Lena z 7aTekst

Z serii: Lena #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lena, wracając ze szkoły do domu, zauważyła przed sobą Antka. Szła za nim w pewnej odległości. Od dawna była ciekawa, gdzie mieszka. Kilka razy widziała, jak szedł w stronę tego samego skrzyżowania, przez które i ona musiała przejść, ale potem gdzieś znikał. Nigdy też nie natknęła się na niego po południu, a przecież czasem wychodziła z domu, żeby przejść się z Kają i Niną. Postanowiła, że tym razem nie straci go z oczu, choć po wszystkich stronach skrzyżowania, do którego się zbliżali, było tłoczno. To tutaj znajdowały się przystanki tramwajowe i autobusowe, z których ludzie odjeżdżali w cztery strony Wrocławia. Były też banki, sporo sklepów i targowisko, którego ogrodzenie ograniczało widoczność. Przyspieszyła więc kroku, by jej nie zniknął z pola widzenia. Żeby tylko się nie oglądnął za siebie, bo co mu wtedy powie? W sumie nie musiała się tłumaczyć. Wciąż szła w stronę swojego bloku. To dlaczego odczuwała dziwny niepokój?

Tuż za ogrodzeniem targowiska Antek nagle skręcił w prawo. Lena powinna przejść przez skrzyżowanie i skierować swoje kroki w lewą stronę. Podjęła jednak decyzję, że pójdzie za nim. Strach paraliżował ją coraz bardziej. Antek szedł w stronę mostu Trzebnickiego. Nagle zatrzymał się na światłach. Spojrzała. Świeciło się czerwone światło. Wiedziała, że gdyby się teraz obejrzał, to zobaczyłby ją jak na dłoni. Z jednej strony były tory tramwajowe, z drugiej duże połacie trawy dochodzące do osiedlowego parkingu. W tym miejscu nie było się gdzie ukryć. W końcu zapaliło się światło zielone. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Antek przeszedł przez jezdnię na drugą stronę. Lena widziała, że wszedł na most. Poczekała na kolejną zmianę świateł. Przebiegła szybko przez ulicę. Przyspieszyła. Zobaczyła go. Zdawała sobie sprawę, że na moście również może się obejrzeć za siebie. Nie było tutaj ścieżki rowerowej, a rowerzystów sporo. Używali dzwonka, by piesi zeszli na bok chodnika i ich przepuścili. Ludzie często w takich sytuacjach obracali się. Poczuła, jak szybko wali jej serce. Strach nie odpuścił ani na chwilę, a wręcz przeciwnie, potęgował się. Najwyżej powie, że idzie do hipermarketu znajdującego się po drugiej stronie rzeki. Każdemu przecież wolno iść do sklepu.

Antek przeszedł przez most. Ona także. Szedł jeszcze jakiś czas prosto. Wszedł do piekarni. Lena zatrzymała się i wpatrywała w witrynę sklepową z galanterią. Gdy wyszedł, zauważyła, że w ręku ma dodatkową lnianą torbę z zakupami. Ruszyła za nim. Przeszedł przez przejście dla pieszych. Ona znów musiała chwilę poczekać, ale tym razem miała go wciąż w zasięgu wzroku. Szedł teraz w kierunku stacji benzynowej. Potem skręcił w ulicę Zakładową. Zbliżał się do hipermarketu. Po kilku minutach minął go i wszedł w obszar nowo wybudowanego osiedla Promenady Wrocławskie. Jej mamie bardzo podobało się to osiedle. Nowoczesna architektura, bliskość Odry, zrewitalizowane nabrzeże i promenada ciągnąca się aż do mostu Warszawskiego. Część nabrzeża to marina przystosowana do cumowania i postoju jachtów oraz innych jednostek pływających. W lecie było ich tu całkiem sporo. Wzdłuż rzeki zielone łąki i rozłożyste stare drzewa. Nie brakowało ścieżek rowerowych i placów zabaw dla dzieci. Nad samą rzeką powstała plaża z leżakami, drewnianymi stolikami i ławami. Można było pograć w siatkówkę, a dzieci miały wydzieloną specjalną strefę do zabawy. Z głośników sączyła się muzyka. Razem z mamą i siostrą przyglądały się, jak to osiedle powstawało, jak rosło i z dnia na dzień piękniało. Ona po swojej stronie Odry też miała taką plażę, piękny park, siłownię na świeżym powietrzu, korty tenisowe i boiska. Teraz jednak była tutaj, tuż za Antkiem. Skierował swoje kroki w stronę jednego z nowoczesnych budynków usytuowanego nad samą Odrą. Widziała, jak wbił kod do domofonu i do której klatki schodowej wszedł. Poczekała, aż zniknął za szklanymi drzwiami. Wzięła głęboki oddech i podeszła. Odczytała numer i zawróciła. Szła najszybciej jak mogła, jakby się bała, że on zaraz wyjdzie i ją zauważy. Wiedziała, że to bez sensu, bo dopiero co udał się do domu, ale strach był silniejszy. Dopiero na moście odetchnęła z ulgą. Uśmiechnęła się sama do siebie. Wiedziała już, gdzie mieszka. Znała ulicę i numer bramy. Brakowało jej numeru mieszkania. Wypełniła ją radość, choć w zasadzie nie była pewna, po co jej te informacje. Nawet nie miała pojęcia, po co go śledziła i co ją do tego skłoniło. Na głowę chyba upadła.

