Wszystkie ziarna piaskuTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nazywam się Hamza – mówi tym razem już spokojnie, odwracając się z przedniego siedzenia. – To ze mną rozmawiałeś. To ja miałem cię odebrać i to u mnie będziesz mieszkał. – Podaje mi rękę, a na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech. – Cieszymy się, że udało ci się przyjechać do El Aaiúnu.

Po kilku minutach auto parkuje tuż pod stalowymi drzwiami jakiegoś domu. Ulica pusta. Hamza wysiada pierwszy, szybko otwiera drzwi.

– Wysiadaj i od razu wchodź do domu, nie rozglądaj się.

Gdzieś w oddali słychać przeciągły krzyk: „Viva POLISARIO!”.

*

A więc pokój, świetlówka nad głową, budyniowe ściany dokoła. Hamza siedzi na materacu naprzeciw mnie i pali kolejne papierosy, jeden za drugim. Na stoliku śniadanie, mleko w termosie, kawa, dżem i taki śmieszny okrągły chleb. Chyba musi być jeszcze dość wcześnie, choć może to tylko wrażenie, bo nie ma światła dziennego. W tym pokoju zresztą zawsze wydaje się, że jest noc. Świetlówka daje zimne, szpitalne światło. Pory dnia rozróżnić można jedynie, słuchając odgłosów z ulicy. Wstępem do tej melodii jest wezwanie do modlitwy. Pech chciał, że minaret stoi tuż za domem. O świcie mam wrażenie, że muezzin śpiewa przeciągające się „Allahu akbar” wprost do mojego ucha, jakby specjalnie tylko dla mnie. Od tej chwili nie będzie już ciszy. Wkrótce melodię wzbogacą rytmy ulicy, gwar ulicznego rynku, a potem utwór rozwinie się o wrzaski dzieci z pobliskiego przedszkola. Przedpołudniowe apogeum miejska muzyka osiągnie, gdy wejdą ciężkie metaliczne rytmy dobiegające z warsztatu samochodowego, raz spawarka, raz wiertarka, czasami młotek. A potem wszystko nagle zamilknie. Mój kolega DJ użyłby stwierdzenia, że teraz wchodzi drop, czyli wyciszamy wszystko i zostaje tylko lekka melodia, jak w klubie. Popołudniowa melodia El Aaiúnu jest faktycznie delikatna, zduszona nieznośnym słońcem i upałem. To są te godziny, podczas których słychać od czasu do czasu jedynie jakieś przejeżdżające auto albo rżenie osła pośrodku pustej ulicy, no może jeszcze jakieś wezwanie do modlitwy powtórzy się po drodze, jak uporczywy refren. Ale drop jest zawsze tylko ciszą przed burzą – powiedziałby mój kolega – buduje napięcie, które w końcu znajdzie swoją kulminację, czyli breakdown. I tak też się dzieje tutaj. Wraz z końcem dnia dzień się rozpoczyna. Miasto znów budzi się do życia, i to znacznie bardziej niż o poranku. Eksploduje całą feerią dźwięków, wieczornych rytmów, melodii, wokali i wokaliz, jakby całe świętowało fakt, że słońce w końcu dało mu kilka godzin wytchnienia. Wkrótce po zachodzie wybrzmi ostatni refren dnia, ostatnie wezwanie do modlitwy, lecz cały utwór będzie trwał w najlepsze jeszcze przez parę godzin.


© Bartek Sabela

– Hamza, która jest w ogóle godzina?

– Jedenasta.

– To dlaczego u mnie pokazuje, że jest dziesiąta? Telefon pokazuje co innego, twój laptop co innego, a ty mówisz jeszcze co innego.

– Bo to zależy, o co pytasz – mówi Hamza, przeciągając się na materacu. Oficjalnie jest dziesiąta, strefa GMT, taka jak w Maroku. Ale jak nie masz nic do roboty, jak ja na przykład, to żyjesz sobie w GMT+1, jak w Algierii albo Hiszpanii. Poza tym co za różnica. Ja wiem, wy musicie mieć wszystko ułożone, zaplanowane, rozpisane. My żyjemy dniem dzisiejszym. Wy macie zegarki, my mamy czas. Co jutro, Bóg jeden wie.

Odpalając kolejnego papierosa, Hamza przedstawia mi plan działania na kolejne dni. Plan sprowadzający się do tego, z kim się spotkamy. Bo gdzie, to jest oczywiste – ja nie mogę przecież wyjść z domu. A o której? To też bez znaczenia. Tu z nikim nie umówisz się na konkretną godzinę, na przykład 18.15 albo 19.30. Możesz się co najwyżej umówić na porę dnia, a pora jest w zasadzie jedna, czyli po zachodzie słońca. I ten ktoś będzie wiedział, która to godzina.

