylizowana z innymi ludzkimi ochłapami pochodzącymi ze szpitalnej chirurgii. Ocieram wstydliwie łzy i wtedy Ewa spostrzega, że coś jest nie tak.

— Bądź dzielna, nie możesz się mazać — mówi do mnie jak do dziecka. — Najważniejsze, żebyś wyzdrowiała, a piersi nie są ci już do niczego potrzebne. Przecież nie będziesz karmić dzieci — uśmiecha się, chcąc dodać mi otuchy.

— Raczej się nie zrozumiemy — stwierdzam. — Odkąd stałaś się maszynką do rodzenia dzieci, piersi dla ciebie to tylko spiżarnia? — Wzdycham i odwracam od niej wzrok.

— Mamo, zrozum, że ja jestem szczęśliwa. Ja się realizuję jako matka. Cudownie jest towarzyszyć własnym dzieciom w poznawaniu świata i kształtować ich osobowość właśnie na tym najwcześniejszym, najbardziej intensywnym etapie.

— Tylko po co było kończyć studia? Dzieckiem na tym wyjątkowym, jak to ty mówisz, etapie umie się zająć byle kuchta.

— I tu się mylisz. Teraz w ich umysły wdrukowywane są rzeczy najbardziej podstawowe, rozwija się wrażliwość, rodzi umiejętność i potrzeba kochania, wyrabia gust. Nie chcę, żeby o tak ważnych rzeczach decydowała jakaś przypadkowa niańka. Choćby była najlepsza, nie będę to ja i zaprzepaszczę na zawsze możliwość dogłębnego porozumienia z własnymi dziećmi.

Córka zawsze dostaje rumieńców, gdy mówi na ten temat. Na punkcie rodziny jest trochę zbzikowana, podobnie zresztą jak jej mąż. Jacek pochodzi z wielodzietnej, inteligenckiej, głęboko wierzącej i praktykującej rodziny, którą Ewa zachwyciła się do tego stopnia, iż sama planuje mieć pięcioro dzieci. Jacek i jego rodzice są dla niej wyrocznią w kwestiach rodzinnych i światopoglądowych.

— Babciu, pjosę. — Młodszy Franek już zabazgrał całą kartkę różnokolorowymi krechami i teraz wręcza mi swoje dzieło z miną triumfatora.

— Dziękuję, kochanie, bardzo ładna laurka — mówię nieszczerze. — Ale co tu narysowałeś?

— Zdlówko, bo mama mówiła, zebyś miała zdlówko! — Pucołowata buzia promienieje radością.

— Jasiu, skończyłeś rysować? — Ewa zwraca się do starszego synka, który z wysuniętym lekko języczkiem zamalowuje coś starannie.

— Kończę — odpowiada krótko malec i kontynuuje pracę.

— Jest bardzo staranny i wytrwały — chwali go Ewa. — Dużo mi pomaga. Tak pięknie umie zająć się Franiem. Im już w życiu nie grozi nuda i samotność. Zawsze potrafią znaleźć sobie zajęcie. Czasem się kłócą, ale częściej sobie pomagają.

— Inteligentny człowiek nigdy się ze sobą nie nudzi — mówię oschle. — Nie wiem, czy dobrze robisz, obciążając stale Jasia koniecznością zajmowania się bratem. To jeszcze malutkie dziecko.

— Nie ma tu mowy o obciążaniu. Oni się razem bawią i wzajemnie się wzbogacają. Franek ma bardziej rozwiniętą wyobraźnię, a Janek zdolności manualne i właśnie tę wytrwałość, której małemu jeszcze brak. Mamo, ja często w dzieciństwie bywałam samotna i bezradna, więc wiem, że im będzie lepiej w życiu.

— Przyszłaś mi tu robić wyrzuty za zmarnowane dzieciństwo? Ja też byłam jedynaczką i nie mam do nikogo pretensji. Nie wiem, jak matka poradziłaby sobie, gdyby było nas więcej, a tata zwariował. Mieliśmy takich bezmyślnych sąsiadów, co to narobili tyle dzieci, że im bochenek chleba starczał tylko na jeden posiłek. Cieszyli się, jeśli mieli czym ten chleb posmarować. Oni mi zazdrościli i, o ile wiem, nie osiągnęli zbyt wiele w życiu. Pamiętam tylko, że stale się tłukli nawzajem. Moja mama uchroniła mnie przed czymś takim. Słyszałam już nie raz, że przeze mnie nie byłaś szczęśliwym dzieckiem. A tatuś to ci nie zmarnował dzieciństwa? — pytam zadziornie.

— Mamo, nie denerwuj się — Ewa, widząc, że rozmowa źle się potoczyła, próbuje mnie uspokoić. — Nie chciałam zrobić ci przykrości. Wiesz, że naprawdę chciałabym się tobą zająć po szpitalu, ale musiałabyś przenieść się do nas.

— Serdecznie dziękuję — odpowiadam z przekąsem. — Mieszkam bliżej szpitala i potrzebuję bardziej spokoju niż czyjejkolwiek opieki. Poproszę sąsiadkę, to będzie mi robić zakupy.

Janek przynosi mi wreszcie swoje dzieło. Wymalował wielkie i rozłożyste drzewo, na którym kwitną kwiaty. Zamalował też na zielono łąkę i na niebiesko niebo. To jest naprawdę niesłychanie dojrzały rysunek.

— Jestem pod wrażeniem — chwalę go, całując jego czarną główkę. — Dlaczego narysowałeś drzewo? — pytam.

— Bo jest mocniejsze niż kwiaty, da ci siłę — odpowiada poważnie wnuk.

Może jednak Ewa ma rację? — myślę.

*

Mam teraz dużo czasu na rozmyślanie i wspominanie. Dużo za dużo. Nie wypuszczą mnie ze szpitala tak szybko, jak myślałam. Po wizycie córki zagorączkowałam. Może mi przynieśli jakiegoś wirusa, a może to tylko nerwy? Irytują mnie też inne chore z tego samego pokoju, które wciąż pytają, czy czegoś nie potrzebuję, czy dobrze się czuję. Głupie pytania, zadawane w dodatku przez niewłaściwe osoby. To personel szpitalny powinien się pytać o moje potrzeby i samopoczucie. Dzisiejsze pielęgniarki mają tytuły naukowe, ale zapomniały, że ich zadaniem, jak sama nazwa wskazuje, jest pielęgnować. Wymalują się, wypindrują, mini na pół tyłka, i łypią oczami za doktorami. Jak taka ma tipsy na kilometr i krwistoczerwone usta, to aż strach bierze, gdy zbliża się, by pobrać krew. Mam wrażenie, że uczestniczę w jakimś horrorze, a ona w dyżurce wychłepce zawartość strzykawki. Nie chcę łaski innych chorych, bo potem one będą liczyć na moją wzajemność, a ja się brzydzę dotykać basenów i stale mnie mdli od tych okropnych zapachów, a właściwie ludzkich smrodów i wyziewów szpitalnych. Nie mam duszy samarytanki i nic na to nie poradzę.