Szkice z filozofii głupotyTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Wstęp

JERZY STELMACH. SYSTEMATYKA GŁUPOTY

1. Głupota jako nieznajomość lub lekceważenie podstawowych zasad komunikacji językowej

2. Głupota jako uporczywe dystansowanie się od wiedzy opartej na faktach

3. Głupota jako minimalizm poznawczy

4. Głupota jako niezdolność rozumienia i interpretacji przypadków trudnych

5. Głupota jako łatwość ulegania emocjom negatywnym

6. Głupota jako brak poczucia humoru

7. Głupota jako „zamawianie dobra”

8. Głupota jako skłonność do nadmiernego ryzyka

9. Głupota jako poszukiwanie obiektów zainteresowania zastępczego

10. Głupota bytów zbiorowych

MICHAŁ HELLER. GŁUPOTA W DZIAŁANIU

1. Jak głupota jest możliwa?

2. Głupiec fundamentalny

3. Czy można zarazić się głupotą?

4. Sokratesek i aktoreczka

5. Cykuta i nowiczok

BARTOSZ BROŻEK. W OBRONIE GŁUPOTY

1. Głupi jak Homo sapiens

2. René Kowalski

3. Najdłuższa rzeka Afryki

4. Nożyce Simona

5. Głupota i Transcendencja

Przypisy

© Copyright by Bartosz Brożek, Michał Heller, Jerzy Stelmach

& Copernicus Center Press, 2021

Adiustacja i korekta

Mirosław Ruszkiewicz

Projekt okładki, stron tytułowych i rozdziałowych

Michał Duława

Grafika na okładce

Tadeusz Makowski, Kapela, gwasz/papier 1929

Skład

MELES-DESIGN

Publikacja finansowana w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego

pod nazwą „DIALOG” w latach 2016–2019

ISBN 978-83-7886-536-0

Wydanie I

Kraków 2021

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel. (+48) 12 448 14 12, 500 839 467

e-mail: marketing@ccpress.pl Księgarnia internetowa: http://ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

WSTĘP

Głupota to słowo posiadające w języku polskim 283 synonimy występujące w co najmniej 28 różnych grupach znaczeniowych[1].

Chcielibyśmy podkreślić, że mówiąc o głupocie, będziemy mieć na myśli wyłącznie „przypadki zawinione”, wynikające z gnuśności[2], ewentualnie etycznej niegodziwości określonych osób, a nie przypadki, na które ktoś nie mógł mieć żadnego wpływu – na przykład takie jak demencja spowodowana zaawansowanym wiekiem, choroby psychiczne i powiązane z nimi dysfunkcje, czy znalezienie się w sytuacjach przymusowych, uniemożliwiających lub ograniczających w istotnym stopniu kształcenie własnych kompetencji poznawczych, a w konsekwencji również możliwość przeprowadzania racjonalnych analiz i podejmowania samodzielnych wyborów.

Będziemy pisać o głupocie i głupcach, wiążąc obydwa te terminy przede wszystkim z indywidualnie pojmowanym człowiekiem. Zaledwie jeden ze szkiców jest poświęcony przypadkowi głupoty tak zwanych bytów zbiorowych. Ale nawet wtedy, gdy mówimy o indywidualnie pojmowanym człowieku, nie mamy na myśli tego konkretnego człowieka z własnym imieniem i nazwiskiem. Nie posiadamy wglądu do wnętrza drugiego człowieka, dlatego nigdy nie odważylibyśmy się nazwać go głupcem.

Przynajmniej niektóre z opisanych w tym zbiorze przypadków głupoty są ze sobą powiązane, z czego oczywiście zdajemy sobie sprawę. Zdecydowaliśmy się je jednak odróżnić, aby pewnych istotnych przejawów głupoty po prostu nie pominąć. Ponadto każdy z autorów opisuje przecież swoje własne doświadczenia związane z głupotą, wobec tego niektóre powtórzenia i nawiązania do tych samych wątków wydają się trudne do uniknięcia.

