U nas każdy jest prorokiemTekst

Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bartosz Panek
U nas każdy jest prorokiem
O Tatarach w Polsce


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wybór zdjęć Daria Będkowska

Copyright © by Bartosz Panek, 2020

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Małgorzata Tarnowska

Korekta Sabina Szczerbuk, Małgorzata Tabaszewska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


ISBN 978-83-8191-057-6

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Wstęp

Fiszki pana Staszka (1)

Testament Jakuba

Fiszki pana Staszka (2)

Pan Turek

Fiszki pana Staszka (3)

Schyłek (1)

Fiszki pana Staszka (4)

Męstwo pani porucznik

Fiszki pana Staszka (5)

Kronika niepokoju

Fiszki pana Staszka (6)

Schyłek (2)

Fiszka, której nie zdążył zapisać Stanisław Kryczyński

Ziemia nieobiecana

Fiszka, której nie mógł zapisać Stanisław Kryczyński

Rozpad

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Jednym z najbardziej ulubionych haseł naszej propagandy jest twierdzenie, że „Polska była przedmurzem chrześcijaństwa broniącym Europy przed nawałą islamu” – aczkolwiek prawda historyczna mówi nam, że kraje muzułmańskie występowały w dziejach Polski przeważnie w charakterze oddanego i wiernego naturalnego sojusznika, przy czym wynikające z tego sojuszu możliwości wobec Rosji w pewnych wypadkach były lepiej wyzyskane przez islam niż przez Polskę. Ten brak zainteresowania w społeczeństwie polskim zagadnieniem stosunków politycznych z islamem w przeszłości jest tylko wyrazem ogólnej niechęci wobec wszystkiego, co jest azjatyckie.

Profesor Leon Bohdanowicz, fragment wykładu wygłoszonego w Londynie 23 maja 1949 roku

Wstęp

– Za późno, proszę pana, za późno. Jakby pan zadzwonił dziesięć lat temu, to żył jeszcze dziadek. On to by panu wszystko wyjaśnił.

Czy można się spóźnić o pięć albo osiem lat? Czy tylko o godzinę? Czy spóźnienie oznacza przepadek i zapomnienie? „Spóźnił się pan dwa lata” – fraza z czasów, kiedy nie było poczty. Słyszana po raz kolejny, odczarowała moje lęki. To najwyraźniej nie przypadek, że się spóźniłem.

Zbieram więc to, co zostało: nie resztki, nie ścinki, nie skrawki. Raczej szwy, a więc to wszystko, co łączy współczesnych Tatarów z ich przodkami, dla których asymilacja była wyborem, a nie koniecznością. Długie trwanie, powiedziałby historyk.

Wiele osób, z którymi rozmawiałem, szukając bohaterów, dokumentów i innych źródeł, nosiło cudze historie. Zostały z nich pourywane obrazy, których nikt nie zapisał ani nie wysłuchał.

Słyszałem o Tatarze ze Szprotawy, wozaku. Pewnego dnia, gdy jechał z węglem, koła jego wozu zakleszczyły się między szynami na przejeździe kolejowym. Pociąg roztrzaskał wóz, zmiażdżył konia i mężczyznę.

Dowiedziałem się, że bohonicki imam Maciej Olejkiewicz jako pierwszy we wsi miał radio, do wiernych jeździł rowerem, a zmarł w czasie pełnienia posługi.

Usłyszałem strzępy opowieści o koleżance ze szkoły w Cieplicach, której czarne jak atrament włosy i azjatyckie rysy były słynne w całej okolicy.

Wybrałem te, które najbardziej mnie poruszyły.

Fiszki pana Staszka (1)
Niektóre przesądy i wierzenia

Podczas modlitwy domowej zwierciadło i obrazy odwracać lub przykrywać. Ujrzawszy pierwszy raz bociana – podskoczyć. Małe dziecko wyprowadzać pierwszy raz na spacer tylko w czwartek. Imam, gdy prowadzi kondukt pogrzebowy, nie może oglądać się za siebie, od tego wzrasta śmiertelność. W czasie burzy z piorunami wystawiać w oknach Korany, tak jak czynią to chłopi polscy ze świętymi obrazami (od pana Anatola Kryczyńskiego w Paulinowie w lipcu 1934 roku).

