Wszystkie ziarna piaskuTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

*

Jak zawsze był elegancki tego dnia. Ubrany w lekko połyskujący grafitowy garnitur z czarnym krawatem, siedział na pozłacanym tronie z zielonymi pikowanymi obszyciami. Mówił spokojnym, lecz zdecydowanym tonem, najważniejsze słowa podkreślając lekkim klepnięciem w stół. Mogłoby się wydawać, że to, co robi, to zagranie va banque. Ale tak nie było. Jego posunięcie było ryzykowne, owszem, ale nie musiał się obawiać. Śmiały plan był od tygodni drobiazgowo przemyślany i uzgodniony. Hassan II miał poparcie potężnych przyjaciół – Valéry’ego Giscarda d’Estaing i, co ważniejsze, Geralda Forda. W końcu przyjaźń amerykańsko-marokańska ma długie tradycje, sułtanat Maroka był pierwszym krajem, który w 1777 roku uznał rodzące się Stany Zjednoczone. Dla Amerykanów powstanie nowego państwa, i to niechybnie związanego z Algierią, czyli z blokiem wschodnim, było nie do przyjęcia. Groziło destabilizacją całego rejonu i upadkiem marokańskiej monarchii, najwierniejszego sojusznika w Afryce. Architektem i pomysłodawcą śmiałego ruchu, który król Hassan II właśnie ogłaszał na antenie marokańskiej telewizji, był sam Henry Kissinger, sekretarz stanu i laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 1973 roku. Amerykanom do tego stopnia zależało, by Sahara stała się marokańska, że Henry Kissinger sugerował nawet fałszerstwa w ewentualnym głosowaniu w ONZ. Nie było więc siły, która mogłaby stanąć królowi na drodze.

„Mamy dowody na to, że ta ziemia należy do nas i że Sahara jest nasza, jeśli ktokolwiek spyta. Dlatego też, drogi ludu, mamy tylko jedno wyjście: musimy rozpocząć Zielony Marsz! Z północy na południe Maroka. Ze wschodu na zachód. Musimy, drogi ludu, stanąć jak jeden mąż, by odzyskać naszą Saharę, by zachować nasze więzy krwi” – mówił 16 października w telewizyjnym przemówieniu pewny swego Hassan II. Zgrabnie kłamiąc, dodał też, że trybunał haski wydał pozytywną dla Maroka opinię, potwierdzając przynależność Sahary do Królestwa, a sami Saharyjczycy w demonstracjach potwierdzili sympatię dla Maroka. Zapytany na konferencji prasowej, co się stanie, jeśli Front POLISARIO zaatakuje marsz, odpowiedział z dobrze udawaną nonszalancją, przesadnie artykułując dwa ostatnie wyrazy: „Dla nas oni są przemytnikami. Zjemy ich”.

Hassan II mógł być z siebie dumny. Politycy na całym świecie byli pod wrażeniem sprytu i determinacji, jakimi wykazał się król. Mimo oburzenia ONZ i wielu afrykańskich krajów za trzy tygodnie, 6 listopada 1975 roku, Al-Masira al-Chandra, Zielony Marsz, miał ruszyć na południe. Ale by „pokojowy marsz” przypadkiem nie natrafił na jakikolwiek opór, który mógłby zniszczyć jego propagandowy wydźwięk, 30 października dwadzieścia pięć tysięcy marokańskich żołnierzy przekroczyło granicę Sahary Hiszpańskiej. Reakcji ze strony wojsk hiszpańskich nie było. Umierający generał Franco nie był już w stanie podejmować decyzji, a politycy przejmujący schedę po dyktatorze nie mieli ochoty na wojnę i przyjęli amerykańsko-francuskie sugestie. Już pod koniec października Hiszpania, Maroko i Mauretania z błogosławieństwem Stanów Zjednoczonych i Francji uzgodniły scenariusz wydarzeń przyszłych tygodni. Niebawem owe ustalenia zostały sformalizowane w tak zwanych porozumieniach madryckich, podpisanych przez premierów Hiszpanii i Maroka oraz przez ministra spraw zagranicznych Mauretanii. Wszystkie trzy strony mogły być zadowolone, targ został dobity. Hiszpania zachowała trzydzieści pięć procent udziałów w wydobyciu fosforytów oraz dwudziestoletnie prawo do połowu ryb na wybrzeżu Sahary. Maroko i Mauretania natomiast dzieliły między sobą ziemię Saharyjczyków, przejmując ochoczo obowiązki administratora spornego terytorium. Państwa zachodnie nie musiały się już obawiać, że na atlantyckim wybrzeżu wykwitnie nagle socjalistyczny kraj. Porozumienie madryckie zawarte w tajemnicy przed Saharyjczykami miało tylko jeden szkopuł – było niezgodne z międzynarodowym prawem, nie mogło więc zostać uznane przez Organizację Narodów Zjednoczonych ani przez Organizację Jedności Afrykańskiej. Lecz to akurat nikogo nie martwiło.

