I ja ciebie też!Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Z głową w chmurach, a raczej w Kilerowych ramionach, przesuwała się wzdłuż szpaleru ludzi z coraz to mniejszym opłatkiem i myślą, żeby już to wszystko przyspieszyć. W końcu jeszcze muszą szybko zrobić w sąsiednim studiu próbę i skończyć przed czternastą – trzeba przecież puścić ludzi do domów na wigilię. Nie mówiąc już o tym, że w ich „gniazdku” stała kupiona przez nią jemioła i czekała na najważniejszą dla niej wigilię, choć niestety zawsze najkrótszą, bo on do rodziców, z rzeczami już czekającymi w samochodzie, a ona do dzieci…

Z tych romantyczno-erotycznych myśli wyrwał ją mocniejszy niż zwykle uścisk. To Ania, jej asystentka. Agata ją lubiła, dziewczyna była bystra, chciała się wszystkiego jak najszybciej nauczyć i zgadywała życzenia, zanim szefowa wypowiedziała je na głos.

Teraz ściskała jej rękę już dobrą chwilę.

– Kochana, nawet nie wiesz, jak bardzo ci dziękuję! Tak wiele się przy tobie nauczyłam, szanuję cię jak nikogo innego! Bardziej niż rodzoną matkę! Agata prezesem świata! – powiedziała z przekonaniem.

– Wiesz co, maleńka, po raz pierwszy widzę w kimś siebie samą sprzed dwudziestu lat… Kariera przed tobą, zobaczysz! – Agata naprawdę się wzruszyła. – Ale co ty taka blada? – Zerknęła na dziewczynę uważniej. – Chora jesteś?

Ania rzeczywiście nie wyglądała za dobrze.

– Jakoś mi niedobrze. – Zatkała sobie dłonią usta i pobiegła do łazienki.

Agata się uśmiechnęła. Coś tam słyszała, że Ania zakochana. Musi w końcu wziąć asystentkę na spytki, co to za nowa miłość. I chyba nie platoniczna…

– A teraz niespodzianka dla naszej kochanej pani reżyser! – usłyszała głos Mirka, kierownika produkcji.

„Och, Mirek, kocham cię, ale nie teraz, przecież wszyscy muszą już na próbę!!!” – syknęła w myślach.

– Wiem, że Agata ma ochotę mnie udusić, bo już myśli tylko o próbie, ale specjalnie na dziś zmontowaliśmy takie coś! – oznajmił niezrażony Mirek.

Na plazmach w studiu pojawiły się najśmieszniejsze fragmenty z prób i kiksy z nagrań ich wspólnego cyklu, który jesienią był wielkim sukcesem.

Kiedy wszyscy ryczeli ze śmiechu, oglądając kolejne wpadki, z Agaty też zeszło napięcie i dołączyła do rechoczących kolegów.

– Jak Humor Show, to Humor Show – zachichotał jej do ucha zadowolony z siebie Mirek i zaczął zbierać ludzi do studia.

– Kochana, jeszcze ci nie złożyłam życzeń w tym roku. – Agata usłyszała słodki głosik tuż przy uchu.

O nie! Donata… Jeszcze ona tu potrzebna.

– Życzę ci, Doni, zdrowia, bo zdrowie najważniejsze… – wypaliła, żeby spławić nieproszoną towarzyszkę.

Starała się przy tym utrzymywać promienny wyraz twarzy.

– Ano właśnie – przerwała jej Donata – tych życzeń chyba najbardziej potrzebuje twoja asystentka, bo właśnie rzyga w łazience. Nie powinnaś się tym zainteresować? Niańczysz ją od tylu lat. To przecież taka twoja telewizyjna córeczka. Wy naprawdę jesteście podobne, gdyby nie te twoje… – zaczęła przemowę Donata.

– Zrobię z niej kiedyś swoją zastępczynię. Oj, masz rację, kochana, idę jej pomóc! – Agata z ulgą wyswobodziła się z rąk Donaty i popędziła w stronę studia.

Uff! Udało się.

„A tak w ogóle to gdzie jest Kiler?”, dopiero teraz uświadomiła sobie, że dziwnie jej od rana unikał. Rozejrzała się i zobaczyła go na korytarzu przed bufetem w ich studiu.

– O, jesteś wreszcie. Chodź na próbę! – Pociągnęła ukochanego za rękę.

– Skoczmy na chwilę na papierosa na taras! – poprosił.