Praktyki lecznicze u Tatarów słonimskich będące w zaniku

Przestrach leczą, odurzając chorego dymem z kartki ze specjalną modlitwą, spaloną na rozżarzonych węglach, dając mu do wypicia trzy razy dziennie wodę, w której zanurzony został papier z zaklęciem, każąc trzy razy plunąć i oddać mocz.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Testament Jakuba
Sylwetka

Doktor Jakub Szynkiewicz, mufti muzułmański w Rzeczypospolitej Polskiej, jesienią 1936 roku pakuje kufry. W Bombaju chce zjawić się na początku listopada, tuż przed ramadanem. Uważa, że post to najodpowiedniejszy czas, by prowadzić zbiórkę na budowę meczetu w Warszawie, bo wierni wykazują się szczególną ofiarnością. Największe nadzieje pokłada w nizamie Hajdarabadu, muzułmańskim księciu, najbogatszym człowieku ówczesnego świata, który sfinansował meczet w Londynie i przekazał ogromną kwotę na rzecz muzułmanów w Palestynie. Przed wyjazdem Jakub Szynkiewicz stworzył siatkę kontaktów, dzięki którym zdobył listy polecające. Do Bombaju płynie z Wenecji, na statku spędzi dwanaście dni. Obiecał, że po powrocie do kraju złoży sprawozdanie z podróży, więc otwiera brulion i zapisuje:

Wszyscy wstają bardzo wcześnie, o godzinie szóstej albo siódmej. Od razu – ciepła kąpiel, a po kąpieli dają do kabiny herbatę z kawałeczkiem chleba lub galetę i owoce. Między godziną ósmą a dziewiątą pierwsze śniadanie. O jedenastej filiżanka bulionu z albercikiem lub lody, do wyboru. O pierwszej – drugie śniadanie, pół do piątej, w czasie gry orkiestry – herbata z ciastkami, wieczorem zaś, o ósmej – obiad. Na obiad wszyscy mężczyźni zjawiają się w smokingach, a panie w wieczorowych sukniach. Po obiedzie każdy zajmuje się, czym chce: niektórzy odbywają spacer po pokładzie, drudzy uprawiają gry sportowe, a inni grają w karty lub leżą na szezlongach i patrzą w gwiaździste niebo. O godzinie dziesiątej – kino lub dancing.


Mufti Muzułmańskiego Związku Religijnego Jakub Szynkiewicz podczas pracy w swoim gabinecie. Na ścianie portret prezydenta Ignacego Mościckiego, 1927 rok

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Z Wilna wyjechał w płaszczu jesiennym, w Paryżu założył letni. Gdy statek wypływa na Morze Czerwone, oba stają się bezużyteczne. „Po prostu jak w piekle” – narzeka. Dziewiątego dnia rejsu polski mufti czuje drganie wewnątrz organizmu. Runąwszy na łóżko, zasypia na trzy doby. Choroba morska odpuszcza dopiero przed końcem podróży w Bombaju.

Gdy tylko zamyka za sobą drzwi w hotelu, słyszy pukanie. O jego przyjeździe informuje miejscowa prasa. Delegacje pragną zobaczyć muftiego z dalekiej Polski i pogratulować szczęśliwego przybycia.

Wiedza

Z Maciejowa na Wołyniu nadszedł list. W sprawie informacji dotyczących „muzułmańskiej zwierzchności duchownej w Polsce” pisał do ministerstwa Stefan Burdziąg. „Czy taka w ogóle w Warszawie istnieje? – pytał latem 1932 roku. – O ile tak, to prosiłbym o łaskawe udzielenie jej bliższego adresu oraz nazwiska osoby duchownej”.

Urzędnik wezwał do uiszczenia opłaty stemplowej.

Stefan Burdziąg najwyraźniej nie był czytelnikiem „Światowida”. Popularny tygodnik ilustrowany kilka lat wcześniej poświęcił polskim Tatarom całostronicowy fotoreportaż na drugiej stronie sobotniego wydania. Na jednym ze zdjęć mufti Szynkiewicz siedzi w otoczeniu pięciu imamów. Nieco krzywa fotografia obok przedstawia nowo wybudowany meczet w Niekraszuńcach. „Jest to widomy znak tolerancji religijnej, jaka panowała i panuje w Polsce” – zapewniała gazeta. Fotoedytor po bokach strony umieścił reprodukcje siedemnastowiecznych Koranów z Muzeum Historycznego Miasta Lwowa. W dole strony pejzaż warszawskiego mizaru: bezimienne groby żołnierzy poległych w I wojnie światowej.

Pod koniec lat trzydziestych XX wieku mieszkało w Polsce niecałe sześć tysięcy Tatarów. Jedna piąta żyła z garbowania skór. Czternastoprocentową grupę stanowiła inteligencja, siedem procent – robotnicy, a co szesnasty Tatar był ogrodnikiem. Reszta uprawiała ziemię, a właściwie poletka. Połowa tatarskich rolników gospodarowała na powierzchni nie większej niż pięć hektarów. Strukturę własności ziemi ilustruje odwrócona piramida: największe areały, powyżej stu hektarów, znajdowały się w rękach dwóch procent rolników, ale stanowiły dwie piąte wszystkich dóbr należących do Tatarów.

Delegat rządu w Wilnie na początku lat dwudziestych zanotował, że „ludność mahometańska w masie swej jest przeważnie ciemna i uboga”.

Wiedział o czymś jeszcze: więź łącząca wyprawiaczy skór, wozaków i hodowców rzodkiewek z tatarską elitą przypominała pękniętą żyłkę. Spolszczona klasa średnia wchodziła na Parnas, arystokracja już na nim zasiadła. Na stryjecznych dziadków, którym pot i brud wydziobał twarze, obu grupom zdarzało się patrzeć z wysokości zajmowanych stanowisk. Tak maskowano zawstydzenie.

Muzułmanie.

Czy wiecie, że w Polsce, w tym kraju oddalonym od was tysiące kilometrów, żyje mały liczebnie naród, wyznający Islam? Są to tatarzy [pisownia oryginalna – przyp. aut.] polscy. Od 500 lat mieszkają w Polsce, rzuceni zrządzeniem losu do tego kraju, który z biegiem czasu zastąpił im własną ojczyznę, jeszcze wówczas, gdy hordy chańskie i wojska tureckie docierały do centrum Europy.

Setki lat upłynęło od owych czasów, a mimo to tatarzy polscy, aczkolwiek otoczeni ze wszystkich stron ludnością chrześcijańską, potrafili jednak zachować do dziś swoją odrębność narodową i wiarę muzułmańską.

Czas jednak robi swoje. Odosobnienie od reszty świata muzułmańskiego osłabia stopniowo w nich wiarę ojców i instynkt narodowy. […] Zdając sobie sprawę z tej prawdy, muzułmanie miasta Warszawy podjęli inicjatywę wzniesienia głównego meczetu w stolicy swego kraju. […] Niestety, fundusze, na które możemy liczyć, są szczupłe. Lud nasz jest zbyt biedny, żeby mógł własnymi siłami wybudować gmach. […] Wszystkie inne wyznania posiadają piękne domy modlitwy, które są ozdobą naszej stolicy, brak jest tylko świątyni muzułmańskiej. Fakt ten zwraca powszechną uwagę, a dusze nasze napełnia żalem, bólem i wstydem i dlatego zwracamy się do was z apelem: Pomóżcie nam.

Projekt tej odezwy trafił na biurka w Ministerstwie Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego pod koniec lutego 1935 roku. Pod apelem podpisał się mufti Jakub Szynkiewicz i Komitet Budowy Meczetu, który kilka lat wcześniej założyli tatarscy działacze. Sygnatariusze apelu planowali wydrukować go po polsku, arabsku, francusku i angielsku.

„Wybudowanie meczetu w Warszawie ma się stać bardzo ważnym aktem propagandowym dla Polski wśród państw muzułmańskich” – pisał jesienią 1928 roku podsekretarz stanu w resorcie robót publicznych.

Specjalna komisja wyruszyła w okolice placu Unii Lubelskiej. Trzy lata wcześniej władze Warszawy zdecydowały, że skrzyżują się tu dwie linie kolejki podziemnej (nazywanej wtedy „Metropolitanem”), a dziesięć lat później Bohdan Pniewski zaprojektuje siedemdziesięciometrową siedzibę Polskiego Radia ze studiem telewizyjnym i salą koncertową dla pięciuset osób. Nowoczesność, przestrzeń i jeden z centralnych punktów rozbudowującego się miasta: same zalety, „prestiżowa lokalizacja”.

W notatkach pozostało rozczarowanie.

Nie nadaje się skwer przy Chocimskiej.

Nie nadaje się narożnik Klonowej i dzisiejszej Spacerowej.

Nie nadaje się też plac na terenie owocowego ogrodu belwederskiego. Jest położony sześć metrów poniżej poziomu ulicy, co podwoiłoby koszt budowy.