Zastanowiła ją jedna rzecz. Mieszkając po tej stronie Odry, powinien chodzić do szkoły numer siedemdziesiąt cztery przy ulicy Kleczkowskiej. Może się myliła, ale na pewno jej szkoła była poza rejonem jego miejsca zamieszkania. Nie miała czasu dłużej nad tym rozmyślać, gdyż dobiegł ją dźwięk telefonu. Wydobyła go i odebrała. To była Kaja.

– Jesteś na chacie? Jeśli tak, to wbijam zaraz do ciebie – mówiła podekscytowana. – Chcę ci coś pokazać.

– Co takiego? Nie ma mnie jeszcze, ale wracam – odparła.

– Jak to cię nie ma? Ze szkoły jeszcze nie dotarłaś? To gdzie ty się włóczysz?

– Byłam w hipermarkecie.

– To mogłaś powiedzieć. Zostawiłabym książki i poszła z tobą.

– Zdecydowałam się w ostatniej chwili – skłamała.

– To trzeba było plecak zanieść do domu i dopiero iść. Co kupiłaś?

– Nic. – Lena czuła się dziwnie. Zaczęła się obawiać, że zaraz Kaja domyśli się, że strasznie ściemnia.

– To po co tam poszłaś?

– Gdy byłam ostatnio z mamą i Majką, widziałam fajne koszulki. I tanie.

– To dlaczego od razu nie kupiłaś? – Kaja robiła się coraz bardziej podejrzliwa.

– Bo mamie się nie podobały, że niby słabe gatunkowo i po pierwszym praniu zrobi się z nich szmata – wymyśliła na poczekaniu. – Przecież wiesz, że mama nigdy tam ciuchów nie kupuje. Jeździ po kawę, wody, soki, a ja jej pomagam z Majką targać to do samochodu.

– I ma rację. Lepiej iść do lumpa. Kupisz za grosze, a można trafić na świetne marki. Nie wiem, co ci odbiło z tym hipermarketem. A kupiłaś w końcu coś czy nie?

– No mówiłam już, że nic nie kupiłam. Nie było ich – brnęła nadal w kłamstwa.

– I całe szczęście. To za ile będziesz na chacie?

– Za dziesięć minut – odpowiedziała.

– To ja się zbieram i lada moment będę u ciebie.

Lena zastanawiała się przez resztę drogi, co takiego niezwykłego chce jej Kaja pokazać, że aż musi do niej przychodzić. Dotarła do domu. Rodziców nie było. Majka leżała w swoim pokoju ze słuchawkami na uszach. Drzwi miała otwarte, więc zauważyła siostrę.

– Obiad masz w piekarniku. Ja już zjadłam. Podgrzej sobie! – zawołała. – Mama wczoraj przygotowała, więc na kuchnię taty nie masz co liczyć – roześmiała się i wciąż leżąc, wykonywała dziwne ruchy w rytm muzyki.

Lena zdjęła kurtkę, gdyż październik powitał ich chłodem i nie zamierzał zmieniać swego oblicza. Udała się do kuchni i zajrzała do piekarnika.

– Burgery buraczane i na dodatek wegańskie – powiedziała do siebie.

Zdecydowanie wolała tradycyjną kuchnię taty, ale doceniała dbałość mamy o zdrowie ich wszystkich. Rzadko ktoś z rodziny chorował i nikt nie miał nadwagi. Przyzwyczaiła się też do różnych, nawet tych nietypowych smaków. Burgery buraczane bywały w ich domu często. Kaja je uwielbiała, więc gdy przyjdzie, to się załapie. Były zrobione z buraków, cebuli, kaszy jaglanej, ziaren słonecznika i sezamu, przyprawione zieloną pietruszką, kolendrą, imbirem, pieprzem cayenne i czosnkiem. Gdy Kaja jadła je po raz pierwszy jakieś dwa lata temu, w ogóle nie zorientowała się, że są bezmięsne.

