Sex/Skin

Tekst
Autor:Bb Easton
Z serii: BB Easton
Z serii: 44 Chapters #1
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sex\/Skin
Sex\/Skin
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,80  47,84 
Sex/Skin
Sex/Skin
Audiobook
Czyta Ewa Abart
29,90  21,23 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dedykuję tę książkę pierwszemu chłopakowi, którego kochałam.

Temu, który wiedział, że zasługuję na coś więcej.

Temu, który mnie uratował, wyzwalając mnie.

Temu, który był dla mnie inspiracją – dzięki tobie zostałam szkolną psycholożką.

Przepraszam, że nie zdołałam cię uzdrowić.

Próbowałam.

Wstęp

Jeśli przeczytaliście Sex/Love, znacie już mój styl. Jest sarkastyczny i bluźnierczy, seksowny i zabawny. Jest do bólu uczciwy, ale nie należy niczego brać zbyt serio. Do licha, trzydziestu trzech słów użytych w tamtej książce nie ma nawet w słownikach, po prostu je wymyśliłam.

Kiedy zabrałam się za napisanie tej oto historii Knighta, chciałam być uczciwa. Chciałam pokazać, jak to naprawdę jest być piętnastoletnią dziewczyną pochodzącą z robotniczej rodziny, która pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku uczęszczała do zatłoczonej, niedofinansowanej publicznej szkoły średniej. I w związku z tym wiedziałam, że będę musiała poruszyć wiele drażliwych tematów – nie tylko takich jak seks nieletnich, ale także rasizm, homofobia, samobójstwa, narkotyki, alkohol, przynależność do gangów, sprawa posiadania broni, inwazyjne zabiegi estetyczne, znęcanie się, przemoc domowa, ciąże wśród nastolatek, zaburzenia łaknienia, choroby psychiczne, pierwsza miłość i pierwsza strata, a także zwykłe poczucie zagubienia. To były moje szkolne przeżycia – i chociaż wiedziałam, że temat będzie trudny – chciałam o tym napisać po swojemu. W moim dziwnym, niefrasobliwym stylu.

Ale oni mieli gdzieś to, co chcę zrobić.

Knight i BB w prawdziwym życiu nie słynęli szczególnie z posłuszeństwa, a ich literackie postacie się od nich nie odróżniały. Wcześnie zdałam sobie sprawę, że to nie będzie kolejny pamiętnik. Ci bohaterowie po prostu by na to nie pozwolili. Gdybym im powiedziała: „Powinniście tu skręcić w lewo”, pokazaliby mi środkowy palec ze słowami: „Ale my chcemy iść w prawo, więc tak zrobimy”. W końcu wyrzuciłam kostium kronikarza przez okno – i tak nigdy mi nie pasował – i zwyczajnie starałam się podążyć za ledwie uchwytnymi Knightem i BB. Umieściłam ich w znanych miejscach, spróbowałam odtworzyć dokładne scenariusze wydarzeń, a oni zrobili to, co im wychodziło najlepiej, czyli, do diabła, po prostu to, co chcieli.

Zatem tym z was, którzy posługują się lewą (analityczną) półkulą mózgu i będą chcieli wiedzieć, która część tej książki jest prawdziwa, a która fikcyjna, mogę jedynie powiedzieć, że większość tego, co zaraz przeczytacie, wydarzyła się naprawdę, a to, co w rzeczywistości nie miało miejsca, odpowiada prawdzie tych postaci na tyle, że z łatwością mogło się zdarzyć.

Podkreślam, że wszyscy drugoplanowi bohaterowie stanowią połączenie cech ludzi, których poznałam w szkole średniej – to frankenteensi, składający się z wybranych cech fizycznych i osobowościowych co najmniej dwojga moich bliskich przyjaciół. Jakiekolwiek podobieństwo do pojedynczej żyjącej osoby jest całkowicie przypadkowe. Zmieniłam także wszystkie imiona i nazwy, włącznie z nazwą mojej szkoły i salonu tatuażu Knighta; ograniczyłam też ramy chronologiczne wydarzeń do jednego roku szkolnego. W ten sposób opowieść popłynęła gładko.

W trakcie pisania przekonałam się, że pozwalając sobie na lekkie odejście od rzeczywistości, dawałam swoim bohaterom swobodę pełniejszego wypowiedzenia się, niż mieli w prawdziwym życiu. Dzięki temu ta historia jest nawet uczciwsza od suchego wyliczenia zaistniałych wydarzeń. Trafia w sedno tego, kim naprawdę byli Knight i BB, jaka była moja szkoła, i odnosi się do tych wszystkich okropnych i pięknych zdarzeń, do których dochodziło, gdy dorośli nie patrzyli.

