Szalona miłość. Chcę takiego jak PutinTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Prolog: Matrioszka z Putinem

1. Putin z bliska

2. Gra z Putinem

3. Szalona miłość

4. Show Putina

5. „Sewastopolska bomba”

6. Kobiety Putina

7. Święta wojna Rosjan

8. Made in USSR

9. Goodbye, America

10. Czeczeński tygrys Putina

11. Związek z wyrachowania

12. Mumia Lenina

13. Putin 4.0

Epilog: Putin forever

Przypisy

Opieka redakcyjna: KRZYSZTOF LISOWSKI, PIOTR TOMZA

Redakcja: JOANNA ZABOROWSKA

Konsultacja: prof. HENRYK GŁĘBOCKI

Korekta: MARTA KOŁPANOWICZ, JOANNA MIKA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK

Projekt okładki: MAŁGORZATA FLIS

Zdjęcie na okładce: FREDRIK VON ERICHSEN, PAP / EPA

Opracowanie graficzne: KIR

Fotografie wykorzystane w książce: BARTŁOMIEJ KŁĘBOWSKI

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Barbara Włodarczyk

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07221-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

PROLOG

MATRIOSZKA Z PUTINEM

– Dlaczego matrioszka z Putinem jest cztery razy droższa od tej z amerykańskim prezydentem?

– Jak to dlaczego?! Ta z Putinem ma długi termin ważności. Wiele, wiele lat. A ta z Amerykańcem szybko się przedawni.


.

W 2018 roku Władimir Putin po raz czwarty został prezydentem, co zapewniło mu władzę w Rosji na prawie ćwierć wieku. Dłużej udało się rządzić tylko Stalinowi. Mogłoby się wydawać, że to będzie już ostatnia kadencja Władimira Władimirowicza, bo na więcej nie pozwalała konstytucja. Ale już wtedy nie brakowało opinii, że prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto wystąpi z inicjatywą poprawek pozwalających Putinowi zostać dłużej. Tym kimś okazała się Walentyna Tierieszkowa, pierwsza kobieta, która poleciała w kosmos.

Zmieniona w 2020 roku konstytucja daje Putinowi możliwość rządzenia do 2036 roku. Będzie miał wtedy osiemdziesiąt dwa lata.

– Odkąd pamiętam, to zawsze był Putin – stwierdza zadbana osiemnastolatka. Za rządów Putina wyrosło całe pokolenie, które nie bardzo wie, jak było za Jelcyna, a o Związku Radzieckim często w ogóle nie ma pojęcia.

– Do Putina już przywykliśmy, a jak przyjdzie ktoś inny, to zacznie wprowadzać nowe porządki – mówi staruszka z syberyjskiej wioski. Mieszka w nędznej chałupie bez wygód. – Najważniejsze, żeby nie było gorzej!

„Mój kraj oszalał!” – śpiewa znany rosyjski rockman Andriej Makarewicz. Jest na indeksie, bo w odróżnieniu od większości swoich rodaków krytykuje aneksję Krymu.

W Moskwie od lat krąży taki dowcip: Francuz ma żonę i kochankę. Kocha kochankę. Żyd ma żonę i kochankę. Kocha mamę. Rosjanin ma żonę i kochankę. Kocha… Putina. Żeby zobaczyć, jak to jest naprawdę z tą miłością, przejechałam tysiące kilometrów. Od Moskwy po daleką Syberię.

Poznałam z bliska życie opozycyjnej dziennikarki z Moskwy, emerytowanej wiejskiej pielęgniarki spod Tweru, rolnika spod Kurska, któremu udało się – jak mówi – wyjechać do „samej Ameryki”, ochroniarza z Krymu, nauczycielki z Tomska. Wiele godzin rozmawiałam ze studentami, pisarzami, prostymi ludźmi. Miałam też okazję przekonać się na własnej skórze, jaką moc ma Putin.

W tej książce odpowiadam na pytania, które stale słyszę, gdy wracam z Rosji. Dlaczego większości Rosjan nie zrażają do Putina ani brutalne rozpędzanie wieców opozycji, ani zabójstwa dziennikarzy i polityków, którzy krytykowali Kreml? Dlaczego, mimo konfliktu z Ukrainą i sankcji, jego pozycja w rankingach wciąż jest wysoka? Bo choć daleko mu do rekordu ponad 85 procent poparcia po aneksji Krymu, to nadal cieszy się akceptacją przeszło 60 procent swoich rodaków[1]. I wciąż nie brakuje takich, którzy wierzą w słowa jednego z urzędników Kremla, który powiedział: „Jest Putin, jest Rosja. Nie ma Putina, nie ma Rosji!”…

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1.

