Lena z 8ATekst

Z serii: Lena #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szósty


Lena była zła i poirytowana. Dlaczego zawsze w ich domu dochodziło do kłótni przed świętami? Uważała, że należałoby się cieszyć, że zbliża się świąteczny czas. Te ubiegłoroczne święta Bożego Narodzenia okazały się najpiękniejszymi w jej życiu. Było skromniej na świątecznym stole, bo część pieniędzy rodzina wydała na materiały, z których uszyte zostały stroje dla trzech królów, Maryi i innych postaci, których rolę odgrywali, gdy kolędowali, chodząc po domach, a także odwiedzając dalszą rodzinę. W tym roku zamierzali to kolędowanie powtórzyć. Mieli już nowy scenariusz. Piękny i krótki jak poprzedni. Lena nie mogła się doczekać tych duchowych przeżyć. Wzruszały ją bardzo i czuła je całą sobą. W klasie dziewczyny też narzekały.

– Mama po prostu wariuje – żaliła się Zosia. – Nie ogarniam jej. Codziennie zwozi do domu pełne torby produktów na święta. Nie wiem, kto to zje. W tamtym roku tata część jedzenia zawiózł do schroniska dla bezdomnych, żeby się nie zepsuło, bo nikt nie miał już siły w siebie tego wepchnąć. A mama w tym roku robi dokładnie to samo.

– A moja pucuje dom – odezwała się Milena. – Każdy zakamarek. Pierze firany, myje okna i strasznie się wścieka. Chciałyśmy jej z siostrą i bratem pomóc, to nakrzyczała, że jeszcze większego bałaganu jej tylko narobimy. Zasuwa więc sama i ze wszystkimi się kłóci, bo jest zwyczajnie zmęczona. Przecież nie o to chodzi w święta.

– U mnie tak samo, jak u was – wtrąciła Oliwia. – Do domu nie chce się wracać.

– W takim razie, nie wiem, czy wam powiedzieć, jak u mnie? Bo jest inaczej – stwierdziła Hania.

– Mów! – zawołały niemal równocześnie.

– Robimy wszystko wspólnie. To znaczy każdy sprząta swój pokój. Mama kuchnię, tata łazienkę i przedpokój. A później dzielimy się obowiązkami. Siostra przygotowuje barszcz czerwony, bo robi pyszny, i jest odpowiedzialna za zamówienie uszek i pierogów, takich własnej roboty u pani Stasi. Kobieta jest zadowolona, że nam smakują i że przed świętami może sobie dorobić. A ja i mama pieczemy ciasta. Natomiast działką taty są ryby pod każdą postacią. I karp w galarecie, i śledzie, i te smażone. Zakupy robimy wspólnie. Razem jedziemy do hipermarketu z wcześniej przygotowanymi listami, bo każdy ma swoją, ale przynosimy wszystko do jednego koszyka – opowiadała. – Sałatkę również kroimy razem przy dużym stole w kuchni. Wspólnie też ubieramy choinkę i często się droczymy, co gdzie ma wisieć. Jest bardzo wesoło już przed samymi świętami. Panuje taka mega atmosfera.

– Pozazdrościć tylko... – westchnęła Zosia.

– Też bym tak chciała – jęknęła Milena.

– Dla pocieszenia wam powiem, że nie robimy sobie wzajemnie prezentów – uśmiechnęła się Hania.

– To akurat kiepskie. – Oliwia wykrzywiła usta w grymasie niezadowolenia.

– Dlaczego? Jak to? – dopytywała Nikola.

– No właśnie. Przecież prezenty pod choinką to tradycja – dziwiła się Wiktoria.

– Wydajemy pieniądze na papier techniczny, brokat, wstążki, nożyki, bo się zużywają. Kupujemy dużo drobiazgów i robimy wspólnie kartki świąteczne, które potem sprzedajemy na kiermaszu...

– To ludzie jeszcze kupują normalne kartki? – przerwała Nikola. – Po co, skoro są elektroniczne i można je wysłać za darmo.

– Kupują – odpowiedziała Hania. – I wypisują własnoręcznie życzenia. Przecież taka kartka z życzeniami od serca jest dużo bardziej wartościowa niż ta elektroniczna, którą możesz wysłać do stu osób jednym kliknięciem z gotowym tekstem. Mnie takie kartki nie cieszą. Nie gniewajcie się, bo wiem, że też wysyłacie – dodała – ale ja mówię o sobie. A te zrobione własnoręcznie, czy choćby kupione i wypisane, przechowuję starannie, i sama też takie wysyłam. No ale każdy niech robi, jak uważa za słuszne.

– Moi rodzice do dziś przechowują wszystkie kartki, które nam dałaś na święta – wyznała Lena.