– Nic z tych rzeczy, do roboty! Przecież musimy jeszcze zajrzeć pod naszą jemiołę. – Przytuliła się do niego szybciutko i ruszyła przodem.

Pędziła z próbą jak szalona, żeby jak najszybciej znaleźć się w ich gniazdku.

Wreszcie ostatnia scena i koniec. Życzyła wszystkim zdrowych świąt i ostrzegła, że mają się stawić w studiu w komplecie 30 grudnia o dziesiątej. Punktualnie.

Party wigilijne Gwiazdy i Gwiazdki

Wiktoria dumnie wkroczyła na imprezę, opierając się na ramieniu Całuska, rozejrzała się dyskretnie po sali, by sprawdzić, czy wszyscy patrzą w jej stronę i czy Karol – jej eks – już jest. Chciała mu podać dłoń w taki sposób, by wyeksponować (chyba) zaręczynowy pierścionek. Tłumek już był spory. Gwiazdy ubrane przez stylistów, uczesane przez fryzjerów i pomalowane przez wizażystki (przecież na taką imprezę nikt nie szykuje się sam) prężyły się w różnych pozach przed zastawką z dykty oblepioną reklamami sponsorów – zwaną ścianką. Wszędzie błyskały flesze aparatów.

Ci, którzy jeszcze nie dostąpili tego zaszczytu, czekali grzecznie w kolejce, aby stanąć u progu sławy i zobaczyć następnego dnia swoje zdjęcia na portalach plotkarskich, opatrzone głośnymi tytułami: Magda M. olśniewa w różowej sukni z nowym tajemniczym chłopakiem, Zbyszek Z. przyszedł sam. Czyżby kryzys w jego małżeństwie?, Dawno niewidziany na bankietach Ryszard W. już po odwyku. Myślicie, że nie wróci do nałogu?, Mariola B. w świątecznej stylizacji. Też was zachwyciła?.

Na stołach wegeśledzie, humus, sushi i opłatek z mąki ryżowej, bo przecież teraz wszyscy są wegetarianami i mają uczulenie na gluten. Za to najwyraźniej nikt nie ma uczulenia na alkohol, który lał się strumieniami. Kto wie, może znalazł się i biały proszek na zwiększenie energii i wyostrzenie inteligencji.

Pierwszy podszedł do Wiktorii Jerry Don (z domu Jurek Kowalski), projektant mody, celebryta, osoba wiedząca wszystko o wszystkich. Ostatnio kolorowe gazety obiegło jego głośne rozstanie z wieloletnim partnerem, znanym śpiewakiem operowym.

– Cześć, kochana. Nasza królowa jak zwykle najpiękniejsza. Czyj ten garnitur? Piękny! – Ucałował ją trzy razy.

– Mój, z szafy – odpaliła.

– Żartownisia. – Klepnął ją w ramię. – Jakiego projektanta? Kto ci uszył? Kto cię dzisiaj pomalował, bo wyglądasz na dziesięć lat mniej!

– Ja nie mam czasu na stylistów, mój drogi. Garnitur kupiłam w sklepie, a malowałam się sama. Ach, zapomniałam was sobie przedstawić! – Spojrzała przepraszająco na Całuska. – Mój narzeczony Tomek. I to chyba dzięki niemu tak wyglądam – uśmiechnęła się promiennie – a to Jerry, król świata mody.

– Bardzo mi miło. – Jerry omiótł Całuska wzrokiem od stóp po czubek głowy.

– Cześć, kochany. – Całusek ucałował serdecznie Jerry’ego trzy razy.

Robił to z każdą nowo poznaną osobą, jakby byli przyjaciółmi od lat i nie istniały żadne konwenanse czy bariery.

– Zawsze dowcipna i szalona! – zaśmiał się Jerry i szepnął jej do ucha: – Fajne ciacho!

Nagle zadzwonił telefon Całuska. Ten odszedł na bok i po krótkiej rozmowie, lekko zdenerwowany, powiedział, że musi szybko jechać do rodziców, bo jest jakiś problem ze zdrowiem cioci Halinki, która przyjechała do nich na święta. Dla Całuska rodzina była najważniejsza, a Wiktoria to rozumiała. Ba! Była tym zachwycona – taki rodzinny facet to skarb! Który inny zostawiłby na celebryckim party świeżo upieczoną narzeczoną, żeby jechać do chorej cioci. Ideał!