Następnego dnia po płomiennym przemówieniu Hassana II Hiszpanie rozpoczęli ewakuację swojej ludności. Operacji nadali nazwę Golondrina – jaskółka. Hiszpańscy macho zabrali nawet swoich zmarłych z cmentarzy i zwierzęta z ogrodu zoologicznego w El Aaiúnie.

Ale 2 listopada stało się coś dziwnego. Do El Aaiúnu z niespodziewaną wizytą przyjechał książę hiszpański, przyszły król Juan Carlos. Ubrany w galowy mundur, stanął za mównicą z godłem Hiszpanii, ustawioną na placu apelowym przed koszarami. Zdania, które wtedy wypowiedział w El Aaiúnie, napełniły Saharyjczyków nadzieją, że sto lat wspólnej historii coś znaczy. Nie wiedzieli oni jednak o tym, że Juan Carlos wcale nie darzy ich sympatią. Wręcz przeciwnie, a to dlatego, że wielu Saharyjczyków podczas hiszpańskiej wojny domowej walczyło po stronie generała Franco.

„Hiszpania wypełni swoje zobowiązania i będzie stała na straży cennego pokoju. Utrzymamy go. Nie narazimy życia ludzkiego, gdy możliwe jest sprawiedliwe rozwiązanie oparte na współpracy i porozumieniu między ludźmi. Będziemy również chronić prawa ludności saharyjskiej, do tego zobowiązuje nas bowiem nasza misja na świecie i nasza historia” – mówił król do zgromadzonych przed koszarami w niedzielne popołudnie.

Kłamał.

*

– Widziałem ich, jak szli – mówi Lhafed Yaya. – Piętnaście dni bez przerwy, dzień i noc, dzień i noc. Z flagami marokańskimi, francuskimi. Morze czerwonych marokańskich flag ciągnęło się po horyzont. Każdy z nich miał taką flagę, mniejszą, większą. Ale i tak największa flaga była ta amerykańska. W zasadzie ten marsz powinien się nazywać czerwony, a nie zielony, ale to by się chyba niedobrze kojarzyło w tamtych czasach. Wielu z nich niosło przed sobą niewielkie portrety króla, trzymając je dumnie przed sobą. Większe podobizny władcy jechały przymocowane do ciężarówek, jak jakieś ogłoszenia albo banery reklamowe. Śmieszne to było, król jechał autami, ze swoją srogą miną, telepiąc się na pustynnych wertepach. A te ciężarówki były zresztą amerykańskie. Każdy z Marokańczyków niósł też przed sobą Koran, by pokazać, że przychodzi w pokoju. Przecież muzułmanin nie może zabijać swoich braci, to niezgodne z naszą religią. Więc nieśli święte księgi jak jakieś usprawiedliwienie, alibi zagłuszające ich sumienie. Chociaż z drugiej strony to byli zwykli biedni ludzie pozbierani z całego Maroka, w dużej mierze z dalekiej północy, na rozkaz króla. Król powiedział: „Idźcie i weźcie waszą ziemię”, no to poszli. Chyba wierzyli w to, co robią, cieszyli się, skakali, machali rękoma. Czasami urządzali nawet jakieś występy, grali na instrumentach, gotowali kuskus. A ci, którzy nie wierzyli, też szli, no bo przecież nie mieli innego wyjścia, królowi się nie odmawia. Widziałem też, że są inni niż my. Widzieliśmy ich biedę i nadzieję w ich oczach, że idą zdobywać krainę mlekiem i miodem płynącą. Spotykaliśmy ich w sklepach, pytali nas, czy na Saharze jest dużo złota. Dolina przy Villi Cisneros nazywa się Rio de Oro. Powiedziano im więc, że Sahara jest pełna złota. I oni wierzyli w takie rzeczy. Trzysta tysięcy biedaków w łachmanach, niektórzy nie mieli nawet butów. Ludzie w Tantanie dawali im jedzenie, koce, bo większość z nich spała na ulicy. A nocami pisaliśmy do nich listy. Potem za dnia rzucaliśmy je im z ukrycia. Pisaliśmy: „Nie chcemy was tutaj” albo: „Nie idźcie tam, w El Aaiúnie czeka na was POLISARIO, zabiją was”.