Zresztą w okupowanym El Aaiúnie nic nie jest proste i nic nie jest pewne. El Aaiún nie jest wielkim miastem, liczy dwieście tysięcy mieszkańców. Saharyjczycy, rdzenna ludność rejonu, stanowią, według różnych szacunków, jedynie od dwudziestu do trzydziestu procent. Według szacunków, bo władze nie publikują takich statystyk. Reszta ludności to marokańscy osadnicy, zachęceni różnorakimi przywilejami, zwolnieniami z podatków i dwukrotnie wyższymi niż na terenie Maroka pensjami. Saharyjczycy mówią o nich pogardliwie hamala – tragarze. Bo przyszli na ich ziemie z tobołami na plecach.

– Kolejny dzień, a oni nadal nie wiedzą, gdzie jesteś – śmieje się Hamza, chodząc po pokoju z kadzidełkiem neutralizującym papierosowy dym. – Chyba ich wykiwaliśmy. Mogę się założyć, że szukają cię po całym mieście. Jak zrobimy, co mamy do zrobienia, to wtedy wyjdziemy na ulicę, zobaczysz, zabiorę cię na herbatę, do restauracji, pójdziemy sobie jak normalni ludzie, usiądziemy i zamówimy, co chcemy. I będziemy się z nich śmiać, wtedy, proszę, niech cię deportują, idioci, a mnie niech zamkną w więzieniu. Ale dopiero jak skończymy, tymczasem konspiracja.

Gdybym mieszkał w jednym z hotelów, dajmy na to w najtańszym Jodesa lub trochę lepszym Sahara Line, byłby nie lada kłopot. Musiałbym być przykładnym, niewzbudzającym cienia podejrzeń turystą. Wstawałbym rano, chodziłbym do kafejki leniwie wypić poranne espresso, zagryzane sypiącym się croissantem lub pain au chocolat. Śniadanie kontynentalne w stylu postkolonialnofrancuskim. By zadbać o moje bezpieczeństwo i chronić mnie przed groźnymi, czyhającymi wszędzie „separatystami”, przy śniadaniu towarzyszyłby mi jakiś pan siedzący dyskretnie przy stoliku obok ze swoją kawą, swoim rogalikiem i gazetą. Czasami zerkałby w moją stronę, by upewnić się, że jestem bezpieczny i że dobrze się bawię. A potem… potem w zasadzie nie wiadomo co, bo w El Aaiúnie turysta przecież nie ma co robić. Mógłbym co najwyżej wraz z moim incognito towarzyszem pojechać na oddaloną o trzydzieści kilometrów plażę. On jechałby za mną na swoim motorze lub w służbowym aucie. Potem swój kocyk rozłożyłby kilka metrów od mojego, czujny i zawsze gotowy bronić mnie niczym bulterier. Mógłbym też zapewne przejść się ulicami samego El Aaiúnu, kupić ręcznie robiony czajniczek i kilo herbaty. On trzymałby się z tyłu, może usiadłby na ławce lub zajrzał do sklepu obok. Potem odprowadziłby mnie do hotelu, może szepnąłby słówko recepcjoniście, a następnego dnia czekałby na mnie w hotelowym holu. Mógłbym ­pewnie zrobić też kilka zdjęć „z wakacji”, choć z tym to już ostrożnie i raczej niedużym aparatem, bo te duże znaczą niechybnie, że jesteś dziennikarzem. Dziennikarz ma przecież duży aparat i jeszcze większy obiektyw, robi zdjęcia ludziom i w dodatku chce z nimi rozmawiać. Zresztą nawet bez dużego aparatu każdy obcokrajowiec jest tutaj z góry podejrzewany o bycie dziennikarzem. Lub aktywistą zajmującym się prawami człowieka. Lub jakimś innym popaprańcem z wypaczonymi ideami, a tych nie lubi się tutaj nawet bardziej niż Saharyjczyków. Na pewno zaś na swoich wakacjach nie mógłbym się spotkać z Hamzą. Mój przymusowy towarzysz zadbałby o to, a w wypadku mojej niesubordynacji zabrałby mnie swoim autem na lotnisko i poprosił, bym niezwłocznie kupił bilet powrotny.