– Kochanie, widzimy się u ciebie. Szybko wrócę – obiecał i tyle go widziała.

– Słodki chłopak! – rozpływał się Jerry. – Skąd go wytrzasnęłaś? Ptaszki ćwierkają, że się zaręczyłaś! Gratulacje!

– No wiesz – Wiktoria się uśmiechnęła – jest czas ślubów, rozwodów i ponownych ślubów. Kto wie, kto wie. A jak ty się trzymasz po rozstaniu? Jak wasze sprawy? – zapytała z prawdziwą troską.

– Kochana, sprawy majątkowe mamy za sobą. Został nam ostatni nierozwiązany problem. Jestem u kresu wytrzymałości! Jak on mógł się tak zachować?! – Jerry chwycił się za głowę.

– Jezu! Jaki problem? – Wiktoria naprawdę się przejęła.

– Opieka nad Bubu i Gugą. – Jerry pociągnął nosem.

– A kto to jest? – Nie do końca zrozumiała.

– No wiesz! – oburzył się Jerry. – Wszystkie gazety o tym pisały!

– Musiało mi umknąć. Może mnie w kraju nie było… – zażartowała i zaczęła przelatywać w myślach wszystkie najświeższe plotki.

– Nasze koty! – wypalił wreszcie. – Syjamskie! Nie możemy ich rozdzielić, bo wiesz, to rodzeństwo. Nie umiemy też podjąć decyzji, z kim będą mieszkać na stałe, a z kim tylko w weekendy i święta. Jestem tym wykończony!

– Oooo! To straszne! – Wiktoria starała się zabrzmieć jak najwiarygodniej.

Jednocześnie rozglądała się po sali w poszukiwaniu kogoś, kto mógłby uwolnić ją od rozmowy na temat podziału opieki nad kotami pomiędzy nadwrażliwych gejów.

Nagle zobaczyła, że w jej stronę z gniewną miną kroczy Karol.

À propos eks… nadchodzi mój. – Wzrokiem pokazała Karola.

– To ja będę leciał. – Jerry natychmiast się ulotnił.

Chyba trochę się bał jej byłego męża.

Karol podszedł i nawet się nie przywitał. Wiktoria zmierzyła go wzrokiem. Musiała przyznać, że Kingusia ostro się za niego wzięła: schudł, rzucił palenie i lekko zapuścił włosy. Wyglądał świetnie. Zresztą zawsze jej się podobał, w końcu wybrała go na tego jedynego. Do końca życia. No, ale nie wyszło.

– Co ty wyprawiasz?! – krzyk Karola wyrwał ją z zamyślenia.

– O co ci chodzi? – Była zaskoczona jego atakiem.

– Zaręczyłaś się? Cała Warszawa aż huczy! – wrzeszczał dalej.

– Dobre wiadomości szybko się rozchodzą – powiedziała zalotnie.

– Informujesz świat za pomocą Facebooka i Insta?! Rozum ci odebrało, jak połowie tych pustaków tutaj, którzy na świat patrzą przez okienko telefonu. I dzielą się każdym szczegółem swojego życia! – denerwował się coraz bardziej.

– Oj, nie rób scen! – Machnęła ręką. – Jeden post i mam z głowy, nie muszę każdemu tłumaczyć, co się zmieniło w moim życiu! – starała się go uspokoić.

– A nie wpadłaś na pomysł, żeby poinformować o tym najpierw Wiktora i mnie?

 

– Wiktorowi sama powiem, zresztą on bardzo lubi Całuska, odrabia z nim lekcje. A ciebie co obchodzi moje życie prywatne? Zazdrosny? – Znów przybrała na twarz zalotny uśmiech.

– Ja zazdrosny? Lekcje odrabia! Wielkie halo! – Karol prychnął teatralnie. – A skąd ty go w ogóle znasz?

– A co to ma za znaczenie? – Poczuła, że się denerwuje. – Co cię to obchodzi?! – krzyknęła.

– Ma! – Karol spojrzał jej w oczy. – Dziwne plotki o nim krążą.

– Zazdrośnicy! – prychnęła. – Jak młody, kulturalny i zakochany, to na pewno podejrzany!

– Wiktoria – Karol spuścił z tonu – ja się o ciebie i Wiktora po prostu martwię i wkurza mnie ten milusiński dupek!