Ta książka przedstawia moją wersję prawdy. Nazwałabym ją fragmentaryczną prawdą.

CZĘŚĆ

I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Będzie dobrze, będzie dobrze, nie panikuj. To był mój pierwszy dzień w dziesiątej klasie i nie zamierzałam się denerwować. Chciałam mieć same szaleńczo radosne, pozytywne myśli. Miałam zamiar z impetem wtargnąć na znane mi korytarze szkoły średniej Peach State w swoich butach z okutymi noskami, z bananem na twarzy, bo to miał być TEN rok, w którym Lance Hightower w końcu wyzna mi dozgonną miłość. Tak po prostu musiało się stać.

Nie zamierzałam obwiniać się o to, że od połowy szkoły bezskutecznie próbowałam zwrócić na siebie uwagę tego chłopaka, ani nie zamierzałam przejmować się tym, że w wieku lat piętnastu nadal miałam zero biustu. Nie, wolałam wyobrażać sobie wszelkie w pełni spontaniczne sposoby, jakie może wybrać Lance, by mi się oświadczyć na oczach wszystkich. Bo przecież właśnie się dowiedziałam – dzięki niezdrowej pasji mojego taty do oglądania wiadomości CNN – że w stanie Georgia najzupełniej legalne są małżeństwa nastolatków, jeśli mają pisemną zgodę jednego z rodziców. Nie byłby to dla mnie żaden problem, bo odkąd skończyłam dwanaście lat, stale doskonaliłam podpis swojej mamy.

Czułam się znakomicie także dlatego, że wybrałam świetny strój na dzień powrotu do szkoły. Moje czarne markowe glany i „jaskółki” na powiekach były na swoim miejscu, wciągnęłam zajebiste czarne siatkowane kabaretki pod ulubione dżinsy, znacznie za krótko obcięte jak na szkołę; szary odsłaniający brzuch T-shirt nosił logo niezależnego zespołu, co do którego miałam całkowitą pewność, że nikt o nim nie słyszał; a moje ręce były dosłownie przyklejone do boków pod ciężarem mnóstwa bransoletek z metalu, paciorków i skóry. Poza tym tego lata zaczęłam palić (tym razem na dobre), a moje krótsze, bardziej awangardowe, ostro ścięte włosy spotkały się z masą komplementów, nawet ze strony Lance’a (o co głównie chodziło).

Oczywiście całe to pozytywne nastawienie poszło w cholerę, gdy tylko ruszyłam w stronę kościelnego parkingu, by zapalić między zajęciami.

Nie było tajemnicą w szkole średniej Peach State, że jeśli chcesz zrobić coś złego, musisz tylko minąć zardzewiałe rzęchy na parkingu dla uczniów, przejść za balustradę i przekroczyć linię drzew. To wszystko. Po drugiej stronie znajdowałeś się w cudownym zadrzewionym miejscu, zwanym „kościelnym parkingiem”, gdzie dzieciaki mogły schronić się przed prześladowaniem ze strony przepełnionej, niedoinwestowanej publicznej instytucji oświatowej, by się pośmiać, zapalić i się pobawić (choćby tylko przez siedem minut przerwy). Kościół był od dawna opuszczoną jednonawową kaplicą, którą stopniowo pochłaniał las, a kościelny parking był jedynie spłachetkiem żwiru, ale stanowił raj dla bandy niedostosowanych wyrostków.

Przynajmniej tak słyszałam. W gruncie rzeczy nigdy wcześniej podczas lekcji nie zawędrowałam na tę kościelną działkę, ale teraz to był mój rok. Po prostu wiedziałam, że po drugiej stronie drzew znajdę swoich. Artystowskie, dziwaczne wolne duchy podzielające moje uwielbienie dla alternatywnego rocka, awangardowej sztuki i fotografii eksperymentalnej. Ta grupa przyjmie mnie z otwartymi ramionami, zaprosi do stołu podczas lunchu i ugości na zwariowanych zakrapianych imprezach w rodzaju tych, które widywałam w telewizji.

Jednak zamiast tego zastałam najbardziej onieśmielającą grupę istot, jaką kiedykolwiek widziałam w jednym miejscu. O kurde. Te dzieciaki były cool, przez duże C i dwadzieścia siedem O. Miały wielokolorowe włosy, kolczyki w rozmaitych miejscach, profesjonalnie pomalowane czerwone usta, w jakich nigdy nie wyglądałabym dobrze ze swoją cerą rudzielca. A ich dodatki miały więcej obróżek i nabijanych ćwiekami rzemyków, niż pasowałoby to do flanelowej koszuli. Jedna z dziewczyn nosiła nawet dżinsowe ogrodniczki z obciętymi nogawkami i niezapiętą jedną szelką. A ja nie byłam punkrockówą – byłam cholerną Punky Brewster.