Lhafed Yaya jest mężczyzną w średnim wieku. Chudy, wysoki, energiczny. Jego wydatne zakola otoczone są przez krótkie siwe włosy przechodzące w gęstą siwą brodę. Wpadające przez drzwi słońce uwydatnia jego owalną, dostojną twarz z ostrym konturem. Lhafed za młodu był hipisem, na terenie byłej Sahary Hiszpańskiej nie było to nic nadzwyczajnego. Młodzi słuchali Hendrixa, nosili teksasy i długie włosy. Siedzi przede mną na otomanie ubrany w dżinsy i koszulkę z jakiegoś hiszpańskiego festiwalu muzycznego. Dziś Lhafed, ojciec trójki dorosłych już dzieci, mieszka w El Aaiúnie, w jednym z nowych osiedli we wschodniej części miasta. Mówi głębokim basem, którego pozazdrościłby niejeden prezenter radiowy.

– Bokami przemykały tymczasem ogromne ilości wojska. O tym nikt nie mówił, marsz był przecież pokojowy, nieśli w rękach Koran. Miałem trzynaście lat, ale widziałem, że coś się zaczyna dziać. Tantan, choć teraz leży w Maroku, był pełen Saharyjczyków, bo to nasze ziemie. Słyszało się tu i ówdzie rewolucyjne piosenki, hasła: wolność, niepodległość. A potem ni stąd, ni zowąd ludzie zaczęli znikać. Zniknął komuś sąsiad, komuś brat, ojciec czy matka. O tym, że oni wcale nie mają pokojowych zamiarów, zdałem sobie sprawę, gdy zaczęły znikać kobiety. Mężczyźni to co innego, stworzeni są do walki, jeśli oni się biją, giną, są aresztowani, to powiedzmy, że jest to normalne. Ale gdy zobaczyłem, że to samo dzieje się z naszymi kobietami, zrozumiałem, że idzie wojna. Przemoc wobec kobiet była szokiem dla naszego pokolenia, u nas nigdy się to nie zdarzało. Potem zaczęły się ataki na domy, wybijano szyby, rozbijano drzwi, porywano rodziny tych, którzy uciekli do POLISARIO. Wkrótce wystarczyło, że ktoś chodził w dara’a lub mówił, że jest Saharyjczykiem, i znikał. Niedaleko naszego domu w Tantanie był las. Zakradaliśmy się tam wieczorami i widzieliśmy marokańskie wojsko. Bardzo dużo młodych ludzi tam było i bardzo dużo broni. W ciągu dnia przesiadywaliśmy przy głównej ulicy miasta i widzieliśmy te wszystkie wozy, czołgi i armaty zmierzające na południe. Ludzi z flagami już nie było. Nad naszymi głowami zaczęły latać samoloty i helikoptery. A potem ludzie zaczęli mówić o Saharyjczykach, którzy byli wyrzucani z tych helikopterów. I o samolotach, które zrzucały napalm i biały fosfor na nasze wioski. I że zatruwali studnie i zabijali nasze wielbłądy.

3

– Pokażemy ci dziś miasto, jeśli chcesz – mówi niespodziewanie mój gospodarz. – Weźmiemy auto i zrobimy objazd po El Aaiúnie pod wieczór.

 

Moja radość nie zna granic. Wciąż nie wychodzę z budyniowego pokoju. Widziałem wiele filmów z El Aaiúnem, kręconych z ukrytych kamer, pokazujących, co dzieje się na jego ulicach. Pamiętam, że gdy oglądałem pierwsze z nich, to nie wierzyłem. Wieczorem przyjeżdża młodszy brat Hamzy, Brahim. Małe auto ma mocno przyciemniane szyby z tyłu, co sprawia, że czuję się trochę lepiej, ale i tak na wszelki wypadek zakładam kaptur na głowę.