– W tym roku też dostaniesz – roześmiała się Hania. – Może twoja mama mi wybaczy tę wpadkę, którą zaliczyłam, gdy byłyśmy w siódmej klasie.

– Myślę, że już dawno ci wybaczyła. Pytała nawet kilka razy, dlaczego nie przychodzisz do mnie.

– Jaką wpadkę? – zaciekawiła się Zosia.

– Oliwia była na diecie i rozmawiałyśmy o tym. No i powiedziałam jej, żeby się cieszyła, że mama ją wysyła do dietetyka, a nie układa dla niej diety mama Leny, bo jest gorsza niż gestapo – opowiadała Hania. – A mama Leny przyszła właśnie w tym czasie do szkoły ze zwolnieniem, bo Lenka była chora, i wszystko słyszała.

– Na pewno słyszała? – dociekała Zosia.

– Na sto procent – potwierdziła Lena. – W domu potem mówiła, że co to za głupoty Hania wygaduje i że tego się po niej nie spodziewała. Ale teraz już jej przeszło.

Dziewczyny zaczęły się śmiać.

– No dobra, ale nie dokończyłaś – zwróciła się Nikola do Hani. – Sprzedajecie te kartki na kiermaszu i co dalej? Zarabiacie przecież w ten sposób kasę, więc drobne upominki pod choinkę możecie sobie zrobić – dodała.

– Od kilku lat kupujemy prezenty dla ośmiorga dzieci z rodzinnego domu dziecka – wyjaśniła Hania. – To coś jak rodzina zastępcza. Pięcioro z nich zostało osieroconych, a pozostała trójka to biologiczne dzieci pani Kasi i pana Marka.

– Jestem zaskoczona – Lena patrzyła na Hanię z podziwem. – Nigdy słowem o tym nie wspomniałaś. Nawet podczas przygotowania Szlachetnej Paczki.

– W sumie nie wiem, dlaczego nigdy o tym nie powiedziałam – dziewczyna wzruszyła ramionami. – Nic w tym nadzwyczajnego. Normalny ludzki gest, a wy mogłybyście pomyśleć, że się przechwalam.

– Zwariowałaś?! – zawołała Nikola. – Żadna z nas by tak nie pomyślała.

– Pewnie, że nie – potwierdziła Milena. – To fantastyczne, co robicie.

– Dla mnie to najpiękniejszy podarunek, wręczyć tym dzieciom prezenty – wyznała Hania.

– Rozumiem cię – powiedziała Lena. – To tak jak to nasze kolędowanie. Dało mi więcej radości niż jakikolwiek prezent.

– Coś w tym jest – stwierdziła Zosia. – My w ZHR-ze też przygotowujemy szlachetne paczki, a gdy potem wręczamy je rodzinom i gdy widzę łzy wzruszenia w oczach tych ludzi i uśmiechnięte twarze dzieci, to myślę, że to więcej warte niż prezenty pod choinką.

– To prawda – wtrąciła Wiktoria. – Tym bardziej, że ja dostaję zawsze nietrafione – roześmiała się. – Co roku podpowiadam, jaki chciałabym prezent, a i tak potem okazuje się, że to coś innego, co jest mi zupełnie niepotrzebne.

– U mnie czasem też się tak zdarza – odezwała się Oliwia. – Mam wrażenie, że rodzice mnie nie słuchają i uważają, że wiedzą lepiej ode mnie, co powinnam mieć, a czego nie.

– Hania, a co wy kupujecie tej rodzinie za pieniądze ze sprzedanych kartek? – zaciekawiła się Nikola.

– Różnie, bo pani Kasia i pan Marek stawiają na wychowanie poprzez sztukę. Dzieciaki śpiewają, uczestniczą w warsztatach teatralnych, rysują, chodzą na ceramikę. Często są więc to rzeczy związane z tym właśnie. Kupujemy modelinę, farby, bloki, książki, bo je kochają i dużo czytają. Młodszym baśnie, które później czyta pani Kasia na zmianę z panem Markiem – opowiadała Hania. – A w tym roku udała nam się rzecz fantastyczna – dodała podekscytowana. – Chcieliśmy kupić voucher do teatru dla starszych dzieci i do teatru lalek dla trójki młodszych. Ale voucher to jednorazowe wejście, z tym że mogą wybrać sobie, na jaką sztukę chcą pójść. No i chcieliśmy się dowiedzieć, czy w takiej sytuacji możemy liczyć na jakieś zniżki. Pani w kasie długo myślała, po czym poprosiła, żebyśmy poczekali. Powiedziała, że mamy szczęście, bo jest dyrektor – z przejęciem opowiadała dziewczyna. – A potem zaprowadziła nas do niego. Gdy opowiedzieliśmy dyrektorowi wszystko ze szczegółami, wyszedł do pokoju obok. Bardzo długo to trwało. Dzwonił w różne miejsca. Wykonał chyba z kilkanaście telefonów. Gdy wrócił, poinformował nas, żebyśmy zgłosili się w przyszłym tygodniu do kasy, gdzie będą na nas czekać bezpłatne wejściówki dla starszych członków rodziny aż na dziesięć spektakli! I żebyśmy odebrali bezpłatne wejściówki do teatru lalek dla młodszej trójki dzieci z opiekunem również na dziesięć przedstawień. Słuchajcie, dziewczyny! Oni będą przecież skakać ze szczęścia! Kochają teatr!