Lena włączyła piekarnik i usłyszała dźwięk domofonu. Po chwili Kaja była już w jej mieszkaniu. Lena zaproponowała jej poczęstunek.

– Objadłam się w domu tak, że ledwo się ruszam, ale burgera zjem, choćbym miała go w siebie wepchnąć na siłę. Nie odpuszczę – roześmiała się.

– Wiem. Dlatego dla ciebie też podgrzałam – uśmiechnęła się kącikiem ust.

Lena nałożyła burgery na talerz i poszły do pokoju. Rozsiadły się wygodnie na łóżku.

– Dobra, wcinaj i mów, co takiego chciałaś mi pokazać.

– Odpal laptopa. – Kai zaświeciły się oczy.

– Daj przełknąć.

– A nie możesz odpalać, przełykając?

Lena włączyła sprzęt.

– Wejdź w profil Naszej Klasy.

– Po co? Kto tego jeszcze używa? – zdziwiła się.

– Wchodź, nie marudź.

Lena wpisała www.nk.pl, a potem kliknęła na link.

– A niby jak się mam zalogować? Przecież mam już zupełnie inny adres mailowy, a hasła za nic w świecie sobie nie przypomnę.

– Wpiszesz adres mojej mamy. Ona wciąż korzysta z Naszej Klasy – roześmiała się przyjaciółka Leny.

Dziewczyna wstukała literki. Kaja podała jej hasło.

– Skąd je znasz?

– Mama ma wszystko zapisane, żeby nie zapomnieć. Notes leży przy laptopie – odparła, kręcąc z politowaniem głową nad pomysłami swojej matki.

– Co teraz? – spytała Lena.

– Wpisz: Jaworski Mateusz.

Lena spojrzała podejrzliwie na Kaję.

– To ojciec Antka?

– Tak.

– Skąd wiesz?

– Wejdź w profil i zobacz foty. Nie wiem, czy on jeszcze korzysta z Naszej Klasy, ale parę lat temu mnóstwo osób korzystało. Moja mama zagląda tam do dziś. Coś mnie tknęło, żeby go tam sprawdzić, bo na fejsie go nie ma, na Twitterze też go nie znalazłam – tłumaczyła. – Weszłam nawet na Goldenline, ale nie znalazłam wyszukiwarki. Tam chyba tylko znajomych możesz do kontaktów dodać.

Lena wiedziała o tym wszystkim, choć nie szukała jego ojca, a Antka, ale też jego powiązań rodzinnych.

– To ten Jaworski z Wrocławia? Bo tu mam jeszcze siedmiu.

– Nie, nie ten z Wrocławia, tylko ten z Legnicy. Gdy zakładał profil, tam jeszcze mieszkał.

 

– Skąd znałaś jego imię? – zdziwiła się Lena.

– Nie znałam. Wpisałam najpierw dane Antka, ale niczego nie znalazłam, więc wpisałam samo nazwisko i szukałam po miastach. Zobaczyłam, że jest Mateusz Jaworski z Legnicy, to weszłam w profil. I to był strzał w dziesiątkę – opowiadała dumna z siebie. – Masz rację, wiele osób już nie korzysta z Naszej Klasy, ale wciąż mają tam swoje profile, bo ich nie pousuwali. Ojciec Antka chyba od czasu do czasu jednak tam zagląda, bo ostatnie zdjęcia dodał rok temu.

– Niezły z ciebie detektyw – Lena pochwaliła Kaję.

Rzeczywiście, była pełna uznania dla przyjaciółki. Ona na to nie wpadła. Nawet jej do głowy nie przyszło, żeby szukać Antka albo kogoś z jego rodziny na Naszej Klasie.

Spojrzała na profil. Pod napisem „O sobie” przeczytała: programista IT.

Pod kolejnym: „Czym się aktualnie zajmuję?”, starszy programista Java.

Kliknęła na zdjęcia. Przyglądała się każdemu z nich uważnie. Antek był na nich młodszy, choć na tych dodanych rok temu przypominał tego chłopaka, którego poznała we wrześniu, tylko włosy miał dłuższe. Na kolejnym trzymał małą ciemnowłosą dziewczynkę na rękach. Na innym obracał się z nią. Dziewczynka się śmiała. Lena pomyślała, że to zapewne jego siostra. Ciekawe, jak miała na imię? Bardzo dużo zdjęć pochodziło z jakiegoś rancha i dotyczyło jazdy konnej. Wszyscy jeździli w siodłach. Tylko fotki siostry Antka były inne. Jeździła na oklep przy asekuracji instruktora i pod czujnym okiem rodziców lub leżała na plecach na końskim zadzie. Na innych ręce miała rozłożone na boki bądź uniesione w górę. Dziwne to były pozycje: w siadzie przodem, tyłem, w leżeniu.