Czy warto pisać o głupocie? Jesteśmy przekonani, że tak. Głupota jest bowiem wszechobecna, przenika wszystkie obszary ludzkiej aktywności, co w konsekwencji powoduje, że jej identyfikacja wcale nie jest taka prosta, jak mogłoby się wydawać. A jeśli mamy problemy ze zdefiniowaniem jej poszczególnych odmian, to przeciwstawienie się głupocie może okazać się zadaniem bardzo trudnym, a w pewnych przypadkach nawet niewykonalnym. Stąd nasze przekonanie, że każda próba mająca na celu „policzenie” i „ponazywanie” głupoty jest warta zachodu. Przy tej okazji na jedną jeszcze okoliczność warto może zwrócić uwagę, a mianowicie, że rozważania na temat głupoty pozwalają lepiej zrozumieć fenomen mądrości. W ten sposób można więc mieć „dwa w jednym”.

Z całą pewnością można wskazać wiele innych jeszcze, niż poniżej omówione, przypadków głupoty. Obserwując chociażby bieżące wydarzenia polityczne w Polsce i zachowania niektórych polityków, można dojść do wniosku, że podjęty tu temat jest niezwykle rozwojowy. W którymś jednak momencie zawsze trzeba postawić kropkę nad „i”, i my ją właśnie przy dwudziestym szkicu stawiamy.

Bartosz Brożek, Michał Heller, Jerzy Stelmach

Kraków, grudzień 2020 r.


| 1 |

GŁUPOTA JAKO NIEZNAJOMOŚĆ LUB LEKCEWAŻENIE PODSTAWOWYCH ZASAD KOMUNIKACJI JĘZYKOWEJ

Jeśli na początku istotnie było Słowo, to wszystko lub prawie wszystko daje się odnieść do języka, wobec tego głupotę również. Ten rodzaj głupoty znajduje swój wyraz przede wszystkim w „językach nadmiernie uproszczonych”, w „nowomowie” oraz w tak zwanym „bełkocie”.

„Języki nadmiernie uproszczone” to języki, którymi niestety posługuje się dziś większość ludzi, zwłaszcza użytkownicy mediów elektronicznych, piszący w tabloidach i przynajmniej część autorów dzieł z dziedziny literatury popularnej. W wymienionych przypadkach promowany jest najprostszy z możliwych przekaz językowy, uproszczony do tego stopnia, że wyklucza prawdziwy czy chociażby adekwatny opis przedstawianych zdarzeń. Ale, na co warto w tym miejscu zwrócić uwagę, około 70% ludzi, co znajduje potwierdzenie w wielu różnych badaniach, ma problem ze zrozumieniem nawet tak uproszczonego języka. Byłby to już więc przypadek „kwalifikowanej głupoty językowej”, bowiem problem, o którym tu mowa, będzie dotyczyć osób, dla których taki uproszczony (sprymitywizowany) język, ze zrozumieniem którego i tak mają trudności, jest równocześnie jedynym, jakim się posługują. Jednej z najważniejszych przyczyn omawianego tu przypadku głupoty upatrywałbym w rozwoju technologii informatycznych, promujących skrajnie uproszczony system komunikacji językowej, czego konsekwencją są pogłębiające się braki w wykształceniu, występujące zwłaszcza u najbardziej bezkrytycznych wyznawców wirtualnego świata. Jako że wszystko lub prawie wszystko stało się dostępne online, większość ludzi przestała w ogóle czytać, a jeśli ktoś nic nie czyta, to przecież nie bardzo ma o czym myśleć i co interpretować[3]. Coraz więcej ludzi ogranicza całą swoją aktywność poznawczą do „grzebania w sieci”, uznając za wystarczające źródła swej wiedzy wyszukane całkowicie na chybił trafił, przypadkowe informacje, pochodzące najczęściej z tak zwanej drugiej ręki.