– To fantastycznie! – zawołała Nikola.

– Super wam się udało. No i trafiliście na mega dyrektora – cieszyła się Wiktoria.

– To prawda. Innemu by się nie chciało wydzwaniać i załatwiać tego wszystkiego – wtrąciła Milena. – Wspaniale.

– Ja chyba też mogę coś zaproponować – odezwała się Lena po dłuższej chwili zastanowienia. – Wprawdzie konkurować z teatrem nie możemy, ale co byś, Haniu, powiedziała na to, gdybyśmy odwiedzili tę rodzinę w pierwszy dzień świąt ze swoim krótkim spektaklem i kolędowaniem? – spytała. – Moja rodzina na pewno się zgodzi. Tylko nie wiem, czy to dobry pomysł? Bo to taka nasza amatorska sztuka – dodała z wahaniem.

– Zwariowałaś?! – prawie krzyknęła Hanka. – Nie wiesz, czy to dobry pomysł?! Co ty mówisz, dziewczyno? To genialny pomysł! – Rzuciła się Lenie na szyję. – Naprawdę twoja rodzina się zgodzi? – upewniała się.

– Będą szczęśliwi – szczerze odpowiedziała dziewczyna.

– Ale to musi być niespodzianka! – cieszyła się Hania. – Tak jak to zrobiliście w tamtym roku. Ja panią Kasię i pana Marka uprzedzę tylko, że będą mieli wizytę połączoną ze świąteczną atrakcją. Tylko tyle im powiem. Po zbiórce harcerskiej możemy dogadać szczegóły. A najpierw powiedz rodzicom.

– Jeszcze dzisiaj to zrobię.

Lena zauważyła, że Kaja przez cały czas przysłuchiwała się rozmowie, ale nie uczestniczyła w niej. Nie odezwała się ani słowem, udając, że przegląda coś w telefonie. Siedziały w sali do ping-ponga, ponieważ rozchorowała się Wiewiórka, jak nazywano panią od WF-u. Miała rude włosy i była bardzo zwinna, skoczna i wysportowana. Men, czyli pan od WF-u, zabrał chłopaków na halę, by mogli pograć w nogę. W nauczycielu kochały się wszystkie dziewczyny ze starszych klas. Stąd ksywka. Był młody, przystojny i wysportowany. Lena śmiała się, gdy koleżanki wzdychały:

 

– Och! Jaki on ładny!

Po lekcji wychowania fizycznego była muzyka. Anielka, bo tak nazywano nauczycielkę po prostu zdrobniale od jej imienia, zaczęła mówić o Moniuszce.

– Filip – zwróciła się do chłopaka. – Jaka opera Moniuszki jest najbardziej znana?

– Eeee... hmmm – uczeń wydawał dziwne odgłosy.

– Dostaniesz małą podpowiedź – uśmiechnęła się do niego. – Co kobieta nosi pod sukienką?

– Eeee... hmmm – dukał. – Wiem. Straszny Dwór! – powiedział wreszcie zadowolony z siebie.

Chłopaki zaczęli się pokładać ze śmiechu. Dziewczyny też.

– Chodziło mi o Halkę – odezwała się nauczycielka po dłuższej chwili milczenia i szeroko się uśmiechnęła.

Na WOS-ie klasa Leny miała zastępstwo, bo podobnie jak Wiewiórka, Krzysiek Rozpruwacz także się rozchorował, ale wcześniej, więc wszyscy o zastępstwie wiedzieli. Lekcję miał poprowadzić pan Bronek, który nie radził sobie z komputerami. Uczniowie z klas, które uczył, bardzo go lubili. Cieszył się ich dużym szacunkiem, mimo że był starym kawalerem już po sześćdziesiątce. Twierdzili, że jest po prostu dobrym człowiekiem. Chłopaki z klasy nie odpuszczali jednak nikomu, jeśli tylko nadarzała się taka okazja. Na przerwie włączyli jego komputer, a na rzutniku pojawiła się strona z pięknymi modelkami w stroju bikini. Jedyną osobą, która zaoponowała, był Antek.