Przynajmniej moje glany były markowe, a kreski wokół oczu nieskazitelne. Wiedziałam to na pewno. Doskonaliłam te przeklęte kocie oczy, odkąd skończyłam dziesięć lat. A dopóki przechodziłam z klasy do klasy, dopóty moi hippisowscy rodzice nie przejmowali się tym, jaki mam makijaż ani jak się ubieram, ani tym, iloma przekleństwami rzucam przy stole (przez „stół” rozumiem tackę, na której jadam przed telewizorem w saloniku). Więc stanęłam na uboczu i próbowałam się nie gapić, polegając zarówno na swoich camelach lightach, jak i na nadziei, że ktoś przynajmniej zachwyci się moimi kreskami na powiekach.

Patrzyłam, jak chłopaki obściskują, przygniatają i przytulają swoje dziewczyny, i obserwowałam, jak wielkie cycki tych lasek podskakują przy każdym chichocie.

Założę się, że uprawiają seks, pomyślałam. Każde z nich.

Twarz i szyja nagle zaczęły mnie swędzieć i dostałam wypieków.

Aaaa, a teraz się czerwienię. Cudownie.

Zwiesiłam głowę i popatrzyłam na buty, które mogłam dostrzec bez najmniejszego problemu ze względu na całkowity brak piersi.

Dlaczego nie jest już modny heroinowy szyk? Może jeszcze wróci. Proszę, niech wróci.

Wszystkie wokół wyglądały jak Drew Barrymore, a ja – jak ktoś, kto rysuje uśmiechnięte buźki i piegi na jednym z paluszków Drew Barrymore.

Moja najlepsza przyjaciółka, Juliet Iha, miała się tu ze mną spotkać, ale po pięciu minutach stało się jasne, że znowu się na mnie wypięła.

Ona pewnie gzi się gdzieś z Tonym w jego samochodzie, aż szyby parują od jej oddechu.

 

Juliet spotykała się z dorosłym dupkiem, który rzucił szkołę średnią co najmniej dziesięć lat temu i nigdy nie robił wrażenia, jakby mu na czymś zależało. Bez wątpienia wyglądało na to, że ten wstrętny skurczybyk zawsze kręci się tam, gdzie jesteśmy, opierając się o rozpadający tył starej corvetty jak aktor, który ma zagrać rolę „potencjalnego pedofila” w produkcji telewizyjnej z osiemdziesiątego piątego roku. Tony zdecydowanie nie wzbudzał we mnie żadnych pozytywnych uczuć, ale Juliet naprawdę go lubiła, a on był na tyle dorosły, że mógł kupować nam papierosy, więc trzymałam gębę na kłódkę.

Właśnie w chwili, gdy zamierzałam zgasić camela i wracać do szkoły, poczułam dwa silne ramiona, oplatające mnie od tyłu. Jedno objęło mnie na wysokości klatki piersiowej, a drugie pod kolanami. Zanim zdążyłam krzyknąć: „Ratunku, gwałcą!”, zostałam przerzucona do góry nogami i z tyłkiem na górze opadłam na ramiona olbrzyma. Gdy klepnął mnie po pupie i roześmiał się swym wspaniałym miękkim głosem, który zalał całe moje ciało falą gorąca i podniecenia, zdałam sobie sprawę, że zostałam schwytana przez swoją dozgonną miłość – Lance’a Hightowera.

Cholerny Lance Hightower. Boże, on był doskonały. Chodził do równoległej klasy, ale był co najmniej o piętnaście centymetrów wyższy niż większość chłopaków ze starszych roczników i wyglądał już jak mężczyzna. Koleś w wieku piętnastu lat miał permanentny popołudniowy zarost. Nie dość, że miał mroczne, jakby rzeźbione rysy twarzy jak książę Eryk u Disneya, to był ikoną punkrockowca. Codziennie bez wysiłku prezentował ten sam wygląd twardziela: wyblakłe czarne converse’y, sprane błękitne dżinsy i spłowiała czarna bluza z kapturem, cała w naszywkach z nazwami nieznanych europejskich undergroundowych punkowych zespołów, z anarchistycznymi tekstami, które Lance malował na niej korektorem podczas lekcji. Ta bluza była tak słynna, że miała chyba swój własny fanzin.

Cały ten wyblakły czarny ekwipunek wieńczył równie wyblakły, lekko odrastający zielony irokez. Dodawał on zapewne kolejne sześć–siedem centymetrów do jego stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu, o ile Lance zadał sobie trud, by go postawić, a kolor włosów znakomicie podkreślał zielone plamki w jego orzechowo-miedzianych oczach.