Wiktorii zrobiło się trochę głupio z powodu tego Facebooka. Ponadto Karolowi udało się zasiać w jej głowie ziarno niepokoju. Rzeczywiście… nie poznała żadnych znajomych Całuska, wszystko kręciło się wokół niej. Jej życia, jej znajomych, jej rodziny. Ale przecież poznała go u koleżanki! Fakt, impreza była na jakieś dwieście osób, może więc powinna zadzwonić do gospodarzy i zapytać, czy go znają? Z drugiej strony: zaczynać związek od braku zaufania?

Wróciła na ziemię.

– A gdzie twoja fit Kingusia? Nie zabrałeś jej? W domu pierogi lepi? – rzuciła ironicznie.

– Dla mnie i dla ciebie taki bankiet to praca, a nie przyjemność. Nie ma jej. Ja też lecę, bo zostawiłem Wiktora u kolegi. Poza tym męczy mnie ta rozmowa, bo nic do ciebie nie dociera. Pamiętaj, że cię ostrzegałem. – Spojrzał jej w oczy.

– I ja ciebie też – rzuciła z kpiną. – Nie spóźnijcie się tylko jutro. Bo nie będę stała cały dzień przy garach.

– Wesołych świąt! – dodał, znów wkurzony.

– Wesołych! – odpowiedziała.

Od rozwodu minęły trzy lata, a jej długo zajęło pozbieranie się po rozstaniu. Bardzo kochała Karola. Uważała, że byli dobrym małżeństwem, i miała do niego stuprocentowe zaufanie. Tym bardziej informacja, że odchodzi, była dla niej ciosem. Mieli wspólne pasje, pracę, przyjaciół, dom, a przede wszystkim ukochanego syna, na którego tak długo czekali. Mały Wiktorek był klonem Karola: gęste ciemne włosy, ciemna karnacja, taki włoski typ. Od ojca różniły go okulary i okrągła buzia. Karol od małego zajmował się synem, wstawał w nocy go przewijać, uczył pływać, jeździć na rowerze, nartach, wprowadzał Wiktora w swój świat. Wyjeżdżali na męskie wyprawy pod namiot, na ognisko czy nad jezioro. Uwielbiała te ich wypady we dwóch, wiedziała, że zacieśniają więzi pomiędzy ojcem a synem.

I nagle cały ten ich idealny mały świat się skończył.

Minęły trzy lata, a ona po każdym spotkaniu z Karolem nadal czuła, jak wszystko w niej drży. Tak jak teraz.

Z tych chwilowych rozmyślań na temat życia wyrwał ją Daniel, młody chłopak, który wygrał ostatni talent show. Nie tylko pięknie śpiewał, lecz także sam komponował i pisał świetne teksty.

– Dzień dobry, chciałem się przedstawić. – Wyciągnął rękę.

– Daniel. – Natychmiast przywołała na twarz profesjonalny uśmiech. – Doskonale wiem, kim jesteś, i gratuluję wygranej. Masz wielki talent! – Pilnie przyglądała się młodemu artyście.

– Dziękuję! – Odpowiedział uśmiechem. – Talent to nie wszystko, powinienem mieć dobrego agenta. Czy zechciałaby pani się ze mną spotkać i porozmawiać o współpracy?

– Z przyjemnością. Po sylwestrze zapraszam do mnie do biura.

– A słyszała pani moją ostatnią piosenkę o korpo?

– Nie. To coś nowego? – zaciekawiła się.

– Zdecydowanie. Proszę posłuchać. – Daniel przybliżył się do Wiktorii i zaczął rapować:

Na czwartym piętrze szklanej wieży

Której paszcza windy w pionie bieży

Na korytarzu cichym, między agencjami

Pomiędzy biegiem, stresem i asapami

Między szeptu szelestem a nerwów krzykiem

Okręgiem coachingu a biedy krzyżykiem…

– Daniel – przerwała mu gwałtownie – spotkamy się po sylwestrze i omówimy wszystko. To chyba nie jest miejsce i czas na rapowanie. Powinniśmy pomyśleć o nagraniu płyty. Masz tego więcej?

– Tak! Mam dwadzieścia dwa teksty mówiące o współczesnym świecie i kondycji człowieka – mówił podekscytowany.

– Wspaniale. Wiesz, wielu ludzi ma świetne głosy, ale nie ma osobowości, a ty piszesz dobre teksty, komponujesz, jesteś przystojny i masz ogromną wrażliwość. Jeżeli będziesz dobrze chroniony, osiągniesz sukces! Jesteś prawdziwym artystą. To moja wizytówka. – Wręczyła mu elegancki kartonik.