– To kretyński pomysł – stwierdził stanowczo.

– Wyluzuj, Antek – zwrócił się do niego Janek. – Po co taka spina? Czasem warto się rozerwać. Nauczyciele wciąż się z nas wyśmiewają.

– Ej, żeby nie było przypału, trzeba włączyć na drugiej karcie dziennik elektroniczny – zdecydował Filip.

– Dziś rzutnik nie będzie potrzebny – stwierdził pan Bronek po rozpoczęciu lekcji i wyłączył sprzęt.

Przez całą godzinę klasa czekała na jego reakcję. I nic. Nauczyciel nie usiadł nawet do komputera. Zadzwonił dzwonek na przerwę. Uczniowie nie opuścili sali, bo w tej samej mieli mieć jeszcze jedną lekcję. Nieoczekiwanie do klasy wbiegła Sałata, czyli pani od biologii. Zaczęła dużo mówić, coś opowiadać.

– Chodź, Jolu, pokażę ci coś w dzienniku – nauczyciel wypowiedział magiczne słowa.

Klasa zamarła. Wszyscy dobrze wiedzieli, że na drugiej karcie otwarta jest strona z modelkami.

– Ciekawe, co się będzie działo? – Hania szepnęła do ucha Leny. – Pan Bronek nie ogarnia kilku otwartych kart.

Jolanta Sarota nachyliła się. Nauczyciel wskazał jej coś palcem i odszedł na chwilę. Po chwili zaczęła wpatrywać się w ekran monitora z coraz bardziej zdziwioną miną. Wyprostowała się.

– No, przeczytaj, Jolu, do końca – zachęcał pan Bronek.

Nachyliła się więc ponownie nad komputerem, a gdy się wyprostowała była cała czerwona na twarzy. Uczniowie już wiedzieli, że przełączyła kartę na stronę z modelkami.

– Wiesz, Bronek – powiedziała zawstydzona. – Przypomniałam sobie coś. Muszę już iść. – Nauczycielka prawie wybiegła z klasy.

Pan Bronek nie zorientował się, o co chodziło, i wyłączył przeglądarkę.

– Ale numer wyszedł na WOS-ie – roześmiała się Lena, gdy opuścili z Antkiem szkołę. – Miało pójść na rzutnik, a zobaczyła wszystko Sałata.

– Naprawdę cię to bawi? – spytał, przyglądając się jej badawczo.

– Tak – odpowiedziała szczerze. – Mina pani Joli – bezcenna. A widziałeś, jakiego spaliła buraka? I jak szybko uciekała z klasy? Zawstydziła się biedulka? – śmiała się dziewczyna. – A pan Bronek nie miał pojęcia, o co chodzi. I nie dowie się nigdy, bo Sałata będzie się krępowała mu o tym powiedzieć.

– Lena, pomyśl, a gdyby komuś innemu o tym powiedziała? – spytał poważnie.

– Niby komu? – zdziwiła się. – Innej nauczycielce?

– No chociażby... – odparł. – Co by się działo, gdyby to doszło do dyrekcji?

– Do dyrektorki? – zdziwiła się jeszcze bardziej. – Niby dlaczego?

– Jeśli pani Jola uzna, że to zachowanie było niewłaściwie – powiedział Antek głosem pozbawionym wyrazu – może pójść do dyrektorki i opowiedzieć, co nauczyciel robi na WOS-ie zamiast prowadzić lekcję. Przecież przez ten głupi dowcip mógłby mieć tylko kłopoty. Wyszłoby na to, że pan Bronek zamiast przekazywać wiedzę, ogląda sobie stronę z modelkami. I to w czasie lekcji.

– Ale Jola lubiła zawsze Bronka. Nie zrobiłaby tego – Lena próbowała bronić kolegów z klasy.

– A gdyby zwierzyła się innej nauczycielce i tamta poszłaby do dyrektorki? – Antek przyglądał się koleżance z wyraźnym wyczekiwaniem. – Albo gdyby zamiast Joli przyszła inna belferka? Pan Bronek pewnie też chciałby jej pokazać, co napisano w dzienniku elektronicznym. To chyba była ważna informacja dla wszystkich nauczycieli – dodał. – W końcu poprosił Jolę, by przeczytała do końca. Pan Bronek to porządny belfer. Nie zasługiwał na to.

– Ale przecież nikt nie przypuszczał, że przyjdzie jakakolwiek nauczycielka – wykrztusiła z siebie Lena coraz bardziej zbita z tropu. – Miało to zostać w naszej klasie. Wszyscy spodziewali się, że pan Bronek włączy rzutnik.

– Jednak zdarzyło się inaczej.