Och, Lance. Miałam obsesję na jego punkcie od szóstej klasy. Podziwiałam go z daleka aż do zeszłego roku, gdy przypadkiem wspólnie kręciliśmy kołem ceramicznym na zajęciach z plastyki. Wyniknął z tego podniecający flirt. Kosmiczny. Jedynym problemem było to, że formalnie „chodziłam” wtedy z jego najlepszym przyjacielem Coltonem, więc sprawy nigdy tak naprawdę nie ruszyły z miejsca.

Jednak wtedy nastąpił cholerny cud. Dokładnie w środku letniego semestru Colton przeprowadził się do Las Vegas do ojca. Przez kilka godzin udawałam smutek, tak dla porządku, a potem natychmiast przystąpiłam do walki, by zostać matką dzieci Lance’a. Cały problem polegał na tym, że ja i Lance nie mieliśmy żadnych wspólnych lekcji, więc wszystkie moje uwodzicielskie zabiegi musiały ograniczyć się do siedmiu minut na przerwach. Ale w dziesiątej klasie, a byłam pewna, że to będzie najlepszy rok, mieliśmy z Lance’em wyznaczoną tę samą przerwę na lunch. Więc będę paradować z jego nazwiskiem przed majem. Po prostu to wiedziałam.

– Lance, co robisz? – Zachichotałam. – Postaw mnie na ziemi! Nie mogę oddychać, bo twoje ramię ciśnie mnie w żołądek!

Lance odchrząknął.

– To takie słodkie. Ty też zapierasz mi dech w piersiach, mała.

Boże, ten jego głos. Jak cholerne anielskie dzwony. Jak na tak wielkiego faceta o agresywnym wyglądzie miał zdumiewająco miękki i kokieteryjny tembr głosu. Kilka razy na początku kręciło mi się w głowie, gdy słyszałam taki uwodzicielski ton wydobywający się z tej surowo przystojnej twarzy. A te bajery! Przysięgam na Boga, że za każdym razem, gdy go spotkałam, miał nową gadkę. Cholernie kochałam Lance’a Hightowera.

Zachichotałam głośniej, co sprawiło, że żołądek zabolał mnie jeszcze bardziej, i klepnęłam go w doskonały, pokryty naszywkami tyłek.

– Postaw mnie, dupku!

Zanim zdążył to zrobić, z drugiej strony parkingu usłyszeliśmy obrzydliwy odgłos uderzenia i donośny krzyk: „Powtórz to jeszcze raz, skurwielu!”.

Lance nadal mocno trzymał mnie od tyłu za uda i odwrócił się w stronę zamieszania, co sprawiło, że jeszcze bardziej oszołomiona złapałam go w talii i zza jego boku zerknęłam, co się dzieje.

I chociaż nie mogłam dokładnie zorientować się, o co chodzi, bo krew napływała mi do oczu, natychmiast rozpoznałam napastnika. Nigdy się z nim bezpośrednio nie zetknęłam, ale dużo o nim słyszałam. Wszyscy słyszeli. To był skinhead, jedyny w czterotysięcznej grupie uczniów naszej szkoły na przedmieściu. Zauważyłam go w dziewiątej klasie, bo był jedyną osobą w naszej budzie, która nosiła skórzane szelki. W towarzystwie, gdzie roiło się od pasków z ćwiekami i łańcuchów do portfeli, ten sukinsyn nosił szelki – szczyt obciachu – i one nadawały mu wygląd tak straszny jak zygzaki na jadowitym wężu.

Wąż ten stał niespełna dziesięć metrów dalej, pochylając się groźnie nad chłopaczkiem z deskorolką, który zaciskał gwałtownie puchnącą szczękę i starał się opanować płacz. Kiedy chłopak nie powiedział tego, co skinhead chciał usłyszeć, ten walnął go pięścią w żołądek tak, że mały aż się zatoczył i wydał głęboki jęk, a ja pomyślałam, że coś mu poważnie uszkodził. Skin lewą ręką odciągnął głowę przerażonego chłopaka do tyłu, trzymając go za sięgające podbródka włosy i wykrzyczał mu prosto w twarz:

– Powtórz tę bzdurę jeszcze raz!

Czułam się, jakbym się miała porzygać. Serce mi waliło, w głowie się kręciło, bo wisiała w dół, ale wszystko, co zdołałam odnotować, to obrzydliwe poczucie bezradności i upokorzenia tego biednego dzieciaka. Dorastałam w domu, w którym rodzice byli pacyfistami i nie miałam rodzeństwa. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby kogoś bito, przynajmniej w prawdziwym życiu, i odebrałam ten cios, jakby był wymierzony bezpośrednio we mnie.

