Afronauci

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

W serii ukazały się ostatnio:

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

Anna Mateja Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu

pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)

Misha Glenny Nemezis. O człowieku z faweli i bitwie o Rio

Adam Hochschild Lustro o północy. Śladami Wielkiego Treku

Kate Brown Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne

Drauzio Varella Klawisze

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 3 zmienione)

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Kryształowy fortepian. Zdrady i zwycięstwa Petra Poroszenki

Paweł Smoleński Wieje szarkijja. Beduini z pustyni Negew

Albert Jawłowski Milczący lama. Buriacja na pograniczu światów

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego (wyd. 2)

Mariusz Szczygieł Niedziela, która zdarzyła się w środę (wyd. 3)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 2)

Wojciech Górecki Toast za przodków (wyd. 2)

Jonathan Schell Prawdziwa wojna. Wietnam w ogniu

Wojciech Górecki Planeta Kaukaz (wyd. 3)

Janine di Giovanni Tamtego ranka, kiedy po nas przyszli. Depesze z Syrii

Wolfgang Bauer Porwane. Boko Haram i terror w sercu Afryki

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Anna Pamuła Polacos. Chajka płynie do Kostaryki

Paweł Smoleński Pochówek dla rezuna (wyd. 3)

Bartek Sabela

Afronauci

Z Zambii na Księżyc


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt układu typograficznego Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Bartek Sabela

Copyright © by Bartek Sabela, 2017

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Iwona Łaskawiec / d2d.pl, Katarzyna Rycko / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-507-4

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Część I

Część II

Bibliografia

Przypisy

Kolofon

Rodzicom

Nie jestem Afrykaninem dlatego, że urodziłem się w Afryce, lecz dlatego, że Afryka urodziła się we mnie.

Kwame Nkrumah (tłum. Bartek Sabela)

Jakaż inteligentna istota, jakie istnienie zdolne do emocjonalnych uniesień może patrzeć na postrzępiony, srebrzysty sierp Księżyca drżący na błękitnym niebie nawet poprzez najsłabszy z teleskopów i nie zostać uderzonym w bezgranicznie przyjemny sposób, nie poczuć się odciętym od mozołu ziemskiej codzienności i przeniesionym daleko na ten pierwszy z przystanków niebiańskich podróży? Jaka wrażliwa dusza mogłaby spoglądać na lśniącego Jowisza z jego czterema satelitami lub na wspaniałego Saturna otoczonego tajemniczymi pierścieniami, lub na podwójną gwiazdę mieniącą się odcieniami purpury i szafiru pośród bezkresu nocy i nie być ogarnięta poczuciem zachwytu? Tak, w rzeczy samej, jeśli ludzkość – od skromnych rolników na polach i strudzonych pracowników w miastach, przez nauczycieli, ludzi zamożnych, którzy wspięli się na szczyty sławy i bogactwa, po nawet najbardziej frywolne kobiety – jeśli oni wszyscy byliby świadomi, jak głęboka, wewnętrzna rozkosz czeka na wpatrujących się w niebo, wtedy Francja, więcej, cała Europa wypełniłaby się teleskopami, a nie bagnetami, skutkiem czego byłaby powszechna szczęśliwość i pokój.

Camille Flammarion (tłum. Bartek Sabela)

Część I

1

Siedzi naprzeciwko mnie. Wyprostowany, jakby na baczność, trochę jak uczeń w szkolnej ławce, skarcony przez nauczyciela. Ubrany w dwurzędową marynarkę, spod której wystaje zszarzała koszula z obgryzionym kołnierzykiem, ściśnięta mocno kolorowym krawatem. Ta ciemnozielona marynarka, o kilka numerów za duża, z rękawami, które gdy wstanie, sięgają mu niemal do kolan, z błyszczącymi guzikami i z mozaiką plam, to jego jedyne odświętne ubranie. Do kościoła, do fotografii czy na ważne spotkanie, jak to dziś. Zresztą ubiera się tak zawsze, gdy się spotykamy. Do tego wkłada ogromne spodnie w prążki i za duże, koślawe, skórzane kamasze. Tak, można by powiedzieć, że wygląda śmiesznie, nawet komicznie, jak bohater kreskówki albo filmu. Jego dłonie z długimi, smukłymi palcami spoczywają nieruchomo na udach, ledwo wystając z rękawów marynarki. Jej połami mógłby się zawinąć ze dwa razy. Galowej prezencji dopełniają medale dyndające w klapie. Dwa błyskające krążki jakiegoś taniego metalu, jeden mniejszy, drugi większy, z kawałkiem materiału w kolorach zambijskiej flagi. Duma. I honor.

