Wszystkie ziarna piaskuTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Istnienie Harakat Tahrir udało się utrzymać w tajemnicy do czerwca 1970 roku. Wtedy to Mohammed Bassiri zdecydował się wysłać do gubernatora Sahary Hiszpańskiej obszerny manifest. Bassiri w bardzo wyważonym tonie wyliczał swoje postulaty: „Sprzeciwiamy się przyłączeniu Sahary do jakiegokolwiek innego państwa, z północy czy południa, wschodu czy zachodu, bo jesteśmy wolnym narodem. […] Jesteśmy zupełnie inni niż ludzie, którzy twierdzą, że Sahara to ich historyczne terytorium. […] Prosimy władze Hiszpanii, by zapewniły nam możliwość rządzenia we własnym kraju”. Co ciekawe, Bassiri nie domagał się wcale natychmiastowej niepodległości. Przeciwnie, przyszłość Sahary Zachodniej widział raczej we współpracy z Hiszpanią, ale przy założeniu autonomii regionu i przekazaniu władzy w ręce Saharyjczyków. Pełna niepodległość była dla Bassiriego dopiero dalszą perspektywą, dziesięciu lub piętnastu lat. Bassiri, będąc intelektualistą, dostrzegał wyraźnie, że większym zagrożeniem dla Saharyjczyków są ambicje króla Hassana II niż obecność administracji hiszpańskiej, starał się więc szukać wsparcia ze strony Hiszpanów w konflikcie z sąsiadami z północy. By przekonać Hiszpanów do swoich racji, Bassiri zapewniał też, że Hiszpania mogłaby utrzymać udziały w eksploatacji dóbr naturalnych i uprzywilejowaną pozycję partnera handlowego. W ostatnich słowach Mohammed Bassiri, jasno odwołując się do nadciągającego z północy zagrożenia, prosił, by „Hiszpania nie opuszczała Sahary Zachodniej”.

Ale rząd generała Franco miał zupełnie inną wizję przyszłości Sahary Hiszpańskiej i nie było w niej miejsca dla ruchu Mohammeda Bassiriego. 17 lipca 1970 roku hiszpańskie władze kolonii zorganizowały pokazową manifestację mającą na celu udowodnić światu, że Saharyjczycy nie chcą dekolonizacji. Przeciwnie, że ich wolą jest, by ich kraj został włączony do Hiszpanii. Na Plaza de África w El Aaiúnie zaproszono hiszpańskich oficjeli, przedstawicieli Dżama’a oraz dziennikarzy ze świata. Zachęcano miejscową ludność, by wzięła udział w demonstracji. Jednakże do południa na Plaza de África zgromadziło się jedynie kilkaset osób, w większości Hiszpanów. Ludzie poszli gdzie indziej.

W tym samym czasie Harakat Tahrir zorganizował swoją własną demonstrację na przedmieściach El Aaiúnu, w dzielnicy zwanej Zemla. Słowo to w dialekcie hassanijja oznacza tyle co wzgórze. Ku zdziwieniu hiszpańskich władz w południe na Zemli, która dziś obejmuje osiedla Matallah i Linach, zgromadziło się ponad pięć tysięcy osób. Cała Zemla zastawiona była prostokątnymi saharyjskimi chajmami, tradycyjnymi nomadzkimi namiotami, w różnych kolorach, a gorące powietrze rozbrzmiewało rewolucyjnymi pieśniami. Istnienie tak silnego ruchu politycznego było dla Hiszpanów zupełnym zaskoczeniem. Zdezorientowane władze próbowały przekonać manifestujących, by przyłączyli się do oficjalnego zebrania. Bezskutecznie. Napięcie w El Aaiúnie rosło z minuty na minutę. Do manifestujących Saharyjczyków wyszedł gubernator kolonii José María Pérez de Lerma. Przyszedł sam, bez żołnierzy, by wysłuchać żądań zgromadzonych na Zemli ludzi i nakłonić ich, by się rozeszli. Zapewniał o dobrych intencjach i osobistym poparciu dla żądań zgromadzonych. Lecz odmówił wydania obietnic na piśmie. Około siedemnastej wobec braku porozumienia Pérez de Lerma wrócił na Zemlę z oddziałem policji, by aresztować organizatorów zajścia, lecz funkcjonariusze zostali obrzuceni kamieniami. Podobnie potraktowano grupę lojalnych przedstawicieli parlamentu, których demonstranci uznawali za zdrajców. Znów poleciały kamienie. Chwilę później Pérez de Lerma wydał prawdopodobnie najgłupszy w swoim życiu rozkaz.