W pewnym sensie tak było. To uderzenie wstrząsnęło mną do głębi. Uzmysłowiło mi, że bezsensowna przemoc i okrucieństwo istnieją naprawdę, i przybierają postać noszącą glany i skórzane szelki.

Kiedy chłopak z deskorolką nadal milczał, skinhead odepchnął mu głowę tak mocno, że dzieciak poleciał na bok i wylądował rękami i twarzą na żużlu. Chłopak przeleciał co najmniej metr, zanim się ostatecznie zatrzymał. Usiłował zwinąć się w kłębek, cicho popiskując, jakby chciał stłumić krzyk.

Jego napastnik nie zaatakował ponownie, ale zaczął krążyć wokół niego jak jastrząb. Wstrzymałam oddech i mocniej złapałam Lance’a w pasie, nie zwracając uwagi na pulsowanie w oczach i, odwrócona głową w dół, obserwowałam, jak skin dokonywał oceny swej ofiary. Byłam przerażona jego spokojem. Nie był wściekły czy zdenerwowany, tylko... kalkulował. Analizował na zimno.

Skinhead podszedł do chłopaka, który teraz drżał i cicho płakał, i powoli swoim bardzo ciężkim glanem odwrócił go na bok. Dzieciak, nadal mocno skulony, wydusił z siebie coś, co brzmiało jak stłumione, zniekształcone przeprosiny. Niewzruszony napastnik pochylił się nad twarzą dzieciaka i położył mu swą mięsistą łapę na głowie. Nie wiedziałam, co zrobił na początku, ale kiedy szatynek zaczął krzyczeć z bólu, zrozumiałam, że wgniata mu twarz w żużel.

– Co to było? – spytał spokojnie skin, pochylając głowę na bok, jakby go to naprawdę interesowało, a żyły na jego muskularnych ramionach nabrzmiały, gdy zwiększał nacisk.

– Przepraszam! Przepraszam! Nie to miałem na myśli! Proszę, przestań! Proszę!

Krzyk na końcu tych przeprosin był coraz głośniejszy, bo bezduszny łysy demon nadal wciskał twarz chłopaka w ostre kamienie.

Skinhead puścił głowę swojej ofiary i wstał. Odetchnęłam i poczułam, że się rozluźniam w ramionach Lance’a, ale wtedy pełna niedowierzania zobaczyłam, że skin kopnął dzieciaka prosto w tyłek raz, drugi i trzeci. Zanim zarejestrowałam ten atak i usłyszałam krzyk, było już po wszystkim, ale zmieniło mnie to na zawsze.

Mówiono mi: „Tacy ludzie pieprzą, biją się, a ty, mała, lepiej się do tego przyzwyczaj”.

Lance powoli postawił mnie na ziemi, a ja owinęłam się wokół niego i oparłam jak o pień drzewa, by odzyskać równowagę.

Gapiłam się, częściowo ukryta za silnym ciałem Lance’a, jak skinhead bezmyślnie splunął na ziemię obok swej ofiary, zapalił papierosa i ruszył długim, pewnym siebie krokiem... wprost w moim kierunku. Żużel chrzęścił pod ciężarem jego podkutych glanów, które wystawały spod nogawek mocno zrolowanych niebieskich dżinsów. Jaskrawoczerwone sznurowadła wiły się na jego butach, a szelki w tym samym kolorze przecinały jego muskularną klatkę piersiową, odzianą w obcisły czarny T-shirt ozdobiony słowem „Lonsdale”.

Dodając sobie otuchy obecnością Lance’a, zdobyłam się na odwagę, by spojrzeć na twarz skina. Jakbym zobaczyła ducha. Przypominał człowieka, ale był tak wyzuty z kolorów, że nie można było rozróżnić rysów jego twarzy. Miał białą skórę. Jego włosy i rzęsy były zupełnie przezroczyste, a jego oczy... Jego oczy były upiornie, lodowato szaroniebieskie. Jak u zombie. I kiedy spoczął na mnie jego wzrok, włosy stanęły mi dęba tak gwałtownie, jakby jednocześnie ukłuł mnie milion igieł.

Zbliżając się, skin przeniósł pełne irytacji spojrzenie zombie ze mnie na Lance’a. Czułam narastające napięcie, promieniujące z niego, zanim jeszcze do nas dotarł, i drgnęłam, gdy przechodził, jakbym przygotowywała się na wybuch jego gniewu. Gdy nic się nie stało, ostrożnie otworzyłam oczy i odczułam zmianę atmosfery. Nabuzowany ładunek się ulotnił. On się ulotnił. Jednak zostawił za sobą potłuczonego chłopca, tlące się czerwone marlboro i mnie w rozsypce za jego sprawą.