– Wygląda to na rehabilitację na koniu – Lena podniosła wzrok i spojrzała w oczy Kai.

– Bo to jest hipoterapia – stwierdziła Kaja. – Wiem, bo moja kuzynka coś takiego miała.

– Ale po co?

– Miała skoliozę. Ta hipoterapia bardzo jej pomogła.

– Czyli skrzywienie kręgosłupa?

– Tak, jakieś trójpłaszczyznowe. Ciocia mi to tłumaczyła, ale nie bardzo ogarniam, o co chodzi – powiedziała Kaja. – Różne dzieci tam chodziły: z nadpobudliwością psychoruchową, a nawet z zespołem Downa – przypomniała sobie.

– Ta mała raczej nie ma zespołu Downa – stwierdziła Lena. – Nic po niej nie widać. Ciekawe, co jej jest?

– Może ma ADHD albo zwyczajnie krzywy kręgosłup – wzruszyła ramionami Kaja.

– Śliczna jest. Podobna do Antka – uśmiechnęła się Lena.

– Ich mama to też niezła laska – skomentowała Kaja.

– To prawda – odparła Lena, przypatrując się szczupłej szatynce w sportowym stroju.

– Na tej focie to tak nie widać. Za chwilę zobaczysz ją na jakiejś imprezie. Ma mega figurę. I świetną kieckę. Zresztą ojciec też niczego sobie. Wysportowany. A w garniaku wygląda jak Bradley Cooper – paplała. – I nieźle zarabia. Wiesz, jakie są pensje programistów IT?

– Wyglądają na szczęśliwą rodzinę – wtrąciła Lena, bagatelizując pytanie Kai.

Była wdzięczna przyjaciółce, że zdobyła wiadomości na temat Antka i jego najbliższych. Zaspokoiło to jej ciekawość. Tylko że i tak nic więcej nie mogły z tym zrobić. Po prostu dowiedziały się pewnych szczegółów z jego życia i tyle.

Dla Leny było to ważne. Sama nie wiedziała dlaczego. Nie rozumiała też, po co Kaja się tym interesowała. Miała przecież swojego Aleksandra.

– Nie możemy się zdradzić, że coś wiemy na jego temat – stwierdziła Lena.

– Niby dlaczego? – zdziwiła się Kaja.

– Pomyśli, że go szpiegujemy. Może się wkurzyć – wyjaśniła Lena. – Chciałabyś, aby ktoś grzebał w twoim życiu? Musimy poczekać, aż sam coś powie. Jest z nami krótko. Za jakiś czas pewnie się otworzy.

– Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię – wzruszyła ramionami Kaja. – Może nic, a może coś wpadnie mi do głowy? – Wyjęła smartfona z kieszeni spodni i zaczęła coś przeglądać. – Patrz, ile osób z Heyyka jest w pobliżu – uśmiechnęła się i pokazała jej wyświetlacz: „Użytkownicy w pobliżu do 24 km”.

Lena zobaczyła trzy awatary. Pod każdym z nich była wymyślona nazwa uczestnika i odległość podana w kilometrach.

– O, ten jest blisko! – roześmiała się Kaja. – Niecałe cztery kilometry od nas. I ten drugi też. Tylko dwa kilometry. Kliknęła na awatara i oczom Leny ukazała się mapa z nazwami ulic, zaznaczonymi głównymi punktami jak urząd skarbowy czy też hipermarket i niebieską kropką. – Tutaj jest gdzieś, za hipermarketem.

Lena zamarła na chwilę. Niebieska kropka wyświetlała się tuż przy ulicy Zakładowej, tam, gdzie mieszkał Antek, na nowoczesnym osiedlu. Natychmiast przywołała się w myślach do porządku. Na dobrą sprawę mógł to być każdy, kto mieszkał tam lub odwiedził kogoś i posiadał w telefonie zainstalowaną aplikację Heyyka.

– A można sprawdzić, czy ten ktoś jest w sklepie czy w domu? – zaciekawiła się.

– Takich dokładnych informacji nie uzyskasz. Nie wyświetli ci się, że to dom albo sklep – wyjaśniła Kaja. – Tylko orientacyjnie wyświetla się punkt i nazwa ulicy. Ta aplikacja działa z GPS – uśmiechnęła się z wyższością.