– OK, siedź z tyłu. Jeśli chcesz robić zdjęcia, to nie wystawiaj aparatu za szybę. Ja będę patrzył w lusterka, ale ty też uważaj. A jak zrobisz zdjęcie, to szybko chowaj aparat. Tu ludzie nie lubią aparatów, a jeszcze bardziej nie lubi ich policja. Jedziemy, jalla, jalla!

Ruszamy, Brahim włącza muzykę. Z głośników płynie delikatna muzyka Mariem Hassan – najbardziej znanej saharyjskiej pieśniarki. Przez dwadzieścia siedem lat Mariem mieszkała w obozach uchodźców na terenie Algierii, po tym, jak jej rodzina musiała uciekać przed marokańską inwazją. Trzech jej braci zginęło na wojnie. Od kilku lat Mariem mieszka w Hisz­panii. W Europie jednak wcale nie może czuć się bezpieczna. Kilkakrotnie – w Madrycie, Amsterdamie i Sztokholmie – została dotkliwie pobita przez Marokańczyków. Za publiczne słuchanie jej muzyki na ulicach El Aaiúnu jeszcze kilka lat temu można było trafić do więzienia.


© Bartek Sabela

– Puść głośniej, Brahim – mówi Hamza, odkręcając swoją szybę.

El Aaiún jest miastem młodym i stosunkowo niewielkim. Został założony w 1938 roku na południowym brzegu doliny Saguia el Hamra, której dnem płynie okresowa rzeka o tej samej nazwie. Sam El Aaiún, choć to stolica Sahary Zachodniej, przez lata był jedynie niewielkim prowincjonalnym ośrodkiem administracyjnym hiszpańskiej kolonii. Na pocztówce z tego okresu z wieży kościoła Świętego Franciszka rozciąga się widok na architekturę białych modernistycznych budynków, położonych w otchłani piasków Sahary. Wiele z nich krytych jest bielącymi się w świetle, charakterystycznymi okrągłymi kopułami. Wyglądają trochę jak jakieś bąbelki przyczepione do dachów. Pod kościołem na pierwszym planie duży plac, Plaza de África, z kwietnikami, wytyczonymi alejkami, ławeczkami. Z niego wychodzi główna wówczas ulica miasta. Dokoła placu głębokie, odlane z betonu arkady zwieńczone pełnymi łukami. Z pomiędzy „bąbelków” wystają gdzieniegdzie większe prostopadłościenne gmachy, w tym największy z nich nazwany dumnie Casa de España. Widocznie musi być tuż po deszczu, bo dolina rzeki zwanej wtedy Saguia el Hamra jest wypełniona wodą. Miasto, które widzę na pocztówce, w niczym nie przypomina dzisiejszego. Spokojne, uporządkowane, czyste i zadbane. Ówczesny El Aaiún był jedynie niewielkim północno-zachodnim skrawkiem dzisiejszego miasta. Ta stara część jest teraz zamieszkana wyłącznie przez Marokańczyków. Mówi się, że dolina Saguia el Hamra to miejsce, do którego zbiegali wszyscy prześladowani, nie tylko z Sahary, ale także z ościennych krajów. Oaza wolności, bezpieczny azyl poza zasięgiem królów, książąt i władców. Legenda głosi, że żaden król nigdy nie zdoła posiąść i ujarzmić tej ziemi i jej mieszkańców.

Gdyby dzisiaj jakiś malarz chciał namalować miejskie pejzaże El Aaiúnu, potrzebowałby niewielu kolorów. W zasadzie wystarczyłaby mu paleta ziemistych barw w rodzaju czerwonej ochry, sjeny palonej czy umbry. Plus troszkę czerwonego i zielonego, by zaznaczyć wszechobecne w tym krajobrazie marokańskie flagi. Innych kolorów tu nie ma, miasto sprawia wrażenie uformowanego z jednego kawałka materiału, jednej kostki gliny. W czasach hiszpańskich wystarczyłby także jeden kolor – biały. Ale po 1975 roku białe niegdyś budynki zostały przemalowane na ten charakterystyczny błotnoczerwonawy kolor.

