O krakowskich psach i kleparskich kotach - Polskie miasta w baśni i legendzieTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Barbara Tylicka
O krakowskich psach i kleparskich kotach

Polskie miasta w basni i legendzie


Strona redakcyjna

Wybór i opracowanie: Barbara Tylicka

O krakowskich psach i kleparskich kotach

Polskie miasta w baśni i legendzie

© by Wydawnictwo Literatura

© by Barbara Tylicka

Opracowanie typograficzne: Janina Dzikowska-Najder

Ilustracje: Aneta Krella-Moch

Korekta: Lidia Kowalczyk

Wydanie VIII VII w tym opracowaniu

ISBN 978-83-7672-592-5

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Cóż to znaczy: legenda autentyczna?

Bywają dokumenty autentyczne lub podrobione;

nie ma autentycznych lub podrobionych legend.

Legendy nie mają metryki. Kraje nowe nie mają

legend; kraje stare je mają...

Ksawery Pruszyński, Trębacz z Samarkandy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nie od razu Kraków zbudowano

Narodziny miast giną w mrokach dziejów. Zwykliśmy je nazywać bajecznymi, legendarnymi. Archeolodzy dopiero od XIX wieku świadomie drążą ziemię, odkrywając tajemnice zagubionych cywilizacji. Wykopaliska poświadczają, że źródłem rozwoju cywilizacji, kultury i nauki od tysięcy lat były miasta. To one wypowiadały wojny, zawierały pokój, stawały się łupem grabieżców, ginęły od zarazy i klęsk żywiołowych. O ich mieszkańcach, budowlach i wydarzeniach krążyły ustnie przekazywane wieści, powtarzane przez pokolenia. Razem z miastem rosła jego legenda. Historyczne fakty, autentyczne doświadczenia w opowieściach ludowych mieszały się z marzeniami i sposobem widzenia opowiadaczy. Mówiona literatura ludowa spisana potem przez uczonych etnografów i ludowych twórców ciągle jest przedmiotem literackich opracowań pisarzy, poetów, źródłem legend i baśni.


W Polsce w wiekach średnich z legend korzystali też pierwsi kronikarze dziejów dawnej Polski, jak Gall Anonim, Wincenty Kadłubek, a także najdawniejszy polski historyk, Jan Długosz. Im to zawdzięczamy spisane legendy o wawelskim smoku, o Wandzie, co nie chciała Niemca, o Popielu i myszach. Jednak udokumentowana historia miast polskich zaczynała się później i nie od założenia miasta, ale od uzyskania praw miejskich. Potwierdzały one istnienie dużo wcześniej powstałego osiedla. Sąsiednie Niemcy przyznawały prawa swoim miastom w pierwszej połowie XII wieku, w Polsce działo się to w wieku XIII. Miasta polskie lokowane na prawie niemieckim tworzyły organizację władz miejskich, otrzymywały prawa sądownicze, prawo do posługiwania się ustaloną nazwą, herbem, pieczęcią. Nazwa pochodziła najczęściej od imienia czy nazwiska właściciela gruntu, założyciela, albo też od pierwotnej nazwy wsi. Czasem do już istniejącej nazwy, której pochodzenia nie znano, dorabiano legendę. W wielu wypadkach wizerunki na herbie i pieczęci mają też związki z legendą. W herbach polskich miast odnajdujemy jako symbole znane zwierzęta i ptaki, jak np. lew, niedźwiedź, orzeł, jaskółka, ale też i fantastyczne stwory z legend, jak Syrena czy Gryf. Związki historii miast polskich z legendą potwierdzają nasze trwanie na ziemiach polskich od czasów bajecznych. Mówią też o kontaktach cywilizacyjnych i kulturowych Polski ze światem, z Europą.


Legenda dodaje miastu splendoru, upowszechnia wiedzę o nim i utwierdza ją w pamięci pokoleń. Są w Polsce miasta w legendy bogate mniej lub więcej, a także i takie, które literacko opracowanych legend jeszcze nie mają. Kalisz, choć ma wśród miast polskich najstarszą metrykę pisaną, nie może się chwalić taką ilością legend, jaką ma Kraków czy Warszawa. Kraków jako ośrodek polskiej historii i kultury, siedziba królów i pierwszego uniwersytetu jest w legendy szczególnie bogaty. One też mówią, że nie od razu Kraków zbudowano.

Powiedzenie to wiąże się z Rzymem, pierwszym milionowym miastem w Europie. O nim to mówiono: Roma non fuit una die – nie w jednym dniu Rzym zbudowano. Dotyczy to wszystkich miast. Powszechnie znane stwierdzenie stało się przysłowiem. Przypomina, że to, co ważne i piękne, wymaga czasu i trudu, tak jak budowanie miasta. Legenda miała ten trud sławić:

Bo kto nie widział, jak spoczywał

zabity smok nad Wisłą siwą,

jak złotym skrzydłem piach okrywał

i głowę chylił połyskliwą,

ten wielce piękną rzecz ominął,

którą legenda kiedyś powie.

Kiedyś, gdy wszystkie smoki zginą,

a jeden mocny będzie – człowiek.

(Fragment wiersza Hanny Januszewskiej O smoku wawelskim)



W pogoni za turem

Dzień miał się ku końcowi i myśliwskie trąby dawały znać o przygotowaniach do nocnego spoczynku w puszczy. Giedymin, wielki książę litewski, gonił jeszcze za turem. Oddalił się od towarzyszy, ci zaś rozbijali obóz i krzątali się koło wieczerzy. Jeszcze dosięgał księcia gwar obozowy i ujadanie psów, gdy nagle pęd konia zatrzymało wzgórze obrośnięte lasem i gęstym krzewem. Tur umknął w zarośla. Giedymin zsiadł z konia. Posłyszał szum strumienia, który płynął u stóp wzniesienia, pieniąc wody białą grzywą. Koń i jeździec, rozgrzani pogonią za zwierzem, ugasili pragnienie. Książę przysiadł na brzegu, starł pot z czoła i rozejrzał się wokół. Nic, tylko puszcza, ani śladu dworu, chałupy, wsi czy osiedla. Teren pagórkowaty, okolica bezludna. Wielkie zwierzę gonił na próżno. Przez chwilę wspomniał, jak kiedyś własną ręką ubił ogromnego tura na górze Świętoroha pod Wilnem. Teraz zdobycz przepadła...

Nagle, szemranie stoku zagłuszyły trąby myśliwskie. Zrozumiał książę ich mowę łowiecką: „przybywaj” – głosiły. Zaniepokojeni towarzysze przywoływali go do powrotu. Zaraz też zjawił się jeździec z gotowym oszczepem, a przed nim psów sfora.

– Panie, wieczerza gotowa, wracajmy – zwrócił się do księcia.

– Patrz, jaki czysty, biały stok. Dobra, czysta woda, spróbuj. Można by tu dwór myśliwski zbudować, a i wieś całą. Teraz to nasze ziemie, ale na jak długo... – zamyślił się Giedymin.


Wracali do swoich. Przy wieczerzy opowiadali o żalu za zbiegłym turem i o strumieniu, nadając mu miano Białego Stoku.

Tak głosi legenda, a źródła mówią, że to Mazowszanie nazywali rzekę Białymstokiem. Z czasem, jak zamyślał Giedymin, powstała tu wieś Bielszczany Stok, a jeszcze później rzeka nazywała się Biała, jak dziś, a miasto powstałe nad nią – Białystok. Jedyną córkę, Aldonę, Giedymin oddał za żonę Kazimierzowi Wielkiemu. Zacieśniały się związki Polski z Litwą. Miasto powstałe na morenowych wzgórzach włączone zrazu do Wielkiego Księstwa Litewskiego wróciło w XVI w. do Korony Polskiej. Rozwijało się jako ośrodek pograniczny na styku różnych kultur, narodowości i wyznań. W herbie Białystok zachował i Orła Białego, i Litewską Pogoń.

Barbara Tylicka


Błękitna krew

Nadworny lekarz Pani Krakowskiej, Jakub Michelis, znany był w całym mieście. Z jego pasji kształcenia akuszerek podśmiewali się bywalcy Podlaskiego Wersalu. Błogosławiły go kobiety z gminu, którym dyrektor założonego przez siebie Instytutu Akuszerek zawsze spieszył z pomocą. Ogarnięty pasją kształcenia adeptek tego odpowiedzialnego zawodu dbał, aby miały one nie tylko odpowiednią wiedzę, ale i serce otwarte dla każdego.

„Tak i dziś, wezwany przez umyślnego posłańca do pałacu, ledwie wziął jaśnie oświeconą panią za rączkę i zabrał się do liczenia pulsu, już go jego idée fixe poniosła.

– Niechaj sobie tylko Jaśnie Oświecona Pani imaginuje – co za skandal wydarzył się onegdaj w klinice przy Instytucie. Pewna adeptka uczelni, odbywająca praktykę w klinice, w jakowąś pasję popadła i jedną, excusez moi [1], położnicę zwymyślała okrutnie. Aże obawiałem się wielce, iż denerwacja zaszkodzi młodej matce.

– A co z oną adeptką? – raczyła zainteresować się pani, jako że równie słynęła z cholerycznego usposobienia.

– Owa? Przepędziłem z punktu – głos doktora Michelisa brzmiał niczym dzwon. – Adeptka Instytutu nie może być kłótnicą, pijaczką, pasjonatką, czy takoż rozsiewającą plotki. Lepiej jest bowiem mało, a dobrzych, niż wiele, a ladajakich wyuczonych, uczciwszy uszy, akuszerek...

 

– Tyle ceregieli o jedną niewiastę z plebsu – zauważyła pani hetmanowa. – Zadziwiasz mnie, asan. Insza rzecz, gdyby to chodziło o delikatną damę...

– Jaśnie Oświecona Pani hetmanowo – żywo replikował Michelis. – Zechciejcie mi zawierzyć – każda niewiasta wymaga w tym stanie starunku.

– Być może – przyznała pani – aliści przecie nie sposób równać plebejkę nawykłą do niewygód z damą błękitnej krwi...

– Jaśnie Oświecona Pani hetmanowa ma słuszność – z rewerencją skłonił się doktór. – Jako medyk wyznaję się najlepiej na różnicy, dzielącej obie te krwie. Co wiosnę wszak puszczam krew jaśnie urodzonym i prostym kmiotkom. A jakaż to różnica – zaraz Jaśnie Oświeconej dokumentnie wyłożę. Gdy lancetem nacinam żyłę dostojnika, z onej wytryskuje strumień błękitem się opalizujący...

– Sam asan widzisz – rozpogodziła się sędziwa dama.

Aliści medyk ciągnął nieubłaganie dalej.


– Chwileczkę. Ośmielę się jeno dodać, że oną błękitność krwie nadaje mym wysoce urodzonym pacjentom, excusez moi, tłuszcz bydlęcy. Owe szynki, udźce wołowe i baranie, kapłony i insze ptactwo, które spożywają dzień w dzień po parę razy do syta. Tymczasem na wsi omasta jest rzadkim rarytasem. Po postnym barszczu czy żurze krew wieśniacza spływa tylko pospolitą czerwienią. Voila c`est tout [2].

Tu, kończąc dykteryjkę, doktor Jakub Feliks Michelis skłonił się raz jeszcze i wyszedł, pozostawiając dostojną pacjentkę w prawdziwym osłupieniu”.

Taka to krąży legenda o doktorze, pożytecznym szaleńcu, opowiedziana tu przez Hannę Muszyńską-Hoffmanową. Dziś odbudowany po wojnie pałac Branickich jest siedzibą pierwszej na Podlasiu Akademii Medycznej, znanej z wysoko postawionego wydziału położniczego. Lekarze położnicy z całego kraju uzupełniają tu swoją wiedzę na kursach i konferencjach. W apartamentach Pani Krakowskiej, Izabeli Branickiej, mieści się obecnie Biblioteka Akademii Medycznej.

Barbara Tylicka


 [1] Proszę wybaczyć (franc.)

 [2] Oto wszystko (franc.)


Chwytowo

Przy obszernym placu, tuż gdzie mury grodu zamykały się Bramą Poznańską u wylotu dzisiejszej ulicy Grudziądzkiej, przygotowywano się do niezwykłej chwili, pierwszej bodaj w dziejach miasta Bydgoszczy, pamiętającej przecież Piastowiczów.