Siedzi nieruchomo na plastikowym krześle pod ścianą i patrzy w okno, przez które wpada do pokoju melodia niedzielnego, leniwego poranka. Świergot ptaków, szelest drzew, uporczywe bzyczenie grubych much. Jakiś wrzask dzieciaków grających w piłkę lub klakson auta przedzierającego się przez gęste uliczki sąsiedztwa. Żółta firanka w pasiaste wzory popychana podmuchami październikowego wiatru wydyma się czasami jak wielki żagiel i wtedy przysłania mi na chwilę jego postać. Patrzę na niego długie minuty. Jego czarna twarz zwrócona w stronę okna łapie promienie światła. Rozmawiamy już którąś godzinę w tym pokoju, ale teraz, w tej ciszy, wszystko nagle się zatrzymało. Widzę tę scenę jak w jakimś zwolnionym filmie. Nagromadzenie sekund, minut, powolnych, niewypełnionych żadnym działaniem, żadnym wydarzeniem czy słowem. Jedynie odległym wspomnieniem, cichą emocją, starczą reminiscencją. Może marzeniem. Lub ciekawością. Rozglądam się po pokoju, by nie naruszyć tej kruchej chwili refleksji. Po jego niebieskich ścianach, brudnych, ulepionych, ulanych, oskrobanych, z lamperią z olejnej farby. Po podłodze przykrytej ceratą w czarno-białe geometryczne wzory niczym podłoga w pałacu lub bogatej kamienicy. Patrzę na stary telewizor stojący na drewnianym stoliku i na stertę pozwijanych kabli rozpaczliwie próbujących doprowadzić do niego prąd. Myślę, że te sterty gazet, papierów i zapisków przykrytych koronkowym obrusem to może być całe jego życie. Całe życie. Dalej za nim kalendarz, aktualny, z galopującym rumakiem, a ponad nim ulotka z ostatnich wyborów. Zerka z niej na tę naszą scenę Edgar Chagwa Lungu – wygląda sympatycznie, ponoć dobry z niego prezydent, choć ulica mówi, że ma złych doradców i pije. Nic nadzwyczajnego w Afryce. Patrzę na drzwi z dykty, w których ktoś wykopał dziurę, na brudne koszule wiszące na tychże drzwiach i na kołyszącą się nad nami lampę, która dawno nie miała w sobie żarówki. Chwilę dalej spotykam swój własny wzrok, odbity w dużym lustrze w ozdobnej, krzywej ramie, dziwnie niepasującej do tego pokoju. Obok niego kilka dokumentów, plakatów przyklejonych do ściany srebrną taśmą niczym w pokoju zbuntowanego nastolatka. A w rogu tego przedziwnego pomieszczenia, z ikony w iście bizantyjskim stylu patrzy na nas Najwyższy. Z rozłożoną księgą, złocistą aureolą, dobrotliwym uśmiechem i uniesioną w geście błogosławieństwa (lub ostrzeżenia?) dłonią.

 

On teraz uśmiecha się nieznacznie. Wielkie czarne usta odsłaniają spore żółte zęby. Może coś sobie przypomniał? Albo roześmiał się w duchu? Psychologowie twierdzą, że wraz z wiekiem maleje emocjonalne nasycenie naszych wspomnień, zwłaszcza negatywnych. Blakną, płowieją, toną. Na wierzchu unoszą się te pozytywne, miłe, może nawet lekko przylukrowane, wyidealizowane i oszlifowane czasem. Zresztą w pewnym momencie już trudno określić, co naprawdę się wydarzyło, a co dopisała nasza wyobraźnia. Ale choć logika wskazywałaby inaczej, z jakiegoś względu ludzie po sześćdziesiątce lepiej pamiętają wydarzenia z okresu, gdy mieli od dziesięciu do trzydziestu lat. Taki sprytny mechanizm pozwalający nam w jesieni życia bardziej optymistycznie spojrzeć na nasze dotychczasowe dokonania, sięgnąć nostalgicznie do czasów młodości, odnaleźć zapomniane szuflady wspomnień.

