Pamiętnik nastolatki 2 1/2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


29 czerwca

Jacek mnie kocha. Dał mi to wyraźnie do zrozumienia, ale co z tego, skoro wciąż jest z Agą?

– Nie zostawię jej – powiedział. – Oswoiłem ją tak jak Mały Książę oswoił swoją Różę. Jestem więc za nią odpowiedzialny.

Nie ogarniam tego wszystkiego, słowo daję! Skoro mnie kocha, powinien być ze mną. Dla mnie to proste i logiczne. Po co wszystko komplikować? I co ja właściwie teraz mam zrobić, zwłaszcza że jestem czterysta kilometrów od Wrocławia? Dobrze, że przez pierwsze dwa tygodnie będę tylko z ciocią Kasią i Kacprem. Miał być wujek, ale nie dostał urlopu, a Marcin w ostatniej chwili zmienił wakacyjne plany. Przy cioci odpoczywam i daje mi ona tyle swobody, ile zechcę. Niestety muszę ją pilnować, bo dziś jeszcze dobrze się nie rozpakowałyśmy, a ciocia już zdążyła narozrabiać. Przez całą drogę wściekała się na wujka, bo nie mogła się do niego dodzwonić. Ale od czego w końcu jest internet? Ciocia zalogowała się na Facebooka i wysłała wiadomość do swojej przyjaciółki: „Błagam Cię, idź najszybciej jak możesz do naszego mieszkania. Moja druga połówka nie odbiera telefonu. Jeśli mnie zdradza, to powyrywam mu nogi z d...” – Tu ciocia użyła niecenzuralnego słowa, a potem tak się nakręciła, że użyła jeszcze kilku, pod adresem wujka. Ścięłam się, że coś nie tak, gdy, wieszając wakacyjne sukienki do szafy, zobaczyłam jej minę. Siedziała wpatrzona w ekran laptopa, z wypiekami na twarzy i przerażeniem w oczach.

– Wszystko OK, ciociu? – spytałam.

– Nie rozumiem, co się dzieje – odparła drżącym głosem. – Wysłałam wiadomość do Bożenki, a odpisała mi Basia. Ale to nie wszystko! Odpowiedziała mi też Irka, Zosia, Ania, Mariola i Karol. Tylko Bożenka nie odezwała się ani słowem, a Karol napisał, że jeśli wujek mnie zdradza, to on własnoręcznie mu te nogi z... no, wiesz z... – szukała odpowiedniego słowa – z miednicy powyrywa.

– Pokaż, ciociu – usiadłam przy niej i zerknęłam na monitor. Fakt, roiło się od komentarzy.

– Ciociu, bo Ty nie wysłałaś prywatnej wiadomości, tylko napisałaś publicznie.

– Jak to? – zdziwiła się. – Weszłam na profil Bożenki i tutaj napisałam – wskazała palcem na podłużne okienko z napisem: „Napisz coś”.

– Ale tutaj, ciociu, masz pod spodem napisane: „Podziel się”, więc to, co napisałaś do pani Bożenki, przeczytali wszyscy twoi znajomi i jej znajomi, i znajomi osób, które skomentowały twój wpis.

– Rety, i co ja teraz zrobię?

– Teraz, ciociu, to ty już nic nie możesz zrobić. Usuń ten wpis i pamiętaj tylko, żeby na drugi raz użyć tego linku – wskazałam palcem na napis: „Wyślij wiadomość użytkownikowi Bożena” – I nie przejmuj się – próbowałam ją pocieszyć.

Na próżno. Jeszcze dobrze nie ogarnęła, co zrobiła nie tak, a już zaczął dzwonić telefon. Pierwszy był wujek z pretensjami, jak ciocia Kasia mogła mu zrobić coś takiego, że on nigdy jej nie zdradził, że nawet przez myśl by mu to nie przeszło. Potem zadzwonia mama, Marcin i połowa cioci osiedla, która miała z nią kontakt telefoniczny. Wszyscy zapewniali ciocię, że wujek na pewno jej nie zdradza i żeby spokojnie odpoczywała. Ciocia była załamana, więc próbowałam jej poprawić humor, ale gdy nie widziała, aż bulgotało we mnie ze śmiechu. Takie wpadki nie są rzadkością i byłam pewna, że za kilka dni zarówno ciocia, jak i wujek będą się z tego śmiać.


