Tata, gotuj kisiel!Tekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tata, gotuj kisiel!
Tata, gotuj kisiel!
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,80  31,84 
Tata, gotuj kisiel!
Tata, gotuj kisiel!
Audiobook
Czyta Krystyna Maksymowicz
21,90  16,21 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jacusiowi – miłości mojego życia

– zamiast pożegnania



Wypowiedziałam wojnę kapturom.

– Giń, kapturze – potworze! – krzyczę.

Ze świstem odpinam zamek błyskawiczny, łączący flakowate kapturzysko z resztą kurtki. Gorzej z tymi, które są przyszyte do bluz i peleryny przeciwdeszczowej. Wywlekam ubrania z szafy, potrząsam nimi, nakłuwam plastikową linijką. O, jeszcze dres! A masz! Jeden do zera.

– Aśka. Dlaczego?! – pyta mama, wskazując palcem z dużym pierścionkiem na walające się po dywanie ubrania.

– Kaptury zachorowały – wyjaśniam, wzruszając ramionami. – Zasłabły, są niepotrzebne. Zostały wyeliminowane. Tak bywa w przyrodzie. Słabe osobniki.

Siedzę pośrodku tego pobojowiska i dźgam linijką ortalionowy trójkąt obszyty futerkiem.

– Nie chcę znać szczegółów – zastrzega mama, machając wciąż tym samym palcem. – Aśka Wirowska natychmiast sprząta pokój. Potem przychodzi do salonu i melduje, że jest gotowa do wyjścia. Bez komentarzy! – wypala, widząc, że nabieram powietrza i otwieram usta. Ostatnio często jestem strasznie niegrzeczna. Czuję, że teraz znowu jestem i wcale nie chcę przestać.

– A Zuzanna Wirowska niech mi więcej nie kupuje kapturów! Bo odetnę. A potem… – kręcę na dłoni trójkątny kawałek materiału w fioletowe paski.

Mama już chce krzyknąć i pogrozić, ale nagle opuszcza rękę i zamyśla się. To ja też przestaję się kłócić i patrzę na mamę, kładąc kaptur na kolanach.

– Właściwie dlaczego nie lubisz kapturów? – zadaje pierwsze sensowne pytanie, od którego należało zacząć tę rozmowę. Od razu robię się grzeczna i spokojnie odpowiadam:

– Czuję się, jakby ktoś mnie chwytał za głowę. I mało widzę po bokach, gdy mam coś takiego wokół twarzy. Poza tym nie znoszę, gdy mnie zatrzymujesz przed ulicą, łapiąc za kaptur. I denerwuje mnie ten szelest – pocieram palcami kaptur różowej peleryny. – No i słabo słyszę taka opatulona, a lubię dobrze słyszeć. – O, doskonale wiem, dlaczego nie cierpię kapturów, mogłabym mówić i mówić.

Mama kładzie palec na ustach, więc milknę. No dobrze, chyba zdążyłam wyjaśnić sytuację i na pewno zaraz mama wyciągnie właściwe wnioski. O, już.

– Co za głupoty! Dzieci muszą chronić głowy kapturami. Przewieje cię i znowu będą cię bolały uszy. Oj, za dobrze masz, za dobrze – błyska ostrzegawczo oczami i wychodzi z pokoju.



Mieszkamy sobie, ja i mama, w pięciopiętrowym budynku. Budynek przypomina pudło z małymi otworkami – te otworki to okna. Obok stoi masa podobnych pudeł z oknami, a na dole wiją się ulice. Samochodów jest bardzo dużo – jadą albo stoją pod budynkami, czasami nawet zajmują chodniki i oba maleńkie trawniki. Stoją ciasno, ledwo można uchylić drzwi, by wejść do środka, tyle ich jest. Wśród nich nasza srebrna toyota. „Nówka” – jak mówi mama, klepiąc z zadowoleniem lśniący dach.

Do mieszkania wiezie nas winda – taka mała i duszna, że od razu wiadomo, który z sąsiadów właśnie pił piwo albo jadł czosnek, albo nie wykąpał się wczoraj.