– Ojciec zmarł 4 marca 1989 roku w lokalnym szpitalu. – Ożywia się nagle, odwraca od okna, śmieje. – Ale zanim umarł, powiedział do lekarzy: „Wy, doktorzy i pielęgniarki, nie znacie się na nauce! Nic o niej nie wiecie!”. Krzyczał: „Idźcie się douczyć, bo nie umieliście mnie wyleczyć! Jestem bohaterem, bojownikiem o wolność i naukowcem! A teraz odchodzę, bo naukowiec nigdy nie umiera, on tylko odchodzi!”.

10 marca na pierwszych stronach zambijskich gazet można było znaleźć takie tytuły: „Bohater pochowany” albo: „Wojownik odszedł na spoczynek”. Dziennik „Times of Zambia” pisał: „Dźwięk trąb, salwy z broni palnej oraz płomienne przemówienia prezydenta Kaundy i przewodniczącego South West Africa People's Organization Sama Nujomy żegnały weterana walki o wolność pułkownika Edwarda Mukukę Nkoloso, który wczoraj odszedł na wieczny spoczynek”. W „Daily Mail” artykuł zaczynał się słowami: „Prezydent Kaunda poprowadził wczoraj kondukt żałobny tysięcy ludzi na pogrzebie weterana, polityka, aktywisty, pułkownika Mukuki Nkoloso na cmentarzu Leopards Hill”. Na zdjęciu w „Times of Zambia” elegancka trumna wynoszona jest właśnie z katedry Świętego Krzyża w Lusace. Na schodach kościoła dziesiątki wojskowych oficjeli w ciemnych okularach i galowych mundurach, za nimi przedstawiciele rządu, premier, ministrowie, zagraniczni goście oraz kościelni dygnitarze.

„To wielka strata nie tylko dla Zambii, ale i dla całej Afryki. Jak bardzo bym pragnął, by on nadal żył i mógł zobaczyć niepodległość Namibii, która nadejdzie nieuchronnie. Mówię temu wielkiemu synowi Afryki, że walka trwa nadal, a zwycięstwo jest pewne!” – przemawiał nad grobem pułkownika Nkoloso Sam Nujoma, wznosząc wysoko zaciśniętą pięść w symbolicznym geście znanym na całym kontynencie. Rok później został pierwszym prezydentem wolnej Namibii.

„Daily Mail” zilustrował artykuł zdjęciem, na którym grupa wojskowych składa do grobu trumnę przykrytą zambijską flagą. W tle, po charakterystycznych białych włosach, można rozpoznać prezydenta Zambii Kennetha Kaundę. Zaraz weźmie garść ziemi, by wrzucić ją do grobu, a chwilę potem zaintonuje swoją ulubioną pieśń:

Tiyende pamodzi ndim’tima umo

A yuthi tiye Limbo moyo

Tiyende pamodzi ndim’tima umo

A yuthi tiye Limbo moyo

Tiyende pamodzi ndim’tima umo

Tioloke Limpopo ndim’tima umo

Comex Tiyende, Limbo Moyo

Tioloke Limpopo ndim’tima umo

Comex Tiyende, Limbo moyo

Tiyende pamodzi ndim’tima umo

Śpiewano ją w Zambii w czasach walki o niepodległość, w latach sześćdziesiątych i pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku. To nie jest hymn – podniosły, smutny. To po prostu piosenka – wesoła, skoczna. Kaunda często sam grał ją na gitarze, niektórzy nawet mówią, że ją skomponował. Dziennikarze będący tego dnia na cmentarzu opisali prezydenta jako wyjątkowo zasmuconego i przygnębionego. Ponoć kilkakrotnie wybuchał płaczem. Wtedy prosił zgromadzonych, by śpiewali Tiyende pamodzi, bo tylko to przynosiło mu ulgę.

Żegnano przyjaciela, opłakiwano członka rodziny, oddawano honor partyzantowi, wojownikowi, wspominano polityka, członka rządzącej partii United National Independence Party (UNIP).

Ale nikt nie żegnał naukowca.