Kolejne trzy i pół roku upłynęło na poszukiwaniu odpowiednio reprezentacyjnego miejsca. Dokumenty z tego okresu pachną urzędniczą skrupulatnością i zniecierpliwieniem wywołanym nietrafionymi decyzjami władz Warszawy, które proponowały mało prestiżowe działki w dzielnicach robotniczych lub dalekich od śródmieścia. Naczelnik Konstanty Tchorznicki z Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego popędzał magistrat, nalegał, by nie zwlekać z przydzieleniem „odpowiedniego placu”. Pisemnej reprymendy udzielił prezydentowi Warszawy minister robót publicznych Mieczysław Norwid-Neugebauer (mówiło się, że nosi przy sobie notes, w którym zapisuje ważniejsze sentencje Józefa Piłsudskiego). Domagał się wydania zarządzeń i „niezwłocznego” powiadomienia o nich ministerstwa.

Po trzech miesiącach było już jasne, że meczet nie stanie ani na Pradze, ani na Powiślu, lecz na Ochocie. Miasto weryfikowało plany zabudowy, ale decyzję o dokładnym umiejscowieniu świątyni podjęły władze centralne. Podsekretarz stanu Kazimierz Górski stwierdził, że pod budowę meczetu należy przeznaczyć plac w zachodniej części zieleńca pomiędzy ulicami Dantyszka, Reja, Krzyckiego i Zimorowicza.

Polityka

Nie, nie chodziło o to, że Tatarzy bili się pod Grunwaldem i w powstaniach. Prawdziwe intencje polskiego rządu tłumaczy notatka z początku 1925 roku. Wynika z niej, że budowa meczetu była pochodną polityki wobec Rosji. Minister spraw zagranicznych Aleksander Skrzyński pisał do resortu wyznań religijnych i oświecenia publicznego, że:

Polska nie może pozostać pasywną wobec politycznych zagadnień związanych z Bliskim i Środkowym Wschodem, gdyż jako bezpośredni sąsiad Rosji musi wchodzić w ścisły kontakt ze wszystkimi limitroficznymi[1] względem niej państwami. W obecnym stanie rzeczy jest sprawą pierwszorzędnej wagi, aby Polska zdołała utrwalić w świecie muzułmańskim zajętą przez siebie pozycję państwa przyjaźnie nastawionego, otaczającego przychylnością usiłowania ludów muzułmańskich do ugruntowania swej samodzielności oraz tolerancyjnego we własnych granicach. Z tego względu nie należy pomijać niczego, co mogłoby się przyczynić do utrwalenia takiej o Polsce wśród muzułmanów opinii.

Aleksander Skrzyński nie zobaczył efektów wytyczonej przez siebie polityki promuzułmańskiej. Zginął w wypadku samochodowym jesienią 1931 roku. Zapadała wtedy decyzja o zbudowaniu meczetu na Ochocie, a między dwiema grupami tatarskiej inteligencji tlił się konflikt. Nic go nie zapowiadało, kiedy sześć lat wcześniej delegaci gmin muzułmańskich wybierali w Wilnie muftiego. Nawet to, że przebywający wówczas poza Polską Jakub Szynkiewicz uzyskał większość głosów dopiero drugiego dnia, i to dzięki wsparciu grupy imamów, którzy do zebranych wystosowali płomienny apel:

[…] uważamy za wielkie błogosławieństwo od Ałłacha, który zsyła nam w osobie pana Jakóba Szynkiewicza człowieka ideowego, pełnego poświęcenia dla dobra naszych współbraci, a posiadającego pełne wiadomości religijne czerpane z czystych źródeł naukowych. Ten oto człowiek będzie dla nas odrodzicielem zacofanego życia religijnego.

Przewodniczący zjazdu sędzia Aleksander Achmatowicz, wysyłając urzędnikom życiorys nowego muftiego, dowodził jego nieskazitelności i oddania:

Dr Szynkiewicz jest nieżonaty i nie posiada żadnych środków materialnych. Dotychczas utrzymywał się z lekcji i tłumaczeń. Jest to człowiek nauki i polityką się nie zajmuje.

„Zorganizowano islam polski” – pisały gazety po wyborze Szynkiewicza. „Kurier Warszawski” przypominał, że w okresie rządów carskich głową islamu dla Tatarów litewskich stał się mufti rezydujący na Krymie, a islam, podobnie jak prawosławie, był instytucją państwową. Sylwetkę muftiego kreśliła gazeta „Naprzód”. Reporter odwiedził go w berlińskim Moabicie, gdzie zajmował pokoik na czwartym piętrze – cały w książkach i rękopisach. Liczący czterdzieści dwa lata Jakub Szynkiewicz uzyskał doktorat na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma, broniąc pracy poświęconej składni języka starotureckiego. Reporter notował: „Zna wszystkie odmiany tureckiego, perski i arabski, poza tym mówi po rosyjsku, niemiecku, francusku i angielsku”.