„Nowomowa” (Newspeak) był to, według literackiego pierwowzoru, sztuczny język obowiązujący w fikcyjnym totalitarnym państwie Oceania, opisanym przez George’a Orwella w pochodzącej z 1949 roku powieści Rok 1984. I to on właśnie uznawany jest za twórcę tego pojęcia. Z kolei według Słownika języka polskiego PWN „nowomowa” to język władzy i kontrolowanych przez nią środków przekazu w państwach totalitarnych, służący do manipulowania ludźmi i nastrojami społecznymi. Z przytoczonych określeń wynika, po pierwsze, że nowomowa jest językiem sztucznym, czyli takim, w którym kluczowym dla danego dyskursu perswazyjnego pojęciom nadaje się z gruntu inne niż powszechnie przyjmowane znaczenia, po drugie, że język ten jest wykorzystywany do realizacji celów państwa totalitarnego, no i wreszcie po trzecie, że język ten ma służyć bezpośrednio manipulacji[4]. Zgadzam się z pierwszą i ostatnią częścią przytoczonej definicji nowomowy. Uważam jednak, że pojęcie to można zinterpretować szerzej. Nowomowa z pewnością pojawia się w językach propagandy państw totalitarnych. Ale czy tylko tam? A co z językami propagandy politycznej państw uważających się skądinąd za demokratyczne? Ponadto z nowomową, a w każdym razie z jej elementami, spotykamy się także w językach reklamowym oraz korporacyjnym. W reklamie wykorzystywany jest język o silnie emocjonalnym zabarwieniu, naszpikowany tak zwanymi „słowami gronostaja”, czyli nieostrymi i niejednoznacznymi pojęciami. Cel tak wypreparowanego języka jest tylko jeden, a mianowicie przekonanie potencjalnych klientów, czyli wcześniej zdefiniowaną grupę docelową, do nabycia pewnego produktu lub usługi. Również język korporacyjny nie stroni od nowomowy. W języku tym pojęciom ważnym z punktu widzenia interesów korporacji nadaje się z gruntu inne, odbiegające od powszechnie akceptowanych znaczenia. Chętnie też wprowadza się neologizmy oraz często dziwaczne, nie zawsze zdefiniowane terminy techniczne. Języki reklamowy oraz korporacyjny intencjonalnie pozbawione są podstawowej cechy definicyjnej, jaką powinien posiadać każdy język, to znaczy „uniwersalności”. Ostatecznie nowomowa, w każdej ze wskazanych tu odmian, będzie wprowadzać do myślenia dysonans, proponując zmanipulowaną, niedorzeczną, groteskową, a w konsekwencji głupią wizję świata.

 