2

Ale to dopiero później. Najpierw była fotografia. A właściwie cały cykl kwadratowych, kolorowych zdjęć, które przykuły przypadkiem moją uwagę. Na nich na poły baśniowa, na poły realna wizja kosmicznych podróży. Te fotografie śmiało mogłyby być ilustracjami Bajek robotów Stanisława Lema. Na jednej z nich astronauta we wzorzystym stroju i szklanej bańce na głowie przytula się czule do słonia. Na innej ta sama postać przedziera się dziarsko przez wysokie afrykańskie zarośla. Na jeszcze innej widać marzycielsko zamyślonego czarnego chłopca, który siedzi w obskurnym pokoju. Do odrapanych ścian poprzylepiane są świecące gwiazdki. Na biurku, przed chłopcem, stoi papierowa rakieta kosmiczna.

Seria fotografii, pięknie wydana w postaci książki-albumu, nosiła tytuł Afronauts. „W 1964 roku zambijski nauczyciel Edward Mukuka Nkoloso postanowił wyszkolić pierwszą afrykańską załogę, która poleci w Kosmos” – zaczynał się krótki opis zdjęć. Byłem pewien, że to fotoreportaż. Że bohaterami zdjęć są osoby, które faktycznie były zaangażowane w te intrygujące i zupełnie nieznane mi wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat. Że to taka podróż w czasie, barwna retrospekcja, w której biorą udział ci sami ludzie, którzy pół wieku temu rzekomo wpadli na tak śmiały pomysł. Nie wiem, dlaczego tak pomyślałem, ale wydawało mi się to zupełnie naturalne. Skontaktowałem się z autorką zdjęć, hiszpańską fotografką Cristiną de Middel. Ku swojemu rozczarowaniu dowiedziałem się, że zdjęcia zostały zaaranżowane w Europie z udziałem przyjaciół i znajomych autorki, a sama de Middel nigdy nawet nie pojechała do Zambii.

3

Obawiałem się, że go po prostu nie znajdę. Że mimo wielu tygodni, które miałem spędzić w Lusace jesienią 2015 i wiosną 2016 roku, nie odszukam go w gęstwie drobnych ulic i uliczek wyglądających na mapie jak potłuczona szyba samochodowa. Ale odnalazłem go już pierwszego dnia, zupełnie przypadkiem, w dwumilionowym afrykańskim mieście, choć wiedziałem jedynie, jak wygląda i że nazywa się tak samo jak ojciec, Edward Mukuka Nkoloso.

– Wiem, gdzie mieszka syn tego człowieka. Chcesz pojechać? – usłyszałem. Szczęście przybrało niespodziewanie postać tęgiego mężczyzny, który zza mych pleców patrzył na to samo zdjęcie w Archiwach Narodowych w Lusace. Był na nim Edward Mukuka Nkoloso, roześmiany, w ekscentrycznym stroju, obok poważnego, ubranego w garnitur Kennetha Kaundy.

Chwilę później byliśmy gdzieś na południu miasta. Skręciliśmy w uliczkę, na której wrak spalonego auta zawalał przejazd. Na drutach wysokiego napięcia dyndały powiązane sznurówkami dziecięce buty. Sądząc po ilości, to ulubiona rozrywka tutejszych dzieciaków. Człowiek, który mnie tu przywiózł, wskazał na jedno z domostw. Ledwo je było widać zza rozrośniętych krzaków i ogrodzenia z trzciny. Przed domem stał mały sklepik sklecony z dykty i blachy, na nim widniał duży czarny napis „Thanks Be To God". Dzięki Bogu można tu kupić coca-colę, jabłka, ryż. Za skrzypiącą stalową bramą było niewielkie, zarośnięte podwórko, na którym walały się resztki jedzenia, śmieci i góra obierków po kukurydzy. Kilka kur uciekło przed nami w popłochu. W cieniu jednego z drzew siedziała stara kobieta, której z początku zupełnie nie zauważyłem. Jej popękana, brunatna skóra stapiała się z korą drzewa, a ostre cienie południowego słońca rozmazywały kształty zawiniętej w barwną chustę postaci. Tylko delikatny ruch ręką i ciche słowa powitania zwróciły moją uwagę. A więc to był dom człowieka, którego szukałem. Zapukaliśmy. Raz, drugi, piąty. W końcu dał się słyszeć szczęk zamka i stalowe drzwi lekko się uchyliły, a w ciemnym wnętrzu dostrzegłem zarys czarnej twarzy i oczy mrużące się od ostrego światła. Od razu wiedziałem, że to on. Człowiek, który mnie przywiózł, wymienił z nim kilka zdań w języku bemba. Nic nie rozumiałem, ale od razu było jasne, że coś jest nie tak. On sprawiał wrażenie zdenerwowanego, wręcz urażonego. Wyłapałem pojedyncze słowa, zapewne celowo wypowiedziane po angielsku. Europe, white, not nice, not good, no time. Mężczyźni coś sobie tłumaczyli, ale on potrząsnął głową w geście niezadowolenia i powoli przymknął drzwi, chowając się w mroku domu. Na mnie w ogóle nie patrzył. Jego wzrok był wbity w ziemię. Desperacko włączyłem się do konwersacji w nadziei, że bezpośrednia rozmowa coś zmieni. Wytłumaczyłem, kim jestem i po co przyjechałem, ale odpowiedź była krótka:

– Nawet w Europie nie przychodzi się do czyjegoś domu bez zapowiedzi. Nie chcę tu żadnych białych dziennikarzy, proszę opuścić mój dom.

Dopiero w hotelu uświadomiłem sobie, że nie miałem pojęcia, gdzie byłem. W swym niedowierzaniu z powodu nagłego, przedwczesnego spotkania i rozczarowany jego przebiegiem, nie zanotowałem ulicy, nie zapytałem o nazwę osiedla. Wiedziałem tylko tyle, że to najprawdopodobniej Chilenje. Dom, w którym byłem, wyglądał na taki sam jak tysiące innych, które mijałem po drodze. Spojrzałem na mapę i rozpaczliwie próbowałem sobie przypomnieć, jak jechaliśmy, gdzie skręcaliśmy. Na próżno. Chilenje to ogromna część południa Lusaki. Cała wypełniona małymi domami, poszatkowana krótkimi uliczkami. Zacząłem przeglądać notatnik i wydzwaniać pod wszystkie lokalne numery, jakie udało mi się zdobyć jeszcze w Polsce. Do ludzi, którzy mogli pomóc, załatwić, sprawdzić. Odebrała tylko jedna osoba.

4

Cuthbert Kolala zjawia się nagle. Przerażona recepcjonistka puka do mojego pokoju i mówi, że mam gościa. Zamykając za sobą drzwi, na krótką chwilę się zatrzymuje i dodaje, że ów gość jest bardzo dziwny, przestraszyła się go. Nie wiem, kogo się spodziewać. Owszem, rozmawiałem z panem Kolalą wcześniej przez telefon. Kilkakrotnie nawet, ale nie jestem pewien, czy się w ogóle zrozumieliśmy przez skrzeczące połączenie między kontynentami, gdy dzwoniłem do niego przed przyjazdem. A teraz on siedzi na kanapie w holu skromnego hotelu w Lusace. Witam go serdecznie, ściskamy sobie dłonie, pozdrawiamy się, by rozładować wiszącą w powietrzu niepewną atmosferę. On powściągliwy, niezbyt wylewny, żeby nie powiedzieć: oschły. Siadamy obok siebie. Zapada długa cisza. Zastanawiam się, który z nas – ja jako przybysz czy on jako gospodarz i starszy człowiek – powinien ją naruszyć. Zaczynam. Mówię, że cieszę się, że udało nam się spotkać. Ale on nie słucha, patrzy tylko przed siebie. Czuję, że moje słowa przelatują obojętnie obok jego uszu.

– Wierzysz w Boga? – pyta w końcu stanowczym głosem. W tym pytaniu nie ma choćby cienia życzliwości. Pyta jak zniecierpliwiony urzędnik na godzinę przed zamknięciem biura. – Zanim zaczniemy rozmawiać, powiedz, czy wierzysz w Boga.

Dopiero teraz nawiązuje ze mną kontakt wzrokowy. Świdruje mnie swoimi przekrwionymi, wyłupiastymi oczami, gotowy wyłapać każde zawahanie, każdy fałsz. Co ma odpowiedzieć w takiej sytuacji człowiek, któremu do Kościoła jest dalej niż z Warszawy do Lusaki? Wiem, że od mojej odpowiedzi zależy bardzo dużo, być może wszystko. Wspinam się więc szybko na wyżyny dyplomacji i stosunków międzynarodowych, bo domyślam się, że zwykłe „tak” wypowiedziane bez przekonania może nie wystarczyć. Zastanawia mnie tylko, o jakim Bogu on mówi. Katolickim? Protestanckim? Może jeszcze o jakimś innym, nieznanym mi?