30 czerwca

Od samego rana świeciło słońce, więc poszłyśmy na plażę. Nasz domek letniskowy położony był w ustronnym miejscu. Plaża też była prawie pusta.

– Jeśli chcesz poznać rówieśników, możesz iść na strzeżoną. Przecież wiesz, że nie musisz dotrzymywać mi towarzystwa – powiedziała ciocia.

– Może jutro – odparłam. – Dziś nie mam ochoty.

Powiedziałam prawdę. Chciałam poleżeć w spokoju, z dala od rozwrzeszczanego tłumu, pomyśleć o Jacku, jeszcze raz przeżyć w myślach wszystkie chwile, które miały miejsce tuż przed wyjazdem.

„Miłość to choroba umysłowa – powiedział – ale nie przez Agnieszkę na nią zapadłem, lecz przez ciebie”. A potem, wpatrując się w moje oczy, mówił dalej: „Natka, ja wariuję! Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztuje. Przy tobie przestaję myśleć. Nic wtedy nie ma znaczenia. Liczysz się tylko ty”. Zanurzyłam się w rozmyślaniach, otuliłam nimi jak miękką kołdrą i mogłabym tak trwać przez całe wakacje. Było mi dobrze, bardzo dobrze, ale głos cioci Kasi podziałał jak kubeł zimnej wody wylany na moje ciepłe, senne ciało.

– Natka! Natka! Musisz mi pomóc!

– Co się dzieje?!

– Kacper uciekł! Pobiegł za jakąś psią pięknością! Wystrzelił jak torpeda! Nigdy nie widziałam, żeby tak szybko biegł.

„Akurat” – pomyślałam, zła na ciocię, że przerwała moją sielankę i że nie pilnuje Kacpra, a głośno powiedziałam:

– No, to idziemy go szukać.

– Dziękuję ci, kochanie – odparła wdzięczna, że nie zostawiam jej z tym problemem samej.

Ruszyłyśmy brzegiem morza, rozglądając się dookoła i nawołując psa.

– Chyba go widzę! – powiedziałam podekscytowana, gdy po przejściu chyba z dwóch kilometrów już straciłam nadzieję na odnalezienie.

– Gdzie?! – ciocia Kasia prawie podskoczyła z wrażenia.

– Widzisz tę grupkę? O tam, koło wydm! Mam wrażenie, że się z nim bawią.

– Masz rację! – zawołała. – Aby go tylko nie wypuścili, żeby im nie uciekł – mówiła szybko.

Zaczęłam biec w ich stronę, machając do nich rękami. Próbowałam dać im do zrozumienia, żeby go złapali i przytrzymali. Nie chciałam krzyczeć, bo bałam się, że Kacper, usłyszawszy mój głos, zorientuje się, o co chodzi, i znów ucieknie. Początkowo patrzyli na mnie, jakby nie rozumieli, o co chodzi, ale w końcu załapali. Zauważyłam, że jeden z chłopaków silnie złapał go za szelki. Przyspieszyłam. Biegłam, ile tchu, nagle potknęłam się o coś twardego i wyłożyłam jak długa.

– Nic ci nie jest? – usłyszałam głos.

– Chyba nie – odpowiedziałam i przewróciłam się na bok, aby najpierw usiąść. Skierowałam twarz w stronę głosu i natknęłam się na wpatrzone we mnie, wielkie niebieskie oczy. Chłopak uśmiechał się z wyższością. Był bardzo opalony, co mnie zdziwiło, biorąc pod uwagę, że to dopiero początek wakacji. Miał ciemne pofalowane włosy sięgające do ramion, które niedbale odrzucił do tyłu. Był tak piękny, że aż zaniemówiłam z wrażenia. Poczułam się jak idiotka i to spowodowało, że natychmiast oblałam się rumieńcem.

– Mam na imię Maksym – powiedział, wyciągając w moją stronę dłoń.

– Chyba Maksymilian – palnęłam.

– Nie – odparł zdecydowanie, zawadiacko się uśmiechając. – Maksym.