– Nikt tego nie przewidział – broniła się Lena.

– A czy to tak trudno przewidzieć? – spytał lodowato uprzejmym tonem. – Myślę, może się mylę, ale inteligencja to chyba nie tylko zdolność rozumowania i pojmowania, ale też umiejętność analizy, co dla mnie wiąże się z myśleniem przyczynowo-skutkowym. Jest przyczyna – powiedział. – Jest więc skutek. Tylko ten skutek może być różny i warto o tym pamiętać.

– Antek, gdyby pan Bronek miał z tego powodu jakiekolwiek problemy, nasza klasa wstawiłaby się za nim i powiedziała prawdę – westchnęła Lena. W sumie nie wiedziała, o co walczy, bo już dawno w myślach przyznała chłopakowi rację. Znała jednak swoją klasę od wielu lat i wiedziała, że w kryzysowej sytuacji przyznaliby się do wszystkiego.

– Tak sądzę – rzekł Antek. – Tylko zanim by się to stało, pan Bronek swoje by przeżył. I nie byłoby to nic przyjemnego.

– Chyba masz rację – Lena poddała się. – To było zabawne dla nas, ale mogło się skończyć bardzo źle dla pana Bronka.

– Chyba mam rację? – uśmiechnął się zawadiacko.

Lena pomyślała, że w końcu to zrobił. Tak długo czekała na jego uśmiech.

– Masz rację – przyznała. – Nie myślałam wcześniej w ten sposób. To znaczy, że jestem głupia? – zapytała po dłuższej chwili milczenia. – Bo nie przewidziałam, co się może stać? – Popatrzyła na niego, niepewna, jakie ma o niej zdanie. I przypomniała sobie nawet, że kiedyś zupełnie nie obchodziło ją, co myślą inni. Miała swój świat, do którego nikt nie miał wstępu, nawet najbliżsi. To był tylko jej świat. I Antek przewrócił wszystko do góry nogami, bo mimo że ją zostawił, to zależało jej wciąż, by myślał o niej dobrze. Nie chciała w jego oczach wyjść na pustą laskę, która myśli tylko o tym, by dobrze wyglądać.

– Co ty w ogóle mówisz? – odezwał się poirytowany Antek. – Jesteś jedną z najmądrzejszych osób, jakie znam. Popełnianie błędów jest rzeczą normalną. Wszystkim się to zdarza. Sztuką jest się przyznać do tego. Przemyśleć. To potrafi niewielu. Większość będzie się upierać przy swoim, a nawet przemawiać językiem nienawiści, by nie przyznać drugiemu racji. Ale to nie ty, Lena – dodał ciepło. – Odkąd cię poznałem, wiem, że jesteś wyjątkowa.

Dziewczyna pomyślała, że mogłaby słuchać takich słów w nieskończoność, ale właśnie w tym momencie do ich uszu dobiegł dźwięk smartfona Antka.

– Odbiorę? Dobrze?

– Spoko – zgodziła się.

– Cześć, Justyna – powiedział, a Lenie prawie stanęło serce.

Antek nie odszedł na bok. Rozmawiał przy niej. Docierały do niej nawet słowa tamtej dziewczyny.

– Antek, wspominałeś, że gdy przyjedziesz na święta, to zostaniesz aż do sylwestra.

– Zgadza się – potwierdził.

– Mam do ciebie prośbę.

– Słucham?

– Jestem zaproszona na domówkę do Nikodema, ale będzie tam bardzo dużo osób. Czy mógłbyś ze mną pójść? Po prostu czułabym się bezpieczniej – wyznała. – W przeciwnym razie zostanę w domu. Boję się pójść sama.

– Spoko – powiedział po chwili zastanowienia. – Pójdę z tobą. I tak będę wtedy w Legnicy. Bez sensu żebyś siedziała sama w domu.

– Naprawdę?! – ucieszyła się.

– Tak, ale jako kumpel – zaznaczył.

– Wiem, wiem. Nie musisz mi wciąż o tym przypominać.

Sam nie wiedział, dlaczego, ale czuł w obowiązku określić charakter ich znajomości. Niby wierzył, że Justyna już odpuściła, że potrzebuje go wyłącznie jako przyjaciela. W końcu miała nie lada kłopoty. Uważał, że jego wsparcie jest dla dziewczyny bardzo ważne. Chciał jej pomóc, choćby w ten sposób, że jej wysłucha, doradzi. No i ten sylwester. Nie było nic złego w tym, że zgodził się z nią pójść. Tak uważał. I tak ktoś zaprosiłby go na domówkę. Głupio by było, żeby ona siedziała sama w domu. Były jednak momenty, gdy dopadały go wątpliwości, czy aby na pewno Justyna już nic do niego nie czuje. Wprawdzie zapewniała, że traktuje go wyłącznie jak przyjaciela...