Nigdy więc nie mógłbym się dowiedzieć, kim jest Hamza. Rocznik 1982, zawód: poeta, orientacja polityczna: pro-POLISARIO, aktywista. Tak mogłoby w skrócie wyglądać jego dossier leżące w zakurzonej teczce na biurku w jednym z marokańskich komisariatów. Do tego przypięte zszywką zdjęcie, a na nim pociągła twarz z długim, orlim nosem, szeroko otwartymi oczami, czarnym, gęstym zarostem i takimi samymi włosami. Słowem: Saharyjczyk, a jak Saharyjczyk, to separatysta. Można powiedzieć, że Hamza Lakhal jest osobą znaną zarówno policji, jak i swoim rodakom. Nie sławną, po prostu znaną, jakiekolwiek zabarwienie może mieć to słowo w tym kontekście. Niektórzy Saharyjczycy ponoć znają nawet jego wiersze, choć „znają” w tym przypadku nie oznacza „czytają”. Poezji Hamzy Lakhala w El Aaiúnie nie można przeczytać, można ją co najwyżej usłyszeć na jednym z wieczorów poezji organizowanych w ukryciu na dachu lub w piwnicy jednego z budynków gdzieś na przedmieściach.

– Zacząłem chyba jakieś dziesięć lat temu, może nawet więcej – mówi Hamza, odpalając następnego papierosa. – Zobacz, bez banderolki, z przemytu, właśnie okradam marokański budżet – śmieje się. – W 2002 roku próbowałem dostać się na jakiś wieczór poezji, oczywiście taki dla Marokańczyków, innych tutaj nie ma, a i tych jest niewiele. Za którymś razem udało mi się, wszedłem na scenę i wyrecytowałem swój wiersz. Na sali zapadła cisza. Już mnie tam więcej nie wpuścili.

Tego samego roku Hamza wyleciał z hukiem z liceum. Władze ukarały go, bo organizował studenckie protesty, arogancko domagając się, by w El Aaiúnie powstał pierwszy uniwersytet. By nie trzeba było jeździć do Agadiru lub jeszcze dalej, do Casablanki czy Rabatu. Jak dostaniesz miejsce na uczelni w Agadirze, to jeszcze pół biedy, bo to jedynie sześćset pięćdziesiąt kilometrów stąd, a autokar kosztuje dwieście dirhamów. Lecz Saharyjczyków zazwyczaj wysyłają dalej, czasami nawet do Tangeru, tysiąc czterysta kilometrów od domu. Teraz, po dziesięciu latach, jak dobrze pójdzie, Hamza będzie mógł podejść do matury, jest nadzieja, że władze pozwolą mu nawet pójść na studia. Tak naprawdę zawsze chciał być muzykiem, grać na gitarze, jak Mark Knopfler, David Gilmour. Albo malarzem. Malarzem nawet przez chwilę był, w domu ma kilka swoich obrazów, ale nie pokazuje ich. Jakoś tak się poukładało, sam nie wie zresztą czemu, że zamiast muzykiem został poetą. Mówi, że to przez warunki, w jakich przyszło mu dorastać, że przez poezję może uratować siebie z lat dzieciństwa.

– Ja się wtedy strasznie bałem. Byłem koszmarnie wystraszonym dzieciakiem. Teraz chyba staram się stawić czoło tym wszystkim wspomnieniom. Tym wybebeszanym poduszkom, rozbijanym meblom, książkom zrzucanym z półek, wybitym oknom, rozwalonym drzwiom. I ubranym na czarno policjantom, stojącym nad moimi rodzicami.

 

Hamza pisze w klasycznym arabskim, choć językiem Saharyjczyków jest dialekt hassanijja.

– Klasyczny arabski to taka baza dla wielu języków, które wy, z perspektywy Europy, traktujecie jako arabski – tłumaczy mi. – To trochę jak z łaciną w waszym przypadku. Jest bazą wielu języków, tyle że łacina jest językiem martwym, a klasyczny arabski nadal żyje.

Parę lat temu Hamza wydał nawet swój pierwszy tomik poezji. Nie mógł jednak tego zrobić w swoim mieście. Tu nikt nie wydałby wierszy Saharyjczyka, zwłaszcza mówiących cokolwiek o ojczyźnie czy niepodległości. Dzieła Hamzy zostały opublikowane we Francji nakładem wydawnictwa L’Harmattan. Harmattan to taki silny suchy wiatr. Wieje z Sahary.

– Nawet nie wiem, jak wygląda ten mój tomik – mówi z gorzkim uśmiechem Hamza. – Gdy został wydany, a wydawnictwo zaprosiło mnie na spotkanie autorskie do Francji, władze marokańskie odmówiły wydania mi wizy. Nie pojechałem. Potem chcieli mi chociaż przysłać paczkę pocztą, ale to też się nie udało. Więc nie mam nawet jednego egzemplarza.