– Ja jestem Natka, to znaczy Natalia, ale mówią na mnie Natka, to znaczy do mnie tak mówią, nie na mnie – dukałam, czując, że kompromituję się coraz bardziej. Podałam mu dłoń i przeszły mnie dreszcze. Szybko cofnęłam ją z powrotem. Znów się wygłupiłam. To jego uroda kompletnie mnie rozpraszała. Zawsze uważałam, że to Jacek jest najprzystojniejszym chłopakiem na świecie. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że ktokolwiek inny może wyglądać tak doskonale. Przyglądał mi się z wyraźnym rozbawieniem.

Z opresji wybawiła mnie ciocia Kasia.

– Tak bardzo wam dziękuję! – powiedziała słodziutkim tonem, podchodząc do znajomych Maksyma. – Prawie już nie ucieka, a dziś mu się zdarzyło. Zupełnie nie wiem dlaczego...

– Przeznaczenie – rzekł Maksym, nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Urwis jeden – ciągnęła ciocia Kasia, nie zwracając uwagi na słowa Maksyma. – Niby taki mądry, a nie zdaje sobie sprawy, że gdy ucieka, może mu się coś niebezpiecznego przytrafić.

– Najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło – odparł wysoki blondyn.

– To prawda – westchnęła ciocia, pochyliła się i przypięła do szelek smycz. – Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – dodała, spoglądając na mnie i na całą grupkę. – Właśnie dziś mówiłam Natalii, że powinna poznać rówieśników. W końcu ma wakacje, a ze mną zanudzi się na śmierć.


– Ciociu, nigdy się z tobą nie nudzę – bąknęłam.

– Codziennie jesteśmy na plaży, w tym miejscu. Może do nas dołączyć – odezwał się wysoki blondyn.

– Jasne – poparł go szatyn w niebieskiej koszulce. – Jestem Witosz – wyciągnął w moją stronę rękę.

– Natka – odpowiedziałam.

– A ja Łukasz.

– Natka.

– Stefka – teraz dłoń wyciągnęła jedna z dziewcząt.

– Natka.

– Paulina.

– Natka.

Przedstawialiśmy się sobie kolejno, ale czułam, że przez cały ten czas Maksym nie spuszcza ze mnie wzroku.

– Mieszkacie tutaj? – spytała ciocia Kasia.

– Jesteśmy rozbici na polu namiotowym niedaleko stąd – wyjaśnił Witosz.

– A skąd jesteście? – dopytywała ciocia, bardziej by podtrzymać rozmowę, niż z ciekawości.

– Uczymy się we Wrocławiu, choć niektórzy z nas są w internatach. Paulina i Stefka są z Poznania.

– Musicie być bardzo samodzielne – ciocia uśmiechnęła się do dziewcząt. Zrewanżowały się również uśmiechem.

– To co? Czas na nas – rzekła ciocia, spoglądając na Kacpra. – Natka, jeśli chcesz, to zostań ze znajomymi.

– Teraz nie mogę – odparłam zdecydowanie. – Mam coś ważnego do załatwienia.

 

– Zapraszamy więc jutro – powiedział Witosz.

– Jeśli tylko dam radę i będzie ładna pogoda, to być może przyjdę – odparłam wymijająco, podnosząc się z koca.

– Do zobaczenia, Natalia – usłyszałam pewny siebie głos Maksyma. Odważyłam się na krótką chwilę spojrzeć na niego. Zawadiacki uśmiech nie znikał z jego twarzy.

– Jaki piękny chłopiec – szepnęła ciocia, gdy oddaliłyśmy się na bezpieczną odległość. Nawet ona dostrzegła jego niezwykłą urodę. Zresztą trudno się dziwić.

– To prawda – przyznałam. – Tylko imię ma dziwne: Maksym. Myślałam, że nie ma takiego imienia.

– Oczywiście, że jest. Wywodzi się z łaciny, ale nie pamiętam, co oznacza.

– Sprawdzimy w internecie – powiedziałam.

– Co to, to nie, moja kochana – zaoponowała ciocia. – Ty sprawdzisz, ja od internetu na razie wolę się trzymać z daleka – roześmiała się i przyspieszyła kroku.


1 lipca

Wczoraj wieczorem zorientowałyśmy się z ciocią, że zgubiłam łańcuszek.