Dziewczyny spędziły razem prawie całe popołudnie. Wieczorem, gdy Lena położyła się do łóżka, rozmyślała o Antku. Wcale tego nie chciała, ale niepostrzeżenie jego postać wkradała jej się do głowy. Jeszcze nigdy w życiu tak nie miała. Dręczyły ją też wyrzuty sumienia, że nie powiedziała przyjaciółce o tym, iż dowiedziała się, gdzie Antek mieszka. Jakby nie było, Kaja przybiegła natychmiast podzielić się z nią najnowszymi informacjami. Lenie było strasznie głupio, bo na dodatek skłamała, że poszła do hipermarketu po koszulkę. Nie chciała mówić przyjaciółce o wszystkim. Dlaczego? Sama siebie nie rozumiała. Nigdy wcześniej w ten sposób się nie zachowywała.

Gdy Kaja wyszła, dziewczyna wzięła telefon do ręki, odszukała w internecie aplikację Heyyka i kliknęła „zainstaluj”. To była kolejna rzecz zupełnie do niej niepodobna. Przecież tak niedawno sprzeczała się z Niną, że ta aplikacja może być niebezpieczna.

Antkowi podobał się Wrocław. Zresztą, mieszkając w Legnicy, często przyjeżdżał tu z rodzicami i siostrą i całkiem dobrze orientował się, gdzie znajduje się rynek, Ostrów Tumski, ogród zoologiczny z afrykarium, park Szczytnicki czy inne znane miejsca w tym mieście. Rodzice kupili przestronne mieszkanie w dobrym punkcie miasta. Niby na uboczu, wśród zieleni, nad Odrą, którą widział z okien, a jednocześnie wszędzie bardzo dobre połączenie, a do centrum przysłowiowy rzut beretem. To, co go najbardziej irytowało, to fakt, że wszystkie zmiany w jego życiu były dokonywane ze względu na Klarę. Wszystko było jej podporządkowane. Z jednej strony to rozumiał. Na miejscu rodziców być może postępowałby tak samo. Tylko że on niczemu nie był winien w całej tej sytuacji. Dlaczego więc odbywało się to jego kosztem? Gdy dokonywali jakichkolwiek zmian, nigdy go nawet nie zapytali, co o tym sądzi. Po prostu go informowali. Jeśli widzieli niezadowolenie na jego twarzy, tłumaczyli mu tylko, dlaczego tak a nie inaczej postępują.

Ambiwalentne uczucia toczyły walkę w jego umyśle. Były chwile, gdy tęsknił za Legnicą i ludźmi z klasy. Tam wszyscy wiedzieli, w jakiej znajduje się sytuacji. Przyzwyczaili się do tego i mógł żyć normalnie. Tutaj wszystko było nowe. Nie chciał drugi raz przez to przechodzić, przez co musiał przejść w Legnicy, gdy jego życie diametralnie się zaczęło zmieniać. Nie miał już na to sił. Wolał trzymać się na uboczu i nie wtajemniczać nikogo w sprawy swojej rodziny.

Tymon i Leon często namawiali go na jakieś wypady.

– Wybierz się z nami do maca – proponował któregoś dnia Tymon. – Co ty popołudniami na chacie robisz? Chyba nie zakuwasz całymi dniami?

– Nie zakuwam – odpowiedział. – Siedzę na kompie. Robię różne rzeczy. Uczę się programowania. To mnie pochłania bez reszty.

– Sam się uczysz? – zdziwił się Leon.

– Mój tata jest programistą IT – wyjaśnił.

Po części to była prawda. Rzeczywiście, tata, gdy nie spędzał czasu z Klarą albo gdy nie wracał zbyt zmęczony z pracy, wiele zagadnień z programowania mu tłumaczył i Antek coraz lepiej sobie radził. Leon i Tymon uwierzyli w jego wyjaśnienia. Nie wiedzieli, że często wieczorami wychodził z domu, by bez celu pojeździć na rowerze po nadodrzańskich wałach lub posiedzieć na schodkach prowadzących do mariny. Chciał być sam. Chciał posiedzieć, pomyśleć albo wręcz przeciwnie, zupełnie nie myśleć, wyłączyć umysł. W Legnicy było zupełnie inaczej. Grał z chłopakami w nogę lub w kosza. Gdy było ciepło, jeździli rowerami do parku Gdańskiego, w którym często odbywały się imprezy plenerowe, lub pływali i wygłupiali się na kąpielisku Kormoran. Czasem wpadali do pizzerii na Jaworzyńską. Teraz jednak był we Wrocławiu i miał świadomość, że już nic nie będzie takie samo.