Hamza chciałby zrobić kiedyś doktorat, najlepiej z filozofii. Ale na to szanse są marne, bo Saharyjczyków nie dopuszcza się do wyższych stopni naukowych. Jest więc z konieczności samoukiem, zupełnym i absolutnym. Bo w El Aaiúnie jak chcesz coś zrobić, to musisz to zrobić sam, nikt inny ci w tym nie pomoże. Chcesz nauczyć się angielskiego lub francuskiego? Kursów nie ma, więc uczysz się samemu, oglądając filmy w internecie i słuchając piosenek. Chcesz czytać? To sam musisz zdobywać książki, księgarni tu nie ma, bibliotek też nie, a jak zamówisz z zagranicy, to raczej nie przyjdzie. A Hamza czytać lubi, w domu, w kafejce, na pustyni. Wtedy choć przez chwilę nie musi być tu i teraz, w okupowanym El Aaiúnie. Książki zdobywa więc dzięki znajomym, którzy jeżdżą do Maroka. W Agadirze czy Rabacie można kupić wszystko, ktoś zawsze coś przywiezie. Lubi zwłaszcza literaturę arabską, ale europejską i amerykańską także. Za młodu uwielbiał Iliadę Homera.

– Wyobrażałem sobie, że sam jestem takim rycerzem w pięknej błyszczącej zbroi na wspaniałym koniu. I że jestem nieśmiertelny jak Achilles. A ci po drugiej stronie to Marokańczycy.

Z wiekiem przyszła pora na Szekspira, Marlowe’a i starożytnych filozofów z różnych kręgów kulturowych, Konfucjusza, Arystotelesa, Sokratesa. Najbardziej ceni tego ostatniego, za jego nieprzejednaną postawę. Przecież mógł uniknąć śmierci, a jednak nie zdecydował się uciec, choć nakłaniali go do tego jego uczniowie. Umarł za swoje poglądy, twardy i bezkompromisowy do samego końca. Ale najważniejszy dla Hamzy pozostaje Mahmud Darwisz, poeta palestyński, członek Organizacji Wyzwolenia Palestyny. „Widzę więzienie tak, jak chcę, różane dni, / co przeminęły, żeby ukazać we mnie dwoje obcych / na ławce w parku. Przymykam oczy: / jak szeroka jest ziemia, jak piękna jest ziemia / widziana przez ucho igielne”[3]. To Darwisz uświadomił Hamzie, że poezja może być bronią w walce o wolność, równie skuteczną jak karabin.

– Nie dlatego, że może zmienić rzeczywistość. Nie no, bez przesady, w to akurat nie wierzę. Ale otwiera okna wyobraźni i marzeń – kończy Hamza i zmienia muzykę. Tym razem koncert Erica Claptona.

Na początku miałem obawy, że moja obecność w domu Hamzy skończy się dla niego prędzej czy później problemami, być może nawet aresztem. Ale on mi wtedy odpowiadał z szelmowskim uśmiechem, żebym się o niego nie martwił, że najważniejsza jest moja praca i że pomóc mi to jego obowiązek.

Do domu Hamzy przychodzą każdego dnia różni ludzie – mężczyźni, kobiety, młodzi i starsi. To akurat nikogo nie dziwi. Tutaj ludzie odwiedzają się w domach, to w zasadzie jedyna rozrywka, przyjść do kumpla, do sąsiada, wypić herbatę, zapalić papierosa i pogadać, obejrzeć razem mecz. Większość Saharyjczyków nie ma pracy, bo posady są zarezerwowane dla marokańskich osadników. Mają więc dużo czasu i jeszcze więcej motywacji. Przychodzą o różnych porach dnia, najczęściej jednak późnym wieczorem bądź nocą. Niektórzy sami, inni z rodziną lub przyjaciółmi. I opowiadają.

– Dla Marokańczyka obcokrajowiec to pieniądze, nic więcej. Dla nas obcokrajowiec to szansa na wolność. Jedyna szansa, rozumiesz?