– Może zerwał się, gdy się przewróciłam – przypomniałam sobie.

– W takim razie należy go poszukać i zapytać twoich nowych znajomych.

– Tak zrobię – odparłam.

Ale dziś nie poszłam na plażę. Ciągnęło mnie bardzo, ale pomyślałam, że jeśli zgubił się w piasku, to szanse na odnalezienie są żadne, a jeśli oni go znaleźli, to może Maksym mnie odnajdzie? Zawsze lepiej by to wyglądało. Nie, to nie to, że Maksym zaczął mieć jakiekolwiek znaczenie. Był po prostu piękny i intrygujący, ale liczył się tylko Jacek. To Jacka kochałam. Byłam jednak daleko od niego, a on wciąż był z Agnieszką. To dawało mi prawo do spotkań z ludźmi, nawet jeśli ci ludzie mieli wygląd Maksyma. Ciągnęło mnie tam, a jednocześnie bardzo się bałam. Czego? Nie wiem. Nie mam zielonego pojęcia.

Do południa przesiedziałam na werandzie. Przejrzałam Naszą Klasę, choć połowa znajomych już dawno przeniosła się na Facebooka, a nawet na Twittera. Też założyłam konta na tych portalach. Napisałam do taty e-maila, zajrzałam jeszcze na Digarta i z przyjemnością przeczytałam kilka przychylnych komentarzy. Byłam świadoma, że robię coraz lepsze zdjęcia. Te, do których kiedyś przyczepiła się Aga, rzeczywiście nie były nadzwyczajne, ale nie tylko moje były wówczas beznadziejne. Jej także. Został mi do ogarnięcia jeszcze fotoblog. Przejrzałam notkę Doni, Olki, Beti i odszukałam Agę. Przesuwałam wzrok po poszczególnych słowach, zdaniach i zaczął mi się wyłaniać dziwny obraz, że coś jest nie tak, że sytuacja pomiędzy Agą, a Jackiem komplikuje się. Z zapisków wywnioskowałam, że to Adze coś w tym związku nie pasuje. I nie ja byłam tym razem powodem. Czytałam dalej:


Pomyślałam, że owszem, że weszła w nie swoją rolę, tylko zawsze wydawało mi się, że na własne życzenie, z wyrachowania i zupełnie świadomie. Czy mogło być inaczej? Czyżbym się wcześniej co do Agnieszki myliła?

Sięgnęłam do spodni leżących obok, aby wyjąć telefon komórkowy z kieszeni. Postanowiłam zapytać Jacka, czy wszystko w porządku. Już nawet myślałam, że odezwał się pierwszy, bo na wyświetlaczu mrugał napis: „Odebrano jedną wiadomość”. Był to jednak SMS od Bartosza.

Nie rozstaliśmy się w zgodzie, ale to był właśnie cały Bartosz.

To było kłamstwo. Tata przed wyjazdem solidnie doładował mi telefon.


Dlaczego Jacek się nie odezwał ani słowem? Trudno, zdecydowałam się zrobić pierwszy krok:

„Ale rozmowny – pomyślałam. – Szkoda gadać”.

To mnie akurat nie zdziwiło. Sporo z moich znajomych pracowało przez część wakacji.

Pożałowałam, że do niego napisałam. Czułam się tak, jakby to wszystko przed moim wyjazdem się nie wydarzyło, jakby tego w ogóle nie było. A przecież tak dużo wówczas powiedział. Jak na Jacka, to był to cały ogrom słów. I mówił w emocjach, co też rzadko mu się zdarzało, ale było tak fantastyczne. A teraz znów przemienił się w tego lojalnego, rozsądnego Jacka. Zdecydowanie wolałam jego drugie, skrywane przed światem i przede mną oblicze.

Wieczorem włóczyłyśmy się z ciocią po miasteczku. Byłyśmy na lodach, na molo i krążyłyśmy małymi, bocznymi uliczkami w towarzystwie Kacpra. I tak minął kolejny dzień.

2 lipca

Ciocia Kasia postanowiła się przeprosić z internetem. Gdy rano wyszłam ze swojej sypialni, ciocia siedziała w salonie z laptopem na kolanach.