Mamy aż trzy malutkie pokoje. Na drzwi mojego przykleiłam neonową tabliczkę kupioną w empiku: „Królestwo Aśki”. Dopisałam czarnym markerem: „Wirowskiej”, żeby było wiadomo, jakby co.

Na drzwiach sypialni mamy nie ma napisu: „Królestwo Zuzanny Wirowskiej”, ale i tak wiadomo, że to jej teren i nie wolno się tam rządzić nawet mnie, ukochanej córeczce.

Jest też salon – właściwie salonik – z kanapą, ogromnym telewizorem wiszącym na ścianie i biurkiem z dwoma laptopami. I ławą pełną talerzyków z plastiku.

Mama pracuje w towarzystwie ubezpieczeń – bo teraz wszystko trzeba ubezpieczać. To znaczy wpłacać pieniądze towarzystwu, żeby towarzystwo zapłaciło człowiekowi o wiele więcej, gdy na przykład komuś spali się dom albo piorun uderzy w samochód. Takie towarzystwo daje wtedy mnóstwo pieniędzy i już można zbudować sobie nowy dom albo kupić nowy samochód. Proste.

Dobrze nam się powodzi, mamy wszystko, co trzeba. Nawet lalki Monster High, chociaż ich nie lubię i nie bawię się nimi. Ale mama i tak kupiła, żeby nie mówili, że nas nie stać. I komputery kupiła, i cichą pralkę, i lodówkę z elektronicznym wyświetlaczem i zegarem.

Mam bardzo dużo ubrań. I ładne meble, których nie lubię odkurzać. No, po prostu wszystko mam. A jednak jestem niegrzeczna. Kiedyś byłam bardzo grzeczna, ale teraz, w drugiej klasie, coś mi się stało i stawiam się, jak mówi mama.

Taty nie mam – to znaczy on istnieje, ale mama opowiadała, że nie chciał mieć nawet mieszkania i żyje w lesie jak zwierzę, cały zarośnięty i z brudnymi paznokciami. Prawie wcale nie ma kasy i nie mógłby zapewnić jedzenia na stałe nawet myszy.

– Ale powiedziałaś, że przysyła pieniądze na moje wydatki – przypominam. – Jednak musi je mieć, przynajmniej dla mnie.

– Kropla w morzu – krzywi się mama. – Nie ma o czym mówić. Prymityw.

Wtedy wyobrażam sobie tatę jako człowieka pierwotnego. Oglądałam film o jaskiniowcach. Okropność. Ciekawe, jak tata wytrzymuje boso nawet w zimie. Może ogrzewa się przy ognisku?

Niezbyt mu się udało w tym życiu i chociaż go nie znam, to trochę mi go żal. Czasami, bo rzadko o nim myślę.

Każdej niedzieli mama zaprasza mnie na czarnego szampana. To nasza ulubiona rozrywka. Samo słowo „szampan” to coś zupełnie niedozwolonego dla dzieci i to już jest świetne. A do tego czarny. Prawda jest taka, że jedziemy sobie razem do Pizza King i zamawiamy pizzę hawajską i coca-colę w kieliszkach do wina. To jest właśnie nasz czarny szampan. Stukamy się kieliszkami i wtedy jestem szczęśliwa. Patrzę w oczy mojej mamie i uśmiechamy się do siebie. Jesteśmy tak bardzo razem, że aż mnie coś ściska w brzuchu. Mamy podobne włosy – rzadkie, jasne, lekko kręcone. Nieco pierzaste jesteśmy, jakby nas przewiało bez kapturów. I tak sobie żyjemy.

– Na zdrowie, Aśka! – śmieje się mama, a ludzie dookoła gapią się na nas.

– Na zdrowie, Zuzanno! – stukam moim kieliszkiem pełnym czarnego szampana w kieliszek mamy i idealnie równo wypijamy nasze napoje. Uwielbiam to.

Pizza jest mniej ważna.



– Nie mogłaś bawić się z siostrą, bo nie masz siostry! – wrzeszczy Andżela, podrzucając mój piórnik, aż wysypują się kredki. Jednym ruchem wyrywam jej swoją własność.

– Musisz sobie zainstalować aktualizację! – szarpiemy się i przewracamy na podłogę tuż przy kredkach (trzeba uważać, żeby nie nacisnąć ich kolanem, bo będzie bolało). – Od dwóch miesięcy mam Siostrę. Przez duże „S”!