W piaski Zemli wsiąkła krew dwunastu zastrzelonych osób i dziesiątek rannych. Wsiąkła również nadzieja Saharyjczyków na pokojowe odzyskanie niepodległości.

– Bassiri był od początku gotowy na największe poświęcenie – mówi Salem Labsir. – To był człowiek, który chciał wejść do historii przez wielkie drzwi. Późnym wieczorem po manifestacji przyszedłem do niego i powiedziałem, że musimy uciekać. A on odmówił.

Około trzeciej w nocy, gdy na Zemli niszczono ostatnie ślady demonstracji, Mohammed Bassiri został aresztowany. Nie stawiał oporu, nie próbował uciekać. Na ostatnim zdjęciu Bassiri trzyma przed sobą tabliczkę z więziennym numerem B-2875. Kilka dni później został zakatowany w Czarnym Więzieniu. W latach osiemdziesiątych generał Pérez de Lerma zeznał, że szczątki Mohammeda Bassiriego zostały rozrzucone na wydmach na zachód od El Aaiúnu. Mohammed Bassiri stał się pierwszym męczennikiem trwającej do dziś saharyjskiej rewolucji.

Setki kilometrów na wschód od El Aaiúnu, na terenie Algierii, w obozach uchodźców, w których dziś żyje prawie połowa Saharyjczyków, pośród piasków hamady jest prowizoryczne Muzeum Wojny. Muzeum wita nas wielkim malowidłem przedstawiającym trzy postacie. Pierwszą z nich jest Mohammed Bassiri. Portret, wykonany na podstawie ostatniego więziennego zdjęcia, otoczony jest z jednej strony odchodzącymi w przeszłość namiotami i wielbłądami symbolizującymi dotychczasowe życie Saharyjczyków. Z drugiej strony Bassiriego ich miejsce zajmują ostre linie drutów kolczastych i ognia.

To był początek.

*

Hamida Abdullah nie wie, kiedy się urodził. Pamięta, że był to okres szczepionek, więc rok 1953 lub 1954. Wtedy hiszpańska administracja przeprowadzała w swojej kolonii program szczepień przeciw polio. Przyszedł na świat w chajmie nieopodal Villi Cisneros. Teraz w Tinghir, gdzie się urodził, jest plantacja pomidorów. Ogromna, szklarnie i magazyny ciągną się po horyzont. Pomidory rosną tutaj jak na drożdżach, bo okres wegetacji jest znacznie dłuższy niż w Maroku. Potem Marokańczycy naklejają im etykiety z napisem „Kraj pochodzenia: Maroko”, bo przecież „Kraj pochodzenia: okupowana Sahara” to by jakoś głupio brzmiało i nikt by tych pomidorów nie kupił. A tak bez wyrzutów sumienia sprzedają je w Europie jako swoje, a Europejczycy bez wyrzutów sumienia te pomidory kupują, podobnie jak ryby i wiele innych produktów pochodzących z terytorium okupowanego. Lecz gdy rodził się Hamida, Tinghir to było zaledwie kilka namiotów na wschodnim brzegu zatoki, przy której po drugiej stronie na półwyspie leżała Villa Cisneros. Ojciec Hamidy był kupcem, i to całkiem zamożnym, więc jako dzieciak Hamida ciągle był w drodze, pomagając ojcu w handlu. Ich karawana najczęściej podróżowała do oddalonej o ponad czterysta kilo­metrów La Güery. Leży ona na tym samym półwyspie co Nawazibu, drugie co do wielkości miasto Mauretanii i duży port. Z zakupionymi towarami wracali do Villi Cisneros, przemierzając niezamieszkane wydmy południowej części Sahary. Gdy chłopak miał piętnaście lat, ojciec posłał go na stałe do Villi Cisneros, by rozpoczął naukę. Gimnazjum w Villi Cisneros było pierwszą szkołą na Saharze Hiszpańskiej, Hiszpanie bowiem przez wiele lat nie budowali szkół w swojej kolonii, by Saharyjczycy nie mieli dostępu do edukacji. Ale Hamida, choć zdolny, zbyt długo nie utrzymał się w gimnazjum. Po tym, co stało się w 1970 roku na wzgórzach El Aaiúnu, młodzi masowo zaczęli odchodzić ze szkół, by wesprzeć rodzący się ruch niepodległościowy. Nie mieli ochoty na naukę, mieli ochotę na wolność. Zabójstwo Mohammeda Bassiriego, zamiast spacyfikować niepodległościowe nastroje, zainspirowało Saharyjczyków do walki.

– Hiszpanie popełnili straszną głupotę, proponowaliśmy im współpracę, my ich lubiliśmy nawet, a oni zaczęli do nas strzelać. Mogli mieć w nas sojuszników, ale wybrali inaczej. W takiej sytuacji my też nie mieliśmy innego wyjścia niż chwycić za broń – mówi Hamida.