– Odebrałam pocztę – uśmiechnęła się – ale na portale społecznościowe nie zamierzam przez najbliższy czas wchodzić – dodała z uporem.

– Dlaczego, ciociu? Przecież już wiesz, jaki błąd popełniłaś i więcej tego nie zrobisz. Możesz teraz bezpiecznie korzystać z Facebooka.

– A skąd u licha mam wiedzieć, czy nie ma tam więcej pułapek?

– Raczej nie ma – uśmiechnęłam się.

– Jeszcze nie jestem gotowa – powiedziała po chwili namysłu – ale znajdę ci zaraz znaczenie imienia Maksym.

Usiadłam obok niej i już chciałam krzyknąć, że trzeba to wpisać do wyszukiwarki Google, a nie do paska, do którego wpisujemy strony www, gdy ze zdziwieniem odkryłam, że i tak wyskoczyła strona Wikipedii.

– A nie mówiłam, że z łacińskiego – uśmiechnęła się ciocia. – Utworzone od przymiotnika Maximus – największy, przydomka Jowisza. Istnieją liczni święci katoliccy i prawosławni o tym imieniu – dokończyła. – A ty myślałaś, że takie imię nie istnieje.

– Wydawało mi się, że jest tylko Maksymilian – wzruszyłam ramionami.

– Co dzisiaj robimy? – spytała. – Idziesz do swoich nowych znajomych?

– Ciociu, przecież tak naprawdę to ja ich nie znam.

– Nie znasz ich bliżej i nie poznasz, jeśli będziesz się izolować.

– A jeśli to zdeprawowana młodzież? – roześmiałam się. – Nie boisz się, że wpadnę w złe towarzystwo albo że coś złego mi zrobią?

– Boję się – odparła – ale boję się też, że jak wyjdziesz z naszego domku, to możesz wpaść pod samochód, złamać nogę albo że mogą cię okraść na plaży. To znaczy, że masz siedzieć tutaj jak w więzieniu? – spytała. – Przecież sama się zorientujesz, jacy są. Masz na tyle oleju w głowie, żeby w razie czego szybko się wycofać z tej znajomości.

– Wiesz co, chyba nie chcę im się narzucać.

– W tamtym roku też się opierałaś przed zawieraniem znajomości, a potem nieźle się bawiłaś – zauważyła.

– Ale wtedy było inaczej. Przyjechali ci Michalscy, czy jak im tam, z Pawłem i Jolą. A w trójkę to już było raźniej.

– Ty jesteś chyba bardziej rozsądna niż ja – roześmiała się. – Dobra, nie nalegam, ale nie ma mowy, żebyś cały dzień spędziła na werandzie.

– Za pół godziny przyjdę na plażę – obiecałam. – Chcesz, to zostaw Kacpra ze mną, przyprowadzę go.

Zastanawiała się chwilę, ale podjęła decyzję, że go zabierze. Kacper, gdy zobaczył, że ciocia ma już manele plażowe pod pachą, siedział z nosem przy furtce. Gdy wyszli, weszłam pospiesznie na fotobloga i odszukałam Agę, ciekawa, czy pojawiły się jakieś nowe zapiski. Były!


Byłam zaintrygowana coraz bardziej i prawie pewna, że te decyzje dotyczą Jacka. Nie wiedziałam tylko, jak się upewnić. Jacek milczał. Bartosz też zamilkł. Zresztą nie wiem, czy Bartosz powiedziałby mi prawdę. Rozpad związku Agnieszki z Jackiem byłby mu nie na rękę. O ile nadal chciał ze mną być... Ja coraz bardziej upewniałam się w słuszności, że dobrze zrobiłam, zrywając z Bartoszem, ale imponowało mi to, że wciąż o mnie zabiegał. Chyba jestem jakaś nienormalna. Mama powiedziałaby, że bierze się to z moich kompleksów. Może to i prawda. W podstawówce żaden chłopak się mną nie interesował, nie zwracał na mnie uwagi. Na dyskotekach siedziałam samotnie pod ścianą. Czułam się brzydka i nieszczęśliwa. Gimnazjum wszystko odmieniło. Fizycznie chyba niewiele się zmieniłam, choć zaczęłam przykładać wagę do tego, co na siebie wrzucam, jaką mam fryzurkę, rozjaśniłam włosy. I nagle pojawił się Bartosz, a Jacek, w którym tyle czasu kochałam się bez wzajemności, wreszcie mnie dostrzegł i zakochał się. Teraz w rozpadzie związku Jacka i Agi widziałam szansę dla siebie.