Chociaż to przeżycie spowodowało we mnie taki uraz jak pierwszy papieros, nie ono było przyczyną tego, że nie mogłam się skupić na zajęciach dyplomowych z ekonomii. Wiedziałam, że gdy tylko zadzwoni dzwonek, będę jeść lunch w towarzystwie cholernego Lance’a Hightowera – oraz ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi, Juliet i Augustem – ale przede wszystkim z cholernym Lance’em Hightowerem.

Widziałam, jak nauczyciel porusza ustami, ale słyszałam jedynie swoje galopujące myśli: Naprawdę zaraz będę siedzieć koło niego. A co, jeśli dotrę tam pierwsza? Czy on usiądzie koło mnie? Może powinnam się gdzieś schować i poczekać, aż Lance usiądzie, i wtedy podbiec i usiąść koło niego, zanim zrobi to ktoś inny. Tak. Oczywiście. Potem znajdę pretekst, by go dotknąć. I będę śmiać się ze wszystkich jego dowcipów. To nie będzie trudne. On jest taki zabawny. I piękny. I wysoki. I ostry. I diablo marzycielski.

Kiedy w końcu rozległ się dzwonek, skoczyłam jakby dźgnięta w tyłek i popędziłam do łazienki poprawić makijaż. Potem pomknęłam do kafejki, by znaleźć stolik tego superfaceta. Każdy punk, fan gotyckiego rocka, ponury nerd, weganin, hippis, skejt czy metalowiec z naszej szkoły chciał mieć miejsce przy jego stole, i chociaż Lance chodził dopiero do dziesiątej klasy, był ich królem.

Zdobycie miejsca obok niego miało okazać się trudne. Kiedy podbiegłam, zobaczyłam, że nie tylko Lance już siedzi – dokładnie pośrodku blisko pięciometrowego stołu – ale cholerny Colton Hart też usiadł obok niego.

Cholera.

Cholera, kurde i gówno.

Kiedy, do diabła, on wrócił?

Colton mógł być największą zasraną przeszkodą w moich zabiegach, by zostać panią Hightower. Był najgorszym na świecie psem ogrodnika – właściwie głównie dlatego postanowiłam przestać się z nim umawiać – i teraz tkwił pomiędzy Lance’em a mną, dopóki nie skapitulowałam i nie pozwoliłam mu się pocałować. Zrobił to. Nie raz. Nie zrozumcie mnie źle, chodzenie z Coltonem Hartem było fajnym sposobem spędzania popołudnia. Był cholernie uroczy. I pewny siebie. I sarkastyczny. I zły. Ale po prostu nie był Lance’em.

Ale w zasadzie nadal był moim chłopakiem.

O Boże. A co, jeśli ciągle uważa nas za parę? Nie, nie ma mowy. Nawet do mnie nie zadzwonił po wyjeździe. Pewnie przeleciał wszystkie przyszłe striptizerki, gdy zamieszkał z ojcem i bratem w Las Vegas, a ja teraz dla niego nic nie znaczę. Jestem po prostu dziewczyną, którą zostawił w Georgii, a która nie chciała mu pozwolić dotknąć swoich cycków. I w porządku. Nie. To spory problem.

Gdy podeszłam, nie mogłam nic na to poradzić, ale musiałam przyznać sama przed sobą, że Colton wygląda cholernie dobrze. Lepiej niż zapamiętałam. Był jak wspaniały Piotruś Pan. Nastroszone brązowe włosy z jasnymi końcówkami, spiczaste uszy, uśmiech doskonałego modela. Kiedy wyjeżdżał, miał zdecydowanie punkrockowy styl, jak miniaturka Lance’a, ale chyba jego starszy brat jeżdżący na desce jakoś go odmienił podczas pobytu w Vegas. Colton przehandlował swoje glany za parę adidasów Superstar, spodnie z łańcuchami, suwakami i paskami w stylu bondage za parę czarnych krótkich bojówek, a swój nabijany ćwiekami pas za portfel na łańcuszku.

 

Obok każdego z nich było wolne miejsce, ale postanowiłam usiąść koło Lance’a, by pokazać, czyją dziewczyną jestem. A przynajmniej – czyją dziewczyną chciałam być.

Gdy tylko podeszłam i położyłam swój plecak, Colton krzyknął: „Kociaku! Klapnij sobie tutaj!”, a ja spojrzałam na Lance’a, który nie zrobił nic, by mnie wybawić z opresji, i westchnęłam. Podniosłam się i przeszłam obok niego, po czym uściskałam Coltona, który wstał i czekał na mnie z otwartymi ramionami.