– Zamyśliłeś się – stwierdziła Lena. – Jakieś problemy?

– Nie. Tym razem chyba nic poważnego – odparł.

Gdy się rozstali na skrzyżowaniu i Lena wracała do domu sama, wciąż myślała o tym, co przed chwilą powiedział, że jest wyjątkowa. Pewnie by tych słów nie analizowała, gdyby nie padły z ust Antka. Zaczęła się też zastanawiać, jaka w jego oczach jest ta Justyna? I gdzie zamierza z nią pójść? Tego nie dosłyszała. Ucieszyła się, bo zaznaczył, że jako kumpel. Ale po co to podkreślił? Musiał wiedzieć, że jej się podoba. Pomagał jednak Justynie cały czas. Czy tak bardzo angażowałby się w to, gdyby nie była w jakiś sposób szczególna? I po raz kolejny Lenę dopadło uczucie zazdrości, które ją obezwładniło. Czuła, że nogi ma miękkie w kolanach i rollercoaster od żołądka aż po gardło i z powrotem. Dręczył ją silny niepokój. Nie wiedziała właściwie dlaczego. Nie była pewna, czy jest rozemocjonowana z tego powodu, że Antek pomaga Justynie, o której nic nie wiedziała, czy może dlatego, że intuicyjnie przeczuwała, że dziewczyna będzie chciała z nim być. A ona przecież, nie wierząc, że do niej wróci, liczyła na cud. Pomyślała, że to bardzo skomplikowane. Wierzyła w niemożliwe.

Rozdział siódmy


Gdy Lena dotarła do domu, była już Majka oraz tata, który wrócił z nocnej zmiany, zdążył się przespać i przygotować obiad.

– Zajadamy kluski śląskie z sosem grzybowym – starsza siostra zacierała z radością ręce.

– Zjem z rozkoszą, zwłaszcza że zimno jak diabli. Surówkę mamy?

– Kopenhaską, żeby mamie dogodzić – roześmiał się tata.

– Kluskami śląskimi jej nie dogodzisz – zauważyła Lena. – Mnie tak.

– Spokojnie, mam dla mamy rybę pieczoną w folii – odpowiedział. – Zauważyłem, że gdy dbam o posiłek dla niej, to przymyka oko na to, że my od czasu do czasu zjemy coś konkretnego.

– Sprytnie, tato – wtrąciła Majka.

– Siadajcie do stołu.

Lena z Majką nakryły stół i ustawiły talerze, a ojciec przyniósł duży półmisek z gorącymi kluskami polanymi sosem i drugi z surówką.

– Co tam w szkole, dziewczyny?

– Oj, tato – jęknęły niemal równocześnie.

– Czy rodzice standardowo zadają to pytanie? – zapytała Majka. – To jakaś masakra.

– A co w tym złego, że rodzice interesują się szkołą? – zdziwił się ojciec.

– Tysiąc razy już ci z Leną wyjaśniałyśmy, że mamy także życie prywatne. Dla mnie ważniejsze niż buda.

– Tylko, że o życiu prywatnym i tak niewiele mi powiecie, bo macie swoje tajemnice, a szkoła jest ważna. Od niej zależy wasza przyszłość.

– Niekoniecznie – stwierdziła siostra Leny. – Chyba wolałabym być szczęśliwą w życiu sprzątaczką niż nieszczęśliwą panią z tytułem naukowym profesora. To chyba najwyższy tytuł w Polsce, tak? – chciała się upewnić.

– Tak – potwierdził ojciec. – Nadaje się go osobom, które już osiągnęły tytuł naukowy doktora habilitowanego. Potocznie nazywany jest profesurą belwederską bądź profesorem tytularnym – wyjaśnił.

– A ty? – Lena zwróciła się do taty.

 

– Co ja?

– Wolałbyś mieć te wszystkie tytuły i być nieszczęśliwy, czy kopać rowy i być szczęśliwy?

– Nie byłbym szczęśliwy, kopiąc rowy – roześmiał się.

– Pytanie brzmiało inaczej – zauważyła Majka.

– Na pewno najważniejsza jest miłość, szczęście i zdrowie – westchnął. – Ale chciałbym, byście były szczęśliwe, kończąc jednak studia. Przecież masz plany na przyszłość, Majka.

– Niby tak, tato, ale to też się zmienia. Kiedyś chciałam wyjechać na studia do Francji. Teraz już raczej nie chcę. Nie wiem jeszcze, co zdecyduję. Może będę tłumaczyć książki z francuskiego? Ale wtedy więcej bym się nauczyła, studiując we Francji, a nie w Polsce. Może przez półtora roku, które zostało mi do matury, przyjdzie mi do głowy jeszcze coś innego?