* * *

Po powrocie z plaży szybko zajrzałam do internetu. Aga nie dodała nowej notki, ale była dostępna na Tlenie. Nasze stosunki były fatalne i nie wiedziałam, czy mogę zaryzykować i odezwać się do niej. Wzięłam głęboki oddech i szybko napisałam:


Musiała być bardzo zaskoczona, ponieważ przez długi czas nie odpisywała.

Spodziewałam się, że zaraz mi nagada, zacznie obrażać lub Bóg wie co. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu w końcu napisała:


Jacek tego dnia znów się nie odezwał. Ja też postanowiłam go przetrzymać. Właściwie to ja zawsze byłam inicjatorką wszelkich rozmów i spotkań. On chyba ten jedyny raz, tuż przed moim wyjazdem. Ale to był taki odjazd z jego strony, że jeszcze dziś przechodzą mnie ciarki, gdy o tym pomyślę.



3 lipca

Właściwie to mogłabym napisać czwarty lipca, bo już jest po północy, ale dzień był pełen wrażeń i skrajnych emocji.

Rano sprawdziłam fotoblog Agi, ale i tym razem nie dodała notatki. Dzień zapowiadał się pięknie. Niebo było bezchmurne, a powietrze jak na Saharze. Nie miałam co liczyć, że Aga będzie siedziała przed kompem w taki dzień, i że czegokolwiek się dowiem. Ciocię bolała głowa, więc zaproponowałam, że wezmę Kacpra i pójdę z nim nad morze, aby się wybiegał. Rzucałam piłeczką chyba z godzinę. Kacper wbiegał za nią do wody, rzucał się na fale i przynosił z powrotem. Właściwie mogłabym wrócić, ale coś ciągnęło mnie w kierunku, w którym spotkałam tę grupkę z Wrocławia. Tę grupkę i Maksyma, oczywiście, ale miałam plan, by myśleć o nim jako o jednym z grupy. To, że był nieprzyzwoicie piękny, nie mogło się stać pretekstem, by myśleć o nim inaczej. Przez całą drogę wbijałam sobie do głowy, że na świecie istnieją ludzie nieprzeciętnie piękni i to w ogóle nie jest ich zasługą oraz że należy traktować ich jak wszystkich innych, że idę w tę stronę, bo brakuje mi towarzystwa rówieśników i chciałabym sobie z nimi wszystkimi chociaż kwadrans pogadać. Zresztą wcale nie było powiedziane, że ich spotkam.

– Cześć, Natka! – usłyszałam.

To był głos Witosza. Rozłożyli się tam, gdzie wtedy, blisko wydm.

 

– Hej! – zawołałam w ich stronę.

Podeszłam z uśmiechem na twarzy. Maksym wbił we mnie swój przenikliwy wzrok. Uśmiechnął się jak zwykle, z wyższością.

– Słuchajcie, tak tylko pytam, bo w ten dzień, w który uciekł Kacper, zgubiłam łańcuszek. Pomyślałam, że może spadł, gdy się przewróciłam – powiedziałam i zaraz pospiesznie dodałam – ale to raczej mało prawdopodobne.

Wszyscy spojrzeli na Maksyma.

– Może znaleźliśmy, a może nie – powiedział powoli, nie odrywając ode mnie oczu. – Ważny był dla ciebie?

– Tak, dostałam na Pierwszą Komunię Świętą od babci, która już nie żyje.

– Jesteś sentymentalna? – spytał.

– Jestem – powiedziałam stanowczo, bo zaczynał mnie drażnić.

– Spoko. Tak tylko zapytałem – wzruszył ramionami. – Skoro był dla ciebie ważny, to dlaczego nie szukałaś go od razu?

– Bo przyszło mi do głowy, że jeśli znajdziecie, to mi go przyniesiecie. Ciocia dość wyraźnie określiła, gdzie wypoczywamy.