– Tak? A niby jaka ona jest? – wspólnie zbieramy moje rozsypane kredki i Andżela podaje mi gumkę, która wylądowała aż pod samym oknem.

– Jest bardzo gruba. I ma dużo włosów. – Siadamy na niskiej podłużnej ławce. Dziewczynki skupiają się wokół nas. Boli mnie ramię – Andżela ma mocny chwyt, ale ja też dałam jej kilka kuksańców. Sprawiedliwie. – Już wiesz, jaka jest.

– Gruba i owłosiona? To straszna z niej świnia! – rechoczą dziewczynki, a ja wcale nie obrażam się w imieniu mojej Siostry, bo z niej naprawdę niezła świnia. Konkretnie – świnia morska. Nazwałam ją „Siostra”. Lepsza taka niż żadna.

Tylko Ilonka bardzo, bardzo się z tego nie śmieje. Stoi trochę z tyłu i jest uśmiechnięta jak zawsze. Nie jest popularna w naszej klasie, dziwna raczej, ubrana w nieco rozwleczone sukienki i szare rajtuzy. Nie jada czipsów i batonów. Nie wiem dlaczego, ale jakoś ją lubię. Mądra, rzadko się odzywa, ale zawsze sensownie. Lubię ją w tajemnicy. Chętnie bym z nią dłużej porozmawiała, ale wtedy inne dziewczynki zaczęłyby mi dokuczać. Opłaca się trzymać z Andżelą, a szkoda. Jeszcze nie wiem, jak rozwiązać ten problem.

Moja Siostra to prawdziwy cud. Mama nie lubi zwierząt i nie miałam nadziei, że kiedyś ulegnie i pozwoli na zwierzaka w mieszkaniu. Jednak walczyłam, bo ja akurat uwielbiam zwierzęta – nie wiem, po kim to mam. Mama i babcia niezbyt je lubią i chyba brzydzą się zwierzaków. Ale na dziewiąte urodziny dostałam wymarzoną, grubą łaciatą świnkę morską w małej klateczce. Dobre i to.

Mama nie jest zadowolona, gdy wypuszczam Siostrę na spacer po pokoju. Na dywanie zostają kuleczki kupy i trociny. Nie przeszkadza mi to. Ale spacery świnki są krótkie i chyba dlatego moja Siostra utyła i wygląda jak futrzana kula. Apetyt ma świetny! Ostatnio zauważyłam, że ledwie może wychodzić przez otwór swojego małego plastikowego domku. Nie od razu jej się udaje. Na początku chodzi z domkiem na plecach. Prawie jak żółw. Wysuwa przednie łapy, ale gruby tyłek i boki są zaklinowane. Drepcze więc z domkiem, aż pomogę jej się wydostać. My się z mamą śmiejemy i nazywamy ją świnką żółwinką. Ale w sumie to jest problem. Ten problem da się rozwiązać. Gdy tylko wrócę ze szkoły.

 

– Aśka! Tutaaaj! Tuuu! – moja babcia (dzisiaj ona odbiera mnie po lekcjach) macha rękami, jakbym była na końcu świata, a nie obok, w drzwiach klasy. O, już Andżela się śmieje.

– Widzę cię, babciuuu! – odwrzaskuję, ale babcia nie odpuszcza, nie, mowy nie ma.

– Gdzie masz czapeczkę? Wieje! – I wyjmuje z torby trzy zapasowe czapeczki.

– Przecież jeszcze nie wyszłyśmy ze szkoły. – Po cichu nazywam babcię Babcią Narzekalską. – Założę czapkę, gdy wyjdziemy.

– Załóż zaraz! Pechowy podmuch spowoduje zapalenie ucha. Pamiętasz, jak kiedyś chorowałaś na zapalenie ucha? Ohoho!

– Po co o tym pamiętać? – dziwię się, ale wyjmuję czapkę z rękawa kurtki i wciskam na głowę.