– Ale na studia się wybierasz, póki co? – upewniał się tata.

– Póki co, tak – roześmiała się dziewczyna.

– To pewnie wiesz, że na Uniwersytecie Wrocławskim jest filologia francuska?

– Tato, oczywiście, że wiem – uśmiechnęła się. – Za kogo mnie masz? Na razie jednak jestem w drugiej klasie liceum i mam jeszcze trochę czasu. Jak nie będę mogła się zdecydować, to powtórzę rok i czasu będę miała jeszcze więcej.

– Co takiego? Zamierzasz nie zdać do kolejnej klasy? – Oczy ojca zrobiły się wielkie ze zdziwienia.

– Spokojnie, tato – śmiała się Majka. – Wygląda na to, że do trzeciej klasy zdam.

– Zazdroszczę ci, że objęło cię trzyletnie liceum. Ja już będę musiała odbębnić cztery lata – westchnęła Lena.

– Zawału przez was dostanę. – Tata pokręcił bezradnie głową. – A ty, Lena? – spojrzał na młodszą córkę. – Ty masz znacznie mniej czasu na podjęcie decyzji.

– Pójdę do liceum – odparła lakonicznie.

– Do klasy o profilu...

– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Nie mam pojęcia. Pójdę do klasy ogólnej, i już.

– W naszym liceum nie ma teraz takiego profilu – zauważyła Majka. – Rozszerzonego francuskiego też już nie ma. Jesteśmy jedyną klasą z rozszerzonym francuskim w szkole. Teraz realizuje się rozszerzony angielski, podstawowy niemiecki, a klasa angielsko-rosyjska jako podstawowy ma właśnie rosyjski – wyjaśniła.

– To pójdę do innego liceum. Na pewno gdzieś jeszcze znajdę profil ogólny.

– I będziesz dojeżdżać nie wiadomo gdzie, jak tu masz całkiem dobre liceum pod nosem? – zdziwiła się siostra.

– A gdyby tu nie było klasy z francuskim, to byś poszła, czy dojeżdżała? – zapytała zaczepnie Lena.

– Dojeżdżałabym, ale francuskiego uczę się od pierwszej klasy podstawówki, bo wtedy zaczęłam chodzić na zajęcia dodatkowe.

– To prawda – przyznał ojciec. – Już jako dziecko Majka upierała się, że chce chodzić na francuski. Stało się tak po tym, jak usłyszała w telewizji piosenkę Edith Piaf Milord. Musieliśmy kupić jej całą tę płytę, wtedy na mp3. Ta piosenka pochodzi z 1959 roku.

– I jest nieobyczajna – roześmiała się Majka – ale to dzięki niej zakochałam się w języku francuskim. I to jest chyba najważniejsze – dodała. – Lena, a u nas jest klasa pierwsza E – zwróciła się do siostry. – I ona realizuje cztery przedmioty na poziomie rozszerzonym: język angielski, matematykę, fizykę i informatykę. Może o takim profilu byś pomyślała? Ze ścisłymi sobie radzisz, angielski jest rozszerzony we wszystkich klasach, a informatyki warto się uczyć.

– Naprawdę tak jest? – zaciekawiła się Lena.

– Tak, i sądzę, że do tej klasy będzie nabór także w następnym roku. I co ważne, ona przygotowuje zarówno do studiowania na uniwersytecie, jak i na politechnice czy akademii ekonomicznej, bo uczysz się rozszerzonego angielskiego i informatyki. Masz więc potem cztery lata do namysłu, gdzie dalej chcesz pójść.

– Hm, może to byłoby jakieś wyjście – zastanawiała się Lena. – Na pewno to przemyślę.

– Moim zdaniem to ciekawa propozycja – dodał tata.

Lena po obiedzie posprzątała ze stołu, opłukała talerze i włożyła je do zmywarki. Przywitała się z mamą, która akurat wróciła z pracy i była w dobrym humorze, widząc upieczoną rybę i surówkę kopenhaską. Nastrój prysnął jednak jak bańka mydlana, gdy Majka oznajmiła, że wychodzi z domu.

– Jak to wychodzisz? – spytała mama. – Dopiero co zjadłaś obiad.

– To chyba dobrze, że zjadłam, no nie? – dziewczyna zirytowała się, czując, że mama będzie się czepiać.

– A lekcje? Jeszcze tylko miesiąc do zakończenia pierwszego semestru. Nie powinnaś wyciągnąć niektórych przedmiotów?

– Ponad miesiąc... – stwierdziła siostra.

– Ale będą święta i przerwa aż do sylwestra. W tym czasie niczego nie poprawisz.

