Łódź

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

W serii ukażą się m.in.:

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak
Łódź
Miasto po przejściach


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Aleksandra Wysokińska

Copyright © by Wojciech Górecki i Bartosz Józefiak, 2020

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Wojciech Adamski

Korekta Monika Ples, Sylwia Paszyna

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-026-2

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Wołowiec 2020

Wydanie I

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od autorów

Miasto jak kolejowa poczekalnia

Koniec świata prządek

Niemcy w Łodzi

Łódzki moloch

„Skóra jest zimna…”

Koniec świata prządek

Drugie życie fabryk

A jak autostrada, B jak Bohdanowicz

Wojewoda po łódzku

Rzucony na trudny odcinek

Najlepszy z naszej wsi

Bezrobotni ludzie pracy

Ciemna liczba

Sobotni obiad

Obieg urzędowy

Niech się stanie praca

Inwalida na kredyt

Cztery grosze od zamka

Wzlot i upadek

Likwidatorzy

Wzlot i upadek senatora

Westa daje i zabiera

Bez grubej kreski

„Mnie interesuje, co jest dziś…”

Ślepa nienawiść

Odkryć w rodzinie volksdeutscha to wielkie szczęście

Końcówka miasta

Końcówka miasta

Strzały na Starym Złotnie

Ballada o bałuckim karle

Piotrkowska i okolice

Piotrkowska street – mit i wstyd

Gaz story

Bat na czyścicieli

Kamienica

W kolejce po lepsze życie

Elita „ziemi obiecanej”

Elita „ziemi obiecanej”

Scheibler wrócił do Łodzi

Przywróćmy pamięć o zamordowanym narodzie żydowskim Rozmowa z Arnoldem Mostowiczem, łodzianinem, lekarzem, tłumaczem, pisarzem, popularyzatorem nauki i działaczem społecznym

Widziane z pustelni

 

Reportaż o miłości

Wyższa świadomość Józefa Onoszki

Niewypał

W pogoni za katharsis

Daleko od szosy Rozmowa z Anną Fornalczyk, łodzianką, byłą prezes Urzędu Antymonopolowego

Dlaczego Łódź się wyludnia?

Ziemia nieobiecana Rozmowa z Agatą Zysiak i Martą Madejską ze Stowarzyszenia Topografie

Stajnia jednorożców

Podziękowania

Źródła tekstów

Przypisy

Od autorów

Ponad dwadzieścia lat temu wydałem książkę Łódź przeżyła katharsis (Łódź: Biblioteka „Tygla Kultury”, 1998). Złożyły się na nią teksty, które pisałem i publikowałem od przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, w pierwszej dekadzie polskiej transformacji. Kiedy jakiś czas temu pojawił się pomysł, aby ją wznowić, pomyślałem, że byłoby dobrze zderzyć tamte teksty ze współczesnością. Pokazać dalsze losy ich bohaterów i opisywanych miejsc – Piotrkowskiej, meliniarskiej Włókienniczej, starych fabryk z czerwonej cegły. Streścić kolejne dwie dekady przemian. Ale jakoś nie mogłem się do tego zabrać. Brakowało mi porządkującego całość klucza, przewodniej myśli, a przede wszystkim – czasu, aby dozbierać potrzebny materiał. Od lat zajmuję się inną częścią świata i dawno już w Łodzi nie mieszkam, chociaż bywam tam regularnie, odwiedzam rodziców i szkolnych przyjaciół. Staram się też czytać wszystko, co się o Łodzi pisze. W pewnym momencie trafiłem na reportaże Bartka Józefiaka. Znalazłem w nich podobną do mojej wrażliwość i miłość do „złego miasta” czy też „polskiego Manchesteru” (wśród wielu określeń Łodzi te zdobyły w swoim czasie największą popularność). Okazało się, że Bartek jest w wieku, w którym byłem ja, kiedy wydałem Katharsis. Zaproponowałem mu autorski duet.