Cały El Aaiún ma trudny do zdefiniowania klimat miasta, w którym wieloletni konflikt uniemożliwia normalne funkcjonowanie i zagospodarowanie. Zdaje się niedokończony, trochę jak plac budowy. Tu są budynki, ale nie ma ulic, gdzie indziej na odwrót, w jeszcze innych miejscach jest tylko piach lub gruz. Starsze dzielnice, a tu oznacza to na przykład trzydzieści lub czterdzieści lat, mające bardziej zwartą zabudowę, wąskie uliczki zastawione straganami, sklepikami, graniczą bezpośrednio z nowymi, nieukończonymi kwartałami, poprzecinanymi szerokimi, geometrycznie ułożonymi ulicami. Na pierwszy rzut oka El Aaiún sprawia wrażenie w zasadzie normalnego arabskiego miasta, z dużą ilością bałaganu, przypadkowości, brudu i przestrzennej spontaniczności. Gdy nie wiemy, że toczy się w nim wielo­letni konflikt, trudno nam będzie znaleźć jego oczywiste ślady.

Widać je jednak w detalach. O poczuciu bezpieczeństwa mieszkańców najlepiej świadczą masywne kraty w każdym niemal oknie. Wejść do domów strzegą obowiązkowo ciężkie stalowe, ryglowane kilkoma zamkami drzwi. Czasami do wejścia domurowany jest niewielki przedsionek z drugimi stalowymi drzwiami lub metalową siatką. Wierzchy murów okalających wewnętrzne dziedzińce domów jeżą się zatopionym w betonie porozbijanym szkłem. Domy wyglądają niczym wieże warowne, gotowe stawić czoło wszelkim przestępcom. Tylko że w El Aaiúnie przestępczość w zasadzie nie istnieje. Te wszystkie wyszukane środki ochrony mają zabezpieczyć mieszkańców przed stróżami prawa – policją.

Każdy aktywista w El Aaiúnie zaczyna swoją karierę jako dzieciak od malowania po murach. Ale w El Aaiúnie nie znajdziemy odważnych murali pokrywających całe ściany budynków, jak w Irlandii Północnej czy Izraelu. Tutaj ogromnej odwagi wymaga namazanie sprejem choćby małej flagi lub krótkiego hasła – już za to można trafić do więzienia i cierpieć kilka dni wymyślnych tortur. Ale ewentualne konsekwencje nie zniechęcają młodych Saharyjczyków. Mury starych dzielnic pokryte są koślawymi, malowanymi w popłochu flagami Saharyjskiej Arabskiej Republiki Demokratycznej. Życie takiej flagi jest bardzo krótkie i już następnego dnia rewolucyjna twórczość ginie pod warstwą czarnej, spływającej strugami farby. Podobnie dzieje się z napisami w stylu: „La badil la badil an takrir al-masir!” (Nie ma innej drogi niż samostanowienie), „VivaRASD!”, „Tahijja nidalijja ­li-l-dżabha sza’bijja” (Bojowe pozdrowienia dla Frontu Ludowego) czy uniwersalnym „Fuck the Police!”. Flaga RASD działa na policję jak płachta na byka, jest symbolem zakazanym na terenie Sahary Zachodniej. Niewiele mniejszą nienawiścią władze darzą flagę Algierii – największego sojusznika Saharyjczyków.

– Gdy otworzyli ten hotel – mówi Hamza, gdy wjeżdżamy na ulicę Smara – właściciel wywiesił przed nim, wśród wielu flag z całego świata, także biało-zieloną flagę Algierii. Już następnego dnia policja kazała mu ją zdjąć.

Ulica Smara, oficjalnie Boulevard Mekka, to kręgosłup El Aaiúnu. Ciągnie się przez całe miasto z zachodu na wschód przez ponad pięć kilometrów. Ta ulica to historia, w dwupasmowy asfalt głównej arterii miasta wsiąkło przez lata wiele krwi. Wszystkie demonstracje odbywają się właśnie tutaj, bo to jedyna tego typu ulica w mieście, szeroka, zdolna pomieścić dużo ludzi i jeszcze więcej policji. Wozy policji, ciężkie, opancerzone, z szybami osłoniętymi stalową siatką, stoją rozstawione wzdłuż ulicy o każdej porze dnia i nocy. Zazwyczaj zgrupowane po trzy lub cztery białe terenówki, do tego granatowe transportowe toyoty.