– Dziękuję! Widzimy się po Nowym Roku. – Uśmiechnął się promiennie.

Wiktorię ucieszyło to spotkanie. Kochała swoją pracę i artystów, którymi się zajmowała. Uważała, że są wrażliwi i trzeba im pomagać, chociaż czasami dawali jej popalić fochami czy wahaniami nastrojów. Wiedziała, że Daniel ma talent i odniesie sukces. A do tego nie miała jeszcze w swojej stajni rapera.

Nagle ktoś wbił jej w ramię długie pazury.

– Widziałam, widziałam twojego księcia, kochana! Gratuluję zaręczyn! Co za piękne zdjęcie na Facebooku! I jaki piękny breloczek z bałwankiem!

Donata.

„Kurwa mać”, zaklęła Wiktoria w myślach i zaraz się za to skarciła. „Całuskowi by się to nie spodobało”.

– To jakiś nowy zwyczaj? – kontynuowała tamta. – On ci pierścionek, a ty mu bałwanka? No, królewska para. Megan i Harry. Szkoda, że nie wrzuciłaś waszych zakochanych twarzy na Facebooka! Ale ja na twoim miejscu zrobiłabym to samo. On jest taki śliczny, że też chowałabym go tylko dla siebie, bo wokoło tyle pięknych, młodych, wolnych kobiet spragnionych miłości. – Donata potrząsnęła rudymi lokami.

– Masz na myśli siebie? – odpaliła Wiktoria.

– Och, dziękuję, kochana, że uważasz mnie za piękność! – Roześmiała się perliście. – Ale swoją drogą nie znalazłam na Facebooku żadnego waszego wspólnego zdjęcia, a on wręcz nie ma konta! Jakby nie istniał!

– Bardzo dba o prywatność. – Wiktoria chciała już zakończyć tę rozmowę.

– Ciekawe dlaczego? Hmmm… No, ale kiedy ślub? – zmieniła temat. – Oczywiście czuję się zaproszona! – I poszła, nie czekając na odpowiedź, bo zobaczyła kogoś innego, do kogo mogłaby się przyczepić.

Wiktoria odetchnęła głęboko, rozejrzała się po sali i stwierdziła, że towarzystwo powoli zbiera się na domowe wigilie. Wyszła więc po angielsku i ruszyła do siebie. Wiedziała, że musi oszczędzać siły, bo czeka ją dziś jeszcze wiele atrakcji.

Z samochodu wybrała numer ukochanego. Chciała mu wyszeptać, że tęskni i nie może się już doczekać spotkania, oraz zapytać o zdrowie cioci. Telefon był jednak wyłączony i usłyszała jedynie seksowny głos: „Dzień dobry. Nie mogę w tej chwili odebrać. Proszę, zostaw wiadomość, najlepiej dobrą, a na pewno oddzwonię”.

– Kochanie, to ja! Twoja narzeczona. – „Chyba”, dodała w myślach. – Wracam do domu i czekam na mojego królewicza. Jak to dobrze, że cię mam. Tęsknię. Zadzwoń, jak odsłuchasz – nagrała się.

Gniazdko Agaty i Kilera

Agata i Kiler swoje miejsce na ziemi mieli w stylowej kawalerce na drugim piętrze starej mokotowskiej kamienicy, którą wynajmowali od wspólnej koleżanki. Agata kochała to miejsce, bo tylko tu miała Kilera dla siebie, razem to mieszkanko urządzali, razem sprzątali, myli okna, pili poranną kawę, jak prawdziwe małżeństwo, za czym tak tęskniła. Za zwykłym życiem, a nie – on u siebie, z tą rozpuszczoną małolatą na chacie, siostrunią wieczną studentką, której mamusia kazała pilnować starszemu bratu, żeby nie poszła w tango, a ona w mieszkaniu wprawdzie dużym, ale z mamą i z dziećmi.

A tu był ich intymny mały świat. Ale za to z wielkim łóżkiem, na którym kochali się, pisali scenariusze, oglądali programy do zmontowania i stare polskie seriale. W dębowej komodzie przy łóżku trzymali pokaźną kolekcję seksownej bielizny, koszulek nocnych i gadżetów, bo oboje uwielbiali seks i erotyczne eksperymenty. W lodówce zawsze był „szampan tuż przed”, a w kolejnej szufladzie komody „papieros tuż po”, bo oprócz pracy i seksu łączył ich ten sam nikotynowy nałóg.