PUTIN Z BLISKA

Od Putina bije niezwykła energia. Tak twierdzi mistrzyni świata w boksie Natalia Rogozina, która siedziała przy nim na trybunie podczas jednego z turniejów. Nie mogę tego potwierdzić. Kiedy ja siedziałam obok Putina, czułam jedynie zapach dobrych kosmetyków, bo prezydent Rosji lubi drogie marki. Ale o tym za chwilę.


.

Putin jest „mały”. Pod względem wzrostu. Ma z metr siedemdziesiąt. Na pewno poniżej średniej dla mężczyzn w Rosji – w 2013 roku wynosiła ona metr siedemdziesiąt osiem. Na żywo wygląda jeszcze drobniej i szczuplej niż w telewizji. I coraz młodziej. Tak, tak! Na fotografiach z końca 1999 roku, kiedy to prezydent Jelcyn wyznaczył go na następcę, miał zmarszczki na czole, wory pod oczami i pociągłą twarz. A nie okrągłą i gładką jak dziś. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że ten niepozorny łysiejący mężczyzna stanie się wzorem męskości dla milionów Rosjanek, popukałabym się w czoło.

Putin ma idealną fizjonomię agenta wywiadu. Jak pisał były radziecki szpieg Wiktor Suworow w kultowej książce Akwarium, konfident nie może wyróżniać się wyglądem. Musi być przezroczysty. „Miłe, proste, robotniczo-chłopskie twarze, […] żadnych Jamesów Bondów”. Opis dotyczy co prawda funkcjonariuszy wywiadu wojskowego, ale podobne zasady obowiązywały najpewniej także tajniaków z KGB. A tym właśnie był Putin na placówce we Wschodnich Niemczech, gdzie pracował w latach osiemdziesiątych jako oficer werbujący agentów. Jak twierdzi Suworow, kandydaci do tajnej służby są długo obserwowani. Na przykład na lotniskach przy przekraczaniu granicy. Jeśli ktoś choć raz zwróci na siebie uwagę i zostanie skontrolowany przed wejściem do samolotu, bezapelacyjnie musi odpaść.

Nauczycielka Putina Wiera Gurewicz opowiada, że zawsze umiał się świetnie maskować. I potrafił ściągać jak nikt. Był w stanie zajrzeć do zeszytu sąsiada nie tylko z boku, lecz także z tyłu, i to w niezauważalny sposób.

Dobrze pamiętam dzień, w którym zobaczyłam Putina z bliska. Z daleka widywałam go na żywo nie raz. Chociażby na wielkich dorocznych konferencjach prasowych, gdzie zadawałam pytania. Opowiem o tym w kolejnych rozdziałach. To była styczniowa niedziela 2007 roku w Soczi, w oficjalnej rezydencji prezydenta. Wtedy nikt jeszcze nie wiedział, że kilka lat później gorący tropikalny kurort stanie się miejscem XXII Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Zabiegał o to osobiście Władimir Putin. Tuż po ogłoszeniu werdyktu w rosyjskim internecie pojawił się taki dowcip: Dlaczego na gospodarza zimowych igrzysk wybrano miasto bez obiektów sportowych i na dodatek w subtropiku? Bo lepsza olimpiada bez śniegu niż Europa bez gazu…

Soczi jest ulubionym kurortem Putina. Bodaj najulubieńszym spośród wszystkich dwudziestu miejsc, gdzie ma oficjalne rezydencje. Nic dziwnego. Soczi to góry Kaukazu i ciepłe morze w jednym. To przyroda, o jakiej w Egipcie czy Tunezji mogą tylko pomarzyć. Putin urzęduje tam zwykle od wiosny do jesieni. Jego oficjalna rezydencja mieści się nad samym morzem. Jest to pałacyk w stylu stalinowskiego klasycyzmu, z lądowiskiem dla helikopterów, przystanią jachtową, dwoma basenami i siłownią, bo Putin codziennie ćwiczy. Wszystko to jednak mały pikuś w porównaniu z jego prywatnym, tajnym czarnomorskim pałacem, wybudowanym na wzór Wersalu w mieście Gelendżyk. Tak twierdzi opozycja, której udało się sfilmować pilnie strzeżony i szczelnie ogrodzony obiekt.

Oficjalną rezydencję Putina też otacza wysoki mur z betonu i metalu. Nikt postronny nie ma szans, by się do niego zbliżyć. Stojące przed dojazdem do bramy patrole policji zatrzymują każdy pojazd. Nawet autobus, którym jadę z grupą dziennikarzy akredytowanych przez Kreml. Kilkaset metrów musimy przejść piechotą.