Chodniki przy ulicy Smara już dawno nie mają bruku. Za to policyjne auta mają karoserię jak po gradzie wielkości piłek tenisowych, całe poobijane od kamieni – jedynej broni demonstrantów. Przy autach rozstawionych co kilkadziesiąt, kilkaset metrów stoją patrole policji szybkiego reagowania, służącej do rozbijania demonstracji. Panowie w granatowych strojach, ciężkich butach i kaskach z charakterystycznymi osłonami w rękach trzymają pałki i tarcze, a na plecach karabiny. Są gotowi do akcji w każdej chwili, wydają się wręcz czekać na nią z utęsknieniem. A dziś jest normalny dzień, taki jak każdy inny, nie ma demonstracji ani nawet meczu piłkarskiego. Nieopodal, jakby nigdy nic, grupka starców z długimi brodami, siedząc na chodniku, gra spokojnie w domino. Ponoć są tu zawsze.

Z niedowierzaniem patrzę zza przyciemnionej szyby peugeota 205, którym się poruszamy, na obraz miasta będącego w czymś, co można by porównać z naszym stanem wojennym w 1981 roku. Chris Niedenthal mógłby zrobić tutaj takie samo zdjęcie jak 14 grudnia w Warszawie. Tylko że w El Aaiúnie nie ma kina, w którym mogliby wyświetlić Czas apokalipsy. Ostatnie kino zostało zamknięte w latach dziewięćdziesiątych, nikt do niego nie chodził, bo władze puszczały jedynie bollywoodzkie produkcje. Próżno też szukać teatru czy sali koncertowej. El Aaiún, choć mieszka w nim dwieście tysięcy ludzi, nie ma ani jednej wyższej uczelni. Nie ma jej też żadne inne miasto okupowanej Sahary Zachodniej. El Aaiún nie posiada domów kultury czy klubów, nie ma tutaj księgarni czy bibliotek. Są za to inne rozrywki. W dzielnicy rządowej znajdziemy bogatą ofertę jednostek policyjnych różnego rodzaju, od drogówki po oddziały szybkiego reagowania. Są również koszary jednostek wojskowych, żandarmerii, różnorakich służb specjalnych. GUS, RG, FA, DGST, DGAI, DGED, SRGR to skróty nazw niektórych z nich. Są też jeszcze bardziej tajemnicze, których same nazwy nasuwają mało optymistyczne skojarzenia rodem z orwellowskiego Roku 1984: Deuxième Bureau i Cinquième Bureau.

Do miasta nigdy nie została doprowadzona linia kolejowa. Nie ma też dworca autobusowego. Autokar, którym przyjechałem, zatrzymał się po prostu na ulicy. Choć budynek nowego, pierwszego dworca autokarowego został niedawno ukończony, władze wstrzymują się z jego oddaniem. Podobnie jest z pierwszą publiczną biblioteką. Wybudowany gmach o całkiem zgrabnej architekturze stoi pusty.

– Czasami jest tak, że władza musi wykazać pod naciskiem ONZ lub innych instytucji choć trochę dobrej woli – tłumaczy Hamza. – Wtedy mogą powiedzieć, że przecież zbudowaliśmy dworzec, zbudowaliśmy bibliotekę. Tylko że nigdy ich nie otworzyli. El Aaiún jest jak księżyc, ma dwie strony, teraz zabierzemy cię na tę drugą, oficjalną, jasną i piękną.

Jadąc ulicą Smara, docieramy do hotelu Nagjir, jednego z kilku hoteli wysokiej klasy, przeznaczonych głównie dla oficjeli ONZ i marokańskich biznesmenów. Za hotelem ulica skręca najpierw ostro w prawo, a potem w lewo, by w końcu wpaść w prestiżową dzielnicę, wypełnioną bankami, hotelami, biurowcami i drogimi butikami. Jednym z pierwszych budynków jest luksusowa willa, zwracająca uwagę długim, bogato zdobionym ogrodzeniem i portalem wejściowym jak do pałacu królewskiego. To dom Khalihenny Ould Errachida, szefa nieistniejącej dziś marionetkowej partii PUNS. Dziś Errachid jest bliskim współpracownikiem króla Mohammeda VI, który powierzył mu kierowanie królewską instytucją o nazwie CORCAS (Conseil Royal Consultatif pour les Affaires Sahariennes, Królewska Rada Doradcza do spraw Sahary). CORCAS została założona, by promować ideę autonomii Sahary Zachodniej w ramach Królestwa Marokańskiego. Przez Sahrawich Errachid został zgodnie uznany za zdrajcę i jest, po królu, jedną z bardziej znienawidzonych osób. Choć jego dom stoi w centrum El Aaiúnu, on sam spędza większość czasu w Rabacie.