W 1972 roku Hamida pierwszy raz pojechał na północ, w kierunku kraju, który budził wśród Saharyjczyków znacznie większą trwogę niż Hiszpania. Matka zawsze powtarzała Hamidzie, że Marokańczycy to najwięksi wrogowie, więc gdy któregoś dnia ojciec oświadczył, że ruszają na wyprawę kupiecką do Marrakeszu, Hamida był przerażony. Nigdy wcześniej nie był dalej na północ niż w Villi Cisneros. Ukryta gdzieś za górami Atlasu północ była tajemnicza, z tej północy wiało grozą, ta północ rodziła lęk.

Lecz jeszcze zanim ich karawana dotarła do Maroka, Hamida zauważył, że wjeżdża do innego, niekoniecznie przyjaznego świata. W El Aaiúnie, który był na ich drodze, czuć było już strach.

– Nasze chajmy nie miały drzwi. Namiot nie ma drzwi, jest zawsze otwarty, także dla innych ludzi. Jak ktoś do nas przyjeżdżał, był gościem, należał mu się największy szacunek. Tak nakazuje nasza religia. Nikt nie pyta się gościa, skąd przybywa. Nieważne skąd. Z daleka. Gdziekolwiek by to było.

A w El Aaiúnie, z którego do granicy z Marokiem jest niespełna siedemdziesiąt kilometrów, drzwi domów pozamykane były na klucz. Wydarzenia z 1970 roku, buńczuczne przemó­wienia Hassana II sprawiały, że ludzie zaczynali się bać.

– Nocowaliśmy u znajomych mojego ojca. Któregoś wieczora wyszedłem na chwilę na ulicę zapalić papierosa, gdy wróciłem, drzwi domu były już zamknięte. Zapukałem, a głos zza stalowych drzwi zapytał mnie: „Kim jesteś, obcy?”. A ja nie znałem takiego słowa! Nie znałem słowa „obcy”, wśród nomadów ono nie istniało, nie wiedziałem, co odpowiedzieć.

Z El Aaiúnu udali się do Tantanu. Miasto, choć od czternastu lat w ramach Królestwa Marokańskiego, było w większości zamieszkane przez Saharyjczyków i stanowiło ważny ośrodek rodzącego się ruchu niepodległościowego. Na demonstracje odbywające się w Tantanie Marokańczycy reagowali znacznie bardziej brutalnie niż Hiszpanie. W mieście czuć było terror. Tam Hamida po raz pierwszy w życiu widział, jak mężczyzna podnosi kamień i rzuca nim w kobietę. Zdał sobie sprawę, że jego matka nie kłamała. Następny przystanek, Agadir, był dla Hamidy jeszcze większym szokiem. Wychowany na pustyni, nigdy wcześniej nie widział tak wielkiego miasta i tak wielu ludzi. Bał się.

– Na wjeździe do Agadiru oznaczyli nas farbą, że Saharyjczycy, że kupcy. Mój ojciec zawsze chodził w czarnym turbanie i tradycyjnym stroju męskim – błękitnej dara’a. Marokańczycy nie noszą turbanów, oni noszą swoje czerwone fezy. Ojca było widać z daleka. Każdy wiedział, że jesteśmy obcy i że można nas łatwo okraść.

 

Kradzież Hamida widział po raz pierwszy w Marrakeszu, gdzie szajki złodziejów krążących po bazarach były tak wprawne, że jednym ruchem odcinali całe sakwy i kieszenie, nim nieświadomy nieszczęśnik zdążył się zorientować. Między nomadami kradzież nie istniała.

– Wyobraź sobie, ja wychowałem się w społeczeństwie, gdzie nikt nie narusza niczyjej własności, każdy szanuje drugą osobę, a tu za parę dirhamów ktoś może ci wsadzić nóż pod żebra i nikt nie zareaguje. Któregoś dnia poszliśmy odwiedzić jakiś grób mędrców, który znajdował się w podziemiach pewnego budynku. By zobaczyć kryptę, trzeba było zejść wąskimi schodkami pod podłogę. Dokoła stali Marokańczycy. Nie zszedłem, bałem się, nie ufałem im ani trochę.

Saharyjczycy twierdzą, że o nieuniknionym konflikcie pisał już ich wieszcz narodowy szajch Mohammed El Mami w XIX wieku. Ponoć w swoim traktacie socjologicznym Kitab El-Badia przewidział, że wojna przyjdzie z północy. Jak i to, że Saharyjczyków zaatakują ich bracia z południa, Mauretańczycy. Hamida twierdzi też, że El Mami w swoich poematach pisał już o pociągach i helikopterach. Był prawdziwym mędrcem, ludzie mówili o nim, że policzył wszystkie ziarnka piasku na ziemi.

– Więc jak wróciliśmy z ojcem z Marrakeszu, od razu przyłączyłem się do konspiracji. Wtedy wszyscy już knuli, zwłaszcza młodzi. Przeprowadziłem się do La Güery i podjąłem pracę w tamtejszej przetwórni ryb. Ale praca była tylko przykrywką dla mojej tajnej działalności. Szefa fabryki często nie było, więc jakoś tak wyszło, że szefem właściwie byłem ja. Jeździłem często służbową ciężarówką do Mauretanii. Niby że z rybami, ale pod rybami ukrywaliśmy materiały propagandowe, transparenty, ulotki, flagi i pieniądze. Ryb przecież nikt nie przeszukiwał, bo śmierdziały. W Mauretanii mieszkało wielu Saharyjczyków, trzeba było ich werbować. Tak więc robiłem propagandę, i to za hiszpańskie pieniądze!

Za swoją wywrotową działalność Hamida trafił wkrótce do więzienia, jeszcze hiszpańskiego. Już niedługo ludzie będą z nostalgią wspominać czasy łagodnej okupacji hiszpańskiej. Gdy tylko wyszedł na wolność w 1974 roku, Hamida przystąpił do Frontu POLISARIO.

*

Nie wiadomo, czy kiedykolwiek się spotkali. Niektórzy twierdzą, że nie, inni, że owszem – tak. Wiadomo, że raczej nie bywał na spotkaniach w szkole Mohammeda Bassiriego. Ale jego bliscy przyjaciele mówią jednak, że mieli okazję się spotkać kilka lat wcześniej, w 1966 roku w Kulmimie, niewielkiej miejscowości między Tantanem a Agadirem. Wyszukany, rozważny, acz stanowczy ton, w jakim Mohammed Bassiri prowadził polityczne rozmowy, urzekł osiemnastoletniego wówczas chłopaka, któremu na imię było El Wali Mustafa Sajed.

Saharyjczycy mówią o sobie, że są synami chmur. Chmury to dla nomadzkiej rodziny nadzieja na deszcz. Na życie. Gdy tylko na granatowym saharyjskim niebie pojawiały się obłoki, nomadzi pakowali swój dobytek, wsiadali na wielbłądy i wraz ze stadami kóz podążali za chmurami zwiastującymi deszcz. El Wali przyszedł na świat właśnie w takiej beduińskiej rodzinie, która podróżowała przez pustynię północnej Mauretanii i Sahary Hiszpańskiej. Nie znamy dokładnej daty urodzin El Waliego, poza tym, że był to najprawdopodobniej rok 1948. Nie jest też pewne, gdzie się dokładnie urodził. Niektóre źródła mówią, że miejscem jego narodzin była niewielka oaza Bir Umm Kurajn w północnej Mauretanii. Inne podają, że urodził się w osadzie Bir Lehlú na wschodzie Sahary Hiszpańskiej. Byłby to piękny zbieg okoliczności, gdyż właśnie tam zostanie w przyszłości proklamowana Saharyjska Arabska Republika Demokratyczna (RASD). Choć rodzina Sajedów posiadała niewielkie stado, ojciec El Waliego nie uważał się za pasterza. Jego nieodłącznym atrybutem była strzelba. Pochodzący z zacnego plemienia Erguibat, był wojownikiem, człowiekiem działania i prostych, surowych, jednoznacznych zasad. Tak też wychował swojego syna. El Wali dorastał w chajmie, która wypełniona była wojennymi historiami przodków i krewnych. Wieczorne opowieści o bohaterach, wojennych rajdach zwanych ghazw, zdobyczach i trofeach działały na wyobraźnię młodego chłopaka, określiły jego tożsamość i przyszły sposób działania.

Rok 1958 był niezwykle trudny dla rodziny Sajedów. Od długiego czasu na niebie nie pojawiały się żadne chmury, za którymi można by podążać. Przedłużająca się susza oraz wojna, jaka rozpętała się między Armią Wyzwolenia a połączonymi siłami Francji i Hiszpanii, zmusiły rodzinę do osiedlenia się w mieście. Wybrali Tantan. El Wali poszedł do szkoły założonej specjalnie dla przybywających licznie do miasta nomadów. Choć szkoła ta miała na celu marokanizację saharyjskiej młodzieży, efekt był zupełnie odwrotny. El Wali poznał tam innych młodych Saharyjczyków, którzy mimo że byli nastolatkami, marzyli o własnym, wolnym kraju. Wielu z nich stanie się jego przyszłymi współpracownikami i towarzyszami broni. Podobnie jak Bassiri, El Wali był zdolnym, lecz zbuntowanym uczniem. W 1963 roku przeniósł się do szkoły w Marrakeszu, już po dwóch latach został jednak z niej wyrzucony za kłótnię z dyrektorem. By kontynuować naukę, musiał się przenieść do miasta Tarudant, gdzie za wzorowe wyniki w nauce dostał stypendium i wyjechał do Rabatu, by podjąć studia na Wydziale Prawa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Mohammeda V. Był jednym z najzdolniejszych studentów, choć nie dane było mu ukończyć studiów. Mimo sukcesów w nauce El Wali więcej czasu poświęcał polityce, organizował spotkania, wygłaszał przemówienia, pisał artykuły i manifesty o przyszłości Sahary Hiszpańskiej. Skupiał się na potrzebie uwolnienia swojego kraju spod kolonizatorskich rządów, nie wspominał jeszcze o przyszłości, jaką dla niego widział. Dyplomatyczną retoryką starał się sobie pozyskać sympatię różnych środowisk, w tym także marokańskich, włącznie z rządzącą partią Istiqlal. Nietrudno się domyśleć, że były to starania skazane na niepowodzenie. Niemniej El Waliemu udało się stworzyć wokół siebie grupę oddanych przyjaciół i zwolenników jego wizji, w dużej mierze wywodzących się ze środowisk o poglądach socjalistycznych, a nawet marksistowskich, popularnych wówczas wśród studentów. W tym czasie wybrał się również w podróż do Europy. Odwiedził Amsterdam i przepełniony po 1968 roku rewolucyjnymi ideami Paryż. Studencka rewolta w Paryżu i lewicowe idee były zresztą źródłem ogromnej inspiracji dla młodego Saharyjczyka.

Wróciwszy z Europy, przystąpił do działania. Porzucił studia w 1972 roku i pojechał do Tantanu, gdzie wraz ze znajomymi z uniwersytetu oraz młodszymi kolegami z gimnazjum zaczął organizować antyhiszpańskie demonstracje. Po pierwszej, która odbyła się w marcu, marokańska policja aresztowała dziewięć osób, w tym El Waliego. Po drugiej, znacznie większej, w maju, aresztowano ponad czterdzieści osób. El Wali trafił po raz kolejny do aresztu, tym razem przekonał się na własnej skórze, jak wygląda przesłuchanie w marokańskim więzieniu. Wypuszczony po kilku dniach tortur, nie miał już żadnych złudzeń ani wątpliwości co do następnych kroków, jakie należy podjąć. Wraz ze swoimi kompanami El Wali ruszył w kilkumiesięczną podróż po Saharze Hiszpańskiej, Algierii i Mauretanii. W miastach, oazach, zaułkach zjednywał sobie ludzi i przekonywał, że zbrojne powstanie to jedyna droga do wolności. Po śmierci Bassiriego osieroceni Saharyjczycy potrzebowali nowego, charyzmatycznego przywódcy. Stał się nim El Wali Mustafa Sajed.

Zapytawszy o fenomen El Waliego pewnego starszego Saharyjczyka, otrzymałem prostą odpowiedź: „On po prostu był najlepszy. Był wzorem we wszystkim, co robił, czy była to walka, czy zmywanie podłogi. Był najlepszy”. Do roku 1973 większość z aresztowanych podczas wydarzeń z 1970 roku wyszła już na wolność i rychło przyłączyła się do nowej, rodzącej się, jeszcze nienazwanej organizacji.

Miasto Zuwirat leży w Mauretanii. Gdy spojrzymy na mapę, zobaczymy, że granica, która biegnie wokół rejonu, jest inna niż wszystkie. Zuwirat, choć w Mauretanii, zamieszkały był w znacznym stopniu przez Saharyjczyków i początkowo stanowił część hiszpańskiej kolonii. Saharyjczycy traktują go w pewnym sensie jak swój, mimo że leży poza granicami ich ojczyzny. Miasto, tuż przy granicy Sahary Zachodniej, ale poza zasięgiem Hiszpanów, idealnie nadawało się na kwaterę główną rodzącego się ruchu oporu. Na zjazd w Zuwiracie, ku zadowoleniu El Waliego, przyjechali ludzie reprezentujący różne frakcje, różne środowiska i plemiona. Byli tam kombatanci Armée de Libération, byli organizatorzy demonstracji na Zemli, członkowie Harakat Tahrir, byli również aktywiści z Tantanu oraz studenci z marokańskich uniwersytetów. Rewolucjoniści obradowali w prywatnym domu jednego z nich, Ahmeda Saleha, który właśnie został wypuszczony z hiszpańskiego więzienia. Po kilku dniach, 1 maja 1973 roku, powołano Frente Popular de Liberación de Saguia el Hamra y Río de Oro, Front Wyzwolenia Saguia el Hamra i Rio de Oro, w skrócie Frente POLISARIO. Hasłem nowej, radykalnej organizacji stało się „Con el Fusil Arrebataremos la Libertad” (Z karabinem po wolność). W godle umieszczono dwie skrzyżowane strzelby, na których końcach wisiały czarno-biało-zielono-czerwone flagi z arabskim półksiężycem i gwiazdą w centrum. Pierwszym sekretarzem generalnym nie został jednak El Wali. Zgromadzenie wybrało Brahima Ghaliego, dziś będącego ambasadorem Sahary Zachodniej w Algierii. Do ścisłego zarządu organizacji weszli również Bachir Mustafa Sajed (brat El Waliego), Mohammed Lamin Ahmed, Mohammed Lamin Buhali, Mahfoud Ali Bei­ba, Omar Hadrami, Mohammed Abdelaziz oraz Lahbib Ayoub, którego talent wojskowy i niezwykła odwaga będą wkrótce siały postrach wśród Marokańczyków i Mauretańczyków. Prosto z kongresu w Zuwiracie członkowie Frontu POLISARIO ruszyli na wojnę.

W muzeum w Rabuni w pierwszej sali, obok malowidła przedstawiającego przywódców, stoi szklana gablota. W środku znajduje się protokół sporządzony po pierwszej bitwie Frontu POLISARIO stoczonej 20 maja 1973 roku. Stan przed bitwą: 17 ludzi, 10 strzelb, 2 lornetki, 4 wielbłądy, 2 siodła. Atak na posterunek w oazie El Janga, obsadzony zresztą przez Saharyjczyków służących w hiszpańskich oddziałach, zakończył się sukcesem. Nie padł ani jeden strzał, nikt nie został ranny. Według raportu zdobyto: 5 strzelb, 240 nabojów, 5 wielbłądów i 5 jeńców. Zapewne tej nocy żaden z siedemnastu uczestników potyczki w oazie El Janga nie przypuszczał, że już wkrótce Front POLISARIO będzie musiał stawić czoło połączonym armiom Maroka i Mauretanii wspieranym przez Francję i USA.

*

Są takie decydujące momenty w historii, kiedy patrząc z perspektywy lat, wydaje się, że niewiele brakowało, by losy świata, regionu czy kraju mogły się potoczyć inaczej. Lepiej. Szczęśliwiej. I być może nie byłoby dziś potrzeby pisać tej książki. Lata 1973–1975 były takim krytycznym punktem w historii Sahary Hiszpańskiej, kiedy decyzje kilku osób i niefortunne zbiegi okoliczności zadecydowały, że Saharyjczycy na wiele lat musieli odłożyć marzenia o niepodległym kraju. Niebo nad Saharą ciemniało, a chmury, które gromadziły się nad złotymi wydmami, tym razem miały przynieść srogą burzę.

Do początku lat siedemdziesiątych w Afryce pozostało już jedynie kilka państw, w których nie przeprowadzono dekolonizacji. Cały obszar Maghrebu, Afryki Północnej i Zachodniej cieszył się już od lat wolnością. Państwa Afryki skupione w Organizacji Jedności Afrykańskiej coraz głośniej i bardziej stanowczo domagały się dokończenia ciągnącego się procesu dekolonizacji. Maroko, Mauretania, a także Algieria naciskały w OJA i ONZ, by Hiszpania natychmiast opuściła Saharę Hiszpańską, choć przyczyny tych nacisków były różne. Król Hassan II początkowo nawet miał nadzieję, że Saharyjczycy w planowanym referendum opowiedzą się za integracją z Marokiem. Gdy te złudzenia zostały rozwiane, w dużej mierze pojawieniem się na scenie Frontu POLISARIO, Hassan II zaczął prowadzić skomplikowaną, podwójną, przebiegłą grę. Był mistrzem manipulacji i podstępu. Hassan II zwykł mawiać, że Sahara Hiszpańska jest dla Maroka tym, czym Alzacja i Lotaryngia dla Francji. Argument ten trafiał w dziesiątkę, zwłaszcza w serca Francuzów, których poparcia król tak bardzo potrzebował.

Hiszpania tymczasem zaczęła rozumieć, że dalsze utrzymywanie kolonii wymaga coraz większych nakładów finansowych i wysiłków politycznych i po prostu przestawało to być w jej interesie. Generał Franco, rządzący w Hiszpanii od 1936 roku, właśnie skończył osiemdziesiąt lat i podupadał na zdrowiu. Jego reżim nieuchronnie chylił się ku upadkowi, ku uciesze wielu krajów i opinii międzynarodowej. Partyzanci POLISARIO, zaopatrzeni w niewielką ilość broni przez Mu’ammara Kaddafiego, dawali się we znaki kolonizatorom, organizując kolejne akcje sabotażowe, a nawet regularne bitwy. W październiku 1974 roku udało im się unieruchomić na kilka tygodni taśmociąg transportujący fosforyty z kopalni w Bu Craa do portu, co przysporzyło kolonizatorom sporych strat finansowych. Hiszpanie zaczęli rozmyślać, jakby wyjść z całej sytuacji, zrzucając z siebie obowiązki administratora Sahary, ale jednocześnie utrzymując możliwie największe korzyści gospodarcze z byłej kolonii. Generał Franco w końcu przystał na wysuwane od kilku lat postulaty ONZ i zgodził się zorganizować na terenie Sahary referendum, a władzom kolonialnym polecił natychmiast sporządzić spis miejscowej ludności uprawnionej do głosowania. Według przeprowadzonych w 1974 roku badań Saharę Hiszpańską zamieszkiwało 73 497 Saharyjczyków i 26 126 Europejczyków. W spisie nie uwzględniono jednak Saharyjczyków żyjących w Mauretanii, Maroku czy Algierii. Niemniej sprawy zdawały się przybierać pozytywny dla miejscowej ludności obrót.

 

Przyśpieszone działania Hiszpanów spowodowały, że Has­san II poczuł, że Sahara Zachodnia wymyka mu się z rąk. Co gorsza, nie tylko Sahara, ale także tron. Czterdzieste drugie urodziny monarchy nie były dla niego szczęśliwym dniem. Na wystawne przyjęcie w królewskim pałacu letnim wpadli nieproszeni, uzbrojeni po zęby goście, zabijając blisko sto osób, w tym belgijskiego ambasadora. Sam król ukrył się skutecznie w jednej z toalet, czekając na odsiecz królewskiej armii. Grupa oficerów, inspirowanych ponoć przez Libię, proklamowała w tym czasie powstanie nowej republiki. Zamach zakończył się jednak fiaskiem, a kilka dni później jego organizatorzy patrzyli w lufy plutonu egzekucyjnego. Również czterdzieste trzecie urodziny były pechowe dla Hassana II. Kilka tygodni po urodzinowej gali jego boeing wracający z Francji został ostrzelany przez cztery myśliwce Marokańskich Sił Powietrznych. Król cudem uszedł z życiem. Podając się za pilota, nadał z ostrzeliwanego samolotu wiadomość, że król został zabity. Piloci myśliwców uwierzyli i odstąpili od zestrzelenia maszyny. Wkrótce wykonawcy i organizatorzy zamachu zostali schwytani i rozstrzelani, a jednym z nich okazał się generał Mohammed Oufkir, minister obrony i prawa ręka króla. To on był odpowiedzialny za porwanie i morderstwo Mehdiego Ben Barki. Teraz podzielił jego los. Niektóre informacje wskazują nawet, że Hassan II osobiście zastrzelił swojego ministra, choć według oficjalnej wersji Mohammed Oufkir popełnił samobójstwo. Tak czy inaczej, śmierć Oufkira nie wystarczyła Hassanowi II. Cała rodzina generała została porwana i przez osiemnaście lat była przetrzymywana w tajnym więzieniu. Hassan II, czując na sobie oddech opozycji i wzrastające niezadowolenie społeczeństwa, musiał działać, by uwierzytelnić swoją monarszą władzę. Utrata Sahary mogła być końcem jego panowania.

Pod koniec 1974 roku wraz z prezydentem Mauretanii Has­san II wysunął oficjalne zapytanie do Międzynarodowego Try­bunału Sprawiedliwości z prośbą o opinię na temat Sahary Za­chodniej. Były w nim dwa zasadnicze pytania. Pierwsze: czy w momencie hiszpańskiej kolonizacji Sahara Zachodnia była ziemią niczyją. Drugie: jakie były więzi prawne między tym terytorium a Królestwem Marokańskim i Mauretanią. Nie czekając jednak na wynik ekspertyzy, Hassan II zaczął tajne negocjacje z Mauretanią dotyczące podziału Sahary. O determinacji króla świadczą słowa z sierpnia 1975 roku: „Maroko wyzwoli swoją Saharę bez względu na koszty”. Wkrótce król wraz ze swoim sztabem przeniósł się do Marrakeszu, a na południe zaczęły zmierzać potajemnie kolumny wojska.