Tymon z Leonem przyzwyczaili się do tego, że nigdzie z nimi nie wychodził. Pewnie uznali go za dziwaka, ale zaakceptowali to. W szkole dogadywali się dobrze i to z nimi Antek spędzał przerwy. Nie wypytywali go o sprawy prywatne. Był im wdzięczny za to, choć sądził, że nie robili tego ze względu na niego. Raczej inne rzeczy ich interesowały. Dużo rozmawiali o grach komputerowych. Antek miał w tym temacie sporo do powiedzenia i dzielił się tą wiedzą, a oni chłonęli to, co mówił, jak gąbka wodę. Taki stan rzeczy bardzo mu odpowiadał – rozmawiać o wszystkim, byle nie o rodzinie. Na szczęście nie byli wścibscy, w przeciwieństwie do Kai. Nie miał pojęcia, po co się do niego tak przyczepiła. Nie miał najmniejszej ochoty chodzić na domówki i integrować się z resztą klasy, zwłaszcza z nią. Miał poprawne stosunki, ale zachowywał dystans. Pomagał chłopakom czasem na kartkówkach lub sprawdzianie. Nauka przychodziła mu łatwo. Od dziewczyn wolał się trzymać z daleka. Pamiętał zachowanie koleżanek z Legnicy. Wszystko chciały wiedzieć ze szczegółami. Niektóre się martwiły, inne współczuły, a czasem nawet płakały. Nie pragnął litości ani współczucia. Nie chciał także niezdrowej sensacji i gadania za jego plecami. Pomyślał, że dziewczyny na całym świecie są pewnie takie same. Są ciekawskie i drążą temat, póki czegoś z człowieka nie wyciągną. Co do Kai, to nie miał wątpliwości, że tak właśnie jest. Przekonał się o tym po raz kolejny niebawem.

– Siema – powiedziała, podchodząc do niego na przerwie. – Jak spędziłeś weekend?

– A ty? – odpowiedział pytaniem.

– Byłam na domówce u Hani, na której ty też miałeś być. – Przyglądała mu się badawczo, przekrzywiając głowę w bok.

– Po pierwsze, powiedziałem, że nie mogę, a po drugie Hania wcale mnie nie zaprosiła – odparł obojętnym tonem.

– Nie zaprosiła cię, bo powiedziałam jej, że nie przyjdziesz.

– O co więc chodzi? – spytał.

– O nic – wzruszyła ramionami. – Ciekawa jestem, co robisz popołudniami? Rozmawiałam z Tymonem i Leonem. Zgodnie stwierdzili, że nie spotykasz się z nimi po szkole, że coś tam programujesz i że masz ogromną wiedzę na temat gier komputerowych, zwłaszcza tych rozgrywających się internetowo.

– I co w związku z tym? – jego ton brzmiał obojętnie, choć wszystko się w nim gotowało. Dlaczego ta dziewczyna nie chciała się odczepić?

– Jesteś w naszej klasie nowy – stwierdziła. – Powinno ci zależeć na zintegrowaniu się z klasą. Traktowanie wszystkich z góry nic ci nie da. Chcesz mieć wszystkich przeciwko sobie?

– Nie traktuję nikogo z góry – odpowiedział. – I na niczym mi nie zależy.

– To twój błąd – Kaja brnęła dalej.

– Trudno, błądzić jest rzeczą ludzką. I nie mam ochoty się przed tobą tłumaczyć. – Antek był coraz bardziej poirytowany. Nie chciał nikogo zranić, ale ta dziewczyna wydawała mu się coraz bardziej bezczelna. Chciała wkroczyć w jego życie i mówić mu, co ma robić. Pomyślał, że nigdy jej na to nie pozwoli.

– Możesz tego żałować – wycedziła ze złością. – I pożałujesz – dodała.

– Kaja! Daj mu spokój! Co ty wyprawiasz? Ma prawo żyć tak jak mu się podoba – dobiegł go głos dziewczyny o ciemnych włosach sięgających ramion i intensywnie zielonych oczach. To ją wyróżniało. Nigdy nie widział oczu w takim kolorze, choć dwie jego koleżanki miały oczy zielone, ale nie tak nasycone tą barwą. Zapamiętał, że miała na imię Lena. Zorientował się już we wrześniu, że chyba się przyjaźniły. Trzymały się zawsze razem. Lena była cicha i spokojna, Kaja – głośna i odważna. Poza Leną kumplowała się wyłącznie z chłopakami. Była ładna i wykorzystywała to. Śmiało mógłby stwierdzić, że potrafiła nimi manipulować. Teraz jemu groziła. Nie bał się ani trochę. Było mu to zupełnie obojętne. Polubił wprawdzie Leona i Tymona, ale jeśli dadzą się zmanipulować Kai, to już ich problem, a nie jego. Nie miał żalu, że powiedzieli jej, iż zna się dobrze na różnych grach prowadzonych w sieci. Nie prosił ich o dochowanie tajemnicy, bo to akurat żadnym sekretem nie było. Nawet na fejsie i Twitterze zamieszczał linki do gier i podpowiadał, jaką w poszczególnych grach obierać taktykę i strategię. Ostrzegał też przed niebezpiecznymi grami, przed tak zwaną mroczną stroną internetu.