2

W listopadzie 1884 roku na zaproszenie Ottona von Bismarcka do Berlina zjechały delegacje z całego „cywilizowanego” świata. Dżentelmeni we frakach i cylindrach przez długie tygodnie obradowali przy wielkich mahoniowych stołach w rezydencji kanclerza II Rzeszy. Nad szczytem stołu na ścianie wisiała ogromnych rozmiarów mapa niezbyt zbadanego jak do tej pory kontynentu – Afryki. Kontynent ten, choć nieodległy od Europy, pozostawał, poza wybrzeżami, w zasadzie nieznany. W połowie XIX wieku ponad osiemdziesiąt procent terytorium Afryki nadal było pod władzą lokalnych afrykańskich plemion. Mapa była pełna białych plam, niejednokrotnie wielkości dużych europejskich krajów. Ale przywódcy Europy, nie bez racji, doszli do wniosku, że te białe plamy muszą kryć ogromne bogactwa, których w Europie było już coraz mniej. Tocząca się rewolucja przemysłowa wymagała taniej siły roboczej, nowych rynków zbytu i przede wszystkim ogromnych ilości surowców. Europa była już wtedy ciasna, zdecydowanie zbyt ciasna, by pomieścić ambicje euro­pejskich królów, kanclerzy i premierów. Kolejne ekspedycje w głąb afrykańskiego lądu, w tym ta decydująca pod kierownic­twem Henry’ego Stanleya, odkrywały niezmierzony potencjał Afryki, który należało jak najszybciej wykorzy­stać. Szkoda przecież, by się zmarnował. Poza tym należało nieść biednym, zacofanym afrykańskim ludom kaganek oświaty i koszyk wartości naszej wspaniałej, najlepszej bez wątpienia kultury i religii. Przy długim stole zasiadły więc delegacje Niemiec, Francji, Austro-Węgier, Belgii, Holandii, Danii, Hiszpanii, Portugalii, Włoch, Wielkiej Brytanii, Rosji, Szwecji i Norwegii (w unii personalnej do 1905 roku). Na elitarne spotkanie zostały również zaproszone rosnące w siłę Stany Zjednoczone oraz Imperium Osmańskie. Miejsca przy stole obrad nie starczyło za to dla choćby jednego przedstawiciela państw afrykańskich.

Po trzech miesiącach, w lutym 1885 roku, ścierające się interesy państw europejskich udało się jakoś pogodzić i choćby na papierze zaspokoić głód królów. Wisząca na ścianie mapa Afryki pokryła się geometrycznymi wzorami, wyrysowanymi wzdłuż południków i równoleżników. Europejska potrzeba porządkowania, dzielenia, wytyczania została zrealizowana, a afrykański kontynent ubrany w siatkę granic został choć trochę oswojony. Każdy wiedział, gdzie jest jego część i co może z nią zrobić. Oczywiście zdobycze poszczególnych państw były wprost proporcjonalne do ich polityczno-militarnej siły w ówczesnym świecie. Organizatorzy konferencji, Niemcy, musieli się zadowolić koloniami na terenach dzisiejszej Namibii (Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia), Kamerunu, Togo oraz Tanzanii, Burundi i Rwandy (Niemiecka Afryka Wschodnia). Portugalia wykroiła dla siebie tereny obecnej Angoli i Mozambiku. Włochy dostały malutką Erytreę, dużą część obecnej Somalii, a po wojnie z Turcją w 1911 roku także Libię. Zdobyczą Belgii, a precyzyjniej mówiąc – króla Belgów Leopolda II, padło Kongo, siedemdziesiąt sześć razy większe niż sama Belgia. Największymi beneficjentami konferencji stały się jednak Wielka Brytania i Francja. Pierwsza objęła protektoratem tereny dzisiejszych: Egiptu, Sudanu, Ugandy, Kenii, Zambii, Zimbabwe, Botswany, RPA, Nigerii, Ghany i Sierra Leone. Francja zaś otoczyła opieką niemalże całą Afrykę Zachodnią i Północną: Tunezję, Algierię, Maroko, Mauretanię, Mali, Senegal, Gwineę, Burkina Faso, Wybrzeże Kości Słoniowej i Benin. Do tego jeszcze Niger, Czad, Republikę Środkowej Afryki, Kongo Brazzaville, Gabon, Dżibuti i Madagaskar. Tylko dwa państwa afrykańskie zachowały niepodległość po konferencji berlińskiej. Były to Etiopia i Liberia. Reszta została wchłonięta przez europejskie mocarstwa.