– Oczywiście. Jestem katolikiem z dziada pradziada. Jan Paweł II był z Polski.

Nieładnie kłamać. Zwłaszcza w sprawach tak zasadniczych jak wiara, ale czuję, że w obecnej sytuacji nie mam wyjścia. Szczera odpowiedź mogłaby zakończyć moją pracę w Zambii. Zresztą, na uspokojenie tłumaczę sobie od razu, że Bóg a Kościół to dwie różne sprawy i w zasadzie nie mam powodów do wyrzutów sumienia. Sroga twarz pana Kolali zaczyna lekko się rozluźniać, rysuje się na niej poczucie ulgi, które udziela się także mnie. Wszystko wygląda na to, że trafiłem, wierzę w odpowiedniego Boga.

 

– To pomódl się ze mną teraz.

Prosi, byśmy stanęli naprzeciw siebie i złapali się za ręce. Egzotyka tej niespodziewanej sytuacji wręcz mnie uwodzi. To jak jakiś rytuał inicjacyjny, przepustka konieczna, by zrozumieć ten świat. On zaczyna. Dziękuje, wzywa, prosi, zaklina, wyraża wdzięczność i uwielbienie. Jest teraz niczym ksiądz Bashobora z Ugandy, który na Stadionie Narodowym przemawiał do tysięcy wiernych. Kiedy trzeba – spokojny, delikatny, wyważony. Ale potrafi tupnąć, uderzyć ręką w stół, dać upust pasji, dać się porwać emocjom. Uznaję, że lepiej będzie, jak zamknę oczy. I jak chwycę pana Kolalę mocniej za dłonie. On kontynuuje, niesiony falami natchnienia jak dziewiętnastowieczny poeta. Mówi o długiej walce, więzieniu, krzywdzie. A najwięcej o Bogu, któremu wszystko zawdzięcza. Ze słów wynika, że Jego sprawką jest także moja obecność w Zambii. To chyba dobrze. Czuję się w obowiązku dorzucić do naszej modlitwy kilka skromnych wersów. Korzystając z pauzy, zaczynam improwizować po polsku ekumeniczną modlitwę, łączącą wszystkie wersy Aniele Boży, stróżu mój, Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo, jakie pamiętam z koszmarnie odległych lekcji religii. Im więcej mówię o Bogu, o Janie Pawle II, tym lepiej. Im więcej wyrazów typu „ojczyzna”, „naród” (te celowo wypowiadam po angielsku), tym mocniej trzymamy się za ręce. Widzę, że momentalnie kiełkuje w nim ziarno zaufania, być może nawet jakiejś drobnej sympatii. Czarna twarz rozpromienia się, gdy padają słowa „Polska”, „Zambia”. Hotelowy pokój pęka w szwach od patosu. On cieszy się, po chwili wyrzuca swoje i moje ręce w górę, podskakuje, macha rękoma i przybija mi zamaszystą piątkę jak w hiphopowych teledyskach. Zapewnia, że we wszystkim pomoże, wszystko załatwi. I że tylko on potrafi namówić człowieka, którego szukam, na rozmowę.

– Amen! – mówi. Nie jest to zwykłe „amen”, ciche, wstydliwe i smutne. To „amen” afrykańskie, przeciągłe, głośne, egzaltowane. Z akcentem na „a”, pełne nadziei i wypełnione wiarą aż po brzegi.

Następnego dnia przyjeżdża punktualnie o siedemnastej, dokładnie tak, jak się umówiliśmy. Ubrany paradnie – garnitur, spodnie w kant, biała koszula, buty na obcasie i białe skarpetki. Niczym Michael Jackson, gdy jeszcze był czarny. Pod pachą skórzany neseser wypchany dokumentami. Zaczynamy oczywiście od modlitwy. Modlitwa stanie się punktem obowiązkowym każdego naszego spotkania. Czasami będziemy ją powtarzać kilka razy dziennie w rozmaitych okolicznościach: w aucie, stojąc w korku, w budynku rządowym, czekając na spotkanie, w supermarkecie, pochylając się nad talerzem frytek. Gdy już siedzimy rozluźnieni, gotowi do rozmów o naszej pracy, on, jakby od niechcenia, przypadkiem pyta, jakiego jestem wyznania. Byłem przekonany, że mamy to już wyjaśnione, ale przypominam, że katolik, że Jan Paweł II i że Polska. W odpowiedzi słyszę, że on jest wyznania mojżeszowego, to stara wiara, fundament wiary. Dopiero teraz zauważam, że jego czarną głowę przykrywa jarmułka wyszywana w dawidowe gwiazdy.