Wreszcie „bełkot”, czyli język już całkowicie zdegenerowany. Skomplikowany, niejasny, nieposiadający właściwości, które powinien posiadać każdy język, takich w szczególności jak możliwość opisu rzeczywistości, informowania o czymś, ewentualnie normowania czegoś. Bełkotu nie da się zinterpretować, bo jest niezrozumiały, czyli po prostu głupi. Daje się wyróżnić co najmniej kilka różnych rodzajów bełkotu. Warto przynajmniej niektórym z nich przyjrzeć się nieco uważniej, chociażby po to, aby móc łatwiej bełkot zidentyfikować. Pierwszy z podziałów uwzględnia trzy rodzaje bełkotu, a mianowicie bełkot semantyczny, syntaktyczny i pragmatyczny. Charakterystyczne dla bełkotu jest to, że on nic nie znaczy, nie wchodzi bowiem w żadną, relewantną z poznawczego punktu widzenia, relację z rzeczywistością. Ponadto bełkot najczęściej bywa, w sensie formalnym (syntaktycznym), niepoprawny. Jeśli natomiast chodzi o oddziaływanie bełkotu, jego wpływ na zachowania innych ludzi, również na rzeczy lub relacje pomiędzy nimi, to sytuacja już się zmienia. Niestety bełkot może mieć wpływ na zachowania innych osób. Funkcja pragmatyczna bełkotu będzie miała przede wszystkim charakter emotywny, rzadziej performatywny. Funkcja emotywna w naturalny sposób wpisuje się w bełkot. Emotywami są bowiem słowa i wyrażenia, które choć same z siebie nic nie znaczą i nie mają żadnej struktury syntaktycznej, to jednak zwykle wywierają wpływ na zachowania osób, do których są kierowane[5]. Bardziej sporna jest funkcja performatywna bełkotu. Wydawać się może, że za pomocą bełkotu nie da się „czynić rzeczy”[6]. Gdy jednak poddamy uważniejszej analizie chociażby język, którym posługują się politycy, można dojść do wniosku, że ten język, będący bardzo często bełkotem w czystej postaci, nie tylko wywiera bezpośredni wpływ na zachowania wielu ludzi, lecz również w istotnym stopniu zmienia rzeczywistość, stosunki społeczne i relacje ekonomiczne, często ważne dla wszystkich członków określonej zbiorowości. Na koniec krótko jeszcze o dwóch innych odmianach bełkotu. Pierwszy nazwałbym „bełkotem dyskretnym”, który najczęściej skrywa się pod pozorami wiedzy naukowej. Drugi natomiast to „bełkot ostentacyjny”, rozgadany i bezczelny. Widać to szczególnie dobrze na przykładzie propagandy politycznej, religijnej oraz światopoglądowej. Im ta propaganda jest głupsza, tym głośniejsza i bardziej nachalna. „Bełkot ostentacyjny” ma jednak pewną zaletę, jest bowiem w przeciwieństwie do „bełkotu dyskretnego” łatwo rozpoznawalny. Z identyfikacją tego pierwszego miewamy niekiedy problem. Czytając jakiś tekst naukowy, jakże często zastanawiamy się, czy to już bełkot, czy może tylko skomplikowany język lub jakaś nasza chwilowa niedyspozycja poznawcza. Uznając pewną wypowiedź za bełkot, a jej autora za głupca, możemy się przecież zwyczajnie mylić. Ale mimo wszystko warto jednak podejmować ryzyko, tym bardziej że z własnego doświadczenia wiem, że nie jest ono nadmierne[7].

Odrzucając reguły poprawnej komunikacji językowej oraz standardy, których zachowanie jest warunkiem przeprowadzenia racjonalnego dyskursu perswazyjnego, wielu ludzi z własnego wyboru, a raczej z własnego zaniechania, staje się głupcami. Omówiony tu przypadek można określić mianem „głupoty językowej”, ewentualnie – gdyby ktoś chciał ująć go nieco węziej – „głupoty perswazyjnej”.

| 2 |

GŁUPOTA JAKO UPORCZYWE DYSTANSOWANIE SIĘ OD WIEDZY OPARTEJ NA FAKTACH

Chodzić będzie o „uporczywe”, czyli ciągłe, powtarzające się, a nie o pojedyncze zaniechania aktywności poznawczej[8]. Omawiany tu przypadek głupoty określiłbym jako zapracowaną niewiedzę, poznawczą arogancję lub po prostu zwykłe nieuctwo, pozwalające głupcowi unosić się bez trudu nad faktami[9].

Najczęstszą przyczyną nieuctwa jest oczywiście lenistwo, którego wyrazem jest między innymi poznawczy oportunizm. Przy okazji warto wspomnieć o dwóch innych jeszcze przypadkach. Pierwszy polega na tak zwanym „rżnięciu głupa”, czyli na udawaniu głupiego (głupszego, niż się jest), drugi odwrotnie – na udawaniu mądrego (mądrzejszego, niż się jest). Niezauważanie ważnych dla innych problemów, ewentualnie „uporczywe” uchylanie się od pewnych oczywistych własnych obowiązków, byłoby charakterystyczne dla pierwszego z wymienionych tu przejawów głupoty. Byłby to przypadek „głupoty na życzenie” wynikającej z kalkulacji, że głupota (udawanie głupca) może w pewnych przynajmniej sytuacjach się opłacać. Trudniej jest zidentyfikować przypadek głupoty polegającej na udawaniu mądrzejszego, niż się jest. Przecież nikt nie przyzna się do własnego nieuctwa i ignorancji. Każdy „przyciśnięty do muru” będzie raczej „szedł w zaparte”. Po prostu przyznawanie się do własnej głupoty, ograniczeń i niekompetencji jakoś w naszej cywilizacji niespecjalnie się przyjęło.