Niewielki wyjątek w opanowanej przez Francuzów Afryce Saharyjskiej stanowił teren między Marokiem i Mauretanią, przyznany w 1885 roku Hiszpanii trochę z litości. Choć Hiszpanie byli w tym rejonie już przed konferencją, to ich obecność tam miała wymiar czysto symboliczny. Zorganizowane naprędce w 1884 roku ekspedycje miały legitymizować prawa Hiszpanów do tego obszaru i uzasadnić powstanie kolonii. Inne państwa nie wyrażały większego zainteresowania tym terenem, nie było tam miast, nie odkryto tam żadnych wartościowych zasobów naturalnych. Hiszpańska kolonia w tym miejscu była również na rękę Brytyjczykom, którzy bali się nadmiernej francuskiej dominacji w regionie. Francuzi natomiast uznali, że Hiszpania może być dobrym i nieszkodliwym partnerem w eksploatacji Afryki Zachodniej. Hiszpanom zaś posiadłość w tym rejonie, mimo że uboga, pomogła uchronić strategicznie ważne Wyspy Kanaryjskie przed zakusami potężnych sąsiadów. Nie mając wyjścia, musieli zaakceptować ten niezbyt satysfakcjonujący, upokarzający wręcz kawałek ziemi. Największe mocarstwo kolonialne ostatnich czterech stuleci pod koniec XIX wieku trzęsło się w posadach i traciło pozycję na rzecz potężnego rywala – Stanów Zjednoczonych. Skrawek saharyjskiej pustyni, wciśnięty między potężne posiadłości francuskie, to jedyne, co Hiszpania mogła wywalczyć dla siebie w tym trudnym okresie. Były to tylko nagrody pocieszenia wobec klęski, której Hiszpania doznała w 1898 roku podczas wojny ze Stanami Zjednoczonymi. Kolejne hiszpańskie kolonie przechodziły w ręce Amerykanów jedna za drugą, a dawne imperium hiszpańskie powoli, lecz nieuchronnie znikało z mapy. Do końca XIX wieku Hiszpania utraciła Filipiny, Portoryko, Kubę oraz mniejsze posiadłości rozsiane po wodach Pacyfiku i Atlantyku. Sahara stała się nadzieją na nowe możliwości. Tym bardziej, że niebawem kolonie hiszpańskie wzbogaciły się jeszcze o niewielkie tereny północnego Maroka (góry Rif) oraz malutkie enklawy na jego wybrzeżu, z których wkrótce utworzono Protektorat Północnego Maroka (Maroko Hiszpańskie). Słabość królestwa uniemożliwiała jednak jakąkolwiek eksplorację zajętych terenów. Granice hiszpańskich posiadłości, będących poza zainteresowaniem głównych graczy, na konferencji berlińskiej zostały wyznaczone po macoszemu, nieprecyzyjnie i dość ogólnikowo. Dopiero w 1912 roku, na konferencji w Fezie, podczas tajnych negocjacji francusko-hiszpańskich, udało się sformalizować kształt hiszpańskiej kolonii. Podzielono ją na dwie części różniące się statusem. Pierwsza, rozciągająca się od doliny rzeki Wadi Dara po równoleżnik 27°40′, tak zwany Obszar Tarfaja, została objęta Protektoratem Południowego Maroka. Druga, znacznie większa, ciągnąca się na południe aż po Przylądek Biały graniczący z francuską Mauretanią, składała się z dwóch prowincji: Saguia el Hamra i Rio de Oro i podlegała bezpośrednio władzy króla. Wszystkie te obszary wraz z nadbrzeżną enklawą Sidi Ifni oraz Protektoratem Północnego Maroka (rejon gór Rif) utworzyły Hiszpańską Afrykę Zachodnią. Wschodnia granica hiszpańskiej kolonii, dotąd bliżej nieokreślona, w 1912 roku została uporządkowana geometrycznym, zygzakowatym kształtem, niemającym nic wspólnego z układem geograficznym czy etnicznym tych obszarów. Szlachetna prostokreślna geometria abstrakcyjnej granicy została wzbogacona nieregularnym kształtem w rejonie mauretańskiego miasta Zuwirat, zapewniając Francuzom kontrolę nad wielkimi złożami żelaza.


© Bartek Sabela

Mimo ustalenia granic do lat trzydziestych XX wieku Hiszpanie nie zdołali nawet dotrzeć do wytyczonych na mapie linii. Wnętrze nieprzyjaznego lądu wraz z jego bogactwem pozostawało nadal tajemnicą, a Hiszpańska Afryka Zachodnia hiszpańską jedynie z nazwy. Z braku pieniędzy Hiszpanie nie podejmowali prób eksploracji pustyni ani nie próbowali nawet podporządkować sobie nomadzkich plemion żyjących na tym obszarze. Przez długie lata stolicą kolonii, a zarazem jedynym miastem hiszpańskim była niewielka osada Villa Cisneros położona na półwyspie u ujścia wyschniętej rzeki Rio de Oro. Nazwa rzeki została nadana w XV wieku przez Portugalczyków, którzy skupowali w tym rejonie złoto od plemion żyjących w głębi lądu. Villa Cisneros ledwo zasługiwała na miano osady. Składała się z niewielkiego fortu oraz namiotów rozbitych dokoła niego. Służyła głównie jako wielkie więzienie, do którego zsyłano wrogów królestwa. Bezkres pustyni oraz wysokie temperatury stanowiły wystarczającą gwarancję, że więźniowie nie uciekną, a tym bardziej, że nie wrócą do Hiszpanii. Żołnierze z garnizonu Villa Cisneros nie zapuszczali się nawet na drugi brzeg zatoki, nie mówiąc o wycieczkach w głąb lądu. Lokalne plemiona Saharyjczyków zaś nigdy nie były zainteresowane wybrzeżem, nie zajmowały się bowiem rybołówstwem, lecz pasterstwem. Tym samym spotkania z tubylcami były sporadyczne i sprowadzały się do nieznaczących potyczek. Hiszpanom, wbrew zamierzeniom, nie udało się nawet wytworzyć poważnej wymiany handlowej z tubylcami, dlatego przez długie lata kolonia nie przynosiła najmniejszych zysków. Saharyjczycy cieszyli się więc nieskrępowaną wolnością, z rzadka zbliżając się w rejony garnizonów hiszpańskich. W latach dwudziestych powstały kolejne dwie osady, jedna na północy – Villa Bens (obecna Tarfaja), druga na południu – La Güera. W 1925 roku w sennej kolonii stacjonowało jedynie około siedmiuset hiszpańskich żołnierzy, podczas gdy teren dzisiejszej Sahary Zachodniej w ówczesnym kształcie obejmował na mapach blisko trzysta tysięcy kilometrów kwadratowych, niewiele mniej niż dzisiejsza Polska.