Udając podniecenie, zawołałam:

– Cześć, Colton! O Boże, kiedy wróciłeś? – podczas gdy on już obściskiwał mnie ze wszystkich sił.

– W zeszłym tygodniu – odparł, obracając mnie na wszystkie strony. – Moja mama poczuła się samotna. Co mogę powiedzieć? Życie beze mnie jest trudne. – Odsunął się i puścił do mnie oko. – Czyż nie?

W odpowiedzi przewróciłam oczami, ale nic nie mogłam poradzić na swój zdradziecki uśmiech. Colton był naprawdę uroczy. I pachniał świeżością. Jak dziewczyna. Miał słabość do kosmetyków – do włosów i do skóry – był piekielnie próżny i był z tego dumny.

Szybko rzucił na mnie okiem i gwizdnął.

– Patrz, sprawiasz, że zastanawiam się, dlaczego wtedy wyjechałem.

Zaczerwieniłam się i wbiłam wzrok w ziemię.

– Chcesz dziś wracać ze mną autobusem do domu? Jak dawniej? Moja mama właśnie zapchała lodówkę piwem PBR...

Tak. Nie. A może?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć coś głupiego, przysiadła się Juliet i wybawiła mnie z kłopotu.

– Ona wraca do domu ze mną, Colton. BB jest teraz moją laską – rzuciła.

Juliet postawiła swoją tacę obok mojego plecaka i przyjrzała się Coltonowi. Nigdy go nie lubiła. Początkowo dlatego, że w pewnym sensie zapomniałam o jej istnieniu, gdy zaczęłam się z nim spotykać. Po prostu zaczęłam codziennie wracać z nim do domu autobusem, a nie z nią – paskudna zagrywka, wiem, ale miałam wtedy czternaście lat i to był mój pierwszy prawdziwy chłopak. Jestem całkiem pewna, że każdy sąd uznałby „pierwszego prawdziwego chłopaka” za powód „chwilowego braku poczytalności”. Jednak Juliet nie cierpiała go także dlatego, że jakoś tak paplałam jej, jak bardzo Colton na mnie naciska, żebym to z nim zrobiła. I ustąpiłabym, gdyby mi nie powiedział, że się wyprowadza. Nie zamierzałam oddać się komuś, kto za kilka tygodni miał wyjechać. Poza tym wolałam zachować to dla Lance’a Hightowera. Colton także przyglądał się Juliet przez chwilę, a potem uśmiechnął się i spytał:

– Mogę popatrzeć?

Wszyscy się roześmieliśmy, nawet Lance, który z najwyższym zainteresowaniem obserwował rozwój sytuacji. Kiedy znowu usiadłam obok niego (z dala od obłoku feromonów rozsiewanych przez Coltona Harta), westchnęłam niepewnie i spojrzałam wprost na Juliet w milczącej podzięce. Lance, który znów zaczął gadać z Coltonem, sięgnął pod stół i mocno uścisnął mnie dla otuchy. Jego ręka została pod stołem i modliłam się do wszystkich bóstw, o których tylko słyszałam, by odsunął ją trochę dalej. Nie zrobił tego, ale jakby w roztargnieniu podczas rozmowy przekładał palce przez oczka moich kabaretek, co przyprawiało mnie o niemal śmiertelny brak tchu.

Byłam wystarczająco zmieszana, gdy odezwał się do mnie August, który siedział obok Juliet – dotychczas nawet go nie zauważyłam.

Przyjaźniłam się z Augustem Embry od pierwszej klasy, gdy wylądowaliśmy na tych samych zajęciach. Był wtedy nieśmiałym pyzatym malcem bez żadnych kolegów, a ja przemądrzałą gadatliwą smarkulą bez żadnych koleżanek, więc po prostu zaskoczyło. Kochałam go jak brata.

August nadal był nieśmiałą małą pyzą. Ukrywał pełne ciepła piwne oczy za kotarą ufarbowanych na czarno włosów i co wieczór do kompletu malował sobie na czarno paznokcie. Oczywiście codziennie je czyścił, zrywając lakier i zostawiając wszędzie maleńkie czarne drobinki, jakby znaczył okruszkami drogę, którą przechodził. August był najmilszą, najwrażliwszą osobą, jaką znałam.

Sądząc po mowie jego ciała, wiedziałam, że August także nie był zbyt szczęśliwy ze spotkania z Coltonem. Od jego wyjazdu bardzo zbliżyli się z Lance’em. Obaj lubili tę samą okropną muzykę i rywalizowali, kto ma w swoich zbiorach najfajniejsze, najrzadsze punkowe nagrania, więc powrót najlepszego przyjaciela Lance’a nie wróżył Augustowi niczego dobrego.