– Jaka czarna, nieładna! Co ty z tym czarnym kolorem? – załamuje ręce Babcia Narzekalska. – Kurteczka czarna, czapeczka też! To brzydko, dzieci nie noszą czarnych ubrań! Umarł ci ktoś, czy co? – wyjmuje z torby jaskrawoczerwony berecik i próbuje mi zerwać z głowy moją ulubioną czapkę.

– Lubię czarny! Nieee! – wywijam się spod czerwonego berecika, babcia goni mnie do samej ulicy. No i znowu naskarży na mnie mamie. Znowu ta niegrzeczność. Ale dlaczego babcia wciąż chce mnie przerabiać?

– Dlaczego ty tyle pijesz? Aśka, pewnie masz cukrzycę! Dzieci aż tyle nie piją. Trzeba zrobić badania – marudzi Babcia Narzekalska, mieszając ryż.

– Oj, babcia, ja zawsze dużo piję – wlewam w siebie wodę mineralną, niedbale wisząc na stołku w kuchni.

– I to zimną! Lepiej podgrzać, bo zaziębisz gardziołko!

– Tylko że już wypiłam.

– O, masz! – babcia rozkłada ręce. – Zaraz… a dlaczego nie odrabiasz lekcji? Powinnaś odrabiać, potem będziesz siedziała do nocy. Zawołam cię na obiadek. – I zabiera się za smażenie naleśników. Jeden rzut oka wystarczy, bym wiedziała, że mam dziś na obiad kaszę, naleśniki, racuchy i gulasz. No i kto da radę to zjeść? Niech zgadnę, kogo po tym obiedzie nazwą niejadkiem?

Pilnikiem do paznokci powiększam otwór w domku Siostry. Plastik jest dość miękki, dobrze mi idzie. Świnka biega po dywanie, zostawiając brązowe kulki na jasnoróżowym pluszu. Zdążę posprzątać, zanim mama wróci.

– No, Siostro, teraz się zmieścisz? – stawiam domek, ale zwierzyna akurat nie ma chęci na przymiarkę. Gryzie nogę mojego różowego łóżka z Ikei, więc muszę ją lekko odsunąć. Biorę ją na kolana. – I co, ty świnio, i co? Nie wystarczą ci gałązki? Łóżko lepsze? – głaszczę świnkę, a ona chrumka i mruczy, wcale się nie wyrywa. Umiem być delikatna, gdy trzeba. Kochana, kochana Siostrzyczka.

– Ustami dotykasz zwierzęcia? – Babcia Narzekalska pojawia się za moimi plecami cicho jak widmo. – To niehigieniczne, jak ty się nie brzydzisz? Powiem Zuzi.

– Mmm, jak pięknie pachnie – całuję świnkę i podtykam babci. – Babciu, też ją pocałuj, tylko lekko. – Chyba znowu jestem niegrzeczna. Taki los.

– Fuj, dziecko! Zobaczysz, będziesz chora!

– Od świnki morskiej chyba nie można się niczym zarazić.

– Zobaczysz, zarazisz się od niej… świnką! – wpada na pomysł babcia i śmiejemy się obie, bo to już przesada z tą świnką. Siostra też wesoło gulgocze. Stawiam ją na dywanie i wtedy gaśnie światło.

Siedzimy przy świecach. Babcia narzeka, że wszystko w lodówce się rozmrozi. Wyłożyła mięso na parapet, w woreczku. Nie wiem, czy za oknem jest odpowiednia temperatura, ale niech jej będzie.

Gorzej, że nie mogę znaleźć świnki. Chodzimy z włączonymi latarkami, żeby nie nadepnąć na biedaczkę. Co ja mówię – biedaczkę! Chyba teraz jest szczęśliwa i swobodna. Rozumiem ją. W naszym małym mieszkaniu też czasami czuję się jak w klatce.

– Ojoj, co teraz zrobimy? – biadoli babcia, więc próbuję ją rozerwać teatrzykiem cieni.

– Teatr cieni, teatr cieni, zwykłą ścianę w scenę zmieni – śpiewam babci, a ona mówi, że powinnam wyłączyć latarkę, bo szkoda baterii.

– Czasami przyjemnie jest, gdy nie ma światła – siadam obok babci. – Taki dziwny nastrój.

– Straszno, co? – przytula mnie babcia.

– W ogóle – mówię, ale dreszcze biegają mi po plecach. Od świec w salonie robi się pomarańczowo.