Łódź. Miasto po przejściach to książka eksperyment. Większość jej rozdziałów ma jednego autora i powstała w określonym momencie, ale jest i taki, który zaczyna się w roku 1993, a kończy ćwierć wieku później. I cały czas pisze go dwudziestoparolatek.

W.G.

W Łodzi dzieje się dokładnie to samo, co w każdym innym polskim mieście. Tylko że dzieje się bardziej. Tu zobaczymy największy w kraju dworzec i największą fabrykę przerobioną na centrum handlowe. Tu Unia wpompowała najwięcej pieniędzy w rewitalizację, a za chwilę zbudują łodzianom najdłuższy tunel kolejowy w Polsce. Tu błyszczą fronty dziewiętnastowiecznych kamienic, przypominając o ośrodku, który rozwijał się jak Nowy Jork i Chicago.

I to tutaj panuje największe bezrobocie wśród polskich miast liczących powyżej pięciuset tysięcy mieszkańców. W tej grupie Łódź jest też najszybciej kurczącym się ośrodkiem. Tutaj notuje się najkrótszą długość życia i najdłuższe korki. Tutaj najwięcej mieszkań komunalnych znajduje się w stanie najbardziej odzierającym ludzi z godności, a podwórka są ciągle takie, że Jezus Maria. Tutaj też rodziły się polskie ruchy miejskie. Tutaj mieszkańcy najmocniej walczą z chropowatą rzeczywistością.

Krótko mówiąc – Łódź to dla reportera raj.

Zrobiliśmy z Wojtkiem pocztówkę obejmującą trzydzieści lat. Panoramę miasta, które jak żadne inne poczuło w kościach Świętą Transformację. Nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego miejsca na debiut. I lepszego do debiutu towarzystwa.

Życzymy miłej podróży.

B.J.

Miasto jak kolejowa poczekalnia

Reżyser Marek Koterski napisał w „Bestsellerze”, że dwie najgorsze rzeczy, jakie mu się przytrafiły w życiu, to komunizm i Łódź: „Ohyda! Tępe plugawe miasto. Z dworcami jak sracze w polu. Jedyne znane mi miasto tej wielkości bez rzeki”.

Niemiecki pisarz Hans Magnus Enzensberger rzucił hasło: „Łódź wschodnią metropolią mediów”.

Pojawiające się w prasie centralnej reportaże o Łodzi opisują nędzę, bezrobocie i beznadzieję.

1

Sto kilkadziesiąt lat temu decyzja rządu Królestwa Polskiego powołała tu do życia osadę fabryczną z przeznaczeniem na przemysł włókienniczy. Przedsiębiorcom zaoferowano działki i korzystne kredyty, dla chłopów z okolicznych przeludnionych wsi pojawiła się możliwość pracy. Pisał Reymont: „Z równin odległych, z gór, z zapadłych wiosek, ze stolic i z miasteczek, spod strzech i z pałaców, z wyżyn i z rynsztoków ciągnęli ludzie nieskończoną procesją do tej »ziemi obiecanej«”.

Łódź, która jeszcze w roku 1820 liczyła ośmiuset mieszkańców i sto sześć drewnianych domów, stała się w latach osiemdziesiątych XIX wieku miastem studwudziestotysięcznym, a tuż przed wybuchem I wojny światowej – sześciusettysięcznym. W tempie rozwoju dorównywało jej jedynie Chicago. Tam gdzie do niedawna rosły odwieczne knieje, pojawiła się nowa dżungla, tym razem ludzka. W Ziemi obiecanej Borowiecki tłumaczył to Trawińskiemu: „Łódź to las, to puszcza – masz mocne pazury, to idź śmiało i bezwzględnie duś bliźnich, bo inaczej oni cię zduszą, wyssają i wyplują z siebie”.