 

Polityka kolonizatorów zaczęła się zmieniać dopiero w latach trzydziestych, gdy Hiszpanie, przymuszeni agresywną polityką Francji, zdecydowali o potrzebie kontrolowania całej powierzchni swojej kolonii. Francuzi zarzucali Hiszpanom, że ich Sahara jest azylem dla plemion, które podważają francuskie zwierzchnictwo w Mauretanii i Maroku. Bojąc się francuskiej interwencji, Hiszpanie zdecydowali się działać. Zwiększono garnizon wojskowy, zorganizowano pierwsze ekspedycje w głąb lądu. Z lojalnych wobec hiszpańskiego króla Saharyjczyków utworzono Wojska Tubylcze (Tropas Nómadas), a w latach pięćdziesiątych – doceniając ich waleczność i dyscyplinę – oddziały Policji Terytorialnej (Policía Territorial). W 1934 roku hiszpańskie wojska we współpracy z Francuzami zajęły jedyne arabskie miasto kolonii, położoną dwieście kilometrów od wybrzeża Smarę, a w 1935 roku doszły do wytyczonych południkami i równoleżnikami granic swoich posiadłości. W 1938 roku w dolinie rzeki Saguia el Hamra na północy posiadłości założono pierwsze większe miasto, El Aaiún, które dwa lata później ogłoszono stolicą kolonii. Nie napotkano przy tym większego oporu miejscowej ludności, trzymającej się w większości z dala od hiszpańskich osad. Tak czy inaczej, mimo nowych miast i garnizonów wojskowych hiszpańska kontrola nad pustynnym terytorium nadal była iluzoryczna.

W 1950 roku pewien hiszpański naukowiec, Manuel Madina, sto kilometrów na południowy wschód od El Aaiúnu trafił na coś, co opisał w swojej dokumentacji jako „najprawdopodobniej największe na świecie złoża fosforytów”. Madina w szacunkach wskazał zawrotną wręcz liczbę dziesięciu miliardów ton minerałów znajdujących się w pobliżu osady o nazwie Bu Craa. Tego samego roku do El Aaiúnu z nagłą wizytą przyjechał po raz pierwszy generał Franco. I tak, gdy cała Afryka przygotowywała się na nadejście fali wolności lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy to większość afrykańskich kolonii uzyskiwała niepodległość, Hiszpanie zaczęli sobie zdawać sprawę z ogromnej wartości terytorium będącego pod ich kontrolą. W 1958 roku połączono dotąd niezależne obszary Rio de Oro (południe) i Saguia el Hamra (północ) w jeden okręg administracyjny nazwany Saharą Hiszpańską. Zmieniono też jej status z kolonii na hiszpańską prowincję zamorską na takich samych prawach jak pozostałe. Jednocześnie w 1956 roku Protektorat Północnego Maroka, w nadziei na dobrosąsiedzkie stosunki, scedowano na rzecz Maroka, które właśnie otrzymało z rąk Francuzów niepodległość i coraz głośniej wygłaszało swoje pretensje do hiszpańskiej kolonii. Dwa lata później Hiszpania oddała Maroku także Protektorat Południowego Maroka, znajdujący się między Wadi Dara a równoleżnikiem 27°40′N, zostawiając sobie jednak nadmorskie enklawy Sidi Ifni, Ceutę i Melillę, które na długie lata pozostaną powodem sporów między dwoma krajami.