– Nie zamierzam niczego poprawiać – wycedziła przez zaciśnięte zęby Majka. – Czy ja mam jakieś zagrożenia? – zapytała zła. – Bo nie przypominam sobie.

– Możesz mieć kilka dostatecznych. Chyba zamierzasz to zmienić?

– Nie zamierzam – stanowczo powiedziała siostra Leny.

– Słyszałeś to, Zbyniu? – Mama była zbulwersowana. – Czy ty w ogóle nie masz ambicji? – zwróciła się do córki.

– Mam i dlatego postanowiłam się przykładać porządnie do przedmiotów, które będę zdawać na maturze, bo to one zdecydują o tym, czy dostanę się na studia. Ile razy mam ci to tłumaczyć? Reszta nie będzie brana pod uwagę. Z innych przedmiotów spokojnie mogę mieć dostateczny. Zaliczyć je na podstawowym poziomie. Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? – spytała podniesionym tonem głosu.

– Majka, jak ty się zachowujesz?! Nie życzę sobie, żebyś do mnie mówiła w taki sposób!

– A ja nie życzę sobie, żebyś mówiła mi, jak i czego mam się uczyć, skoro nie masz o tym zielonego pojęcia. Nic nie wiesz! – krzyknęła. – Nie chodzisz już do szkoły. Nie ogarniasz, jak program z każdego przedmiotu jest przeładowany i że nie da się ze wszystkiego mieć dobrych ocen. Pewne przedmioty trzeba potraktować ulgowo, by z innych mieć jak najlepsze oceny! Chcesz, żebym dostała się na studia, czy nie?! – wrzasnęła Majka, włożyła buty, a kurtkę, czapkę i szalik chwyciła w dłoń i wyszła z domu, trzaskając drzwiami.

– Inni jakoś mogą! – zawołała za nią mama. – Tylko ty nie. Coś podobnego! Jak ona się zachowuje!

– Uspokój się, Agnieszko – odezwał się Zbigniew Machejko. – Majka ma sporo racji.

– Stajesz po jej stronie?! – krzyknęła mama. – Słyszałeś, jak ona się do mnie odzywa?!

– Nie powinna mówić do ciebie w ten sposób i porozmawiam z nią o tym, ale ma rację, że nie każdy potrafi mieć ze wszystkiego czwórki i piątki, a o przyjęciu na studia zdecyduje matura i egzaminy wstępne – powiedział. – I z tych przedmiotów musi być dobrze przygotowana.

– Oczywiście, że ma rację – Lena stanęła w obronie siostry. – Tak samo jest z liceum. Jeśli chciałabym się starać o przyjęcie do klasy, o której dziś powiedziała mi Majka, to punkty będą się liczyć tylko z czterech przedmiotów. Reszta nie ma znaczenia. Musisz to ogarnąć w końcu, mamo, że lepiej mieć celujący lub bardzo dobry z czterech przedmiotów, niż same czwórki ze wszystkich.

– A nie można mieć celujących z tych czterech, z których liczone są punkty rekrutacyjne, a z reszty piątek i czwórek? – zapytała poirytowana kobieta.

– Nie, nie można, mamo. Nie każdy jest geniuszem czy kujonem. Chcesz, żebyśmy kuły zupełnie bez sensu po to, by mieć wyższą cyferkę na świadectwie, a potem i tak nic z tego nie pamiętały i nie rozumiały? O to ci chodzi? – zezłościła się Lena. – Nie lepiej zająć się tym, co cię pasjonuje? I do tego przyłożyć szczególną wagę?

– Agnieszko, w tej kwestii ja popieram dziewczyny – odważnie powiedział Zbigniew Machejko. – One mają rację. A programy w szkołach są naprawdę przeładowane.

– Głowa mnie od tego wszystkiego rozbolała. Czy naprawdę szkoła aż tak się zmieniła od czasów, gdy my do niej chodziliśmy? – Kobieta dotknęła dłońmi skroni, masując je.

– Dać ci tabletkę? – zwrócił się do niej mąż. – I szklankę wody?

– Może podaj mi, Zbyniu, tylko szklankę wody. Mam nadzieję, że zaraz mi przejdzie.

– Zmieniła się, mamo, i nadal będzie się zmieniać tak jak wszystko dookoła. I nie gniewaj się, ale nie nadążasz za tymi zmianami.

– Nawet jeśli to prawda, to nie macie prawa się do mnie w ten sposób odzywać – odpowiedziała matka surowym tonem.

– Wiem, ale to ty, mamo, naskakujesz bardzo gwałtownie na Majkę i zaczynasz krzyczeć, a ona się tylko broni.

– Lena, daj już spokój – poprosił tata.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?