Reymont porównał to miasto do polipa, który „wszystko ssał w siebie i w swoich potężnych szczękach miażdżył i przeżuwał ludzi i rzeczy, niebo i ziemię…”. Efektem przeżucia był lodzermensch – typ kosmopolityczny, pierwowzór krwiopijcy ze szkolnych czytanek minionej epoki. Cztery narody budowały Łódź, cztery żywioły (religie, mentalności) nadały mu kształt i od każdego z nich lodzermensch coś zapożyczył: od żydowskiego zdolności do interesów, od niemieckiego pewność siebie, od rosyjskiego zamiłowanie do przepychu i wystawnego życia, od polskiego wreszcie pewną dozę fantazji.

Typowym lodzermenschem był Izrael Poznański, założyciel fabrykanckiej dynastii. Legenda głosi, że przybył tu z jednym tobołkiem. Gdy się wzbogacił, rozpoczął budowę pałacu mającego przyćmić wszystkie inne (owo gmaszysko, dziecko nuworyszowskiej pychy i wielkiej fortuny, zagrało w Ziemi obiecanej Wajdy). Na pytanie architekta, w jakim ma być stylu, odpowiedział: „Co znaczy, w jakim stylu? We wszystkich stylach! Stać mnie na to!”.

Syn Izraela, Moryc, zapytywał cara Mikołaja II, czy może wyłożyć podłogę największej sali złotymi pięciorublówkami z jego podobizną. Car ponoć zgodził się na to, ale zażądał, by monety ustawić pionowo.

Przed II wojną światową Poznańscy popadli w długi, a ich zakłady przeszły na własność skarbu państwa. Po wojnie w pałacu ulokowano kilka urzędów i muzeum historii miasta. Kilka lat temu znalazł tam swą siedzibę łódzki Klub Kapitału.

2

„Wielki repertuar był od wielkiego dzwonu. Na co dzień publiczność wolała lekką rozrywkę” – pisał o życiu teatralnym Łodzi z przełomu XIX i XX wieku Jerzy Wilmański. Spektakli, na które się wówczas chadzało, nie znajdziemy na kartach historii teatru: Ziomkowie, Chluba naszego miasta, Ciemna plama, Zazdrosny fryzjer, Żydówka przechrzcianka – były prymitywnymi komediami bądź ckliwymi melodramatami. Lodzermensche kochali je, płakali nad dolą baronowej, która popełniła kiedyś grzech młodości, a po latach zapragnęła odszukać syna, który tymczasem został hersztem przestępczego gangu, oburzali się na barona, który zabronił dziedzicowi swojej fortuny ożenić się z córką szewca.

W roku 1912 ruszył „najwspanialszy teatr kinematograficzny w Królestwie i Cesarstwie” – Casino. Z tej okazji warszawski „Złoty Róg” donosił: „Zastosowano tu najnowsze zdobycze techniki ku wygodzie i bezpieczeństwie publiczności, a więc centralne ogrzewanie, wentylację elektryczną, aparaty ssące do odkurzania”. Nowe filmy trafiały do Łodzi szybciej niż do Warszawy.

Ale wielki Aleksander Zelwerowicz nie zagrzał tu długo miejsca.

3

Autorzy wydanego niedawno we Francji przewodnika po Polsce porównali ulicę Piotrkowską do Pól Elizejskich. Chyba nigdy nie byli w Łodzi: nocą na Piotrkowskiej zamiast tętniących życiem kafejek można spotkać pijaków i męty. Z drugiej strony, Piotrkowska znaczy dla Łodzi o wiele więcej niż Champs-Élysées dla Paryża.

Na Piotrkowskiej skupiało się od samego początku całe życie przemysłowego miasta. Centralne położenie ulicy sprawiało, że wszystkie instytucje chciały mieć przy niej swą siedzibę. Ulokowały się tu więc obok kamienic, pałaców i rezydencji także kościoły i fabryki, urzędy i banki, konsulaty (przed wojną było ich w Łodzi kilkanaście) i sklepy, restauracje i kawiarnie. Na Piotrkowskiej pojawiły się pierwszy łódzki tramwaj, pierwsza latarnia gazowa, pierwszy telefon.