– Oj, żeby już Zuzia przyszła – powtarza co i rusz babcia, ale mama jeszcze długo będzie w pracy.

– Babciu, przecież nic się nie dzieje. – No i kto tu kogo musi pocieszać, proszę państwa? – Miło jest. Ale powiedz, że miło. Mów!

I ściśnięta moimi rękami babcia musi przyznać, że jest miło jak nigdy.

Po chwili słyszę, jak Siostra znowu gryzie łóżko, więc łatwo ją namierzam i wkładam do klatki. Mieści się w domku!

Gdy mama wraca, wciąż nie ma prądu. Ale komu to szkodzi. Siedzimy sobie z babcią z tabletem na kolanach i gramy w przecinanie owoców. Fruit Slice to nasza ulubiona gra. Niestety, babcia często wygrywa, bo lewa ręka sama jej się trzęsie. Przy przecinaniu owoców na ekranie to bardzo przydatne! Mam nadzieję, że mi też będzie się kiedyś trzęsła ręka. Wtedy wygram wszystkie zawody przecinania owoców!



Nasze życie jest bardzo uporządkowane – myślę, gapiąc się na boisko, zamiast przepisywać trudne nazwy kolorów.

– Amarant, indygo – ogłasza pani Lok i zaraz zapisuje te nieznane nam nazwy na tablicy. – Cynober, chabrowy…

– Cybober? – dziwi się głośno Baśka Kulesza, a wszyscy się śmieją.

Baśka myśli powoli, lecz dokładnie. Opowiadała mi kiedyś, że wszystko w myśli powtarza wiele razy, zanim zrozumie i zgodzi się na to, żeby zapamiętać.

– Cycober! – poprawia ją Weronika Wykoś, najlepsza koleżanka Baśki, i klasa drugi raz wybucha śmiechem. Tylko ja gapię się przez szybę i setny raz rejestruję znane na pamięć elementy krajobrazu. Boisko. Kiosk z pieczywem Rogalex. Przystanek autobusowy. Na przystanku wciąż ten sam pan w okularach przeciwsłonecznych, czapce i chustce na szyi. Karmi gołębie i zawsze bardzo długo czeka na autobus. Opodal inny pan – w pomarańczowej kamizelce, jak co dzień zamiata alejkę. O, znowu idzie jamnik, obsikuje ogrodzenie boiska – za każdym razem w tym samym miejscu.

– „N”. Cynober! – tłumaczy lekko rozjuszona Lok. – Nie róbcie sobie żarcików z cynobru, czerwonego minerału. Kiełbasiak, schowaj telefon! Albo nie, włóż do karnej puszki!

Marek Kiełbasiak z ociąganiem wyłuskuje z kieszeni pikającą komórkę i kładzie na wyściełanym chusteczką higieniczną dnie różowej puszki po ciastkach.

– Aaa, cyborger!!! – Baśka Kulesza wytrzeszcza okrągłe oczy i szturcha Weronikę, której oczy są wąskie z powodu ciasno zaplecionych, grubych brązowych dobieraków.

– Aśka Wirowska powtórzy prawidłowo – typuje mnie pani Lok, a ja wstaję z miną jak z kosmosu.

– Cycober – podpowiada Weronika, więc powtarzam i już po sekundzie wiem, że palnęłam coś głupiego.

– No to jest powód do wpisania długiej uwagi – syczy pani Lok i nie wiem, którą z nas ma na myśli, a cała druga klasa chichocze, ale coraz ciszej. Przepraszam – PRAWIE cała klasa, bo Ilonka nie. Mruży oczy i z uniesionymi brwiami kiwa głową, patrząc na Weronikę. Proste, postrzępione włosy Ilonki huśtają się rytmicznie wraz z głową.

Po chwili wraca do mnie zeszyt – bez nazw kolorów, za to z uwagą do mamy.

– Cy-no-ber! – sylabizują chórem dzieci, tym razem jak należy, a ja jeszcze nie wiem, że Dzień Kłopotów dopiero się zaczął.

– Znowu uwaga. Ja się z tobą, Aśka, zachlastam. – Zmęczona mama podpiera głowę na ręku i wbija wzrok w stół. – Jestem wykończona. Znowu nie uważałaś. Czy to takie trudne – uważać? Czy to boli, czy to swędzi, czy to piecze? Nie! Mogłabyś zrobić coś dla nas obu i uważać. W pierwszej klasie uważałaś – jęczy i drapie się w głowę, przez co robi się jeszcze bardziej pierzasta.

– Mamo, a co to znaczy „zachlastam”?

– Sprawdź sobie w necie. – Mama opada na stół i, wzdychając, turla po blacie długopis. Ostatnio zawsze jest wykończona i zrezygnowana. Jakaś taka słaba. – Jeszcze i to – posuwa zeszyt z uwagą na krawędź stołu. O, zaraz go zrzuci.

– Jeszcze to oprócz czego? – chciałabym dowiedzieć się, dlaczego mama tak podupadła i dlaczego całymi dniami nie ma jej w domu, i dlaczego to babcia na ogół odbiera mnie ze szkoły. Cztery dni na pięć. Za często. Ale Zuzanna Wirowska odpędza mnie ruchem ręki. Lecę nakarmić Siostrę, a potem do komputera.

– Mamo – wracam ze świeżo nabytą wiedzą – „zachlastać” to znaczy uderzać z rozmachem, chlupotem lub świstem. Czy to znaczy, że zamierzasz uderzać siebie ze świstem? Ale czym? Może prześcieradłem? Ale takim bez gumki? Nie mamy. Musimy kupić.

– Córeczko, teraz nie możemy już niczego kupować – trzeźwieje mama, jednak parska śmiechem i podpisuje uwagę. – Choć przydałoby się czasem cię pochlastać.

– To jak? Chlastamy się? – lubię wszelkie kontakty z mamą, więc możemy nawet spróbować z prześcieradłem. Nagle dociera do mnie właściwa informacja. – Jak to: już nie możemy? Zawsze mogłyśmy wszystko kupować.

Mama parzy sobie kawę w srebrnym ekspresie i wraca do stołu z parującą filiżanką. Co ja mówię, filiżanką! To wiadro kawy! Półlitrowy kubełek.

– Siadaj, Aśka – przysuwa drugie krzesło, a mi przebiega po plecach gorący dreszcz. Dziwne, nigdy podobnego nie czułam. Zaczynam się niepokoić. Słusznie, jak się okazuje.

W ciągu pięciu minut dowiaduję się, że towarzystwo ubezpieczeń zbankrutowało. Nie ma już pieniędzy dla pracowników.

– Czy to przez brak piorunów, powodzi i pożarów? – maczam palec w pojemniku z cukrem i oblizuję. – Nie opłacało się ubezpieczać? A może towarzystwo nie ubezpieczyło się samo i mieliście jakiś kataklizm?

Mama tłumaczy, że to nie z powodu braku piorunów. Przeciwnie, kataklizmów było ostatnio zbyt dużo. Trzeba było wypłacać wielkie odszkodowania.

– I jeszcze wspólnik nas oszukał. Pozwolisz? – wzdycha mama i patrzy przepraszająco, wyjmując papierosa z tajnej skrytki na półce ze zdrową żywnością (a jest jej u nas niewiele: ledwie jeden niesmaczny pasztet z soczewicy w małym słoiczku).

– Mamo, przecież nie wolno, bo… – zaczynam surowo, ale zaraz milknę.

Co tam. Biedna mama. Niech sobie już chociaż zapali. Przypomniało mi się, że przecież tę toyotę nówkę kupiła na raty.

Wieczorem to ja jestem wykończona. Musiałyśmy jeszcze gnać na mój dodatkowy angielski, a później pan Tom, który mnie uczy, naskarżył, że pokazałam mu język. Też coś. Język! A co mu miałam pokazać, gdy spytał, czy pamiętam, co znaczy tongue? W dodatku znowu nie miałyśmy gdzie zaparkować. Kluczyłyśmy między chodnikami i ledwo wcisnęłyśmy się między jakieś obce samochody parkujące pod naszym budynkiem. Męczący dzień, lepiej zakopać się pod kołdrą.