Wprawdzie nieuctwo najczęściej powiązane jest z arogancją, znam jednak również przypadki głupoty ugrzecznionej, zawstydzonej, zakłopotanej, a nawet ujmującej. Niektórzy lubią nawet takich „sympatycznych idiotów”. Są oni nie tylko tolerowani, lecz również otrzymują wsparcie, które często jest odmawiane innym, mądrzejszym członkom określonej zbiorowości. Warto przy okazji się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. W moim przekonaniu jedną z najważniejszych przyczyn jest stary, dobry, sprawdzony resentyment, a dokładniej pewien jego wariant, który określiłbym mianem „odwróconego resentymentu”. Odwróconego w tym sensie, że na przykład „poczucie niższości” zastąpione zostaje „poczuciem wyższości”, a „zawiść” – „litością”. Rozumiem i w pełni aprobuję przykazanie, że należy kochać bliźniego swego jak siebie samego, jednak nie uważam, że należy go kochać tylko dlatego, iż jest idiotą[10].

Ale głupota w odmianie tu opisywanej osiąga swoją pełnię dopiero dzięki arogancji. Im ktoś jest głupszy, tym zwykle bardziej wojowniczy i pewny siebie. Ciągle w natarciu, chcący zwyciężać, wbrew jakiejkolwiek logice, za wszelką cenę. A przykłady? Cóż, wystarczy obejrzeć dowolną debatę z udziałem polityków reprezentujących konkurencyjne partie. Przypadek „głupoty przepraszającej” będzie tam zjawiskiem niezwykle rzadkim, dominującym zaś przypadek „głupoty wojującej”, stanowiącej zwykle połączenie nieuctwa z perswazyjną agresją i zwykłym chamstwem. Agresywny nieuk za nic ma nie tylko filozoficzną mądrość, że nie [należy] mówić nic poza tym, co da się powiedzieć, czyli poza zdaniami nauk przyrodniczych [twierdzeniami o faktach], [a] o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć, lecz również zgodny ze zdrowym rozsądkiem postulat, że lepiej nic nie mówić, niż mówić nic[11]. Głupiec ograniczeń, o których tu mowa, nie przyjmuje, fakty, jak i zdania o faktach ma za nic. Jeśli jego życzeniowa wizja świata jest sprzeczna z naukowym obrazem świata, to tym gorzej dla tego obrazu, który przez głupca zostaje albo w całkowicie nieuprawniony sposób zrelatywizowany, albo po prostu odrzucony. W takim przypadku mamy do czynienia z czymś, co można byłoby określić już mianem „głupoty autorytarnej”, całkowicie odpornej na jakiekolwiek argumenty. Równocześnie głupota polityków, o których tu mówię, jest silnie zaangażowana, oni bowiem ciągle muszą coś liczyć, porównywać, mierzyć, oceniać lub oskarżać, pozostając oczywiście przez cały czas w niezgodzie z istniejącymi faktami[12].