– Cześć, A! – krzyknęłam radośnie, usiłując wydobyć z siebie głos dziewczyny, której chłopak nie gładzi po wewnętrznej stronie ud w tym właśnie momencie.

– Nie wiedziałam, że masz w tym samym czasie przerwę na lunch! Zapuszczasz włosy? Podoba mi się!

August po prostu uśmiechnął się i przyjrzał jedzeniu na tacy, którą nagle postanowił przestawić. Odwróciłam się, by spytać Juliet, czy mogę wracać do domu z nią i Tonym, ale gdzieś odeszła. Zostawiła wszystko na stole i zdawało mi się, że nadal słyszę jej głos. Chociaż mnie to dobijało, odsunęłam rękę Lance’a tak, by móc zajrzeć pod stół. Juliet siedziała tam po turecku na podłodze i rozmawiała przez komórkę, co w szkole było surowo zakazane. Istniała tylko jedna osoba, z którą mogła gadać.

– Juliet – szepnęłam.

Podniosła głowę zniecierpliwiona.

– Co?

– Spytaj Tony’ego, czy podwiezie mnie dziś po południu.

Zerknęła na mnie i wyszeptała do swej nokii wielkości cegły:

– Hej, BB chce dziś wracać z nami do domu, okej?

Uniosła kciuk do góry, gdy tylko usłyszała odpowiedź.

Spoko.

W tym momencie poczułam, jak Lance przyciska mi tył głowy do dołu i zobaczyłam jego krocze tuż obok swojego policzka. Krzyknęłam i próbowałam się wyprostować, wskutek czego głową docisnęłam dłoń Lance’a do spodu blatu. Kafejka zatrzęsła się od śmiechu, gdy wynurzyłam się cała czerwona, bo wyglądałam jak dziewczyna, która na lunch zjadła fiuta jakiegoś punkowca.

Spiorunowałam wzrokiem Lance’a, usiłując wyglądać na rozgniewaną, ale miał zamknięte oczy i śmiał się tak bardzo, że aż bezdźwięcznie. Sam widok tego wielkiego skurczybyka z irokezem, który śmiał się od ucha do ucha, sprawił, że natychmiast poczułam się niepozorna jak kałuża lemoniady. Wybuchnęłam śmiechem tak jak on i niechętnie spojrzałam na Coltona.

On również się śmiał, ale ten uśmiech nie sięgał oczu. Chyba mu się nie podobało, że wszyscy w stołówce uważali, że jego dziewczyna właśnie zrobiła pod stołem laskę jego najlepszemu przyjacielowi.

W tej chwili już wiedziałam, że Colton nie będzie problemem. Lance po prostu pokazał, z aktorskim talentem i na oczach wszystkich, że jestem jego dziewczyną.

Wszystkie moje nadzieje i hormony sprawiły, że byłam na granicy samozapłonu, więc ledwie usłyszałam głośny trzask, który dobiegł skądś z tyłu. Odczułam dreszcz, który przebiegł wzdłuż całego stołu. I nie obejrzałam się, by zobaczyć, skąd pochodzi dźwięk, dopóki twarze wszystkich moich przyjaciół nie pochyliły się i nie spojrzały niespokojnie gdzieś ponad moim ramieniem. Obróciłam się na taborecie i spojrzałam, tak jak wszyscy, na puste miejsce na końcu stołu.

Hmm, gdzie to ja byłam? No tak. Planowałam wesele na wiosnę...

Tego popołudnia brnęłam pod prąd tłumu nastolatków wylewających się z budynku, taszcząc swój pękaty plecak za jeden rzemyk, w poszukiwaniu swojej nowej szafki. Według mojej wychowawczyni musieli zabrać moją dotychczasową szafkę latem, żeby zrobić miejsce na nowe laboratorium. Nauczycielka dała mi skrawek papieru z numerem nowego schowka i kombinacją cyfr, mówiąc, że znajdę go „gdzieś tam w korytarzu C”. Nie mogłam się doczekać, bo chciałam w końcu wyładować część podręczników, ważących pięć kilogramów, które dostałam tego dnia.

Trzymając świstek papieru ze swoim nowym numerem, obejrzałam dziesiątki identycznych metalowych drzwiczek, zanim trafiłam na te przeznaczone dla mnie. Były oczywiście niemal na końcu korytarza, zaraz obok drzwi wyjściowych, które prowadziły na parking dla uczniów. Natychmiast odczułam wielką ulgę.