Mury, naonczas rozszerzone, miały daleko za sobą pozostawić jedyne na tym pustkowiu domostwo oprawcy. Jeno że pan starosta, uległszy perswazjom obywatelstwa, pozostawił chałupę wewnątrz. Swym przysadzistym wyglądem oraz mizernymi przybudówkami składającymi się z szop i komórek czyniła wrażenie ponurej sadyby jakiegoś samotnika niedbającego o wygląd swego gniazda. Jakby przyrosła więc do murów miasta ta siedziba kata i sługi zamkowego.

Na przeciwnym zaś skraju placu, skąd można było dojrzeć szare wody Brdy, wznosił się drewniak z dwoma filarkami, nad którymi u poddasza w trójkącie widniał znak charakteryzujący dosadnie rodzaj przybytku. Tłuściutki Bachusik, z wieńcem gronowym na skroniach, z potężnym dzbanem w ręku, oraz wiecha zapraszały przechodnia na ucztę.

Bywał tam i mieszkaniec spod muru, przezwany powszechnie Czerwonym Marcinem. Zapijano z nim jak z każdym innym, nawet się kumano i odnoszono doń z godnością, że to człek ten bywał często na zamku, gdzie sprawował rozmaite czynności wymagające śmiertelnej tajemnicy, a przy tym chłop był jak dąb, sięgał głową najwyższej niemal powały w izbie.

Dziś czuł się jakoś nieswojo. Zamknięty w sobie, wypił pod Bachusem dwie miarki miodu i poszedł. Domyślano się przyczyny, a była nią egzekucja. Stracić miano chłopca winnego i niewinnego. Kto tam wie? Czerwony Marcin pierwszy raz czynić to będzie w swym życiu.

Rozmaite on kary z woli sądu zadawał delikwentom, dobywając wyznania prawdy, wyliczał wyznaczone przez pana starostę lub burmistrza cięgi przestępcom, ale głowy nikomu jeszcze z karku nie zdejmował.


Wiedziano w grodzie, co zaszło z nieszczęśliwym Jankiem, spokojnym, zdolnym, ale ambitnym czeladnikiem krawieckim. Tylko że zajście samo komentowano różnie, a Czerwony Marcin, który ponoć wyznanie prawdy z niego wyciskał, milczał zawzięcie i plotek nie prostował, ale chłopaka w duszy żałował.

Nawet prośba cechmistrza krawieckiego u pana starosty nic nie wskórała.

– Nie zdzierżę, aby mi gości rozbijano po drogach! – krzyczał pan zamku.

– Przecież to był Niemiec, nie dostojnik żaden, jeno kupiec – tłumaczył śmiało cechmistrz.

– Niechajby i kupiec, ale zaproszony przeze mnie z dalekich stron z towarami, z których miały być szyte przez waszeciów suknie.

– A czy pomarł, jaśnie panie, ów pobity?

– Jeszcze tam zipie. Więc tedy za takie spostponowanie gościnności naszej mam winę darować? Nigdy!

– Odniesiem się do łaski króla jegomości. Racz, Panie, wstrzymać karę.

– Czyńcie, waćpanowie, co żywnie pragniecie. Ja wyroku nie cofam.

Stało się. Prawo gościnności na ziemiach sarmackich szanowano bodaj przesadnie. Nic przeto dziwnego, że pan starosta nie ustępował.

Cechmistrz, w otoczeniu co najgodniejszych rękodzielników bydgoskich, z zamku skierował swe kroki na plac pod Bramą Poznańską, ku domostwu oprawcy.

Nie spodziewał się Czerwony Marcin tak zacnych mieszczan w swym domu. Zaprosił gości do izby i wystawił ławy.

Cechmistrz z miejsca przystąpił do rzeczy. Chodziło mu o wydobycie prawdy o przestępstwie Jana, który bez sądu miał położyć głowę.

Oprawca wprawdzie nie był w tej materii jakowąś tajemnicą skrępowany. Wszakże gadulstwem też się nie odznaczał, ale co miał począć? Godni mieszczanie proszą, więc uległ i zaczął prawić, co mu skazany wyznał.


– Wyszedł onego dnia ze swą białogłową za mury. Na drodze szubińskiej, pod borem, spotkał ich Niemiec ze sługą na wozie i pyta, zali daleko do zamku. Ponoć miał mu grzecznie odrzec. Niemiec zaś, zlazłszy z woza, jął spoglądać na dziewkę urodziwą i pyta znowu, czy to jego niewiasta.

– Moja! – odpowiedział młodzian. – A co wam do tego?

– Nic. Dziwię się jeno – miał rzec Niemiec – że takiego gołowąsa się trzyma i w puste pole bez obawy wychodzi.

Zaczepiony nie strzymał i, jak zapewniał mnie, chlasnął Niemca w twarz, aż ten potoczył się pod wóz. Konie na odgłos uderzenia ruszyły z kopyta, a wóz przeszedł powalonemu na ziemię kołami po żebrach.

Ot i wszystko.

– Jak waść sam widzi – rzekł cechmistrz na usprawiedliwienie postępku czeladnika – Niemiec go obraził.

– Ano, obraził. Aleć obity wiarę u pana starosty pozyskał i żąda gardła za napaść dokonaną na otwartym gościńcu w biały dzień.

Nazajutrz rankiem na placu pod murami Czerwony Marcin w milczeniu głębokim budował z pachołkami szafot. Pieniek utwierdził pośrodku podłogi, a przed nim rozsypał kilka garści piasku, po czym udał się na zamek po skazańca.

W mieście wiedziano już o wszystkim. Dla jednych egzekucja miała być ciekawym widowiskiem, pierwszym w Bydgoszczy, dla innych przykrym i niezrozumiałym wypadkiem.


Gromadzono się licznie koło szafotu. Ciekawskich jednak, zbytnio zbliżających się do miejsca kaźni, halabardnicy, potrącając drzewcami, rozpędzali.

Wtem rozległo się od ulicy Poznańskiej wołanie:

– Już prowadzą!

Na przedzie kroczył Czerwony Marcin z mieczem (miecz ten przechowują do dziś w muzeum aż we Lwowie), za nim w otoczeniu straży młody Jan w rozpiętym na piersiach kubraku.

Dorodna postać skazańca budziła powszechne współczucie. Odprowadzano go oczami aż na szafot, gdzie stanął z podniesioną głową, pokrytą jasnymi puklami włosów, skąpanych w promieniach wrześniowego słońca.

Smutek bił z jego twarzy. Oczy niespokojnie spoglądały po tłumie, jakby wypatrywały ratunku, a może ukochanej.

– Jest – szepnął, ujrzawszy blade, wzruszone dziewczę, stojące w pierwszym szeregu zwartego tłumu za plecami straży zamkowej.

Rumieniec pokrył jego lica, źrenice błysnęły płomieniem nadziei czy szczęścia.

Wyrok odczytano. Mnich pobłogosławił skazańca krzyżem, po czym Czerwony Marcin podszedł z wolna do Jana, szarpnął za sznur u rąk skrępowanych na plecach i pchnął chłopaka silnie do pnia.


Młodzieniec, poczuwszy wolne dłonie, spojrzał na kata i błyskawicznie, jednym susem, zręcznie odbiwszy się od desek szafotu, skoczył ponad głowami straży. Zanim ta spostrzegła zamiar ucieczki, młodzieniec jak wicher popędził wzdłuż placu koło karczmy ku Brdzie.

Tłum skamieniał. Pachołkowie pierwsi rzucili się w pogoń z okrzykiem:

– Chytaj, chytaj!

Straż, usłyszawszy ten okrzyk, także ruszyła w pogoń. Tylko lud stojący nieruchomo i Czerwony Marcin, jak zwykle spokojny, nie kwapił się z pogonią, nierad zresztą egzekucji.

Tymczasem Jan, dopadłszy brzegu wody, rzucił się w nią bez namysłu, zanurzając do dna.

Nadbiegła straż nawet śladu nie zastała po skazańcu. Fale Brdy, lekko marszczone wiatrem od wschodu, płynęły spokojnie w dal.

Ktoś krzyknął: „Utonął!”.

Może...

Bydgoszczanie rozmaicie tłumaczyli wypadek na placu pod Bramą Poznańską. Przyjęli jednak wiadomość o ucieczce młodego Jana z pewną ulgą w sercu. Cechmistrz krawiecki cieszył się również, choć skrycie, z uwolnienia czeladnika, którego mimo to stracił bodaj na zawsze.

Minęły lata. Pokolenia kolejno opowiadały sobie o niedoszłej egzekucji, a matki od owych czasów przestrzegały dzieci swe, wołając: „A nie biegaj pod Bramę Poznańską, bo cię chycą!”.

I tak to utarła się nazwa przedmieścia starej Bydgoszczy, a dziś ulicy – Chwytowo.

Krzysztof Seliga


Tajemnica bytomskiego dzwonu

Noc się kończyła, lecz dzień jeszcze nie wstał. Niemniej było już dość jasno, by dostrzec na drodze prowadzącej do Bytomia postać jeźdźca pędzącego co koń wyskoczy. Gdy dotarł do grodu, bramy były jeszcze zamknięte. Rycerz osadził rumaka przy moście zwodzonym, rozejrzał się dookoła, jakby lustrując mury i głębie Odry, która okalała miasto. Trwało to jednak ułamek sekundy.

– Hej! Hej! Otwierajcie! Otwierajcieee! – wołał ile sił.

Z baszty wychyliła się rozespana postać, potem druga, trzecia. Pachołkom widać nie za bardzo się spieszyło.

– Prędzej, prędzej, od księcia z ważnymi nowinami jadę – popędzał strażników przybyły. Po chwili zgrzytnęły łańcuchy, uniosła się krata. Jeździec wskoczył na konia i jak wicher przeleciał przez bramę, ledwo skinąwszy na powitanie.

– To rycerz Zbigniew, jeden z pierwszych w książęcej drużynie – rozpoznał przybysza jeden ze strażników.

– Chyba coś znowu się święci, bo tak gnał, nie czekając dnia – dodał drugi.

Tymczasem młody rycerz był już w pokoju kasztelana. Dowódca grodu, choć poprzedniego dnia wrócił późno z polowania, natychmiast zerwał się z posłania.

 

– Witaj, druhu! Aleś zmęczony! Wina przynieście, obrok dla konia – wołał donośnym głosem na służbę.

Zbigniew wymownym gestem przerwał potok słów gospodarza, dając mu do zrozumienia, że nie przybywa z wizytą. Kasztelan w lot pojął sytuację.

– Z cesarzem ciągną wojska Władysława Wygnańca. Już przedarli się przez wały bobrzańskie – informował wysłannik książęcy.


– Którędy idą? – spytał rzeczowo kasztelan.

– Dwiema kolumnami, jedna na Głogów, druga na Bytom...

– Trzeba się szykować do obrony – rzekł twardo.

– Książę polecił, żeby uniknąć walki w polu. Rozkazał budować zasieki po drogach, utrudniać wrogom marsz, a gdzie się tylko da, nękać go podjazdem.

– Czy do wiosek wysłał posłańców?

– Tak. Ludność ma wraz z dobytkiem ujść w lasy, młodzi chłopi zgłoszą się do was. Będą wam potrzebni – pospiesznie relacjonował Zbigniew. – We wsiach zostaną tylko zwiadowcy, którzy, gdy zajdzie potrzeba, podpalą chaty i dołączą do swoich. Nic nie śmie wpaść w ręce wroga!

Uścisnęli sobie ręce obaj rycerze, żegnając się pospiesznie. Kasztelan kazał wyciągnąć zbroję i wybiegł ku bramie. Uważnie przyglądając się umocnieniom, obmyślał obronę. Czy jednak podoła takiej sile najeźdźców?

Koło południa smutną wieść znali już wszyscy mieszkańcy grodu. Każdy, jak umiał, przygotowywał się do nadciągającej burzy. Kasztelan z niepokojem oczekiwał pierwszych wieści od wysłanych na zwiady ludzi.

– Koło Dziadoszyc Niemcy rozłożyli obóz. Widać mają tam zamiar nocować – meldował jeden z patroli.

– Na koń! – zakomenderował kasztelan.

Pognali jak błyskawice. Zanim ściemniło się na dobre, byli już na skraju dziadoszyckich lasów. Tu na wojsko kasztelańskie czekali zwiadowcy. Zwięźle naszkicowali sytuację: wróg przeważa liczebnie, ale niczego się nie spodziewa.

Atak, którym kierował kasztelan, powiódł się nadspodziewanie. Oddział napastników został kompletnie rozbity. Grupki niemieckich rycerzy daremnie szukały koni – już je wcześniej uprowadzili pachołkowie bytomscy...

Ale ciemna noc, która dotąd sprzyjała Polakom, teraz okazała się mniej życzliwa. Sporo czasu minęło, zanim kasztelan zebrał swą dzielną drużynę. Potem gęsta mgła utrudniała wszelkie ruchy. Ludzie, którzy świetnie znali okolicę, daremnie szukali drogi prowadzącej do Bytomia. Mijały godziny pełne złych przeczuć. Zrezygnowani rycerze wlekli się noga za nogą raz w jednym, raz w drugim kierunku.

Wtem, nie wiedzieć skąd, dobiegł do uszu zmęczonych wojów dźwięk dzwonu. Stanęli zdumieni. Ani Bytom, ani żadna miejscowość w najbliższej okolicy dzwonu przecież nie posiadała. Początkowo sądzili, że to złudzenie, lecz donośny, metaliczny głos słychać było coraz wyraźniej.


– Niech się dzieje, co chce. Jedźmy za tym głosem – zdecydowali.

I jakież było zdziwienie kasztelańskiej drużyny, gdy po paru godzinach wszyscy znaleźli się na gościńcu wiodącym do grodu! Ale radość zgasła prawie natychmiast. Dzwon walił teraz głośno, jak na trwogę. Spiżowy ton wwiercał się w mózg. Niespokojne konie pozadzierały głowy i strzygły uszami...

– To jakiś znak. Jakieś ostrzeżenie – szeptali między sobą wojowie.

Przeczucie nie zawiodło rycerzy. Wysłani przodem zwiadowcy wkrótce zawrócili, oznajmiając kasztelanowi, że wróg szturmuje miasto! Pod murami dziesiątki ognisk.

– Żeby tylko wytrzymali pierwsze uderzenie, żeby tylko wytrzymali – powtórzył kasztelan matowym głosem.

Nie było to proste. Gród pozostał przecież bez obrońców, bez dowódcy. A oni, zmęczeni poprzednią walką, też stanowili garstkę w porównaniu z oblegającymi. Mimo to nikt się nie zawahał stanąć w obronie oblężonego miasta. Po krótkiej naradzie plan był gotów.


Kasztelan podzielił swych żołnierzy na trzy grupy. Koniom obwiązano kopyta. W największej ciszy, bardziej podobni do widm niż ludzi, poczęli zbliżać się w stronę obleganego miasta. Na widok bohaterskiej obrony, jaką tam za murami rozpaczliwie prowadzili ich najbliżsi, młodzież, kobiety, starcy, w rycerzach zagrała krew. Jak rysie wyskoczyli znienacka na niemieckich knechtów. Z trzech stron natarli z taką gwałtownością i siłą, jakby ich zastępy liczyły co najmniej tysiące zbrojnych.


Gdzieś wysoko, wysoko, nad polem walki majestatycznie dzwonił dzwon. Jego głos dodawał energii i wiary. Dobrze, że noc była ciemna. Niemcy nie dostrzegli, że przeciw nim stanęła tylko mała drużyna.

Wkrótce los walki był przesądzony na korzyść bytomskich rycerzy. Napastnicy zarządzili odwrót! Widząc to, obrońcy grodu z głośnym okrzykiem radości wylegli na mury. Jeszcze nie wiedzieli, kto przybył z niespodziewaną odsieczą. Kiedy jednak poznali swoich, uszczęśliwieni padali im w objęcia.

Ale skąd wziął się dzwon? Za czyją sprawą przywiódł do miasta rycerzy? Tego, niestety, historia nie wyjaśnia. Wiemy tylko, że potem przez setki lat co wieczór o godzinie dziesiątej dzwonił głośno, rytmicznie, aby ludziom zabłąkanym w lasach wskazać bezpieczną drogę do grodu.

Helena Rutkowska