Jest koniec stycznia, ale temperatura wynosi ponad 10°C, i to mimo wczesnej pory. Idziemy na spotkanie Władimira Putina z Angelą Merkel. Jest zaplanowane na południe, ale nam kazano się stawić przed ósmą. Cała nasza grupa liczy niespełna pięćdziesiąt osób, przeważają dziennikarze z Rosji i Niemiec. Wszyscy niewyspani, zmęczeni podróżą i bez entuzjazmu. Kolejna oficjałka.

 

– O n pewnie jeszcze nawet nie wstał – mówi z sarkazmem jeden z rosyjskich dziennikarzy, głośno ziewając.

Nie jest tajemnicą, że Władimir Putin rzadko się budzi przed ósmą. Jak ujawniła rosyjska prasa, zwykle zaczyna pracę koło południa. Jest już wtedy po ćwiczeniach i lekkim śniadaniu, które zwykle składa się z omletu, kaszy ryżowej lub gryczanej i soku owocowego. Lubi też przepiórcze jaja. Wszystko musi być świeże i naturalne.

Informację o wyjeździe do Soczi dostałam cztery dni wcześniej. „Pojedziesz na spotkanie Putina z Merkel, bo będą rozmawiali o embargu na polskie mięso”. Od ponad dwóch lat byłam już korespondentką TVP w Moskwie i w mig potrafiłam zorganizować każdy wyjazd. Telefon do biura prasowego Kremla, ankieta akredytacyjna, rezerwowanie hotelu, bilety na samolot. Wszystko w biegu, w przerwach między przygotowywaniem codziennych relacji. Jak na złość skończyły mi się drukowane zdjęcia, a takie właśnie trzeba wziąć ze sobą. Sic! Na szczęście Moskwa nigdy nie śpi i w nocy bez problemu można znaleźć czynny zakład fotograficzny.

Przy wejściu na teren posiadłości przechodzimy dokładną kontrolę. Kieszenie, torby, telefony, sprzęt. Cieszę się, że zobaczę choć kawałek słynnej rezydencji, ale temat spotkania nie budzi mojego zapału. Od dwóch lat trwa rosyjskie embargo na polskie mięso. Zrobiłam o tym dziesiątki relacji. Moskwa wprowadziła je po tym, jak Warszawa wsparła pomarańczową rewolucję. „Putin nigdy tego nie zapomni Polakom, bo jest pamiętliwy” – mówił mi jeden z ekspertów, zanim jeszcze Rosja zastosowała restrykcje. Zwrot Kijowa na Zachód był policzkiem dla Putina, który od zawsze uważał Ukrainę za tradycyjną strefę wpływu Kremla. Poza tym Warszawa ostro krytykowała wówczas Nord Stream 1, a projekt ten był oczkiem w głowie Putina. Już wtedy mówiło się, że Polacy drażnią go jak mało kto. No, może poza Litwinami. I już wtedy mieliśmy złą prasę, która okrzyknęła nas niewdzięcznymi rusofobami. Ale było to zaledwie preludium do symfonii antypolskich wystąpień, jakie pojawiły się w 2019 i 2020 roku.

W pokoju przylegającym do sali konferencyjnej czekamy ponad trzy godziny. Nie wolno nam wyjść nawet do egzotycznego parku, z którego słynie rezydencja. Mój operator próbuje się zdrzemnąć. Nie ma szans, bo czy kto kiedy widział grupę dziennikarzy czekającą na coś w ciszy? Najgłośniejsza i najbardziej wyluzowana jest ekipa programu Wriemia, głównego dziennika telewizyjnego Rosji. Program ukazuje się bez przerwy od 1968 roku, pod niezmienionym tytułem i o niezmiennej porze, czyli o dwudziestej pierwszej. Putin jest w każdym wydaniu. Z małymi wyjątkami, ale edycje, w których go nie było, można policzyć na palcach jednej ręki. Wszyscy dziennikarze wiedzą, że ekipa Wriemii ma wszędzie fory i z zawiści nie szczędzą im drobnych złośliwości.

– Nie zapominajcie, że o n zaczyna przegląd prasy od czytania „Komsomolskiej Prawdy!” – przekomarza się korespondent bulwarówki wydawanej w milionach egzemplarzy. Ma rację. W jednym z wywiadów Putin przyznał, że popularna „Komsomołka” jest jednym z pierwszych punktów jego prasówki.

Tuż przed konferencją prasową wychodzi do nas rzecznik Putina Aleksiej Gromow. To on udziela głosu dziennikarzom.

– Rozumiem, że pozwoli mi pan zadać pytanie o embargo na polskie mięso – stwierdzam stanowczo.

Gromow jest nieco rozbawiony moją determinacją, ale grzecznie odpowiada, że nie ma takiej szansy.

– Ustalono, że będą tylko po dwa pytania od niemieckich i rosyjskich dziennikarzy – mówi. Tak też się dzieje.

Po zakończeniu konferencji Putin od razu wychodzi, a Merkel zostaje na sali, by udzielić ekskluzywnego wywiadu rodzimej stacji.

– Władimir Władimirowicz czeka na kanclerz obok, w bufecie dla dziennikarzy. Niech pani siada za nim, woła operatora i próbuje zadać swoje pytanie. – Słowa Gromowa padają adekwatnie do nazwiska, jak grom z jasnego nieba. Niewiele myśląc, łapię jakieś krzesło i ruszam w stronę bufetu. W mgnieniu oka wyrasta przede mną kilku ochroniarzy. Wcześniej w ogóle nie zwróciłam na nich uwagi. Niczym się nie wyróżniali. Gromow daje im znak, by mnie przepuścili. Siadam tuż za Putinem, który w otoczeniu kilku dobrze mu znanych kremlowskich dziennikarzy pije zieloną herbatę. Kawy nie lubi. Tak twierdzi były szef kuchni Kremla, Aleksiej Gałkin.

– Czekający na kogoś Władimir Władimirowicz to rzadki widok – zauważa operator. Fakt. Brak punktualności stał się wizytówką Putina. Spóźnia się regularnie i nie oszczędza nikogo. Królowa Anglii Elżbieta II czekała na niego czternaście minut, Barack Obama – czterdzieści, papież Franciszek – pięćdziesiąt, a Donald Trump ponad godzinę. Najdłużej kazał na siebie czekać Angeli Merkel w 2015 roku – cztery godziny i piętnaście minut! Niczym w znanym powiedzonku Aleksandra III: „Kiedy car łowi ryby, Europa czeka”…

Siedzę przy Putinie tak blisko, że mogę mu się uważnie przyjrzeć. Szaroniebieskie oczy, dość wydatna dolna warga, kwadratowe dłonie z krótkimi palcami, prosta złota obrączka, zegarek ekstrawagancko zapięty na prawym ręku. Chyba traktuje go jak ozdobę, skoro ciągle się spóźnia. Jest wyluzowany i pewny siebie. W 2007 roku ceny ropy są bardzo wysokie, ponad sto trzydzieści dolarów za baryłkę. Dzięki temu dochody Rosjan powiększają się kolejny rok z rzędu, a opozycja jest tak słaba, że na jej wiece przychodzi po kilkaset osób. Kiedy robiłam w tym czasie relacje z tzw. marszów niezgody w Moskwie, to dziennikarzy było więcej niż demonstrujących. Nie mówiąc już o policji i wojsku. Większy tłum można było wtedy zobaczyć przy wyjściu z metra w godzinach szczytu. Bo z podziemnej kolei w Moskwie korzysta dziewięć milionów pasażerów dziennie!

Czekam, aż operator ustawi kamerę, i staram się wyłapać jak najwięcej szczegółów wyglądu prezydenta. Ma świetnie skrojony garnitur. Tkanina dobrej jakości, markowy krawat, chyba od Valentino. Znana moskiewska projektantka Julia Dalakian twierdzi, że Putin w każdej sytuacji doskonale i stosownie się prezentuje. Robiłam o niej osobny reportaż, bo to ciekawa postać, która ubiera moskiewskie elity. Opowiadała mi, że kiedy Putin był jeszcze żonaty, dostała propozycję, by zadbać o wygląd pani prezydentowej. Odmówiła. Uznała, że Ludmiła Aleksandrowna jest pod względem mody niereformowalna. W odróżnieniu od Putina, który szybko docenił odzież najlepszych marek. Zaczął nosić luksusowe garnitury Kiton i Brioni. To jedne z najdroższych linii męskich ubrań, ich ceny dochodzą do pięćdziesięciu tysięcy dolarów za sztukę. Ma także świetne buty. Włoskie, robione ręcznie z najlepszych skór, na przykład marki Salvatore Ferragamo. Tę firmę lubi również Silvio Berlusconi. Rosjanie żartują, że panowie mają poza tym tego samego chirurga plastycznego, bo obaj wyglądają coraz młodziej i upodobniają się do siebie.

Do stolika podchodzi Angela Merkel. Na pierwszy rzut oka wydaje się potężniejsza od Putina. Ale chyba jednak nie…

– Przyszłam powiedzieć, że jestem gotowa – mówi bezbłędnie po rosyjsku. Dziennikarze są tym zaskoczeni, ale Putin wcale. Widocznie wcześniej już nie raz rozmawiali po rosyjsku. Angela Merkel uczyła się go w szkole, a w nauce zawsze była pilna. Wygrała nawet olimpiadę języka rosyjskiego i w nagrodę pojechała na wycieczkę do Moskwy. Pani kanclerz uśmiecha się, nie dając po sobie poznać, że dwie godziny wcześniej przeżyła przykry incydent. Wszystko przez ukochanego psa Putina, wielką czarną labradorkę Koni. Suczka znienacka wbiegła na salę, gdzie toczyły się rozmowy. Merkel zastygła. Panicznie boi się psów, bo w dzieciństwie została przez nie pogryziona. Czyżby Władimir Putin o tym nie wiedział? Podobno asystenci Angeli Merkel przed każdą wizytą zaznaczają: żadnych psów!

Kelnerka stawia przed panią kanclerz filiżankę zielonej herbaty. Merkel podnosi ją i znowu zwraca się do Putina po rosyjsku:

– Bud’ zdarow!

„Na zdrowie!” Jej gest wywołuje konsternację. Dziennikarze z trudem powstrzymują śmiech. Toast herbatą w Rosji?!

Wykorzystuję zamieszanie, by zapytać o embargo. Putin lekko się do mnie odwraca i z uwagą słucha. Kątem oka patrzy, gdzie jest kamera.

– Nie jestem rzeźnikiem! – odpowiada bez chwili namysłu. W swoim stylu. Przekornie i cynicznie. Bo nawet komentatorzy z Rosji przyznawali, że embargo na polskie mięso miało podłoże polityczne. Że było odwetem. Drobne naruszenia sanitarne stanowiły jedynie pretekst. Moskwa niejednokrotnie, mając na pieńku z którymś z bliższych lub dalszych sąsiadów, w importowanej od nich żywności odnajdywała raptem związki „szkodliwe dla życia ludzkiego”. Jak na przykład w gruzińskiej wodzie mineralnej Borżomi, mołdawskich winach czy łotewskich szprotkach.

Putin słynie z tego, że jest cyniczny do bólu. W 2000 roku doszło do katastrofy atomowego okrętu podwodnego „Kursk”. Nikt nie przeżył. Zginęło stu osiemnastu marynarzy. Kiedy dziennikarz CNN zapytał, co się stało z łodzią „Kursk”, Putin stwierdził: „Utonęła”… Równie cyniczna była jego odpowiedź na pytanie o „zielone ludziki”, czyli rosyjskich żołnierzy w mundurach bez żadnych dystynkcji. Pojawili się na Krymie tuż przed aneksją. „To lokalne siły samoobrony” – odpowiedział Putin bez mrugnięcia okiem. I poradził osłupiałemu dziennikarzowi, by poszedł do sklepu i się przekonał, że podobne do rosyjskich mundury można kupić bez problemu. To się działo w marcu 2014 roku. Miesiąc później Putin przyznał, że to byli jednak żołnierze rosyjscy. Nawet nie tłumaczył się, dlaczego wcześniej skłamał.

Odpowiedź Putina na moje pytanie o embargo wywołuje uśmieszki na twarzach dziennikarzy z rosyjskiej telewizji.

– Ale sprytny, co? – słyszę za plecami pełen aprobaty szept jednego z nich.

Putin odpowiada mi, że nie on decyduje w tej sprawie, że to gestia służb weterynaryjnych, że ma nadzieję na rychłe rozwiązanie problemu itd., itp. Nic nowego. Nie przerywam wywodu, ale w myślach szykuję już ripostę. Między innymi to, że Unia Europejska podziela zdanie o politycznym charakterze embarga. Nie mam jednak szans na rozmowę. W sukurs Władimirowi Putinowi przychodzi Angela Merkel.

– Będziemy jeść? – pyta po rosyjsku.

Putin bezradnym gestem pokazuje mi, że musi kończyć. Oboje wstają i wychodzą.

– Barbaro, jesteś z nim na ty?! – Pytanie rosyjskiego dziennikarza zaskakuje mnie. Nie rozumiem, o co chodzi. Okazuje się, że Putin, zaczynając odpowiedź na moje pytanie, powiedział podobno: „Słuchaj, nie jestem rzeźnikiem”. Sama nie zwróciłam na to uwagi. Być może rzeczywiście rubasznie, w swoim stylu, użył słowa „słuchaj”, zamiast „słuchajcie”. Nie wiem. W świat poszła wersja „na ty” i dla kilku reporterów z rosyjskiej telewizji było to ważniejsze niż sama wypowiedź Putina. Do dzisiaj mnie to bawi. Gdyby ktoś miał jednak wątpliwości, oświadczam, że nie jestem z Putinem na ty! I nigdy nie byłam.

– Gdzie są łyżeczki do herbaty? – Kelnerka, która podawała filiżanki Merkel i Putinowi, jest bardzo zdenerwowana. Przyszła sprzątnąć ze stołu po ważnych gościach i od razu zauważyła, że brakuje łyżeczek. – Proszę je oddać! Są bardzo drogie! – mówi przerażona.

– Ma pani rację – odpowiada któryś z reporterów. – Ale nie dlatego, że dużo kosztowały. To bezcenna pamiątka. Relikwia…

O zaginionych łyżeczkach poinformowała rosyjska prasa. Gazeta „Moskowskij Komsomolec” wybiła to nawet w nagłówku. Relację ze spotkania Putina i Merkel w Soczi zatytułowała sensacyjnie: U prezydenta skradziono łyżeczki…

2.

GRA Z PUTINEM

Putin wygląda karykaturalnie i ma nieproporcjonalnie wielki nos.

– Ale pan potraktował prezydenta! – podpuszczam młodego sprzedawcę pamiątek obok placu Czerwonego.

Chłopak natychmiast wygładza dłonią T-shirt. Koszulka z wizerunkiem Putina niefortunnie zagięła się na środku portretu, fatalnie go zniekształcając.


.

– To przez to, że ciągle ktoś ogląda ten towar i nie nadążam ze składaniem – tłumaczy się sprzedawca.

T-shirty z Putinem leżą na eksponowanym miejscu straganu. Białe, żółte, szare, niebieskie, czerwone. Z Putinem w garniturze, w puchowej kurtce moro, w podkoszulku albo z gołym torsem na koniu. Są też T-shirty z Obamą, ale upchnięte po bokach. I tylko jeden wzór.

– Koszulka z d o b r y m prezydentem kosztuje tysiąc pięćset rubli, a z Barackiem Obamą dwieście. – Żenia, którego nagrywam do filmu, wyraźnie akcentuje słowo „dobry”. Robi to z przymrużeniem oka, bo lubi dowcipkować, ale inni traktują rzecz śmiertelnie poważnie.

– Dobrze mówi! Zuch! Bystrzacha z niego! – Sprzedawca podnosi kciuk w geście uznania, a kilku gapiów mu przytakuje.

 

Żenia ogląda T-shirt z wizerunkiem Putina w marynarskiej pasiastej koszulce i z nadrukiem: „Najbardziej uprzejmy człowiek”. To termin nawiązujący do aneksji Krymu. W Rosji „uprzejmymi” nazywają „zielone ludziki”, czyli rosyjskich żołnierzy w mundurach bez żadnych dystynkcji, którzy pojawili się na półwyspie w marcu 2014 roku.

– Przecież uprzejmi byli! – szelmowsko śmieje się Żenia.

– A jakże! – dodaje sprzedawca. – Nie krzyczeli, nie strzelali. Wszystko przejmowali szybko i bez słowa…

Żenia przykłada koszulkę do swego torsu i z żalem stwierdza, że jest za mała. Nie pomogło nawet wciągnięcie brzucha.

– Szkoda. Chciałbym mieć taką sylwetkę jak nasz prezydent. – Śmieje się.

– Weź, chłopie, tę z napisem „Rosja niczego się nie boi”. Dam ci zniżkę – zachęca sprzedawca.

– Niee, kupię przez internet.

W sieci można zamówić T-shirty z Putinem w co najmniej stu różnych wzorach. Są też do kupienia kilkaset metrów dalej, w słynnym moskiewskim domu towarowym GUM na placu Czerwonym. Co ciekawe, sprzedawaną tam kolekcję promował znany amerykański aktor Mickey Rourke. Było to niedługo po aneksji Krymu. Amerykanin kupił kilka sztuk, m.in. z napisem „Pozdrowienia z Krymu”. T-shirt z Putinem w marynarskiej furażerce włożył od razu przy kasie i chętnie pozował do zdjęć. Mało tego! Prezydenta Rosji nazwał „dżentelmenem i porządnym człowiekiem”. Słowa Mickeya Rourke’a cytowały z lubością rosyjskie media. Wydźwięk był bardzo czytelny. Patrzcie, nawet aktor z USA popiera aneksję Krymu. I nieważne, że Rourke nie jest już na topie. Ważne, że Amerykaniec!

Żenia ma dwadzieścia siedem lat. Był dzieckiem, kiedy Putin przyszedł na Kreml. Z wcześniejszymi czasami rządów Jelcyna ma kilka skojarzeń: bezczelność nowobogackich, wszechobecne prymitywne stragany na ulicach, gdzie sprzedawano nawet radzieckie ordery bojowe, pensje wydawane w oponach albo gwoździach i często używane przez rodziców słowo „drożyzna”, ponieważ inflacja była wtedy trzycyfrowa. Pamięta też, że za Jelcyna wszyscy wszędzie dyskutowali, narzekali, krytykowali. Głośno i bez ogródek. A nie po cichu w domach, jak w czasach Związku Radzieckiego.

– Nie przeszkadza ci, że Putin przykręca śrubę i w Rosji jest dziś mniej demokracji niż w latach dziewięćdziesiątych?

– Co pani ma na myśli, mówiąc o demokracji lat dziewięćdziesiątych? – pyta, wzdrygając się przy tym całym ciałem, aż przekrzywia mu się carski dwugłowy orzeł na bluzie. – Ma pani na myśli to, że Jelcyn podpisywał wszystko, co mu podsuwano? Putin Amerykanom się nie podoba, bo gra według swoich zasad, a nie pod dyktando USA! Skoro Zachód go potępia, to jest to najlepszy dowód, że postępuje słusznie – stwierdza dobitnie. Żenia jest wygadany i pewny siebie. Wręcz zuchwały. Jego aniołkowaty wygląd z burzą chłopięcych czarnych loków to niezła zmyłka. – Putina szanuję za to, że przywraca Rosji status światowego mocarstwa! – mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Jest zima 2014 roku. Robię film dokumentalny o tym, dlaczego po aneksji Krymu rekordowo wzrosło poparcie dla Putina. Kilkanaście miesięcy wcześniej wydawało się, że lata największej popularności ma już za sobą.

W 2011 i 2012 roku Moskwa aż drżała i huczała od protestów. Dziesiątki tysięcy ludzi z całych sił skandowały hasło „Rosja bez Putina!”. Widziałam chłopaka, który zapomniał rękawiczek i odmroził sobie ręce, bo było minus dwadzieścia stopni Celsjusza, a on za nic nie chciał opuścić wiecu. Widziałam celebrytów kojarzonych z Putinem, na przykład Ksenię Sobczak, córkę przyjaciela prezydenta, znaną wówczas z udziału w skandalizujących libertyńskich programach telewizyjnych. Nomen omen późniejszą kandydatkę w wyścigu na Kreml. Widziałam nawet dziennikarza z prokremlowskiej gazety krzyczącego w tłumie: „Putin, odejdź!”.

Ludzie wyszli na ulice po tym, jak w internecie pojawiły się informacje o fałszerstwach podczas wyborów parlamentarnych. W Nowokuźniecku wolontariusze sfilmowali urny, w których już w chwili otwarcia lokalu znajdowały się karty. A w Piter.tv ukazał się wywiad z oficerem rosyjskiej Floty Czarnomorskiej o tym, jak to marynarze musieli przy dowódcach oddawać głosy na partię władzy Jedna Rosja. Oliwy do ognia dolała wpadka telewizji państwowej. Było to w czasie prezentacji wyników wyborów do Dumy. Kanał Rossija 24 pokazał zestawienie, z którego wynikało, że suma głosów w obwodzie woroneskim dała ponad 120 procent, a w obwodzie rostowskim ponad 140! Sytuacja wypisz wymaluj jak ze znanego dowcipu. Do Putina przychodzi jego asystent i mówi: „Mam dwie wiadomości, dobrą i złą. Zła jest taka, że komunista dostał sześćdziesiąt procent. A dobra, że wy, Władimirze Władimirowiczu, dziewięćdziesiąt!”. W tym czasie popularny był jeszcze jeden żart, który okrzyknięto najkrótszym rosyjskim dowcipem, ponieważ składa się tylko z dwóch słów: Putin demokrata.

Wielkie protesty, z udziałem stu tysięcy osób, to już przeszłość. I nie tylko dlatego, że są brutalnie pacyfikowane, bo zaostrzono przepisy o zgromadzeniach. Za ich naruszenie kilkanaście osób trafiło już do łagrów. Także dlatego, że aneksja Krymu dowartościowała większość Rosjan. Zaakceptował ją nawet najbardziej znany oponent Putina, Aleksiej Nawalny.

– Hasło „Krym nasz!” stało się synonimem zwycięstwa i siły Rosji – tłumaczy mi Aleksiej Lewinson z niezależnej od władz sondażowni Centrum im. Lewady. – Oto pokazaliśmy, że jesteśmy potęgą! Bo możemy zrobić coś wbrew woli tak potężnego mocarstwa jak Ameryka.

Po aneksji Krymu notowania Putina skoczyły o kilkanaście punktów. Osiągnął niebywały rekord, 88 procent! W Moskwie żartowano wtedy, że kiedy Władimir Władimirowicz zobaczył, jak bardzo mu wzrosły notowania, to zawołał: „Chwała Ukrainie!”.