Dalej na zachód mijamy hotel o wdzięcznej nazwie El Massira, czyli Marsz, ten zielony oczywiście, przez Saharyjczyków zwany jednak czarnym. Nad wejściem góruje sporych rozmiarów płasko­rzeźba ukazująca zdobywców Sahary z 1975 roku. Zresztą wiele instytucji tutaj nosi nazwę upamiętniającą Zielony Marsz. Tak nazywa się jedna ze szkół, klub piłkarski, meczet w Tantanie, a także lotnisko w Agadirze, skąd wyruszył ów marsz. Wydarzenie jest uwiecznione również na studirhamowym banknocie z królem Hassanem II na awersie. Pod hotelem El Massira zaparkowane są wyłącznie duże białe wozy terenowe. Wozy ONZ. Pracownikom misji nie przeszkadza dwuznaczny wydźwięk tej sytuacji. Przeszkadza natomiast Saharyjczykom. Ze względu na nazwę hotelu konsekwentnie odmawiają spotkań w tym miejscu. Dalej wjeżdżamy na reprezentacyjny plac El Mchawar. Piękny, dostojny, monumentalny, z palmami, fikuśnymi kandelabrami i granitowymi płytami. W każdym innym mieście byłby to plac, na którym organizowano by festyny i koncerty. Tu świętuje się na nim urodziny króla. Lub rocznicę Zielonego Marszu. Boulevard Mekka to El Aaiún, który pokazuje się przyjezdnym, delegacjom, politykom. El Aaiún ładny, czysty i uporządkowany, z ładnymi chodnikami, wolny od przemocy. Tu już nie zobaczysz opancerzonych wozów ani policjantów w kaskach. Tu co najwyżej możesz spotkać kulturalnego oficera drogówki w białych rękawiczkach. Gdy na ulicy Smara trwają krwawe demonstracje, lokalna telewizja Laayoune TV pokazuje biurowce i Marokańczyków spokojnie idących do pracy.

 

Zjeżdżamy powoli w stronę rzeki Saguia el Hamra, do starej części miasta. Niegdyś zamieszkanej przez Hiszpanów i Saharyjczyków, dziś wyłącznie przez Marokańczyków. To dobra dzielnica, pożądany adres. Tu znajduje się centrum administracyjne miasta, merostwo, urzędy, instytucje, z których spora część należy do rozbudowanego aparatu kontroli i opresji. Dostojne gmachy sądów, ministerstw, kwatery główne policji i wojska, a pośród nich, ku mojemu zdziwieniu, działający kościół katolicki. Jadąc na wschód ulicą El Bahria, mijamy szpital wojskowy i dojeżdżamy do jądra ciemności El Aaiúnu. Brahim zwalnia i ścisza lekko muzykę. Tu ulice są puste, jakby wyludnione. W El Aaiúnie jest jeden szpital miejski. Są za to dwa więzienia. Jedno tajne, zwane PCCMI (Point de Commandement de la Campagne Mobile d’Intervention, Komenda Krajowej Komórki Interwencyjnej). Tajne, choć każdy o nim wie, bo każdy zna kogoś, kto tam trafił, lub miał okazję wizytować samemu. Do przestronnych cel i pokojów przesłuchań prędzej czy później trafia każdy Saharyjczyk, któremu marzy się wolność. Drugie więzienie jest w zupełności jawne, oficjalne. Choć jego budynek jest niepozorny, funkcję zdradzają zwoje drutu kolczastego wieńczące mury. Gmach przy ulicy El Bahria jest dobrze znany. To Czarne Więzienie.

Na końcu tej smutnej ulicy znajduje się biały budynek otoczony barykadą, zasiekami i drutem kolczastym. Inny niż poprzednie gmachy, wygląda jak przybysz z kosmosu i w istocie nim jest. Choć poskładany z tymczasowych kontenerów, stoi tu już ponad dwadzieścia lat. Nad jego dachami znajdują się wycelowane w niebo liczne mniejsze i większe anteny. Przed nim zaś zastęp marokańskiej policji i kilka wozów. To kwatera główna misji pokojowej ONZ. Niespełna pięćset metrów od Czarnego Więzienia.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora