Wszystkie ziarna piaskuTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

*

Kolonialny porządek ustalony w 1885 roku w Berlinie nie wytrzymał zbyt długo. Wichry I, a potem II wojny światowej zmiotły dawne imperia kolonialne i zmusiły państwa metropolie do zmiany polityki. Nie było to motywowane sprawami tak błahymi jak prawa człowieka czy poczucie elementarnej sprawiedliwości. Wojna po prostu wywróciła do góry nogami dotychczasowy układ sił w Europie i na świecie. Potęgi kolonialne jak Francja, Belgia, Holandia okazały się państwami słabymi, które w mgnieniu oka zostały rozjechane przez czołgi III Rzeszy. Sama Rzesza, która także była aktywnym uczestnikiem procesu kolonizacji, utraciła swoje afrykańskie kolonie już po I wojnie światowej (Tanganikę na rzecz Wielkiej Brytanii, Niemiecką Afrykę Południowo-Zachodnią na rzecz Związku Południowej Afryki, Rwandę i Burundi na rzecz Belgii). Wielka Brytania, choć utrzymała swoją pozycję państwa niezwyciężonego, nie mogła konkurować z dwoma nowymi, silniejszymi mocarstwami – Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim. Świat stał się światem dwubiegunowym z Europą zawieszoną pośrodku między nowymi potęgami. Europejskie narody, które okupowały państwa Afryki i Azji, nagle z dnia na dzień musiały bić się o własną niepodległość i choć koniec końców udało im się wygrać, to potęga tych krajów się rozpadła, a autorytet formalny białego człowieka, lorda, dżentelmena we fraku, został mocno nadwerężony. W tej walce niejednokrotnie pomagał mu czarny człowiek przywieziony z odległej kolonii i zmuszony brać udział w zupełnie nie swojej wojnie. Biały pan niespodziewanie znalazł się w tym samym błocie okopów i pyle ruin co jego czarny sługa. Pod koniec lat czterdziestych stało się jasne dla większości państw europejskich, że utrzymywanie kolonialnego układu jest z ekonomicznego i politycznego punktu widzenia najzwyczajniej w świecie nieopłacalne. Koszty zwalczania rodzących się jak grzyby po deszczu ruchów narodowo-wyzwoleńczych doprowadzały do rozpaczy europejskich polityków, którzy doszli do wniosku, że te same, a nawet większe korzyści ekonomiczne można osiągnąć, przyznając afrykańskim i azjatyckim koloniom niepodległość. Gest ten często pozostawał tylko symbolem, bo układ kolonialnej zależności nadal funkcjonował. Przybierał tylko inną formę. Wyniszczone latami brutalnego kolonializmu posiadłości nie były w stanie zbudować własnej gospodarki i pozostawały w ścisłym związku z metropolią. Często też nie miały możliwości prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej i wewnętrznej bez udziału euro­pejskich „doradców” i „ekspertów”. Również militarnie wiele kolonii, chcąc nie chcąc, dalej polegało na sile swoich dawnych metropolii, a wojska francuskie, belgijskie czy brytyjskie pozostawały arbitrem w plemiennych sporach, rozgrywając własne interesy. Tak czy inaczej, fala fikcyjnej nierzadko wolności zaczęła rozlewać się najpierw po krajach Azji i Bliskiego Wschodu, by pod koniec lat pięćdziesiątych dotrzeć do Afryki.

Przez prawie pół wieku procesowi dekolonizacji poddanych zostało ponad miliard ludzi. Jako pierwsze rozpadły się kolonialne potęgi Włoch i Francji. W 1951 roku niepodległość uzyskała Libia. W 1956 roku niepodległość otrzymały francuskie Maroko i Tunezja. Pierwszego dnia 1956 roku niepodległość ogłosił Sudan, a rok później Ghana, tym samym rozpoczął się rozpad brytyjskich posiadłości w Afryce. Rok 1960 to prawdopodobnie jedna z najważniejszych dat we współczesnej historii kontynentu. 14 grudnia 1960 roku, w obliczu toczącej się wojny algierskiej, Zgromadzenie Ogólne ONZ wydało swoją brzemienną w skutki rezolucję 1514/1960, będącą reakcją na trwający już proces dekolonizacji. Rezolucja ta miała w zamierzeniu uporządkować i usankcjonować prawnie zachodzący proces. Kolonializm jako zjawisko został stanowczo potępiony i uznany za niezgodny z Kartą ONZ oraz szkodliwy dla międzynarodowego pokoju. Twórcy rezolucji zawarli w niej takie stwierdzenia jak to, że „wszystkie narody mają niezbywalne prawo do całkowitej wolności”, „ruch wyzwoleńczy jest niezwyciężony i nieodwracalny”, „prawo do samostanowienia jest fundamentalnym prawem ludzkim”. Zgromadzenie Ogólne wezwało również wszystkie państwa posiadające kolonie do „szybkiego i bezwarunkowego położenia kresu kolonializmowi we wszystkich jego formach i przejawach”. W 1958 roku rozpadowi uległa cała Francuska Afryka Zachodnia i Francuska Afryka Równikowa (chociaż niepodległość kraje tam powstające uzyskały w 1960 roku). Wolność otrzymał również Madagaskar. Początek lat sześćdziesiątych to demontaż brytyjskiego imperium, do roku 1966 większość brytyjskich kolonii cieszyła się już wolnością. W tym samym czasie Belgia zdekolonizowała Kongo, Rwandę i Burundi. Mniej chętni procesom dekolonizacji okazali się Hiszpanie i Portugalczycy. Ci ostatni swoje kolonie w Angoli i Mozambiku opuścili dopiero w roku 1975. Nowe afrykańskie państwa szybko stawały się pełnoprawnymi członkami ONZ, co świadczyło o uznaniu przez „społeczność międzynarodową”.

Proces dekolonizacji, wbrew zaleceniom ONZ, nie przebiegał jednak pokojowo i bezkrwawo. Uwolnione z ryz kolonizacji narody, oszołomione niespodziewaną wolnością, zamiast budować swoje kraje, rzuciły się do walki. Afryka zaczęła tonąć we krwi plemiennych wojen, przewrotów, zamachów, brutalnych dyktatur, których reżyserami najczęściej były państwa europejskie. Mapa Afryki jeszcze przez dziesięciolecia ulegała przekształceniom, a ostatnie z nich miało miejsce w 2011 roku, gdy Sudańczycy zdecydowali o podziale swojego kraju na dwa państwa. W ciągu lat niektóre byłe kolonie połączyły się w jedno państwo (na przykład Somali Brytyjskie i Somali Włoskie; Togo Brytyjskie i Ghana), podczas gdy inne narody, wtłoczone w sztuczne kolonialne granice, próbowały się z nich uwolnić i stworzyć własne państwa.

By bronić swoich interesów, nowe państwa afrykańskie powołały w 1963 roku Organizację Jedności Afrykańskiej (obecnie Unia Afrykańska) z siedzibą w Addis Abebie, której głównym celem była walka z kolonializmem i neokolonializmem. Dzień założenia OJA, 25 maja, jest obchodzony jako Dzień Afryki.

*

Jeśli by wierzyć w jego słowa, Królestwo Marokańskie powinno się dziś rozciągać znacznie dalej niż granica z Saharą Zachodnią na równoleżniku 27°40′N. Znacznie dalej nawet niż południowa granica Sahary Zachodniej na równoleżniku 21°20′N. Jeśli to, co mówił, byłoby prawdą, jadąc do dzisiejszej Mauretanii, nadal znajdowalibyśmy się w jego Królestwie, bo południową granicę imperium wyznaczać by miała dopiero rzeka Senegal. Granicę z Czarną Afryką. Skądinąd w jego koncepcji państwo takie jak Mauretania w ogóle nie miało prawa istnieć, bo w całości leżało na dawnych ziemiach imperium. Podobnie jak Mali, którego północna część także stanowiła historyczne ziemie Królestwa. Również Algieria w obecnym kształcie to nieporozumienie, bo jej zachodnie prowincje Baszszar i Tinduf należały przecież od wieków do Królestwa. Królestwo bowiem zajmowałoby całą północno-zachodnią część Afryki i prawie cały rejon Maghrebu, tak jak przed wiekami, w czasach dynastii Almorawidów, do której tak chętnie się odwoływał. W końcu po arabsku Maroko to Al-Maghrib. Narysowane na mapie nie ma sobie równych w rejonie, byłoby najpotężniejszym krajem kontynentu. Wtedy dopiero Wielkie Maroko byłoby odpowiednio potężne, by zaspokoić mocarstwowe aspiracje króla Hassana II.

Hassan II przyszedł na świat w 1929 roku jako najstarszy syn Sidi Mohammeda ben Youssefa, sułtana Maroka, które wówczas było protektoratem Francji. Na imię miał Moulay Hassan. Uzyskawszy dobre wykształcenie na Wydziale Prawa Uniwersytetu w Bordeaux, Moulay zaciągnął się do marynarki francuskiej. Służył na pancerniku Jeanne d’Arc. Wolny czas bogaty, przystojny i nienagannie ubrany następca tronu spędzał w kasynach lub na wyścigach konnych, bawiąc w towarzystwie arystokratów, notabli, polityków i biznesmenów. Po powrocie do Maroka szybko stał się bliskim współpracownikiem ojca, dążącego do wyzwolenia kraju spod kolonialnych rządów. Bliską niepodległość obiecali przecież sułtanowi już w 1943 roku Franklin Delano Roosevelt, Winston Churchill i Charles de Gaulle, zebrani na wojennej konferencji w Casablance. Miała być nagrodą za pomoc w wojnie przeciw III Rzeszy. Ale Francja, wbrew zapewnieniom, nie była jeszcze gotowa do opuszczenia swojej kolonii. W 1953 roku sułtan Sidi Mohammed, coraz śmielej wyrażający pragnienie nieskrępowanej władzy, został zesłany wraz z całą swoją rodziną na wygnanie, wpierw na Korsykę, a potem jeszcze dalej, na Madagaskar. Tron Francuzi dali jego wujowi Mohammedowi ben Aarafie, który niepodległościowych ambicji nie posiadał i posłusznie współpracował z kolonizatorami. Lecz dzięki temu zesłaniu Sidi Mohammed pozyskał miłość przyszłych podwładnych i szacunek jako bezkompromisowy bojownik o niepodległość. Nierozważnym ruchem Francuzi stworzyli przyszłego przywódcę. Wrócił pod koniec 1955 roku, witany przez wiwatujące tłumy, by objąć tron w kraju, który wkrótce miał uzyskać wynegocjowaną wolność. W 1957 roku Sidi Mohammed ogłosił się królem Maroka Mohammedem V. Na królewskim tronie zabawił jednak niedługo, zmarł w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, w 1961 roku. Wtedy na tron wstąpił jego syn, przyjmując imię Hassan II. Ale monarchia krótko cieszyła się poparciem ludu. Fala euforii po otrzymaniu niepodległości szybko rozbiła się o rafy problemów społecznych, bezrobocia i zatrważającej biedy. Maroko było wówczas i jest do dziś jednym z najbiedniejszych rejonów Maghrebu. Nowy król zaczął więc od wzmocnienia armii, by móc tłumić ewentualne protesty i skutecznie zwalczać coraz głośniejszą opozycję. Liczbę żołnierzy podwojono, a zamieszki i przejawy społecznego niezadowolenia były szybko i bezwzględnie tłumione. Hassan II nie stronił od najbardziej brutalnych metod, by utrzymać swój tron. W 1965 roku w Paryżu został porwany Mehdi Ben Barka, lider opozycyjnej partii Union Nationale des Forces Populaires, swego czasu zdolny matematyk, który uczył młodego króla algebry i trygonometrii. Losy Mehdiego Ben Barki nigdy nie zostały wyjaśnione, a Hassan II doskonalił technikę porwań, w których już wkrótce będą specjalizować się jego służby bezpieczeństwa. W tym samym roku rozwiązał parlament, stając się władcą absolutnym. Hassan II perfekcyjnie odnajdywał się w skomplikowanych realiach świata zimnej wojny. Jako jeden z niewielu przywódców Trzeciego Świata w zdecydowany sposób poparł Stany Zjednoczone, zaangażował się również w próby rozwiązania konfliktu na Bliskim Wschodzie, nie ukrywając poparcia dla kontrowersyjnej i brutalnej polityki Izraela. Tymi działaniami zaskarbił sobie dozgonną wręcz sympatię Amerykanów. Był wprawnym politykiem, ale także dobrym biznesmenem. Miał ponoć dziesięć pałaców, był też właścicielem ponad dwudziestu procent gruntów rolnych w swoim kraju, co uczyniło go jednym z najbogatszych monarchów na świecie. Lecz gdy umierał w 1999 roku, wskaźnik analfabetyzmu w Królestwie był na poziomie pięćdziesięciu pięciu procent. Za jego rządów Maroko było jedynym muzułmańskim krajem, gdzie podwładni padali przed swoim władcą na kolana. W islamie ten gest zarezerwowany jest wyłącznie dla boga, Allaha.

 

Marokańczycy w sen swojego władcy uwierzyli bardzo łatwo. Sen o Wielkim Maroku, które zostało rozczłonkowane przez francuskich i hiszpańskich kolonizatorów. Powstała idea. A idea ma moc scalania ludzi, zwłaszcza tych biednych i niewykształconych. Jest idea, jest cel. A im większe kłamstwo, tym łatwiej ludzie w nie uwierzą. Hassan II uczył się od najlepszych. Twórcą idei Wielkiego Maroka był jednak nie sam król, tylko niejaki Allal al-Fassi, ideolog rządzącej konserwatywnej partii Istiqlal, w której król miał oparcie. W 1956 roku na łamach partyjnej gazety została opublikowana mapa Wielkiego Maroka od Gibraltaru po Senegal. Niewątpliwie musiała robić wrażenie. Kłopot jedynie w tym, że mit Wielkiego Maroka miał niewielkie pokrycie w faktycznej historii kraju. Na podobnej zasadzie Polska mogłaby się dziś domagać aneksji Litwy, Białorusi, Ukrainy, Rumunii i części wschodniej Rosji, odnosząc się do krótkotrwałej Polski od morza do morza z czasów Jagiellonów. Lecz w przypadku Maroka nawet takie odniesienie historyczne nie istnieje. Państwo tej wielkości, obejmujące większą część Maghrebu, owszem, istniało przez krótki czas na przełomie XI i XII wieku. Tylko że było to państwo dynastii Almorawidów, Berberów wywodzących się z terenów dzisiejszej Mauretanii.

Cztery lata po Maroku, w listopadzie 1960 roku, Francja przyznała niepodległość Mauretanii. Nowo narodzony kraj stał się fikcyjną republiką z jednopartyjnym systemem władzy, a na prezydenta, niezwykle lojalnego wobec byłych kolonizatorów, został wybrany Moktar Ould Daddah. Taki model władzy został ustanowiony w większości afrykańskich byłych kolonii z prostej przyczyny. Byłym kolonizatorom znacznie łatwiej było się dogadać z jednym człowiekiem, który skupiał pełnię władzy, niż ewentualnie z demokratycznym, zdecentralizowanym systemem. Mauretańczycy, podobnie jak Marokańczycy, widząc bogactwa północnego sąsiada, stworzyli szybko ideę, która legitymowała ich prawo do Sahary Hiszpańskiej. Trzeba jednak przyznać, że byli w tym nieco bardziej skromni niż król Hassan II. Wielka Mauretania obejmować miała, oprócz dzisiejszego terytorium Mauretanii, „jedynie” Saharę Hiszpańską. Daddah w jednym ze swoich przemówień tuż po objęciu urzędu prezydenta wzywał „naszych braci z Sahary Hiszpańskiej, by przyłączyli się do marzenia o Wielkiej Mauretanii jako wspólnoty ekonomicznej i duchowej […] od rzeki Wadi Dara do granic Senegalu”. W przeciwieństwie do Hassana II Daddah miał pewien silny argument. Maurowie i Saharyjczycy faktycznie stanowią dość pokrewne grupy etniczne.

Koncepcje Wielkiego Maroka i Wielkiej Mauretanii w oczywisty sposób się wykluczały. Maroko od momentu odzyskania niepodległości konsekwentnie wysuwało na forum ONZ roszczenia terytorialne wobec swoich sąsiadów, Sahary Hiszpańskiej i Mauretanii, a po 1962 roku również wobec Algierii. Idea budowy Wielkiego Maroka spędzała sen z oczu Hassanowi II. W 1960 roku powołał on nawet oddzielne Ministerstwo do spraw Mauretanii i Sahary Hiszpańskiej, co dobitnie ukazuje jego stosunek do tych państw. Przez długie lata, do 1969 roku, Maroko nie uznawało formalnie Mauretanii jako niepodległego państwa. Hassan II utrzymywał, że państwo to, podobnie jak Sahara, a zwłaszcza Algieria, zostało wykreowane sztucznie przez europejskich kolonizatorów kosztem Królestwa Marokańskiego. Głodu Hassana II nie zaspokoiły gesty Hiszpanii, która w 1956 roku przekazała na rzecz Królestwa Protektorat Północnego Maroka, a dwa lata później Protektorat Południowego Maroka, który nigdy ziemiami marokańskimi nie był. W 1969 roku w ręce Hassana II oddano również nadbrzeżną enklawę Sidi Ifni. Irredentystyczna polityka króla wkrótce ze słów miała przerodzić się w czyny. Z Mauretanią pozostającą zbyt daleko, Saharą wciąż pod kontrolą hiszpańską łatwym celem wydała się Hassanowi II Algieria, która właśnie wywalczyła sobie niepodległość, pokonując swojego kolonizatora w ośmioletniej wojnie.

Granica między Marokiem a Algierią przez dziesięcio­lecia kolonizacji nie była jasno zdefiniowana, jako że większość z tysiąca pięciuset kilometrów biegła przez tereny pozbawione wody, a tym samym niezamieszkane. Ale w latach pięćdziesiątych w rejonie Tindufu i Baszszaru na zachodzie Algierii odkryto znaczne złoża ropy, gazu, żelaza i manganu. Tym samym rozległe, nieprzyjazne piaski stały się czymś, o co warto było walczyć. W październiku 1963 roku marokańskie czołgi, właśnie dostarczone przez Francuzów, przejechały umowną granicę algierską i ruszyły w głąb kraju, by budować Wielkie Maroko. Wojska królewskie, bogato wyposażone w najnowsze zdobycze francuskiej techniki wojennej, napotkały jednak silny opór. Armia algierska, choć uboga w uzbrojenie, miała jeden atut: doświadczenie wyniesione z ośmioletniej wojny z Francją. Ówczesny algierski minister spraw zagranicznych, a obecny prezydent Abdelaziz Buteflika jasno określił sytuację, mówiąc: „Nasze granice są nienaruszalne, bo zapłaciliśmy za nie naszą krwią”. Determinacja Algierczyków okazała się wystarczająca. Marokańskie kolumny pancerne niebawem utknęły w piaskach Sahary, atakowane przez zwinne oddziały algierskiej partyzantki. Po trzech tygodniach „piaskowej wojny” marokańskie wojsko, nie zająwszy żadnego z docelowych miast, zmuszone zostało do odwrotu. Ten epizodyczny konflikt, z pozoru bez większego znaczenia, położył fundamenty pod trwającą do dziś wrogość i rywalizację obu krajów. Choć rozejm pod naciskiem Organizacji Jedności Afrykańskiej podpisano już w lutym 1964 roku, to konwencję regulującą przebieg granicy podpisano dopiero osiem lat później, 15 czerwca 1972 roku w Rabacie. Parlament algierski ratyfikował ją w 1973 roku. Parlament marokański dopiero dziewiętnaście lat później, w 1992 roku. Wzajemna niechęć tych krajów oprócz konfliktu militarnego ma jeszcze inne podłoże – ideologiczne. Konserwatywna monarchia marokańska, pozostająca w ścisłych związkach z Francją, w oczywisty sposób różniła się od rewolucyjnego algierskiego socjalizmu. Obydwa kraje wybrały dla siebie również odmienne obozy w dwubiegunowym świecie zimnej wojny. Maroko opowiedziało się po stronie Stanów Zjednoczonych, stając się głównym przyczółkiem zachodniego świata w Afryce. Tym samym król Hassan II zyskał przyjaźń oraz bezwarunkowe wsparcie USA i krajów Europy Zachodniej. Owoce tego sojuszu król będzie zbierał przez długie lata panowania swojego i swojego syna Mohammeda VI. Algieria wraz z sąsiadującą Libią znalazły się tymczasem po drugiej stronie, współpracując ze Związkiem Radzieckim. Granica algiersko-marokańska w jakimś sensie stała się więc fragmentem biegnącej przez cały świat żelaznej kurtyny. Dziś na świecie jest już tylko kilka zamkniętych granic lądowych. Jedna z nich biegnie między Marokiem a Algierią.

*

Wobec nowo odkrytych zasobów naturalnych rejonu liczba zainteresowanych przyszłymi losami Sahary Hiszpańskiej rosła. Swoje pretensje do rejonu wyrażali coraz głośniej Marokańczycy, po nich Mauretańczycy, a z tylnego siedzenia również Francuzi. Hiszpanie tymczasem opóźniali proces dekolonizacji, ciesząc się dziesiątkami statków odpływających z portu w El Aaiúnie. Wkrótce Sahara Hiszpańska stała się areną skomplikowanych, przebiegłych i niejednokrotnie brutalnych zmagań tych państw. Na początku lat pięćdziesiątych o tereny te upomnieli się także prawowici ich właściciele, czyli plemiona saharyjskie. Coraz częściej w ich świadomości zaczęły się pojawiać koncepcje wyzwolenia spod europejskiej kolonizacji i zjednoczenia, tak by mogły utworzyć jeden naród. Pośród wydm Sahary, w namiotach, przy herbacie zaczął się rodzić, na razie jeszcze niesprecyzowany, ruch narodowowyzwoleńczy. Ruch ten z początku nie miał jasno określonych żądań, a jego celem stała się po prostu walka z nadal obecnymi w rejonie Francuzami i Hiszpanami. Już w 1912 roku spora grupa bojowników z Sahary wyruszyła na pomoc Marokańczykom walczącym z francuskimi okupantami, a kilka lat później Saharyjczycy przyłączyli się do walk przeciw Francuzom w Mauretanii. Warto zauważyć, że gdy w 1934 roku wojska hiszpańskie i francuskie rozpoczęły operację przeciw bojownikom saharyjskim, ani Marokańczycy, ani Mauretańczycy nie przyszli bronić Sahary, którą czterdzieści lat później okrzykną swoim odwiecznym terytorium. W latach pięćdziesiątych Saharyjczycy weszli w sojusz z grupami partyzantów marokańskich, znanymi później jako Armée de Libération (Armia Wyzwolenia). Armia ta, składająca się w dużej mierze z niepokornych górali Rifu i Atlasu, toczyła zacięte potyczki z Francuzami i Hiszpanami. Wkrótce do Armée de Libération przyłączyło się tysiące bojowników przybyłych na wielbłądach z odległych rejonów Sahary Hiszpańskiej. Było ich tak wielu, że Hiszpanie nową partyzantkę identyfikowali już jako Armée de Libération Sahrawi, choć dowództwo pozostawało w rękach Ben Hamu Mesfioui, górala z Rifu, obszaru stanowiącego część Protektoratu Północnego Maroka. Ataki Armii Wyzwolenia skupiały się głównie na znienawidzonych za agresywną politykę kolonialną Francuzach. Hiszpanie, licząc na osłabienie dominującej roli Francji, przez kilka lat tolerowali, a nawet po cichu wspierali działania saharyjskiej partyzantki. Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z odzyskaniem przez Maroko niepodległości. Armia Wyzwolenia, wywodząca się głównie z Berberów, rdzennych mieszkańców terenów Maroka, nie popierała króla Mohammeda V, który właśnie objął tron. Z początku jego władza była przez to dość iluzoryczna, bo spore obszary Maroka pozostawały pod wyłączną kontrolą Armii Wyzwolenia. Król przy wsparciu francuskich oficerów zreorganizował zatem własne wojsko FAR (Forces Armées Royales, Królewskie Siły Zbrojne). W pewnym sensie Maroko stanęło wobec wewnętrznego konfliktu, grożącego nawet wybuchem wojny domowej. W 1957 roku partyzanci, atakując enklawę Sidi Ifni, przenieśli działania zbrojne na dotychczas bezpieczne tereny hiszpańskie. Kilka miesięcy później połączone siły Francji i Hiszpanii, wspierane nieoficjalnie przez króla Mohammeda V, zaczęły zmasowaną operację przeciw bojownikom Armii Wyzwolenia. To właśnie w nagrodę za pomoc Hiszpanie przekazali królowi Protektorat Południowego Maroka, ziemie, które historycznie zawsze należały do Saharyjczyków. Był to wymowny gest. Zduszenie Armii Wyzwolenia stało się początkiem współpracy francusko-hiszpańsko-marokańskiej, która trwając przez następne dziesięciolecia, okazała się zgubna dla saharyjskich ambicji niepodległościowych.

Tymczasem nieuchronny proces dekolonizacji zbliżał się wielkimi krokami również do posiadłości hiszpańskich. Hiszpanom jednak pomysł opuszczenia kolonii, która właśnie okazała się żyłą złota, ze zrozumiałych względów nie przypadł do gustu. W 1965 roku ONZ, widząc niechęć Hiszpanów, potwierdziła, że ludność Sahary Hiszpańskiej ma prawo do samostanowienia, i poprosiła, by przyśpieszyć proces dekolonizacji. Lecz Hiszpania w tym czasie zajęta była eksploracją ogromnych złóż fosforytowych. Właśnie budowano gigantyczny pirs sięgający trzy kilometry w głąb oceanu, który miał zapewnić szybki załadunek przypływających z całego świata statków. Nietrudno zrozumieć, że w takiej sytuacji generał Franco nie był szczególnie zainteresowany postanowieniami ONZ. Hiszpanie zaczęli więc starania, by pozyskać sobie sympatię starszyzny plemion saharyjskich, w nadziei, że Saharyjczycy sami będą przeciwni dekolonizacji rejonu. Utworzono coś w rodzaju marionetkowego saharyjskiego parlamentu, Dżama’a, składającego się z przychylnych Hiszpanom wodzów, którzy w podpisanym memorandum ogłosili, że wolą ludności Sahary Hiszpańskiej jest pozostanie w związku z Hiszpanią. Dżama’a była jednak zbyt ewidentną manipulacją, by móc przekonać ONZ. W 1966 roku ONZ po raz pierwszy wezwała Hiszpanię do zorganizowania referendum na terenie Sahary Hiszpańskiej. Referendum, w którym Saharyjczycy mogliby określić swoją przyszłość i opowiedzieć się za niepodległością lub integracją z Hiszpanią lub z którymś z ościennych krajów. Od tej pory słowo „referendum” wybrzmiewać będzie niemalże w każdej oenzetowskiej rezolucji dotyczącej regionu, a po latach stanie się symbolem gorzkiej porażki prawa międzynarodowego i zawiedzionej nadziei ostatniej kolonii afrykańskiej.

 

*

Jest takie stare powiedzenie wśród Saharyjczyków, które rodzice powtarzali swoim dzieciom w zaciszu namiotów. Nie podróżuj na północ. Na północy znajdziesz zło. Nie jedź też na wschód. Tam znajdziesz wojnę. Możesz jechać na południe, ale jedynie w odwiedziny. Twoim miejscem jest zachód, tu mieszkasz. Tu znajdziesz bogactwo i pokój.

Gdy miasto Tantan wraz z całym obszarem Tarfaja zostało przekazane Maroku w 1958 roku, a powstanie marokańskich górali i saharyjskich nomadów zgniecione przez francuskie lotnic­two, Mohammed Bassiri kończył właśnie szesnaście lat. Jego rodzinne miasto znalazło się pod marokańską okupacją. Ludzie wiedzieli, że to za pomoc, jaką Mohammed V okazał w stłu­mieniu rebelii. Już niedługo Saharyjczycy mieszkający w Tantanie i Tarfai mieli odczuć ciężar marokańskiej władzy i zapłacić wysoką cenę za sympatyzowanie z rebeliantami Armii Wyzwolenia. Pochodzący z tradycyjnej, cieszącej się dużym szacunkiem rodziny chłopak właśnie wybierał się do Maroka, by rozpocząć naukę. Najpierw zaczął studia w Marrakeszu, by chwilę później przenieść się do Rabatu. Ale pociąg do wiedzy i poznawania kultury arabskiej pchnął go jeszcze dalej. Wkrótce Bassiri opuścił Maroko i wyjechał do Egiptu, by studiować Koran i klasyczny język arabski. Z Kairu szybko przeniósł się do Damaszku w Syrii. Tam ukończył studia na wydziale dziennikarstwa, zostając pierwszym absolwentem wyższej uczelni pochodzącym z terenów Sahary Hiszpańskiej. W 1966 roku wrócił do Maroka i w rodzinnym mieście założył swoją gazetę o nazwie „Asz-Szihab” (Pochodnia), która stała się forum dla młodych Saharyjczyków marzących o swoim własnym kraju. Gdy w jednej z marokańskich gazet ukazał się tekst twierdzący, że Sahara jest częścią Maroka, nazajutrz Bassiri opublikował swój artykuł zatytułowany Sahara dla Saharyjczyków. Pisał w nim odważnie: „Sahara Zachodnia nigdy nie była częścią marokańską, władze Maroka nie mogą udowodnić, że te tereny stanowiły kiedyś część królestwa Alawitów. Przez wieki Marokańczycy nie posiadali na terenie Sahary Zachodniej nikogo, kto sprawowałby władzę w ich imieniu. Sahrawi nigdy nie przyjęli zwierzchnictwa sułtanów marokańskich. Między naszymi narodami nie występowały nigdy żadne powiązania poza wymianą handlową i wspólną religią”. Wraz z tymi słowami tolerancja władz marokańskich się wyczerpała. Bezkompromisowa postawa i głoszone doniośle przekonania spowodowały, że w 1967 roku Bassiri musiał uciekać z Maroka. Wyjechał sekretnie na południe, do Smary, najstarszego miasta Sahary Hiszpańskiej, ważnego ośrodka kulturowego. Był tu obcy, ale swoją osobowością i głęboką znajomością Koranu szybko zyskał sobie sympatię. Dobrze wykształcony Bassiri założył w Smarze szkołę arabskiego, która szybko stała się miejscem spotkań Saharyjczyków przepełnionych rewolucyjnymi ideami. W Smarze Bassiri poznał również Mohammeda Mahmuda Bei­dela, starszego człowieka o niezwykłej charyzmie i autorytecie. Beidel był uznawany za mędrca, a jego mądrość była znana wśród Saharyjczyków od Smary po La Güerę. Dzięki Mohammedowi Beidelowi oraz ludziom, którzy przychodzili do niego po rady, Bassiri miał szansę lepiej zrozumieć kulturę i zawiłości społeczności Saharyjczyków. Mógł też ocenić nastroje, jakie w niej panowały. Znajomość z Beidelem oraz założona szkoła arabskiego budowały również autorytet Bassiriego i maskowały działalność konspiracyjną.

Wśród kilkunastu uczniów szkoły Bassiriego był Salem Labsir, dziś jeden z głównych polityków saharyjskich. Spotykam go w obozie uchodźców w Algierii. Siedzimy w obskurnym budynku jednej z obozowych instytucji, uciekając przed pięćdziesięciostopniowym upałem. Salem, choć osiem lat młodszy od swojego nauczyciela, szybko stał się dla Bassiriego jedną z bardziej zaufanych osób.

– Którejś nocy na początku 1969 roku, gdy graliśmy jak zwykle w karty, dotarła do nas wiadomość, że Hiszpanie przewidują podział Sahary między Maroko, Mauretanię i Algierię – wspomina Labsir. – Taka informacja pojawiła się w radiu BBC, a potem została przedrukowana we francuskich gazetach. Byliśmy oburzeni, wybuchła między nami żywiołowa dyskusja. Zebraliśmy się również następnej nocy. Każdy rzucał jakieś pomysły, jedni, że trzeba zrobić manifestację, inni, że należy natychmiast chwycić za broń. A Bassiri mówił najmniej. Siedział z tyłu, słuchał, obserwował. On tak naprawdę nie lubił tych naszych spotkań, wolał działać w ciszy, potajemnie, nie zwracając na siebie uwagi. Chyba jako jedyny z nas rozumiał, że rozmawiamy o poważnych sprawach. A wtedy Hiszpanie mieli w Smarze przecież wielu szpiegów. Nazajutrz spotkałem się z nim sam na sam. Spytał mnie, czy uważam, że ci ludzie byli szczerzy i gotowi wziąć odpowiedzialność za swoje słowa. Po chwili wybrał pięć osób spośród nich i poprosił, bym je przyprowadził.

Tak wśród oparów tytoniu i herbaty zrodziło się tajne ugrupowanie o nazwie Harakat Tahrir Sakija al-Hamra wa Wadi az-Zahab. Ludzie lgnęli do Bassiriego, jego idee mknęły przez pustynię, docierając do najdalszych zakątków. Już w rok po utworzeniu Harakat Tahrir liczył sobie osiemnaście tysięcy członków i poza Smarą miał swoje komórki w El Aaiúnie, Tifariti, Villi Cisneros, Bu Craa, Mahbésie i La Güerze. Do Harakat Tahrir wstępowali nawet Saharyjczycy pracujący dla administracji hiszpańskiej, funkcjonariusze oddziałów Policía Territorial czy Tropas Nómadas. Idee Bassiriego były ambitne. Nie tyle politycznie, ile przede wszystkim społecznie. Bassiri, ­będąc jedynym Saharyjczykiem z wyższym wykształceniem, i to zdobytym w krajach Bliskiego Wschodu, zjednywał sobie ludzi, występując przeciw tradycyjnym hierarchiom plemiennym i pokazując możliwość budowy nowoczesnego społeczeństwa opartego na socjalistycznych ideałach równości. Program Bassiriego uderzał mocno w skostniałe plemienne struktury, w których upatrywał on przyczyn słabości Saharyjczyków. Bassiri jednoznacznie krytykował utworzony przez Hiszpanów parlament Dżama’a i jego przedstawicieli, przekupionych i lojalnych wobec kolonizatorów. Wśród Hiszpanów działania Bassiriego, uderzające w ich sposób sprawowania władzy, wzbudzały coraz większe zaniepokojenie.

– On miał niewiarygodny wręcz dar przekonywania – kontynuuje Labsir. – Zgodził się na spotkanie z przewodniczącym Dżama’a. To było niezwykle odważne posunięcie, wszyscy wiedzieli przecież, że to człowiek, który współpracuje z Hiszpanami. A Bassiri przekonał go, by wstąpił do Harakat Tahrir! Potem udało mu się nakłonić również pięciu Saharyjczyków, którzy byli członkami parlamentu hiszpańskiego!

Tymczasem rodzina Bassiriego nadal pozostawała w Tantanie, w którym trwały wówczas brutalne represje wobec ludności saharyjskiej. Bassiri wiedział już, że, tak jak zawsze powtarzali mu rodzice, zło przyjdzie z północy. Przeczuwał również, że Hiszpanie nie opuszczą Sahary na drodze negocjacji. Choć, na wzór Gandhiego, potępiał walkę zbrojną jako sposób na odzyskanie niepodległości, oprócz struktur politycznych w Harakat Tahrir zaczęto tworzyć także formacje paramilitarne. Wsparcie w tym zakresie obiecała Bassiriemu już w 1969 roku Algieria, a budową batalionu zajął się jeden z sześciu założycieli Harakat Tahrir, były żołnierz armii hiszpańskiej.

Inne książki tego autora