Zostań sama w domuTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bar­bara Stenka

Zostań sama w domu


Wydaw­nic­two

NASZA KSIĘ­GAR­NIA

Zostań sama w domu

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Zaj­rzyj na strony:

CZĘŚĆ I

Wiel­kie cię­cie

Cha­rak­te­ry­styczny ele­ment

PIERW­SZE WSPO­MNIE­NIE, czyli „Wycho­dzę”

Krze­sło­ma­nia

Sma­ży­ciele

Tele­fon

Jadalne złoto

Pyta­nia

Histo­ryjka o dwóch radiach

DRU­GIE WSPO­MNIE­NIE, czyli „Mozaika”

Opła­cal­ność

Pre­zent

Ogó­reczki

TRZE­CIE WSPO­MNIE­NIE, czyli „Filtr”

Dżen­tel­men z bor­su­kiem

Mak­si­mum

Uroda

Następna histo­ryjka o dwóch radiach

Pra­wie naj­lep­sze waka­cje

Odjazd

CZWARTE WSPO­MNIE­NIE, czyli „Sio­stra”

CZĘŚĆ II

Szóstka

Pokój

Jesz­cze jedna histo­ryjka o dwóch radiach

PIĄTE WSPO­MNIE­NIE, czyli „Wyco­fa­nie”

Lustro

Matka Boska na agrafce

SZÓ­STE WSPO­MNIE­NIE, czyli „Tydzień iks”

Górka miło­ści

D jak Domino

I już ostat­nia w tej opo­wie­ści histo­ryjka o dwóch radiach

SIÓDME WSPO­MNIE­NIE, czyli „Ratu­nek”

Zostań sama w domu

Weso­łych!

Zakoń­cze­nie

Podzię­ko­wa­nia

Notka o autorce

Strona redakcyjna

Zaj­rzyj na strony:

Zaj­rzyj na strony:

www.nk.com.pl


Znajdź nas na Face­bo­oku

www.face­book.com/Wydaw­nic­two­Na­szaK­sie­gar­nia


Zupa mojej babci ma smak wody z jeziora.

A wygląd – taki sam.

Pyta­nie: czy to brą­zowe, co gład­kim śli­zgiem wpeł­zło na moją łyżkę, jest pijawką czy też roz­go­to­wa­nym kawał­kiem poczci­wego grzybka?

Cza­sem lepiej nie wie­dzieć.

Moż­liwe, że bli­skość jeziora tak wpływa na wła­ści­wo­ści zupy.

Jezioro nazywa się Mie­dwie. Tutaj, w miej­sco­wo­ści Morzy­czyn, w drew­nia­nym domku podob­nym do piór­nika, miesz­kamy w cza­sie waka­cji.

Tro­chę wam opo­wiem o tych waka­cjach prze­ło­mo­wego dla mnie 2018 roku. A także o tym, co było potem. I o tym, co było przed­tem, cho­ciaż o „przed­tem” nie chcia­ła­bym za dużo roz­my­ślać. To już jest „prze­pra­co­wane”. Co było, to było. Naj­waż­niej­sze, że ist­nieje „teraz”.

– Zja­dłaś, Diano? – docho­dzi do mnie z wnę­trza „piór­nika”.

– Już pra­wie, zli­tuj się, bab­ciu… – Wzdy­cham, ale samo­wolny, cie­pły uśmiech odro­binę wykrzy­wia moje usta.

Zapie­ram się bosymi sto­pami o szcze­ble barierki na weran­dzie i wypi­jam zupę trzema ogrom­nymi łykami.

CZĘŚĆ I

Wiel­kie cię­cie

Jedziemy sku­te­rem do fry­zjera, do miej­sco­wo­ści Koby­lanka. My – czyli ja i bab­cia.

Usługi fry­zjer­skie nie są czę­stym ele­men­tem naszego życia. Prawda jest taka, że pierw­szy raz będą mnie pro­fe­sjo­nal­nie ciąć. Żeby być pre­cy­zyjną, dodam, że pierw­szy raz w życiu zasiądę na fotelu w zakła­dzie do cia­cha­nia.

– Nie po to twoja pra­bab­cia wal­czyła w dru­giej woj­nie świa­to­wej, żeby teraz pła­cić za obci­na­nie wło­sów. Wtedy robiono to bez tej całej otoczki. Cza­sem nawet wbrew woli strzy­żo­nych, zapew­niam cię.

Moja pra­bab­cia to mama babci. Nie mia­łam oka­zji jej poznać. Tuż po woj­nie, gdy świę­to­wała nadej­ście wol­no­ści, sie­dząc okra­kiem na lufie nie­uży­wa­nego już działa prze­ciw­pan­cer­nego, użą­dlił ją szer­szeń. Nikt nawet nie sły­szał wtedy o pod­ręcz­nych strzy­kaw­kach z adre­na­liną na wypa­dek reak­cji aler­gicz­nej. Tak więc pra­bab­cię znam tylko z opo­wie­ści jej córki, Anny Karaś, którą teraz pukam pal­cem w plecy.

– Bab­ciu! Gąbka ci się wysuwa! – krzy­czę i zjeż­dżamy na pobo­cze. Ona jed­nym ruchem wpy­cha nie­bie­ską gąbkę kąpie­lową pod zbyt luźny kask, podobny do miski.

– Kiedy wresz­cie kupisz sobie odpo­wiedni kask, moja kobieto? – pytam oskar­ży­ciel­sko i dys­kret­nie spraw­dzam dopię­cie wła­snego, cał­kiem nowo­cze­snego, okrą­głego i dobrze dopa­so­wa­nego kasku. Kształ­tem przy­po­mina kuli­sty sta­tek kosmiczny. O ile ist­nieją kuli­ste statki. Ale raczej nie.

– War­kocz pod kask, moja dziew­czyno. – Bab­cia się chi­chra, zado­wo­lona, że i u mnie wystą­piło poważne uchy­bie­nie. W życiu nie kupi sobie nowego kasku, nowego sku­tera też nie. Chy­bo­czemy się na sta­rym fosti grande retro. I tak lep­sze to niż cał­kiem zabyt­kowy komar, który choć odno­wiony przez bab­cię Annę, nie­zbyt nadaje się do jazdy. Czę­sto strzela focha. Ma zbyt wiele humo­rów i kapry­sów. Gdy nagle życzy sobie sta­nąć w szcze­rym polu, po pro­stu robi to i nawet taki świetny mecha­nik jak bab­cia nie prze­kona go, by sobie odpu­ścił.

– War­kocz! – Długi paluch udaje, że mi grozi, ale roz­my­śla się i lekko muska mnie po dłoni.

– Prze­cież wiesz, że od dawna nie mie­ści się pod kaskiem. – Wpusz­czam war­kocz pod bluzkę i ruszamy dalej.

War­kocz grzeje mnie w plecy, jak gruby, cie­pły wąż. Mam włosy do kolan. Ni­gdy ich nie obci­na­łam. Są nie­mal moją toż­sa­mo­ścią. Codzien­nie ludzie przy­stają na mój widok, szep­czą, cza­sem nawet robią zdję­cia i wrzu­cają na por­tale. No tak, wspa­niałe. Ale mam dosyć. Jestem prze­sy­cona tego rodzaju sławą. Czas na wiel­kie cię­cie. Chcę, żeby wresz­cie zaczęto dostrze­gać we mnie coś poza tym, co wyro­sło mi na gło­wie. Czas zaj­rzeć do wnę­trza. A ręczę, że jest tam świat, który warto odkry­wać.

 

Ale to nie jedyna przy­czyna roz­sta­nia z war­ko­czem.

– Bab­ciu!

– Nie ple­plaj mi tu w cza­sie jazdy! I tak nie sły­szę. – Pulchny tułów, który obej­muję, wzdryga się. Plecy w skó­rza­nej kami­zelce, znane i bez­pieczne. Przy­wie­ram do nich policz­kiem.

– Może i ty zde­cy­du­jesz się na porządną fry­zurę, kudłatko… – mru­czę nie wia­domo do kogo, bo fosti grande – stara pier­dziawka – ter­ko­cze upar­cie. Wiatr szumi i spo­wija nas falami, na prze­mian zimna i gorąca.

– Obci­na­nie wło­sów nożycz­kami dla przed­szko­la­ków może jest fajne. Ale efekt by­naj­mniej nie upięk­sza­jący – szep­czę marud­nie, pra­wie bez­gło­śnie.

– Nie mam­rocz mi w plecy, Diano, bo to rezo­nuje w całym ciele! – A jed­nak! Tej czuj­nej, bystrej kobie­cie nic nie umknie, może­cie być pewni.

– Nie ple­plaj mi tu w cza­sie jaz­dyyy! – odgry­zam się i wybu­chamy śmie­chem, który sta­pia się z mecha­nicz­nym kasz­lem mizer­nego sil­nika naszego fosti.

– Ile masz lat, dziew­czynko? – rzuca fry­zjer, któ­remu, szcze­rze mówiąc, pil­nie przy­da­łaby się wizyta u fry­zjera. Bar­dzo wysoki i chudy elf ma szopę dre­dów pomie­sza­nych z lokami i kolo­ro­wymi pro­stymi pasmami.

– Dwa­na­ście, a pan, męż­czy­zno?

Zapada cisza. Bab­cia robi zado­wo­loną minę i patrzy wycze­ku­jąco na elfa z zie­loną płachtą w szczu­płych dło­niach. Oj, jaki ten fry­zjer podobny do elfa…

– Yyy… jestem koło trzy­dziestki, powiem tajem­ni­czo. – Uśmie­cha się i zmie­nia w miłego elfa, jed­nak z lek­kim odcie­niem urazy.

– Czyli czter­dzie­ści? – pytam nie­win­nie, odwza­jem­nia­jąc uśmiech. Z roz­ma­chem sia­dam w fotelu i dys­kret­nie pusz­czam oczko do babci.

– No, wybacz, dziew­czynko, ale led­wie trzy­dzie­ści dwa mi stuk­nęło! – Elf robi się jesz­cze bar­dziej ura­żony.

Hm. A prze­cież doro­śli wręcz chlu­stają na dzieci oso­bi­stymi pyta­niami. Bez zasta­no­wie­nia, zawsze. Ile masz lat, jak się nazy­wasz, ile ważysz, jakie masz stop­nie, czemu jesteś taka gruba/chuda, niska/wysoka, nie­śmiała/roz­bry­kana, czy masz chło­paka/dziew­czynę, gdzie miesz­kasz? I tak dalej. Nie wolno robić z tego sprawy, jeśli nie chce się kło­po­tów. Ale ja wła­śnie ostat­nio nie omi­jam kło­po­tów. Zde­rzam się z nimi. Czo­łowo.

Zaraz, ale niby dla­czego ten jeden elf ma teraz obe­rwać za wszyst­kich…?

– Żar­to­wa­łam… – łago­dzę. – Dała­bym panu tro­chę ponad dwa­dzie­ścia. – I w ide­al­nej zgo­dzie usta­lamy szcze­góły wiel­kiego cię­cia.

– Czy mogę spy­tać, skąd ta decy­zja? – Elf roz­cze­suje moje nie­zwy­kłe włosy. Zga­dzam się, by je sfo­to­gra­fo­wał.

Bab­cia wzdy­cha, sie­dząc na kana­pie pomię­dzy kaskami.

Wybra­łaby inne warianty. Pierw­szy: żebym wciąż miała toż­sa­mość okre­śloną wło­sami do kolan (kostek, stóp, pod­łogi, drzwi, scho­dów, ulicy, cen­trum mia­steczka…). W przy­szło­ści zapewne sta­cje tele­wi­zyjne – TLC lub Nowa – zro­bi­łyby o mnie filmy. Lubią poka­zy­wać uniesz­czę­śli­wio­nych przez naturę ludzi. Tkwi­ła­bym na wyso­kim stołku baro­wym, a ciemny welon wło­sów spły­wałby, wypeł­nia­jąc cały kadr (uję­cie pano­ra­miczne). Wyma­rzona przy­szłość…

Wariant numer dwa: bab­cia obcina to wszystko wła­sno­ręcz­nie, małymi nożycz­kami z zaokrą­glo­nymi koń­ców­kami. I kolo­ro­wymi ramio­nami, każde z pla­sti­kową otoczką. Kupuje te nożyczki w Lidlu, po pięć sztuk w opa­ko­wa­niu.

– Gokarty! – Wyry­wam z zamy­śle­nia elfa i bab­cię.

– Gokarty… Czyli…? – Fry­zjer roz­dziela grze­bie­niem dłu­gie pasma.

– Cho­dzi o… ten praw­dziwy hor­ror z gokar­tem! – obwiesz­czam, dozu­jąc napię­cie.

– Nie ogląda pan cza­sem tele­wi­zji? – docieka bab­cia i roz­pina kami­zelkę na okrą­głym brzu­chu. Siada z powro­tem i pro­stuje dłu­gie chude nogi.

– Nie mam tele­wi­zora – oznaj­mia z dumą elf, więc prędko wyja­śniam:

– To stało się nie­dawno, w trak­cie tych waka­cji. Pewna dziew­czyna miała tak dłu­gie włosy jak ja. Wsia­dła do gokarta, a war­kocz huś­tał się na jej ple­cach. Odchy­liła głowę do tyłu…

– Roz­ba­wiona! – uzu­peł­nia bab­cia, wachlu­jąc się jed­nym z cza­so­pism, któ­rych mały sto­sik leży na owal­nym szkla­nym sto­liku.

– Tak: roz­ba­wiona! Roz­ba­wiona odchy­liła głowę i wtedy… War­kocz wkrę­cił się w tryby mecha­ni­zmu napę­dza­ją­cego!

– Gokarta! – To znowu bab­cia.

– Tak: napę­dza­ją­cego gokarta! – Fry­zjer bled­nie, co działa na mnie sty­mu­lu­jąco. – Dwie sekundy i miała zdartą skórę z głowy!!! Jak gdyby zdjęto z niej skalp. Wie pan, co to jest skalp? – Przy­ha­mo­wa­łam, widząc, że drży mu ręka z nożycz­kami.

– Wiem.

– Pew­nie czy­tał pan kie­dyś książki o India­nach – wnio­skuje bab­cia.

– Motyw skal­pów jest w nich bar­dzo popu­larny – dodaję, koń­cząc maka­bre­skę o war­ko­czu, który wraz ze skórą głowy został w try­bach gokarta.

– Żyje? – dyszy fry­zjer, naj­wy­raź­niej prze­cią­żony psy­chicz­nie naszymi opo­wie­ściami.

– Na szczę­ście żyje! – Opa­dam na fotel. – Ale żegnaj­cie, włosy, żegnaj, skóro. Krwi wyle­ciało ze dwa­dzie­ścia litrów!

– Rozu­miem. Już wszystko rozu­miem, dziew­czynko… Zaraz… jak ty masz na imię? Jeśli można zapy­tać… – zastrzega, słusz­nie prze­wi­du­jąc kon­se­kwen­cje pyta­nia.

– Diana. A pan?

– Tymo­te­usz. Miło mi.

– Mnie w sumie też – decy­duję po krót­kim namy­śle.

– Anna – włą­cza się bab­cia, uśmie­cha­jąc się dość kwa­śno.

– Tymo­te­usz.

– Brawo.

Przez uła­mek sekundy nasze – moje i babci – spoj­rze­nia łączą się poprzez lustrzane odbi­cie. Jest w nich poro­zu­mie­nie.

– Panie Tymo­te­uszu – kon­ty­nu­uję – taki war­kocz może też zacze­pić się na przy­kład o sio­dło. Albo o oli­no­wa­nie jachtu. Może zostać przy­trza­śnięty drzwiami auto­busu.

– A gdy ban­dyta goni, od razu ma za co uchwy­cić – bab­cia przy­ta­cza frag­ment swo­ich prze­my­śleń, a ja…

Stop! Wzdry­gam się, jakby ktoś krzyk­nął.

Czas zatrzy­muje się na sekundę.

„Ban­dyta za war­kocz chwyta”.

Tak.

Bab­cia patrzy pyta­jąco.

Poru­szam rękami pod pele­ryną fry­zjer­ską. Sze­lest.

„Ban­dyta za war­kocz chwyta”.

Biorę oddech i pozwa­lam cza­sowi pły­nąć dalej.

Znów wyglą­dam bez­tro­sko. Uśmie­cham się łobu­zer­sko, dzie­cin­nie.

– Ho, ho, żeby tylko! – Nie chcę być gor­sza. – Pod­czas nur­ko­wa­nia war­kocz może uwię­znąć pomię­dzy ele­men­tami wraku!

– Wra-ku? – słabo wydu­sza blady elf Tymo­te­usz, czo­chra­jąc ner­wowo swoją bujną fry­zurę.

– Nie ina­czej. – Bab­cia stuka w kask dla wzmoc­nie­nia efektu dra­ma­tur­gicz­nego.

– To ty… Diano… nur­ku­jesz, jeź­dzisz konno i pły­wasz jach­tem?

– No… nie… – przy­znaję i zamy­ślam się nad swoim życiem. – JESZ­CZE nie!

Fry­zjer Tymo­te­usz zaplótł moje włosy w sześć rów­nych war­ko­czy­ków. Każdy z nich zagum­ko­wał u dołu i u góry. I każdy (wresz­cie przy­szła ta chwila) sta­ran­nie ściął tuż nad górną gumką. Będzie z nich część peruki. Trudno mi sobie wyobra­zić, że kawa­łek mnie dosta­nie dziecko, któ­remu aku­rat brak wła­snych wło­sów! Miłe uczu­cie zamu­so­wało we mnie jak gazo­wana mine­ralna. Potrzą­snę­łam lekko głową. Dziwne, krót­kie, bez­radne włosy nic nie ważyły. Jakby odcięli mi część ciała. Natych­miast poczu­łam w oczach pie­kące łzy. Aż zabra­kło mi tchu.

– Dobrze. Dobrze zro­bi­łaś, odważna dziew­czyno. – Bab­cia cichutko pode­szła do mnie i pogła­dziła mą zdez­o­rien­to­waną łepe­tynę. – Oho! Jesz­cze będziemy…

– Wiem, dobra kobieto. – Od razu prze­sta­łam pocią­gać nosem. – Jesz­cze będziemy tań­czyć na moim weselu.

– Z nowymi wło­sami pod bia­łym welo­nem. – Naj­wy­raź­niej Annie Karaś nie przy­szło jesz­cze na myśl, że nici z wesela i welonu. Nie pla­nuję. Żad­nych żon i matek. Defi­ni­tyw­nie. – Potrzą­snę­łam tym, co mi zostało na gło­wie, ale już o wiele wese­lej. O, jak lekko. Jakby stale wiał wiatr.

– Uwol­ni­łem cię – pod­su­mo­wał elf. – A teraz ufor­mu­jemy praw­dziwą fry­zurę. – Zaszczę­kał dłu­gimi, lśnią­cymi nożycz­kami. W końcu to naj­lep­szy fry­zjer w Koby­lance. I jedyny.

Odwza­jem­ni­łam uśmiech, a Tymo­te­usz spa­ko­wał moje war­ko­czyki do folio­wej koperty.

Usa­do­wi­łam się na podłuż­nym sio­dełku naszej jakby wciąż zmę­czo­nej pier­dziawki. Pokle­pa­łam się po kie­szeni czar­nej kurtki. Mia­łam w niej pisemne zaświad­cze­nie od fry­zjera, że ja, Diana Sado­wiak, z wła­snej woli odda­łam swoje włosy fun­da­cji Rak’n’Roll.

Zapię­łam kask, skry­wa­jąc nową fry­zurę. Moje ramiona odru­chowo szu­kały barył­ko­wa­tego tuło­wia babci. Nie ma go. Bab­cia stoi i nie wpy­cha gąbki pod dyn­da­jący kask.

– Zasnę­łaś? Brum, brum! – przy­po­mi­nam się.

– Zobacz, Diano.

Staję obok niej i wykrzy­kuję:

– Och!

Ktoś prze­ciął tylną oponę w sku­te­rze!

Wszerz. Nie za głę­boko, ale wystar­cza­jąco, by nie móc już z niej korzy­stać.

– Co teraz? Kto to zro­bił?! – Zupeł­nie zapo­mi­nam o wło­sach.

Elf Tymo­te­usz zała­muje ręce.

– Naj­moc­niej prze­pra­szam, kręcą się tu chło­paki, waka­cje mają, nudzą się… To nie pierw­szy raz… – poję­kuje.

– Są gor­sze kata­kli­zmy na świe­cie! – Bab­cia z pew­no­ścią już zna­la­zła punkt odnie­sie­nia dla naszego pro­blemu. – Chyba jesz­cze żyjemy, co? Cho­dzimy, oddy­chamy, śmie­jemy się. – Mruga do mnie, wyj­mu­jąc kufer z narzę­dziami i tele­fon. – Trzy­maj, Diano.

I już znowu dzia­łamy. Ja i ona.

Opona jest do wyrzu­ce­nia.

– Ale, bab­ciu… Przy­znaj sama. – Zdej­muję kask. – Nasta­wi­ły­śmy się na wiel­kie cię­cie. No i mamy wiel­kie cię­cie.

Cha­rak­te­ry­styczny ele­ment

– Teraz ty. Nie śpij, myśl – taka zachęta wyrywa mnie z bło­giego letargu. Roz­wa­lona na dużym żół­tym pon­to­nie, obser­wuję koły­szące się trzciny. Spod przy­mru­żo­nych powiek wymy­kają się roz­ma­zane czarne kształty. Zni­kają mię­dzy trzci­nami. To łyski. Żyją ich tutaj setki. Lubię te ptaki, są takie upo­rząd­ko­wane i uparte. I śliczne – lśniąco czarne, ze swo­imi bia­łymi łysin­kami. Dobrze opie­kują się dziećmi. O, kilka maleń­kich łysią­tek zapisz­czało mię­dzy trzci­nami. Nie­spo­kojna gruba łyska odpo­wiada im gar­dło­wym gul­go­tem. Poro­zu­mie­nie.

U nas też poro­zu­mie­nie. Pon­ton czule har­mo­ni­zuje nasze ciała i umy­sły. Razem w górę, razem w dół. Plusk, plusk.

Dokąd pły­niemy? Doni­kąd. Do połowy zanu­rzone wio­sła bez­rad­nie taplają się w ciem­no­zie­lo­nej toni.

– Baaab­ciu… – Prze­cią­gam się. – Oddam ci ruch. Nie mam siły. Upał.

– No, jak chcesz. – Na dru­gim końcu pon­tonu bab­cia zaciera rączki. Spod jej kape­lu­sika na wszyst­kie strony ster­czą białe, nie­grzeczne włosy. – Jak chcesz, Dianko. Ale żeby nie było. – Jej błę­kitne oko nie­bez­piecz­nie bły­ska i wtedy otrzą­sam się z roz­le­ni­wie­nia.

– Sekunda, zmie­niam zda­nie! Nie oddaję ci ruchu.

– O, co za szkoda, co za żal… – Anna Karaś chi­cho­cze i zazdro­śnie zakrywa swoje płytki z lite­rami. Jej biała, zbyt luźna bluzka wygląda nie­mal jak żagiel. Skrze­czący głos spra­wia wra­że­nie, jakby nie mówiła do końca serio. Taka babu­sia Jagu­sia z teatru. Ale ona jest bar­dzo serio. Na szczę­ście. Mogę być spo­kojna.

Na środku pon­tonu roz­ło­żona jest plan­sza do scrab­bli. Tych podróż­nych, minia­tu­ro­wych, z okien­kami do wci­ska­nia liter. Nie wypadną, nie ma obawy. Gramy w scrab­ble na pon­to­nie. To nasz rytuał. Od zawsze. To zna­czy, odkąd spę­dzamy tu waka­cje. Czyli od dwóch lat.

– Ukła­dam, bab­ciu. – Popra­wiam moją błę­kitną czapkę z dasz­kiem. I czarne kocie uszka – takie przy­cze­pione do czar­nej prze­pa­ski, którą nakła­dam na czapkę. Nie roz­staję się z nią. To dla­tego nie­któ­rzy mówią na mnie „kocie uszy”. Teraz, kiedy mam krót­kie włosy, te aksa­mitne uszy przy­ku­wają uwagę. Cha­rak­te­ry­styczny ele­ment. Każdy czło­wiek ma jakiś cha­rak­te­ry­styczny ele­ment.

– A ist­nieje słowo „kroć”? – Moja dłoń z literą „ć” zawisa nie­pew­nie nad plan­szą.

– Hm… Albo „kro­cie”, czyli dużo, wiele; albo „troć”, nazwa ryby.

– Czyli nie ist­nieje…

– Nie­stety.

– A może ist­nieje… – Nie udaje mi się dokoń­czyć, prze­rywa mi krót­kie „bum” i nasz pon­ton na chwilę traci sta­bil­ność, puk­nięty w miękki bok dzio­bem kajaka.

– Wła­dek!!! Prze­stań!!! – drzemy się wspól­nie, ratu­jąc naszą plan­szę.

 

– Dzień dobry i cześć! – Na kajaku balan­suje gruby, wysoki i nie­sa­mo­wi­cie opa­lony chło­pak. Włosy ma w zasa­dzie białe, brwi też. Wła­dek, mój waka­cyjny kolega. Miej­scowy z miłej pobli­skiej wio­ski o śmiesz­nej nazwie – Jęczy­dół.

Teo­re­tycz­nie nie­letni chyba nie mogą samo­dziel­nie pły­wać sobie kaja­kami bez opieki. Ale opie­kuj się tu, czło­wieku, każ­dym osobno, gdy ma się sied­mioro dzieci, roboty po uszy, sad, zwie­rzęta i pracę!

– Wła­dziu, dobry, dobry, ale kie­dyś puknę tę burtę moim wio­słem, aż zadrżysz razem z kaja­kiem, jeśli nie zmie­nisz spo­sobu powi­ta­nia. – Bab­cia grozi mu pro­stym kości­stym palu­chem i pod­wija wyjąt­kowo dłu­gie nogi pod okrą­gły, wysta­jący brzuch. Moja bab­cia to chyba cała jest cha­rak­te­ry­stycz­nym ele­men­tem.

– Pani zoba­czy, ile wyło­wi­łem – nie zraża się Wła­dek, wska­zu­jąc na nie­bie­ski wór wypeł­nia­jący połowę kajaka.

– Wła­dziu, nie możesz tak po pro­stu wyła­wiać śmieci. – Bab­cia cmoka z dez­apro­batą. – Zła­piesz jakieś zarazki. Do tego potrzebny jest spe­cjalny sprzęt.

– Mam gumowe ręka­wiczki. – Brudne, kie­dyś żółte, teraz sza­rawe coś spo­czywa na dnie kajaka. Dru­gie coś tkwi na pulch­nej dłoni.

– Powinny być jed­no­ra­zowe. Od ilu dni ich uży­wasz?

– Nie liczy­łem. O, pro­szę.

– Co za ohyda. – Wychy­lam się z pon­tonu, zaty­ka­jąc sobie nos.

– Pra­wie same rekla­mówki. Z naci­skiem na „pra­wie”. – Chło­pak bie­rze w dwa palce coś ciem­no­sza­rego, bez­kształt­nego, za to… jakby… z twa­rzą. – Ura­tu­jesz go, Dianka?

– To chyba… pie­sek. – Przez podaną mi przez bab­cię rekla­mówkę chwy­tam nie­szczę­snego plu­szaka. Uuu, nie­mal roz­pada się w moich dło­niach. – To będzie wyzwa­nie.

– A my lubimy wyzwa­nia – przy­po­mina moja dobra kobieta i pro­po­nuje Wład­kowi obra­nego ogórka. Uwiel­biamy ogórki. Bez kilku ogór­ków w pudełku śnia­da­nio­wym nie ruszamy się z domu.

– Lubimy. – Kładę mokre plu­sza­kowe zwłoki obok plan­szy, a Wła­dek przy­wią­zuje kajak do naszego pon­tonu.

W nie­bie­skim worze na śmieci – jak zwy­kle – sza­rzeje mętną wil­go­cią ludzki byt. Halo, świe­cie, to my, ludzie. Jeste­śmy! Patrz!

Opa­ko­wa­nia wszyst­kich moż­li­wych pro­duk­tów z pobli­skiego skle­piku. I z wielu innych. Zużyte pie­lu­chy. Oczy­wi­ście – to już praw­dziwa zgroza – butelki, także te szklane, nad­tłu­czone, groźne z powodu swo­ich nie­re­gu­lar­nych kra­wę­dzi. Jed­no­ra­zowe kubeczki, tacki, rurki, sztućce i tale­rzyki. Rekla­mówki, woreczki, chu­s­teczki, kap­sle, tubki, szpry­chy, czę­ści gar­de­roby, puszki… „I inni” – myślę – jak w napi­sach koń­co­wych filmu, gdy podaje się obsadę i zostają mniej ważni arty­ści. „I inni”. Gdy byłam mała, myśla­łam, że „inni” to nazwi­sko aktora, który gra w każ­dym fil­mie. Dzi­wi­łam się, że „inni” (pew­nie Włoch, bo oni mają nazwi­ska koń­czące się na „i”) daje radę grać w tylu fil­mach. Ten Inni intry­go­wał mnie, aż ktoś mi wresz­cie wyja­śnił, o co cho­dzi. Ktoś – nie wiem kto. Aż mnie zatkało ze zdzi­wie­nia. To mój Włoch – Inni – nie ist­nieje?

– Wła­dziu, mogę cię sfo­to­gra­fo­wać? Umiesz­czę zdję­cie na mojej stro­nie. Może ktoś cię zaspon­so­ruje… Albo spo­pu­la­ry­zuje podobne dzia­ła­nia waka­cyjne. – Bab­cia wyj­muje apa­rat.

– No, jak tam pani uważa, ale to nie pasuje tema­tycz­nie – wydzi­wia chło­pak, choć już się pręży ze swoim peł­nym śmieci worem. Przez całe lato oczysz­cza nasze ulu­bione jezioro. A ludzie wciąż wrzu­cają kolejne paskudz­twa. Jakby nie było śmiet­ni­ków.

– Już ja sama wiem, co pasuje, i ręczę ci, że pasu­jesz do krzes-wow.pl. Moja strona zrze­sza kul­tu­ral­nych, wraż­li­wych ludzi.

– A mniej kul­tu­ralni nazy­wają mnie śmie­cia­rzem. Da im pani pożywkę. Ale spoko, zawsze to jakaś reklama – uspo­kaja się Wła­dek, kie­ru­jąc otwór wora pro­sto w obiek­tyw.

– Powinni cię cenić za tę ini­cja­tywę, oczysz­cza­nie Mie­dwia. Jesteś lokal­nym dobrem. – Pew­ność w gło­sie babci nie prze­ko­nuje ani mnie, ani Władka.

– Kie­dyś nawet pra­wie go pobili. I mówią: „Śmie­cio­nu­rek” – wyja­wiam, lecz Wła­dek trąca mnie dys­kret­nie, więc się zamy­kam.

– Ale nie pobili?

– No… nie.

– Zgło­simy to. I kupię ci zapas ręka­wi­czek. – Bab­cia bez prze­rwy pisze pety­cje, poda­nia i inter­we­niuje w róż­nych bez­na­dziej­nych spra­wach. Już widzę, że prze­jęła i tę. Należy do ludzi, któ­rzy szu­kają kło­po­tów. Są plusy takiego podej­ścia. Ale są i minusy.

Kiedy bab­cia foto­gra­fuje samo­zwań­czego „czy­ści­ciela Mie­dwia”, a potem prze­pro­wa­dza z nim wywiad, ukła­dam jej taki wyraz na plan­szy, że ode­chce się jej scrab­bli na wieki. He, he. Spla­tam ręce pod głową, oparta o mię­ciutki żółty brzeg pon­tonu. Obser­wuję ludzi na plaży.

Tro­chę mi gorąco w rybacz­kach, ale ni­gdy nie noszę krót­kich spode­nek. To przez moją wielką bli­znę na udzie. Wła­ści­wie to nie sama bli­zna, ale całe wgłę­bie­nie, któ­rego na razie nie udało się ład­nie wypeł­nić. Pokryte nieco przy­kur­czo­nymi tkan­kami skóry w kilku odcie­niach czer­wieni i bieli. Tak to wygląda. Niby już się do tej bli­zny przy­zwy­cza­iłam, jest czę­ścią mnie. Ale wolę za czę­sto na nią nie patrzeć. Nie mia­ła­bym jej, gdyby nie… Póź­niej wam o tym opo­wiem, bo musia­ła­bym zacząć od naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień. Jesz­cze musi­cie pocze­kać.

Wychy­lam się poza pulchną kra­wędź pon­tonu, prze­glą­dam w wodzie. Mój pul­su­jący lek­kimi fal­kami wodny por­tret poka­zuje twarz z ciut zapad­nię­tymi policz­kami. To nie za bar­dzo pasuje do reszty, bo jestem lekko (zbyt!) zaokrą­glona. Sze­ro­kie usta z dużymi zębami. Za duże oczy o jasno­sza­rych tęczów­kach – jak­bym stale cze­muś się dzi­wiła. Włosy, odro­binę falu­jące (jak jezioro), od nie­dawna nie­zbyt impo­nu­ją­cej dłu­go­ści – opa­dają mi na czoło, aż do brody. To ja, jeziorna wiedźma, dra­kulka-brzy­dulka. Dosyć.

Kie­ruję wzrok w zie­lon­kawą ruchomą prze­strzeń. I dalej, na plażę.

I wtedy to dostrze­gam.

Cha­rak­te­ry­styczny ele­ment. Zry­wam się na równe nogi, o ile coś takiego jest w ogóle moż­liwe do wyko­na­nia na pon­to­nie. Muszę to zoba­czyć z bli­ska.

– Bab­ciu, mogę poba­wić się z Wład­kiem na brzegu? Mamy do poga­da­nia.

– Sami? To zna­czy we dwójkę? – dzi­wuje się bab­cia, bo pierw­szy raz zasy­gna­li­zo­wa­łam potrzebę odosob­nie­nia. Na godzinkę, dwie. Dla mnie samej jest to zaska­ku­jące. Ja prze­cież zawsze z bab­cią, zawsze. Nie chcę wol­no­ści, mia­łam jej w życiu aż za dużo. Marzy­łam o kon­troli i obec­no­ści. Wygląda na to, że już się tro­chę uspo­ko­iłam, skoro mam odwagę na chwilę samo­dziel­no­ści.

– Chyba tak… – Zdej­muję jej oku­lary prze­ciw­sło­neczne i prze­glą­dam się w jej oczach. – Na pewno tak… To jak? Mogę?

– Skoń­czymy grać pod­czas następ­nego rejsu. Moja duża wnuczka ma swoje sprawy – w mig zała­puje ta bły­sko­tliwa kobieta (bab­cia, gdy­by­ście się pogu­bili!), a ja ści­skam ją za rękę, z wdzięcz­no­ścią i na zapas.

– Pocze­kasz na mnie w zatoczce? – Jesz­cze nie pusz­czam twar­dej i cie­płej dłoni.

– To oczy­wi­ste. – W jej gło­sie dźwię­czy spo­kój. – Leć, Dianko. – Oddaje mi uścisk. Czuję musu­jącą falę wdzięcz­no­ści.

Oczy­wi­ste.

Jakie to jed­nak nie­oczy­wi­ste.

Przy­pi­nam do paska etui z komórką.

Potem zręcz­nie prze­cho­dzę do kajaka.

– Wła­dek! Wła­dek, skończ to gwiaz­do­rze­nie. Patrz. I mów, co widzisz. – Biorę w dło­nie jego wielką okrą­głą głowę i obra­cam we wła­ści­wym kie­runku. – No? Co widzisz? Tam, na plaży, na roz­kła­da­nym krze­sełku. Nazwij to.

– O kur­czę… To… gar­ni­tur.

Zwy­kle nie korzy­stamy z plaży. Tylko tyle, żeby odbić pon­to­nem czy kaja­kiem i się odda­lić. Wła­ści­wie nie nale­żymy do pla­nety pla­żo­wi­czów. Wła­dek pocho­dzi z Jęczy­dołu, a kajak na stałe zacu­mo­wany jest w morzy­czyń­skiej zatoczce. Ja z bab­cią nie wynaj­mu­jemy domku jak turystki. Nie mamy też wypa­sio­nej let­niej rezy­den­cji. Nasz podłużny drew­niany domek w kształ­cie piór­nika to wła­sność Anny Karaś, a kie­dyś jej męża, Edzia Kara­sia. Zna­czy… dziadka. Znam go tylko z opo­wie­ści. Dzie­sięć lat temu był uprzejmy pośli­zgać się na łyż­wach na środku zamar­z­nię­tego jeziora. „Tylko na moment, by uczcić nowy rok” – uparł się, no i uczcił nowy rok. Spek­ta­ku­lar­nie, bo wła­snym pogrze­bem, jak mówi bab­cia. Mówi też, że gdyby wie­dział, że ma wnuczkę, byłby bar­dziej odpo­wie­dzialny. Żałuję, że nie zdą­ży­łam spo­tkać dziadka Edzia. Ale wtedy prze­cież go nie zna­łam. Ani babci.

– Dianka, on naprawdę opala się w gar­ni­tu­rze. – Sie­dzimy z Wład­kiem na zbyt małym ręcz­niku i z zacię­ciem obser­wu­jemy chłopca… chło­paka… Nie, raczej chłopca sztywno wbi­tego w płó­cienne krze­sełko. Odpra­so­wany szary gar­ni­tur. Na gło­wie biała czapka, duża i dziwna. Też jakby taka… wypra­so­wana. Pałąk słu­cha­wek na czapce. Nieco dwu­znaczny uśmie­szek – jakby tylko cze­kał na jakiś odzew, reak­cję.

W ogóle się nie poru­sza.

– Ale dziki trans­fer na naszej plaży. Cie­kawe, kto nam tu sprze­dał ten mane­kin w gar­ni­turku. – Sły­szę i czuję cie­pły chuch pro­sto w moje ucho, to praw­dziwe, nie kocie.

– Prze­stań tak się gapić. Każdy nosi, co ma. Tole­ran­cja, mówi ci to coś? Każdy jej wymaga, ale sam… – powta­rzam słowa babci, lecz o mało oczy mi nie wyłażą z orbit.

– Uwa­żaj z tymi kocimi uszami, bo wypru­jesz mi oko – rzuca Wła­dek, po czym nieco odsuwa mnie od sie­bie.

– To się do mnie tak nie przy­bli­żaj.

– Niby jak mam sie­dzieć na tej ście­reczce, żeby się nie przy­bli­żać?

– Na pia­sku, to pro­ste.

– Sama sobie siedź na pia­sku.

– Ty mnie, Wła­dek, nie dener­wuj. Odbiło ci od tego gwiaz­dor­stwa. – Chyba jestem tro­chę zazdro­sna o zain­te­re­so­wa­nie babci. Mnie nie pro­po­no­wała wywiadu. Nie umie­ściła na stro­nie. Cho­ciaż ja bar­dziej pasuję do tematu krzes-wow.pl, bo prze­cież poma­gam jej przy tych krze­słach. Kie­dyś miała pełną sto­larkę w Gry­fi­nie (tam miesz­kamy), ale po śmierci dziadka Edzia spro­fi­lo­wała się – jest spe­cja­listką od drew­nia­nych krze­seł. Z obi­ciami i bez obić. Nawet do teatrów robi. A moje ręce też już nie­jedno potra­fią w tej branży. Nikt tak nie szli­fuje małych powierzchni jak ja.

– Dianka, no co ty? – Odrywa wzrok od chłopca w gar­ni­tu­rze. Robi mi się głu­pio. Bo jed­nak Wła­dek to jest… Wła­dek. Dobry chło­pak. Odważny. Zawsze po mojej stro­nie. Choć nie­raz mam wra­że­nie, że nasz fosti grande ma spory udział w tej przy­chyl­no­ści.

– Żar­to­wa­łam, balo­nie. – Pstry­kam go lekko w wysta­jące poza ręcz­nik opa­lone udo.

– Odkąd ścię­łaś włosy, to tro­chę dziwna się zro­bi­łaś. – Krzywi się i zaraz roz­po­ga­dza. – Ale jedno ci powiem: ta wer­sja też jest w porządku.

– Skup się na sobie.

– Lepiej na nim. – Patrzymy, jak „gar­ni­tu­rek” bie­rze duży rogal z rąk pani z bar­dzo pro­stymi wło­sami. Pani roz­sta­wia biały pla­sti­kowy sto­lik, układa na nim sztućce (praw­dziwe, sta­lowe, nie jed­no­ra­zowe!) i tale­rze. Star­szy pan z lokiem wień­czą­cym długą brodę wynosi z samo­chodu duże srebrne ter­mosy i… fili­żanki… tak, tak to się nazywa, przy­po­mi­nam sobie: fili­żanki.

– Ni­gdy nie uży­wa­łam tak ele­ganc­kiego zestawu.

– Ja też nie – szep­cze Wła­dek. – Nawet na imie­ni­nach.

Bo imie­niny są w rodzi­nie Władka dosłow­nie co chwilę. To praw­dziwa wie­lo­po­ko­le­niowa rodzina. Samych braci ma Wła­dek czte­rech. Nie licząc sióstr. Nawet już jest wuj­kiem! Pomy­śleć: trzy­na­sto­letni wujek!

„Gar­ni­tu­rek” wstaje z krze­sła, pod­nosi je i sta­wia bli­sko stołu. Jego czarne lakierki pokrywa jasny, nie­zbyt już czy­sty w sierp­niu pla­żowy pia­sek. Inni pla­żo­wi­cze też przy­glą­dają się przez chwilę, ale zbyt są zajęci swo­imi gril­lami. Pani (może mama „gar­ni­turka”?) ma ide­al­nie dopa­so­waną suk­nię. Pan – kan­cia­sty szary gar­ni­tur. To jesz­cze jestem w sta­nie zro­zu­mieć. Doro­śli pocho­dzą z prze­szło­ści. Nie­któ­rzy są do niej bar­dzo przy­wią­zani. Wręcz boją się od niej ode­rwać. Tak mówi bab­cia. Ona miała odwagę ode­rwać sie­bie od prze­szło­ści. I nie tylko sie­bie.