– Przez czterdzieści lat żyłem jak ślepiec – wyznaje Cuthbert Kolala. – Nie znałem za bardzo Starego Testamentu. A tam jest wszystko. To tak, jakby zapomnieć o swoich rodzicach, o swoim pochodzeniu. Naszym pochodzeniem jest Bóg Izraela, a sam Izrael to najwspanialszy kraj. Kiedyś mój przyjaciel zaprosił mnie na spotkanie. I już nigdy nie wróciłem do anglikanizmu. Teraz jestem żydem.

Pytam go, czy był w Izraelu. Nie był. Kładzie na stole swojego starego laptopa. Włącza go, zaczyna czegoś szukać.

– Chciałbym zobaczyć teraz minę Welensky’ego[1]. Czarnuch, który umie obsługiwać komputer! Założę się, że skurwiel zadzwoniłby prosto do królowej! – Znów ma iskry w oczach, jak wtedy, gdy ponosi go modlitwa. – Ten komputer to jest to, o co walczyliśmy.

Po paru minutach na ekranie pojawia się niebieski pulpit zawalony dokumentami i zdjęciami. Kolala twierdzi, że w tym laptopie ma wszystko, co mu potrzebne, czyli Stary i – ku mojemu zdziwieniu – także Nowy Testament. Z nieskrywaną dumą włącza program o nazwie e-Sword. The Sword of the LORD with an Electronic Edge. Star Wars, myślę sobie. Potem czytam na stronie producenta, że aplikację pobrało już ponad trzydzieści pięć milionów ludzi w dwustu trzydziestu pięciu krajach świata. Można dzięki niej studiować Biblię w różnych językach, przeszukiwać, porównywać wersje ewangelii, psalmów, przypowieści, listów, wersów. Pan Kolala tymczasem, wciąż rozprawiając o Bogu, wyciąga z reklamówki kilka kartek. Z namaszczeniem rozkłada na stole parę pożółkłych zdjęć. Jedno z Kennethem Kaundą, stare, czarno-białe, pewnie z lat siedemdziesiątych. Drugie już kolorowe. Widać na nim jakąś uroczystość, świtę dostojników z orderami. Pokazuje palcem siebie – stoi tuż za Levym Mwanawasą, ówczesnym prezydentem Zambii, i niedaleko Paula Kagamego, prezydenta Rwandy. Z kieszeni marynarki wyjmuje ordery, kładzie obok zdjęć. Jest w tym wszystkim bezczelnie pewny siebie. Ale jednocześnie nie potrafi zagrać tak dobrze, bym nie wyczuł kompleksów skrywanych za fasadą politycznych osiągnięć i życiowych sukcesów. Teraz sięga po telefon, kieruje ekran w moją stronę i bez słowa pokazuje listę kontaktów. Pyta, czy chcę do kogoś zadzwonić, może do prezydenta albo któregoś ministra?

– Do prezydenta lepiej nie – prostuje szybko. – KK[2] ma już dziewięćdziesiąt jeden lat i zapewne śpi o tej porze, nieładnie byłoby go budzić.

Ale dzwoni na pokaz do jednego z ważnych polityków, którego imię i nazwisko – Sikota Wina – w tym momencie jeszcze nic mi nie mówi. Rozmawia z nim jak ze starym kumplem, zerkając co chwila w moją stronę, czy na pewno podziwiam. Skończywszy rozmowę, wyjmuje z papierów swoje CV. Curriculum vitae bojownika o wolność. Mówią w Zambii o nich Freedom Fighters. Czyli weterani ruchów narodowowyzwoleńczych z lat pięćdziesiątych i początku sześćdziesiątych. Przerzucając kartki, pan Kolala pokazuje mi, co, gdzie, jak, z kim, ile, w którym więzieniu i dlaczego. Od czasu do czasu pyta się, czy teraz widzę, z kim mam do czynienia.