 

– A ty co? Za adwokata robisz? – wyrwał go z zamyślenia głos Kai. – Chyba powinnaś być po mojej stronie – patrzyła na Lenę ze złością.

– Jestem po twojej stronie, ale nie wtedy, gdy komuś grozisz – odparła Lena. – Ty chyba zwariowałaś! Nikt nie ma prawa wchodzić z butami w czyjeś życie, a ty właśnie to robisz. Jestem po twojej stronie – powtórzyła – ale przeciwko temu, co wyprawiasz. – Pokręciła z niedowierzaniem głową. – Idę na matmę. Już powinien być dzwonek.

Matmę mieli z panem Bartosiewiczem. Stanowczy, ale spokojny. Zdaniem Antka nieźle tłumaczył. Przerabiali właśnie drugi rozdział: procenty, ułamek liczby, o ile procent więcej, o ile mniej, obliczanie procentu danej liczby. Zbliżali się już do powtórzenia. Antek miał to w jednym palcu. Od dawna interesował się informatyką, ale i matematyką. W Legnicy chodził na zajęcia dodatkowe – ale nie wyrównawcze, tylko takie dla pasjonatów. W nowej klasie nie wychylał się jednak, choć wywołany do tablicy, błyskawicznie rozwiązywał zadania. Nie potrafił grać kogoś, kto tego nie ogarnia. Pan Bartosiewicz był pod ogromnym wrażeniem. Klasa również. Dobra z matmy była też Lena, a najsłabsza chyba Kaja. Tymon był niezły w przeciwieństwie do Leona.

– Ponieważ wasz poziom jest bardzo nierówny, na następnej lekcji porozmawiamy o koleżeńskiej samopomocy. W przeszłości to się dobrze sprawdzało – oznajmił pan Bartosiewicz. – Taka pomoc jest bardzo ważna, ponieważ robimy coś bezinteresownie, by zmotywować osobę, aby również czuła się potrzebna i doceniona – dodał. – Tak naprawdę każdy na tej planecie jest potrzebny drugiemu człowiekowi. Czy to nie jest piękne?

– Pan mówi jak poeta, a nie matematyk – wyrwało się Jaśkowi.

– Jedno drugiego nie wyklucza – odpowiedział nauczyciel. – Co nie oznacza, że jak mi sklecisz jakiś romantyczny wiersz, to dostaniesz dobrą ocenę z matematyki. Poza tym poezja ma trochę wspólnego z matematyką. Wystarczy, że zmienisz jedno słowo lub źle je dobierzesz, i całość może stracić sens. W matematyce zmienisz niechcący liczbę i nie otrzymasz dobrego wyniku – dodał.

Rozległ się dzwonek na przerwę. Dla siódmej A był to koniec zajęć.

Antek opuścił szkołę. Widział idącą przed sobą Lenę z Kają. Trzymał się w pewnej odległości za nimi. Dziewczyny przeszły przez skrzyżowanie i po kilku minutach zatrzymały się. Rozmawiały chwilę. Potem Kaja skręciła w stronę zielonego bloku. Pomyślał, że zapewne tu mieszka. Lena szła prosto. Gdy Kaja zniknęła w jednej z klatek schodowych, przyspieszył kroku.

– Lena! – zawołał. – Zaczekaj.

Widział zdziwienie malujące się na jej twarzy, gdy obróciła się i zobaczyła go. Wpatrywała się w niego tymi swoimi intensywnie zielonymi oczami.

– Coś się stało? – spytała, ruszając wolnym krokiem.

– Mam nadzieję, że nie. Po prostu chcę ci powiedzieć, że nie chcę, byś narażała swoją przyjaźń z Kają, stając w mojej obronie.

– Zawsze mówię, co myślę, zwłaszcza jak coś mi się nie podoba. Gdyby na twoim miejscu był ktoś inny, zrobiłabym to samo – wzruszyła obojętnie ramionami.

– Kaja była na ciebie wściekła – zauważył.

– Nie pierwszy i nie ostatni raz – uśmiechnęła się. – Przejdzie jej. Znamy się od dziecka.

– To dobrze, bo miałem obawy, że może mieć do ciebie pretensje.