Gruntownie wykształcony językoznawca i poliglota, który badał starożytne rękopisy dzięki stypendium w British Museum, dość szybko musiał stać się przebiegłym graczem. Po kilku latach wyrosła mu opozycja – grupa prawników skupiona wokół Aleksandra Achmatowicza oraz braci Leona i Olgierda Kryczyńskich, działaczy Związku Kulturalno-Oświatowego Tatarów RP, założonego tuż po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Nie mogąc się doczekać ustawy regulującej stosunek państwa do islamu, zarzucali oni Szynkiewiczowi zbytnią ugodowość względem władz. „Sytuacja wyznania muzułmańskiego bez żadnej winy państwa mało się zmieniła, a nawet w niektórych kierunkach pogorszyła” – stwierdzało memorandum wysłane do muftiatu. A potem przekazane dalej, aż do ministerstwa.

Jakub Szynkiewicz, co wynika z odręcznych notatek na projekcie ustawy, dążył do maksymalizacji władzy. Przekonywał, że ustawa powinna zapewnić mu dożywotnie sprawowanie funkcji. „Do stanowiska muftiego nie może być przywiązany przywilej, który przysługuje jedynie kalifowi jako głowie wszystkich muzułmanów na świecie” – argumentowali przeciwnicy. Proponowali wprowadzenie kadencji. Za jawny przejaw wrogości Jakub Szynkiewicz uznał konferencję prawników z 27 grudnia 1931 roku. Zachował się szczegółowy protokół z tego spotkania. Najostrzej krytykował muftiego Olgierd Kryczyński. Twierdził, że jest rzeczą nie do pomyślenia „stworzenie dygnitarza o uprawnieniach władzy monarchicznej”. Mówił też o „niczym nieograniczonym widzimisię jednej osoby”, które stoi w sprzeczności z duchem islamu. Przede wszystkim jednak trafnie ocenił całą sprawę jako decydującą o przyszłości Tatarów w Polsce. Jakuba Szynkiewicza próbował tłumaczyć Aleksander Achmatowicz, wileński sędzia z wielkim autorytetem, przekonany nie o złej woli muftiego, ale o jego nieświadomości prawniczej. Ostatecznie połowa z czternastu osób poparła siedmioletnią kadencję muftiego. Olgierd Kryczyński zaznaczył, że mufti został poinformowany o spotkaniu, ale nie przyjął zaproszenia. Aleksander Achmatowicz zobowiązał się do powiadomienia ministerstwa o rezultatach spotkania. Szynkiewicz dowiedział się o tych planach. Napisał do naczelnika Tchorznickiego, że chce przyjechać do ministerstwa trzy dni wcześniej niż Achmatowicz „w celu uprzedniego porozumienia się”.

Jeden z urzędników sporządził pod koniec 1931 roku odręczną notatkę. Wynika z niej, że mufti miał pełne poparcie władz ze względu na „cenną oraz nader lojalną współpracę z rządem wobec narodów islamu”. W tym czasie przywoził już z zagranicznych podróży wnikliwe analizy. Najważniejszy w tej notatce jest ostatni akapit, w którym autor pisze, że utworzony i kierowany przez braci Kryczyńskich Związek Tatarów „toczy wyraźną walkę z muftim, przez co sprawia niejedną trudność w stosunku władz państwowych do wyznania mahometańskiego”. Dlatego urzędnik prosi Ministerstwo Sprawiedliwości o „użycie swego wpływu, aby Kryczyńscy zaniechali ingerencji w autorytet i kompetencje muftiego”. Zapewne dlatego Olgierd dostał stanowisko w Sądzie Najwyższym, a Leon awansował na wiceprezesa sądu w Zamościu.

 

Mufti Muzułmańskiego Związku Religijnego Jakub Szynkiewicz (w środku) w towarzystwie swojego zastępcy Jakuba Romanowicza (z lewej) i imama Ibrahima Smajkiewicza (z prawej). Lata 1925–1932

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wiosną 1933 roku wizytę wojewodzie wileńskiemu złożył Aleksander Achmatowicz. Oświadczył, że większość opozycji złożyła broń, a istniejące rozbieżności załagodzi uchwalenie przez sejm ustawy. Choć ostatecznie Olgierd został członkiem Najwyższego Kolegium Muzułmańskiego, bracia Kryczyńscy przegrali tamten pojedynek. Wciąż obowiązująca ustawa z 1936 roku zawiera punkt, który głosi, że stanowisko muftiego jest dożywotnie.

I dziś nie jest to bez znaczenia[2].