Prosi mnie, bym wziął kartkę, długopis i pisał to, co on podyktuje. Na skrawku papieru spisujemy kontrakt, w którym w bardzo formalnych, wyniosłych, acz pokracznie brzmiących słowach ja jako „szef” zobowiązuję się do współpracy z nim, zatrudnionym na stanowisku Research Assistant. Warunki, cele, terminy zostają określone szczegółowo jak między dwoma brytyjskimi dżentelmenami. Dochodzimy do kwestii wynagrodzenia. Proponuję dwieście pięćdziesiąt dolarów, próbując wyczytać w oczach błysk radości albo grymas rozczarowania. Jednak to drugie. Pyta, czy to za jeden wywiad, czy za całą pracę, i kręci głową zawiedziony, choć pieniądze, które proponuję, to dość pokaźna suma w Zambii, dla wielu doskonała miesięczna pensja. Chodzi przecież jedynie o pomoc w dotarciu do kilku osób. W końcu mówi, usprawiedliwiając swoją zgodę:

– OK. To jest kwota podyktowana przez Boga, nie mogę się nie zgodzić.

Zresztą wszystko według pana Kolali jest podyktowane przez samego Boga. Obawiam się tylko, jaką cenę Bóg zasugeruje jutro za auto pana Kolali, bo ów wielokrotnie podkreślał, że auto to odrębna sprawa. Też staram się wspominać o Bogu jak najczęściej, widzę, że wtedy rozmowa lepiej nam się klei, nawiązujemy nić porozumienia. Poza tym Bóg może być argumentem ostatecznym, z którym dyskutować nie wypada. Zatem podpis. Pan Kolala mówi, że jestem zesłany przez Wszechmogącego. Że jedynie On mógł to zrobić. Amen.

– Mukuka Nkoloso jest nieufny, zbyt wielu ludzi próbowało go oszukać – zaczyna ni stąd, ni zowąd pan Kolala. – Będzie mówił tylko przy mnie. O jego ojcu nikt dziś nie pamięta, a on żyje w nędzy. Ale jak pojedziemy razem, to będzie chciał rozmawiać.

Nie wierzę. Od samego początku czuję, że pan Kolala nie jest szczery i po prostu gra ze mną jak sprzedawca na targu. Ale załóżmy, że to prawda. Zatem druga próba. Znów Chilenje, znów uliczka, czerwony sklepik i podwórko. Warkot trzydziestoletniego białego forda ze sportowym wydechem płoszy wszystkie okoliczne psy, koty i kury. Nawet dzieciaki nieruchomieją, gdy parkujemy tego starego grata pod sklepikiem. Pan Kolala jednak czyni cuda. Mukuka Nkoloso, który kilka dni wcześniej wyprosił mnie z domu, już od progu wita nas z otwartymi ramionami, uśmiechnięty i życzliwy. Wygłasza formalne powitanie, jakby trenował całą noc:

– Witamy pana w domu rodziny Nkoloso w Lusace. Ja, Mukuka Nkoloso, doktor – pauza – głowa tego domu, pierworodny syn bohatera – pauza – bojownika o wolność, wyzwoliciela Afryki. Stoję w imieniu jego, ale także innych kombatantów. Jestem zaszczycony, że będę mógł panu przekazać informacje!

Chwilę później jedziemy w trójkę białym fordem przez ulice Lusaki. Kolala oczywiście w jarmułce, Nkoloso w bejsbolówce z napisem „JESUS”.

– Ci ludzie, z którymi przyjechałeś za pierwszym razem, to żadni przyjaciele – wyjaśnia Mukuka Nkoloso sytuację sprzed kilku dni, gestykulując swoimi długimi palcami. – To zwykła policja. A ja policji nie lubię. Węszą, szpiegują, chcieliby wszystko wiedzieć. Co Nkoloso robi? A kto Nkoloso odwiedza? A o czym Nkoloso opowiada?

Hałas starego forda nie daje dalej rozmawiać, wyłapuję tylko strzępki słów, i tak trudnych do zrozumienia, bo wymawianych z bardzo silnym afrykańskim akcentem. Patrzę na Mukukę Nkoloso z tylnego siedzenia. Od razu jakoś podskórnie go lubię. W przeciwieństwie do pana Kolali. Jest w nim coś szczerego, radosnego, naiwnego i przepełnionego wiarą. Coś, co widziałem na zdjęciach jego ojca.

Inne książki tego autora