– Strzeliła focha i tyle – odparła. – Przyjaźń nie polega na tym, żeby się we wszystkim zgadzać, a tym bardziej podporządkowywać jedna drugiej. Przyjaźń to pełna akceptacja. Może nie podobać mi się to, co ona robi, mogę nie lubić jej wad, ale przyjmuję je w pakiecie. Nie oznacza to jednak, że mam popierać to, co robi, bądź siedzieć cicho.

– Dobrze powiedziane – stwierdził.

– Dużo przyjaciół zostawiłeś w Legnicy? – spytała. – Nie chcesz, to nie mów – dodała pospiesznie.

– „Przyjaciół” to za dużo powiedziane – westchnął. – Zauważyłem, że zbytnio się szafuje tym słowem. – Spojrzał w jej zielone oczy i nie wiedział dlaczego, ale poczuł się dziwnie, jak nigdy dotąd. – Mam tam dobrych kumpli i znajomych.

– W dobie internetu wciąż możecie utrzymywać kontakt – stwierdziła. – No i Legnica nie jest daleko. Możecie od czasu do czasu spotykać się w realu.

– To prawda – odparł. – Mamy kontakt przez komunikatory i Skype’a.

– Świetnie – ucieszyła się. – A Wrocław ci się podoba?

– Piękne miasto. Przyjeżdżałem tutaj z rodzicami, mieszkając jeszcze w Legnicy.

– W afrykarium byliście?

– Tak, ale nie zaraz po otwarciu, bo były podobno kilometrowe kolejki. Woleliśmy przeczekać.

– Ja też nie byłam zaraz po otwarciu – roześmiała się. – Z tego samego powodu. Poszłam z mamą i siostrą. Tata nie dotarł tam do tej pory. Wtedy, gdy my szłyśmy, miał popołudniowy dyżur. Jest szefem ochrony.

– Rządu? – uśmiechnął się łobuzersko.

– Nie – odwzajemniła uśmiech. – Firma, w której pracuje, ochrania biurowce poważnych korporacji, ale również budynki przemysłowe.

– Odpowiedzialne zajęcie – rzekł.

– Z tego właśnie powodu tata idzie do afrykarium i dojść nie może – roześmiała się. – Wciąż się jednak odgraża, że się w końcu wybierze.

– A mama gdzie pracuje? – zainteresował się i sam był sobą zdziwiony, gdyż nigdy go takie rzeczy nie obchodziły.

– W biurze spółdzielni mieszkaniowej. Jest księgową.

Gdy doszli do skrzyżowania, Antek zatrzymał się.

– Ja tutaj skręcam – powiedział. – Mieszkam za mostem.

– Naprawdę? – udała zdziwioną. – Sorki, że pytam, ale jakim cudem trafiłeś do naszej szkoły? Jest poza twoim rejonem.

– Ojciec załatwił mi ją ze względu na basen. Zależy mu, bym pływał. W sumie nie wiem dlaczego, bo i tak chodzimy z całą rodziną na basen w niedzielę.

– Zawsze to jedna godzina dodatkowo – powiedziała. – Nie myślał, żeby cię zapisać do klasy pływackiej? Są takie w naszej szkole.

– Myślał, ale nie chciałem. Nie kręci mnie pływanie wyczynowe, a z tego, co tata rozmawiał z trenerami, to do tego te klasy przygotowują.

– To prawda. Większość osób idzie później do liceum mistrzostwa sportowego w pływaniu – odparła.

– To nie moja bajka – uśmiechnął się. – Pochłania mnóstwo czasu. Na nic innego go już nie starcza. Jest też drugi powód. To już siódma klasa. Trener tłumaczył, że w tej szkole pływa się od drugiej klasy, że są takie SKS-y pływackie, a później idzie się do klasy pływackiej. Ja nigdy wcześniej nie trenowałem pływania. Chyba bym im tylko przeszkadzał – roześmiał się.

Gdy się rozeszli, każde w swoją stronę, Antek zaczął rozmyślać sam nad sobą. Przecież cały czas był nastawiony na trzymanie dystansu w stosunku do nowej klasy, a w szczególności do dziewczyn. I nagle sam zawołał Lenę, choć przecież nie musiał tego robić. Wtrąciła się w jego przepychankę słowną z Kają, bo sama tego chciała. Na dodatek świetnie mu się z nią rozmawiało i żal było się rozstawać. Nie była wścibska. Nie wypytywała o jego rodzinę, tylko o sprawy dotyczące jego samego. Podobało mu się też, w jaki sposób zdefiniowała przyjaźń. No i była jego zdaniem bardzo ładna. Taka kruszynka. Mimo wcześniejszych postanowień miał ogromne pragnienie, by się do niej zbliżyć.