Dziś miłość do Putina nie jest już tak wielka jak po aneksji Krymu. Ostudził ją spadek realnych dochodów, zwłaszcza w czasie pandemii. Ale w rankingach poparcia nadal jest o n, a potem długo, długo nic. Największy spadek przyniosła mu niepopularna reforma emerytalna i musiał ją w końcu złagodzić. Dotąd kobiety przechodziły na emeryturę w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, a mężczyźni sześćdziesięciu. Tak niskich progów nie ma nigdzie w Europie, ale Rosjanie, jak sami mówią, nie zamierzają wzorować się na Zachodzie. W końcu na okrągło słyszą w telewizji, że mają swoją drogę i basta! Ostatecznie reformę rozciągnięto w czasie do 2028 roku. Wtedy to wiek emerytalny zostanie podniesiony dla wszystkich o pięć lat. Nastroje już się nieco uspokoiły, ale nutkę żalu można usłyszeć choćby w takim dowcipie: Putin sam nie chce iść na emeryturę i nie pozwala innym.

– Hasło?! – Pytanie Żeni zbija mnie z pantałyku. Stoję przed drzwiami jego moskiewskiego mieszkania. Chłopak całym ciałem zagradza mi wejście. Bez trudu mu się to udaje, bo jest korpulentny. – Hasło brzmi: Putin – nasz prezydent! – Żenia figlarnie się uśmiecha i zaprasza do środka. – To był oczywiście żart z tym hasłem.

Tyle że bardzo znamienny. W stylu żartów samego Putina.

W 2016 roku prezydent gościł na gali wręczenia nagród dzieciom, które wygrały konkurs geograficzny. Jednym z laureatów był dziewięcioletni Mirosław. „Gdzie się kończy granica Rosji?” – spytał Putin, obejmując przejętego chłopca w garniturku. „Granica Rosji kończy się na Cieśninie Beringa przy granicy z USA” – wyrecytował Mirosław. „Granice Rosji nigdzie się nie kończą!” – poprawił go prezydent. Sala pełna VIP-ów, jak choćby reżyser Nikita Michałkow czy były szef administracji Kremla Siergiej Iwanow, zareagowała gromkim śmiechem i oklaskami. Putin chwilę wyczekał, po czym dodał: „To był taki żart”…

Żenia pochodzi z Jekaterynburga na Uralu. To nie jest najbiedniejsze miasto w Rosji, ale bardzo daleko mu do Moskwy, pełnej markowych butików typu Versace, Louis Vuitton, Burberry, Chanel, Hermès czy Christian Dior, luksusowych samochodów wystawianych w ulicznych witrynach i eleganckich klubów na każdy gust. Kilkanaście tłustych lat dobrej koniunktury na ropę i gaz zrobiły swoje. Za kadencji Putina po dekadach deficytu pojawiło się tu wszystko, co „naj”. Najelegantsze kolekcje, najbardziej wyszukane rozrywki, restauracje z najwymyślniejszymi menu. Mimo sankcji, krachu rubla i spadku dochodów Moskwa wciąż jest metropolią na światowym poziomie. Przyciąga jak magnes, ale tylko silni i przedsiębiorczy mogą się tu wybić.

Żenia wynajmuje w Moskwie jednopokojowe mieszkanie. Małe, ale zadbane, po tzw. euroremoncie. To pojęcie jest w Rosji synonimem lepszej jakości: wygładzonych ścian, równiutko – a nie byle jak – ułożonych płytek w łazience. Mimo że państwowe media krytykują Zachód ile wlezie, Rosjanom Europa wciąż się kojarzy z czymś lepszym.

Zdejmujemy buty w przedpokoju. W Rosji to norma. Każdy ma w domu kilka uniwersalnych par kapci dla gości. Można pomyśleć, że produkcja papuci to świetny biznes, ale nie znam żadnego rosyjskiego milionera z tej branży. Głośno było natomiast o pewnej firmie, która zarobiła krocie na kapciach dla… Putina i dziewięciu innych VIP-ów. Chodzi o jednorazowe materiałowe klapki przeznaczone do użytku na pokładach specsamolotów. Według informacji z oficjalnej strony o państwowych zakupach tylko w 2015 roku zamówiono aż dwadzieścia cztery tysiące par! Każda, w przeliczeniu, po dziesięć złotych. Koszty pokryto z budżetu państwa. Ale Rosjanie są gotowi wybaczyć swojemu prezydentowi bardzo wiele. To nie on jest winien, tylko jego otoczenie…

Żenia mieszka z narzeczoną, sympatyczną studentką o rzadkim w Rosji imieniu Regina. Płacą za wynajem równowartość trzech tysięcy złotych. Jak na Moskwę to niedużo, nawet w sypialnianej dzielnicy. Chłopak jest z wykształcenia architektem, ale – jak mówi – ma duszę artysty. Swobodnie się czuje przed kamerą, dlatego pracuje jako wodzirej i komik. Zrobił też kilkunastominutowy film o… Putinie. Pieniądze na realizację dostał z prokremlowskiej młodzieżówki „Sieć”.