Ciasna zabudowa i geometryczna siatka ulic sprawiły, że w Łodzi nie ma wydzielonego centrum i tak zwanej przestrzeni publicznej, czyli placów i pasaży. Piotrkowska stała się więc i nietypowym centrum miasta, i bezprecedensowym placem o wymiarach cztery kilometry na dwadzieścia metrów, i wielkim domem towarowym. Stała się ulicą molochem, a według słów byłego wojewódzkiego konserwatora zabytków Wojciecha Walczaka – zjawiskiem architektonicznym, kulturowym i obyczajowym.

Lwia część znajdujących się przy Piotrkowskiej obiektów pochodzi z XIX stulecia i przedstawia mizerną wartość artystyczną. Reprezentuje architekturę określaną jako eklektyczno-historyczna. Elewacje frontów przeładowane są czerpanymi z wzorników elementami gotyckimi, renesansowymi i barokowymi.

„Zebrały się tutaj formy z całego chyba świata, cywilizowanego świata XIX wieku” – pisze we wstępie do swojego albumu o Piotrkowskiej Wacław Kondek. „Formy, o których historyk sztuki wyraża się z obrzydzeniem i wzgardą, formy niemające nic wspólnego z oryginalnością – z wyjątkiem bardzo nielicznych domów secesyjnych – formy kradzione, zapożyczone lub podpatrzone i bezczelnie przenoszone z gotowych już wzorów. I cały ten pseudogotyk, pseudobarok, pseudorokoko czy jeszcze inne pseudo staje się czymś w sumie bardzo autentycznym, czymś jedynym w swoim rodzaju, czymś, co zdarzyło się akurat w Łodzi”.

W wielu miastach są ładniejsze kamienice z XIX wieku, ale nigdzie nie występują w tak zwartej postaci, z zachowaniem historycznych działek.

– Ulica Piotrkowska jest pomnikiem rozwoju dziewiętnastowiecznej ulicy – twierdzi Marek Janiak, szef Fundacji Ulicy Piotrkowskiej. – Na ogromnym obszarze zachowało się coś, co powstało w jednej chwili.

W latach siedemdziesiątych ulicę uznano za zabytek.

Kiedy do Polski wrócił kapitalizm, w Łodzi znowu wszystko zaczęło się na Piotrkowskiej: pierwsze kantory, pierwsze sklepy z bronią i pierwsze sex-shopy, pierwsze salony komputerowe i samochodowe, pierwsze sklepy nocne. Zyskała „zachodni” wygląd, zniknęły państwowe sklepy spożywcze, a do opuszczonych lokali wprowadziły się delikatesy: w pewnym momencie łatwiej było tu nabyć oliwki, małże i chleb tostowy niż twarożek i razowiec. Efektowne na pierwszy rzut oka wyposażenie okazuje się tandetną imitacją elegancji. Dominują dykta i przychlapane farbą dechy. Nawet tam, gdzie kuszą klientów marmury, kafelki i dywany, na zapleczu pozostały stare biurka i sedesy sprzed wojny.

Inwencja właścicieli nowych sklepów kończy się zwykle na progu własnej placówki, co majętniejsi malują jeszcze część fasady dookoła drzwi wejściowych. Gdy w jednej kamienicy ulokuje się dwa lub więcej sklepów, bywa, że dom, do wysokości gzymsu pierwszego piętra, pomalowany jest na kilka kolorów. Wojciech Walczak, który sądzi, że w łodzianach pozostało coś z mentalności z czasów „ziemi obiecanej” (zarobić jak najwięcej jak najmniejszym kosztem – to dlatego, że dominuje ludność napływowa i nie ma rodzin o długich tradycjach mieszczańskich, które są ostoją lokalnego patriotyzmu), nazywa to zjawisko plastyczne „estetyką fryzjerską” i zauważa, że dominuje biel, czerń i czerwień.