Omawiany tu przypadek jest z całą pewnością jedną z najbardziej paradygmatycznych odmian głupoty. Głupotę przecież wiąże się najczęściej właśnie z nieuctwem, którego istota sprowadza się przede wszystkim do uporczywego lekceważenia wiedzy opartej na faktach. Przedstawiając ten przypadek głupoty, posłużyłem się wieloma różnymi określeniami, nazywając go między innymi poznawczą arogancją, rżnięciem głupa, głupotą wojującą, a nawet głupotą autorytarną, a do głowy przychodzi mi jeszcze jedno, być może najlepsze, a mianowicie „głupota fundamentalna”[13].

| 3 |

GŁUPOTA JAKO MINIMALIZM POZNAWCZY

Źródłami tego rodzaju głupoty są przede wszystkim gnuśność i oportunizm, zaś jej najczęstszym wyrazem jest skłonność do redukcji i rytualizacji aktywności poznawczych.

W tym przypadku głupota oznacza nie tyle „uporczywe dystansowanie się od wiedzy opartej na faktach”, ile raczej jej ograniczenie do zapewniającego przetrwanie w „instytucjonalnym stadzie” minimum. Nie przypadkiem zapewne głupcy tak często i chętnie stają się „ludźmi biura”, oczywiście „biura” w sensie Franza Kafki, Milana Kundery, no i moim[14]. „Ludzie biura”, opowiadając się za minimalizmem poznawczym, bywa że również etycznym i estetycznym, w swoim postępowaniu kierują się procedurami i regulaminami, akceptując w pierwszej kolejności wszystko to, co powtarzalne. Bo tylko to, co powtarzalne, a w konsekwencji również przewidywalne, może zagwarantować im minimum poznawczej pewności i dać upragnione poczucie bezpieczeństwa. Tymczasem, na co zwrócił już uwagę Bohumil Hrabal i z czym zresztą trudno byłoby się nie zgodzić: Powtarzanie może być zarówno matką mądrości, jak i debilizmu[15]. W szkicu poświęconym głupocie bytów zbiorowych omawiam przypadek „głupoty instytucjonalnej”, z którym „głupota rozumiana jako minimalizm poznawczy” daje się oczywiście powiązać. Tutaj jednak interesuje mnie przede wszystkim głupota „ludzi biura”, a więc głupota poszczególnych jednostek, a nie całej instytucjonalnej struktury, jaką w proponowanym tu ujęciu jest „biuro”. „Rytualizacja sposobów postępowania” musi ogłupiać i ogłupia. Stopniowo bowiem wyłącza potrzebę samodzielnego myślenia i decydowania o czymkolwiek. „Biuro” zaczyna zagospodarowywać coraz to nowe przestrzenie życia, i to nie tylko osób pracujących w biurze, ale również tych, które są z nim w jakiś sposób powiązane, na przykład kontrahentów biura lub rodzin osób zatrudnionych w biurze. Zasady „moralności biurowej”, regulaminy, procedury nie tylko określają granice dopuszczalnej przez biuro samodzielności poznawczej, lecz także unifikują wzorce zachowań i postaw etycznych, a nawet estetycznych. Nacisk położony zostaje zarówno na „moralność biurową”, opartą przede wszystkim na zasadach „etyki korporacyjnej”, jak i na „estetykę biurową”, określającą wzorce dotyczące sposobu zachowania się, ubierania, a nawet wypoczynku. Przejawy indywidualizmu są w „biurze” raczej niemile widziane, bo przecież im bardziej jednowymiarowi są „ludzie biura”, tym łatwiej można ich kontrolować, a w konsekwencji też sprawniej kierować całą strukturą.

Czy możliwy jest „bunt ludzi biura”? Bywa, że „ludzie biura” się buntują, ale czynią to nader rzadko i zwykle w bardzo ograniczonym zakresie, najczęściej dotyczącym warunków finansowych i socjalnych oraz organizacji samego biura. Upływ czasu ostatecznie zabija w nich marzenia o wolności, samodzielnym, niezależnym życiu poza biurem. „Minimalizm poznawczy”, brak nowych wyzwań, bezruch muszą prowadzić „ludzi biura” do wprawdzie powolnego, lecz równocześnie jednak nieuchronnego skretynienia. Byłby to więc przypadek „głupoty biurokratycznej”, głupoty dotykającej osób, które z własnego wyboru stały się „ludźmi biura”.