– Widziałeś filmik Mirka? Ale genialne rzeczy z tobą połapali, co nie? – Rozpromieniona Agata przypominała sobie miłe chwile poranka, wstawiając wodę na herbatę.

Ale Kiler nawet się nie uśmiechnął, tylko patrzył gdzieś przed siebie.

– Halo! Tu Ziemia! Co się tak zamyśliłeś? – Podała ukochanemu kubek z napojem.

Żółty z zielonym listkiem. Bo zielony z żółtym listkiem był jej. Przywieźli te kubki z Portugalii. Bardzo je lubiła, bo i ten tydzień w Porto był bajkowy.

– Posłuchaj – Kiler wziął głęboki oddech – w moim życiu pojawiła się kobieta, z którą będę jeszcze mógł coś przeżyć. Zawsze wiedziałaś, że chcę mieć dziecko. Własne dziecko, nie twoje… Wybacz mi, nie będziemy się już widywać – wyjąkał, nie patrząc jej w oczy.

– Bardzo śmieszne! – Uśmiechnęła się. – Ale już daj spokój z tymi żartami, bo jestem zmęczona, a poza tym mamy Wigilię.

Często ją wkręcał, a potem śmiał się, że: „Tobie to można wszystko wmówić, no naprawdę! Tyle lat robisz w rozrywce, a na żartach się nie znasz!”. Czekała, kiedy się roześmieje, zadowolony, że znów ją nabrał. Ale sekundy mijały, a on milczał.

Jeszcze raz spróbowała obrócić wszystko w żart, ale już zaczęło do niej docierać, że tym razem to żadne wkręcanie, żaden kawał.

Wtedy zaczęła się jej totalna rewolucja w żołądku. A może to jelita? Symfonia była coraz głośniejsza. Gdyby nie cała ta absurdalna sytuacja, to byłoby nawet śmieszne. A zawsze myślała, że będzie jak w komedii romantycznej i po usłyszeniu takich słów osunie się, elegancko zemdlona.

A tu kiszki grały alarm. Noż kur…

– Wiem, że to dla ciebie bolesne, ale nie chciałem spędzać tych świąt w kłamstwie – odezwał się Kiler. – A prawda jest taka, że chcę jeszcze coś przeżyć, chcę być młody, a wiesz, jak dziecko odmładza. My już wpadliśmy w rutynę, z tobą przyszłoby mi się już tylko zestarzeć, rozumiesz?

– Kto to jest? Znam ją? – Agata starała się ścisnąć ręką grające kiszki, żeby choć trochę je uciszyć.

– Znasz…

W tej sekundzie ją olśniło. Nieee! Tylko nie to!!! Ale już wiedziała, że to właśnie to. Puzzle w jej głowie właśnie się ułożyły.

Ania. Jej Ania. Jej osobista asystentka. Koleżanka tej pieprzonej Sandruni, rozpuszczonej siostry Kilera. To ona wyprosiła, żeby wziąć do roboty jej psiapsiółę, bo taka zdolna, taka uczciwa i taka biedna, z prowincji. Konia trojańskiego mi wpuściła, siksa jedna.

– Mieszkanie ci zostawiam, bo wiem, jak lubisz tu być i pracować. Będę oczywiście za nie płacił. – Wyjął z kieszeni swój komplet kluczy. I jeszcze jakieś zawiniątko. – A to twój prezent. – Położył pudełko obok kluczy na stole. – Taki, jak chciałaś. Nie przedłużajmy tego. Polecę już. Pozdrów mamę. I koniecznie wyśpij się w święta przed naszym show! – Złapał kurtkę i wybiegł.

Usłyszała jeszcze dudnienie jego kroków na schodach.

„Nie zdążyłam mu nawet dać swojego prezentu”. Przeszło jej przez myśl, żeby złapać pióro i pobiec za nim. Ale nogi miała jak z waty. Usiadła na podłodze. Na ich białym puchatym dywanie, na którym tydzień temu zasnęli, wyczerpani ognistym seksem. I tak siedziała. Jak posąg. Nawet nie mogła się rozpłakać. Ani wstać. Ani zadzwonić. Ani krzyczeć. Nic.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?