 

We wrześniu 1992 roku, z okazji odbywającego się właśnie Światowego Spotkania Łodzian, wyremontowano odcinek Piotrkowskiej w pobliżu Urzędu Miasta. Zamknięto go dla ruchu, wyłożono piękną czerwoną kostką, ustawiono stylowe latarnie. Powiało Europą, tym razem bez cudzysłowu. Gdy goście się rozjechali, rozgorzał spór o sens ładowania miliardów w makijaż miasta, które sypie się w gruzy (niemal sto procent śródmiejskich kamienic wymaga kapitalnego remontu). Urzędnicy oponowali: „Za te pieniądze można by najwyżej jeden dach naprawić, a tak mamy wizytówkę!”. Niewykluczone, że spór stanie się wkrótce bezzasadny – według ostatnich ekspertyz kostka kładziona przez prywatną firmę nie przetrzyma dwóch–trzech najbliższych zim. Makijaż zaś nałożono na niedomyte ciało; wystarczy wejść w jedno z cuchnących uryną, wąziutkich podwórek ze sklepikami pozbawionymi nawet pozorów dobrego smaku, by znaleźć się w XIX wieku.

4

Dziadek Felek opowiadał o tancbudach. Chadzał tam w soboty, za kawalerskich, jak gremplem u Szajblera był. Po fajrancie grzywę koperwasem podkarbowywał, wąsy pokostem przeciągał, okryjbiedę narzucał i posuwał. Sala fajna była, z oberluftem jak się patrzy, dziadek obcinał, herszta najdował, co tantny był, pół fajgla mu dawał, bo ferajna szemrana trafiała, śtofa łyknął i hulał do rana. Pietra nie miał, herszt baczył na wszystko i choć raban bywał, niejeden pod bańkę dostał, niejednemu przyfundowali na galop, majchry błyskały, doliniarze szwendali się, on spokojny był. Obzierańca łódzkiego i tangiego z ulicznymi wywijał, przebieracze klawo znali, parle france.

Ojciec, którego w dzieciństwie nazywałem po łódzku po prostu Ziutusiem, opowiadał o niedzielach. Mały był jeszcze, ale po mszy chodził z chłopakami z Bałut do parku Julianowskiego, w którego pobliżu mieściła się pętla tramwaju kursującego na Chojny („Bałuty i Chojny to naród spokojny, bez kija i noża nie podchodź do bałuciorza”). Co drugą niedzielę z tramwaju wysypywała się gromadka tamtejszych oberwańców, blatowali się z bałuciorzami i szli na polanę.

– Co u was?

– Po staremu.

– No to trzaskamy się?

– Trzaskamy!

Potrafili bić się kilka godzin. Gdy uznali, że wystarczy, bałuciorze odprowadzali gości do tramwaju.

– No to za tydzień u was?

– U nas. Tylko żebyście byli!

– Będziemy. (Ogólne serdeczności, uściski, życzenia dobrego tygodnia).

Lodzermensche byli kosmopolitami, wśród ludu podział na narodowości był wyraźny: Żydzi zajmowali się handlem i wszelkim drobnym biznesem (skup szmat, naprawa obuwia, sklepiki z tandetą), Niemcy byli z reguły majstrami w fabrykach, spośród Rosjan (do I wojny) rekrutowali się urzędnicy i wojskowi. Polacy pracowali jako robotnicy. Wszystkie te narodowości zamieszkiwały inne dzielnice, czytały inne gazety, trenowały w innych klubach sportowych, posyłały dzieci do innych szkół, chowały zmarłych na innych cmentarzach. Profesor Maria Kamińska z Uniwersytetu Łódzkiego, która od lat bada osobliwości łódzkiego języka, zauważyła jednak, że obecność w mieście Rosjan, Niemców i Żydów wywarła na tutejszą polszczyznę znaczny wpływ.