Przypuszczenia Manuela Madiny wkrótce zostały zweryfikowane i okazały się prawdziwe, a pech chciał, że zbiegło się to w czasie z przyjęciem Hiszpanii w poczet członków ONZ w 1955 roku. Od tej pory rząd generała Franco zmuszony był przedstawiać coroczne sprawozdania z postępów gospodarczo-społecznych w swojej kolonii. Wkrótce Hiszpania powołała państwową spółkę ENMINSA, przemianowaną potem na Fosfatos de Bu Craa (zwaną też Fosbucraa), która miała na celu jak najszybszą budowę infrastruktury umożliwiającej wydobycie fosforytów. Hiszpanie już wtedy zdawali sobie sprawę z tego, że prędzej czy później będą musieli opuścić kolonię, nie było więc czasu do stracenia. Nastroje dekolonizacyjne na świecie narastały i kres panowania Hiszpanów na Saharze był tylko kwestią czasu. Fosbucraa zainwestowała w ciągu kilku lat miliardy peset, budując kopalnie, elektrownie, budynki mieszkalne i administracyjne, nowy port oraz najdłuższy na świecie (dziewięćdziesiąt osiem kilometrów długości) pas transportowy wiozący fosforyty z kopalni wprost do czekających przy pirsie statków. Nie zdążyła się jednak nacieszyć potężną inwestycją. Kombinat Fosbucraa zaczął pracować pełną parą dopiero w 1973 roku, na dwa lata przed wycofaniem się Hiszpanów z Sahary Hiszpańskiej. Równolegle w całej Saharze Hiszpańskiej zaczęły się intensywne poszu­kiwania nowych złóż, zarówno fosforytów, jak ropy i gazu. Prowincja przeżywała prawdziwy rozkwit gospodarczy. Z Hiszpanii napływać zaczęli osadnicy, skuszeni dobrymi zarobkami przy wydobyciu fosforytów. Nowe porty w Villi Cisneros, La Güerze i Tarfai umożliwiły rozwój rybołówstwa. Wkrótce okazało się, że wybrzeże Sahary Hiszpańskiej to prawdziwa żyła złota, jedne z najlepszych obszarów rybackich na świecie. Również żyjąca dotąd na uboczu ludność miejscowa zaczęła migrować w kierunku miast. Saharyjczycy porzucali nomadzkie namioty i masowo sprowadzali się do ośrodków miejskich. Migrację do miast wzmogła wieloletnia susza, w wyniku której pozdychały stada kóz i wielbłądów. Beduińskim rodzinom było coraz trudniej przeżyć na pustyni. Choć trudno mówić o równouprawnieniu, Saharyjczycy nie byli zanadto dyskryminowani przez osadników hiszpańskich. Jeśli tylko nie kwestionowali hiszpańskiej władzy, cieszyli się wolnością, kupowali ziemię, budowali domy, zaczynali handlować, szybko dorabiając się sporych fortun. Choć wyższe stanowiska administracyjne, polityczne i wojskowe pozostawały w rękach Hiszpanów, Saharyjczycy mieli łatwy dostęp do pracy. Szacuje się, że na początku lat siedemdziesiątych już około siedemdziesięciu procent byłych nomadów mieszkało w miastach, pracując w handlu, administracji, rodzącym się przemyśle, a nawet w wojsku. Saharyjczycy byli właścicielami ponad połowy nieruchomości w miastach. W ciągu kilkunastu lat El Aaiún, Smara, Villa Cisneros, Ausert, La Güera z małych osad przerodziły się w tętniące życiem miasta, a zapomniana pustynna prowincja stała się jednym z najbogatszych rejonów Afryki. Według danych Banku Światowego z roku 1975 dochód krajowy na mieszkańca Sahary Hiszpańskiej wynosił 2550 dolarów. Dla porównania w tym samym czasie w Maroku 550 dola­rów, a w Mauretanii jedynie 350 dolarów. W Maroku dochód krajowy na mieszkańca osiągnął poziom 2000 dolarów dopiero w 2005 roku. Poziom życia w hiszpańskiej kolonii był nieporównywalnie wyższy niż w ościennych państwach. Domy miały elektryczność, kanalizację, miejskie ulice były oświetlone i czyste. Urządzenia takie jak lodówka, radio, telewizor czy pralka nie były niczym nadzwyczajnym. Większość rodzin posiadała auto, ludzie mieli dostęp do różnorakich artykułów, również tych bardziej luksusowych.

Na początku lat siedemdziesiątych sąsiadujące z Saharą Hiszpańską narody zaczęły postrzegać hiszpańską kolonię jako oazę dobrobytu. Mauretańczycy, Marokańczycy, a nawet Algierczycy zazdrościli Saharyjczykom poziomu życia i wolności, którą się cieszyli.

Inne książki tego autora