W ostatniej z sal Muzeum Wojny w obozie Rabuni można znaleźć wiele dokumentów przechwyconych od marokańskich żołnierzy już w trakcie wojny. Z jednego z nich jasno wynika, że Hassan II rozpoczął przygotowania do ataku już w maju 1974 roku. Dokument ten nie jest zatytułowany „Odzyskanie marokańskiej Sahary” lub „Wyzwolenie Sahary spod hiszpańskiej okupacji”. Nie. Nosi tytuł „Préparatifs de l’invasion du Sahara Occidental” (Przygotowania do inwazji na Saharę Zachodnią).

Hiszpanie tymczasem, nie mogąc dłużej zostać na Saharze, spróbowali powołać marionetkową partię polityczną, która zapewniłaby im przyszłą współpracę z już wyzwoloną Saharą. PUNS (Partido de la Unión Nacional Saharaui, Partia Jedności Narodowej Saharyjczyków) miała być również przeciwwagą dla rosnącej i w oczywisty sposób nieprzyjaznej Hiszpanom siły Frontu POLISARIO. PUNS nie zdołała jednak odegrać w zasadzie żadnej roli, a już rok po jej powołaniu lider Khalihenna Ould Errachid uciekł do Maroka pod opiekę króla wraz z pieniędzmi, które dostał od Hiszpanów. W kwietniu 1975 roku na konferencji prasowej w Paryżu Errachid przyzna z rozbrajającą szczerością: „Gdyby nie fosforyty, nikt nie byłby zainteresowany tym terytorium. To, na czym zależy Maroku, to nie dobrobyt Saharyjczyków, to ich fosforyty”.

W maju 1975 roku na tereny Sahary przyjechała misja ONZ mająca na celu zbadać sytuację przed wydaniem opinii w sprawie marokańskiego zapytania. Gdy na główny plac w El Aaiúnie wjechały auta ONZ, zgromadzeni ludzie, ku zdziwieniu Hiszpanów, Marokańczyków i samych delegatów, wyrzucili w górę czarno-biało-zielono-czerwone flagi Frontu POLISARIO. Flag hiszpańskich, marokańskich czy niebiesko-żółtych sztandarów PUNS nie było w ogóle. Wśród wrzasków i krzyków delegaci ONZ mogli usłyszeć ten powtarzający się najczęściej: „Wolność!”.

Lato 1975 roku mijało w oczekiwaniu na nieuchronny przełom, gorące i tak miesiące letnie tym razem były jeszcze bardziej nieznośne. Bojówki POLISARIO toczyły mniejsze i większe bitwy z Hiszpanami. Czasami podpisywano zawieszenie broni, by po chwili znów ruszyć do walk. Ale Hiszpanie coraz częściej opuszczali rozrzucone po całej Saharze posterunki i wycofywali się do głównych baz. Hiszpańskie sztandary tu i ówdzie zastąpiono flagami Frontu POLISARIO, a Saharyjczycy służący w oddziałach Tropas Nómadas i Policía Territorial masowo uciekali do wojsk POLISARIO. Pod koniec października hiszpańskie struktury policyjne i paramilitarne zostaną całkowicie rozwiązane, a ponad tysiąc dobrze wyszkolonych Saharyjczyków, ale również Hiszpanów, zasili szeregi partyzantki. Wraz z kombatantami wojny 1958 roku stworzą oni trzon ELPS (Ejército de Liberación Popular Saharaui, Saharyjska Ludowa Armia Wyzwolenia), zbrojnego ramienia Frontu POLISARIO. Widząc schyłek rządów Hiszpanii, na stronę Frontu przechodzili również członkowie Dżama’a, a nawet byli politycy partii PUNS. W El Aaiúnie wybuchały tymczasem bomby podkładane przez marokańską para­militarną bojówkę FLU (Frente de Liberación y de la Unidad, Front Jedności i Wyzwolenia), a przy granicy trwały nieustanne potyczki z marokańskimi żołnierzami sprawdzającymi hiszpańską gotowość do obrony kolonii.

Raport misji i opinia Międzynarodowego Trybunału zostały opublikowane kolejno 15 i 16 października. Były druzgocące dla Hassana II. Z raportu jasno wynikało, że plemiona saharyjskie posiadają własną społeczną i polityczną organizację. Trybunał nie stwierdził „żadnej więzi terytorialnej suwerenności między Saharą Hiszpańską a Królestwem Marokańskim i Mauretanią”. Co więcej, jasne stało się dla wszystkich, że przedstawicielem Saharyjczyków i wyrazicielem ich woli nie jest hiszpańska PUNS ani marokańska bojówka FLU. Jest nim nikt inny tylko Front POLISARIO. Królowi Hassanowi II ziemia zaczęła się usuwać spod stóp.

Inne książki tego autora