– To się pomyliłaś – odezwał się znów, a zaczepny uśmiech ani na chwilę nie schodził mu z twarzy.

– Nie ogarniam, o co ci chodzi.

– Gdybym go znalazł, nie szukałbym cię, bo wiedziałbym, że tu wrócisz.

Obserwował bacznie jak zareaguję.

– Ja tu nie wróciłam.

Byłam zła i ogromnie się zmieszałam. Rozbawiło go to jeszcze bardziej.

– Szłam z Kacprem, zobaczyłam was i postanowiłam zapytać o łańcuszek. Czy to zbrodnia? To może w ogóle nie wolno mi chodzić w tym kierunku?!

– Ależ wolno ci chodzić, gdzie chcesz, wolno ci nas szukać i wolno ci do nas wracać – roześmiał się.

– Nie zwracaj na niego uwagi – odezwał się w końcu Witosz. – Jest trudny – dodał i też się roześmiał. – Organizujemy dziś ognisko. Przyjdziesz?

– Nie wiem – zawahałam się.

Miałam ogromną ochotę trochę się rozerwać, a nie zamulać na werandzie, ale drażnił mnie Maksym. Był zbyt pewny siebie. Zachowywał się tak, jakbym przyszła tutaj tylko ze względu na niego.

– Przyjdź – wtrąciła Paulina. – Ile czasu można spędzać z ciotką?

– Ona jest spoko – odpowiedziałam.

– Przyjdź – powtórzył Witosz.

– Skoro chcecie – powiedziałam wyraźnie, tak żeby Maksym usłyszał, że przychodzę wyłącznie na zaproszenie Witosza i Pauliny – to przyjdę. O której to ognisko?

– O dwudziestej? Na polu namiotowym, o tym tutaj – Witosz wskazał ręką.

– Dobrze, będę, a teraz pójdę zaprowadzić Kacpra, bo ciocia pomyśli, że znów uciekł.

* * *

– O której wrócisz? – zapytała ciocia, widząc, że zbieram się do wyjścia.

– Nie wiem, ale mam komórkę, więc gdybyś się denerwowała to zadzwoń.

– Może przyjść po ciebie z Kacprem, żebyś nie wracała sama?

– Ciociu, poproszę Witosza, żeby mnie odprowadził.

– Obiecujesz?

– Tak.

– No to baw się dobrze – uśmiechnęła się.

Gdy dotarłam na miejsce, ognisko właśnie się rozpalało. Dookoła siedziało dużo więcej osób, niż poznałam na plaży.

– To jest Natka – przedstawił mnie wszystkim Witosz.

Usadowiłam się obok Pauliny i Stefki.

– To wszystko wasi znajomi?

– Poznaliśmy się tutaj, na polu namiotowym – wyjaśniła Stefka.

– A wy w piątkę jesteście, czy ktoś jest jeszcze z wami? – dopytywałam.

– W piątkę.

– Nie widzę Maksyma – stwierdziłam.

– On chodzi własnymi ścieżkami. Pojawia się, kiedy chce, znika, kiedy chce. Nie zawracaj sobie nim głowy, Natka – powiedziała Stefka. – Jest nieosiągalny dla żadnej dziewczyny.

– Nie zamierzam sobie nim głowy zawracać, ale chyba dla jakiejś w końcu będzie osiągalny.

– Może i masz rację, ale trudno to sobie wyobrazić.

– Chodzicie z nim do klasy?

– Nie. On w tym roku będzie pisał maturę.

– Jest aż tak stary?

– Ma siedemnaście lat, ale poszedł o dwa lata wcześniej do szkoły. Jest bardzo zdolny.

– A wy, w której klasie jesteście? – zaryzykowałam.

– Skończyłyśmy gimnazjum i idziemy do liceum.

– I nadal będziecie mieszkały w internacie?

– Tak – przytaknęła Stefka.

– Dlaczego nie chodzicie do szkoły w Poznaniu? Chyba lepiej mieszkać w domu – brzmiało to bardziej jak pytanie niż stwierdzenie.

– Ja się już przyzwyczaiłam – roześmiała się Stefka. – Chodziłyśmy do gimnazjum artystycznego, a teraz do Społecznego Liceum Sztuk Plastycznych. Ja jestem na fotografii artystycznej, a Stefka na reklamie wizualnej. To liceum nie działa tradycyjnie, nie ma klas, nie musisz chodzić na wszystkie przedmioty. Jest zindywidualizowany tok nauczania – wyjaśniła.

– Gdzie to jest?

– Na Robotniczej, ale wcześniej chodziłyśmy na Piotra Skargi.

– W Poznaniu nie ma szkół artystycznych? – zdziwiłam się.

– Są, ale Paulina nie mieszka w samym Poznaniu, tylko pięćdziesiąt kilometrów od Poznania, więc i tak musiałaby być w internacie, a we Wrocławiu ma wujka, znanego fotografa, który jej pomaga. Ja mam rodzinę we Wrocławiu, na którą w każdej chwili mogę liczyć, no i chciałyśmy być razem, bo to zawsze raźniej.

– To prawda, ale moja mama dostałaby zawału, gdybym jej teraz powiedziała, że chcę chodzić do szkoły w Krakowie i mieszkać w internacie. Nie zgodziłaby się nawet w liceum, a co dopiero w gimnazjum.

– Nie jest tak źle – roześmiała się Stefka.

– A ty w której klasie jesteś?

– Zdałam do trzeciej gimnazjum. Jesteście starsze ode mnie – powiedziałam z wahaniem, tak jakby to mógł być problem. – Mam siostrę w waszym wieku – dodałam pospiesznie. – Paulina, a ty masz jakieś swoje foty na Digarcie?

– Tak – odpowiedziała.

– Mam laptopa w domku letniskowym, chętnie bym je obejrzała.

– Nie ma problemu, pokażę ci przy okazji albo powiem, jak mnie odnaleźć.

– Też mam kilka fotek zamieszczonych na Digarcie, ale w porównaniu z twoimi, to pewnie wypadną tragicznie...

– Obejrzymy twoje także – uśmiechnęła się. – A masz ze sobą aparat? – spytała.

– Mam.

– Jaki?

– Sony.

– A teleobiektyw?

– Tak.

– To możemy porobić jutro nowe foty. Ja też mam aparat i ma być ładna pogoda.

– Świetnie! – ucieszyłam się i gwałtownie odwróciłam do tyłu, bo poczułam oddech na swojej szyi.

– Nie bój się. To tylko ja – powiedział Maksym. – To grzech w czasie wakacji rozmawiać o szkole.

– Rozmawiałyśmy o fotografii – wyjaśniłam.

– A wcześniej o szkole – powiedział stanowczo, ale z tym swoim łobuzerskim uśmiechem. – Witosz, to co, dajemy mały koncert?! – zawołał w stronę chłopaka.

– O właśnie, Witosz... – przypomniałam sobie.

– Co, Witosz? – spytał zaciekawiony.

– Miałam go poprosić, aby mnie odprowadził po ognisku do domu. Obiecałam cioci – i już się podniosłam, aby ruszyć w kierunku Witosza, gdy ręce Maksyma mocno złapały mnie za ramiona i zmusiły, bym usiadła.

– Nie musisz prosić Witosza – szepnął mi do ucha. – Ja cię odprowadzę.

Przeszedł mnie zimny dreszcz, ale się opanowałam.

– Może ja wolę, żeby Witosz mnie odprowadził?

– Uwierz, że wolisz pójść ze mną – rzekł i wstał. Poszedł do Witosza, zawołał jeszcze kilku chłopaków i po chwili wszyscy trzymali w rękach gitary. Rozpoczął się ogniskowy koncert. Rety! Jak oni grali, jak oni śpiewali! Aż czuć było dźwięki w środku ciała, w sobie. Dosłownie było epicko, a do tego zapach lasu i szum fal. Człowiek rzadko bywa szczęśliwy, bo wydaje mi się, że szczęśliwi nie jesteśmy permanentnie, jakby to powiedziała moja mama, tylko szczęśliwi bywamy. Więc ja przy tym ognisku, wypełniona dźwiękami muzyki, poczułam szczęście.

Potem Maksym mnie odprowadził. Objął mnie ramieniem i przez całą drogę opowiadał o muzyce i różnych wykonawcach, a najwięcej o klasykach rocka. Widać, że był ich wielbicielem.