– Myj się pierwsza, Aśka – mama stoi w drzwiach mojego pokoju i lekko chlasta ręcznikiem o rozpostartą dłoń. Ziewa i zaraz zacznie się złościć, bo nie reaguję. – Może byś zareagowała? – bierze się pod boki, a ja nic, tylko klęczę przed klatką grubej Siostry.

– Mamo… – mój głosik jest cienki i niepewny. – Mamo, zobacz, nachyl się, tylko ćśśśśś…

– Dobrze, później mi pokażesz, nie mam siły.

– Musisz tu podejść – naciskam, robiąc minę pani Lok.

– Przestań, za dużo na dzisiaj.

– Nawet nie wiesz, jak trafnie powiedziałaś – ciągnę mamę na dywan. – Za dużo na dzisiaj.

– Matko święta! – krzyczy za chwilę mama i zatyka sobie usta rękami, a ja jej pomagam.

Bo za dużo na dzisiaj. Konkretnie: za dużo świnek. Siostra urodziła dwoje dzieci!



Nasz plac zabaw jest malutki. Jedyny w okolicy, przepełniony dziećmi z wysokich bloków. Budynki i samochody stoją dookoła jak strażnicy na warcie. Średnio lubię bawić się na placu. Do huśtawki zwykle jest długa kolejka, a w rynnie ślizgawki prawie się już nie mieszczę. W butach mam kilo żółtego piasku, którym wysypany jest plac, a dłonie brudne od kredy. Tablice są świetne. Trzy dwustronne, więc razem sześć czarnych prostokątów i na każdym można rysować i pisać.

– Ja będę nauczycielką! – przepycha się Weronika, ta paskuda, która źle podpowiedziała mi na lekcji o cynobrze. Jest moją sąsiadką, nigdy nie mam od niej odpoczynku. Jej siostry tłuką się obok.

 

– Na swojej tablicy możesz być nauczycielką, bo na mojej ja mam rysunek. Sama się bawię, sama ze sobą. Bez uczniów – ustalam, bo nie przepadam za dziećmi i nie chcę przenosić się z kredą na inną płaszczyznę.

– Nauczycielce przysługują dwie tablice!

Weronika usiłuje mnie odepchnąć, ale naprężam ciało i blokuję moje pole. Co za życie. Ciągle trzeba walczyć. Ten plac powinien się nazywać „plac walki”, a nie „plac zabaw”.

– Plosie pani, kiedy matematika? – pyta pulchny przedszkolak, więc Weronika osiąga spełnienie, tłumacząc mu, że dwa plus dwa równa się cztery. Niestety, nawet to jest zbyt trudne dla malucha, który bardzo chce się uczyć. Trzy małe dziewczynki stojące wokół tablicy też chętnie poddają się woli samozwańczej nauczycielki.

– Plosie pani, a ile jes sto i sto, i milią?! – narzuca się przedszkolak i pani nauczycielka musi wyznaczyć karę. O, jak Weronika to lubi! Bez ograniczeń rozdaje kary i uwagi.

Przez moment mogę szkicować wielkie głowy i drobne ciałka moich nowych małych świnek. Nie wiem jeszcze, czy to chłopcy, czy dziewczynki, więc na razie nazwałam je Jeden i Dwa. Dwa jest jaśniejszy, prawie cały biały. O taki, jak na mojej tablicy. Jeden ma duże czarne łaty na głowie i jedną na pupie. Wygląda, jakby był cięższy z tyłu. Obie świnki mają śliczne różowe bose łapki, tylne dłuższe niż przednie. Urocze są. Natychmiast je pokochałam. Niespodzianka Siostry była z tych wielkich. Zamiast jednej świnki kupiłyśmy trzy!

TO musiało się zdarzyć w sklepie. Gdy dorośli mówią przy nas o rozmnażaniu, zawsze pada tajemnicze słowo „TO”. Od dawna wiem, że TO oznacza rozmnożenie, a najpierw ciążę. Więc załatwienie Siostrze ciąży nastąpiło w sklepie zoologicznym. Świnki też nie mają taty, zupełnie jak ja.

– Hej! Przestań! – krzyczę nagle. Miniaturowy chłopiec w szerokich spodniach z obwisającą pieluszką jest jednak na tyle duży, by rączką karzełka zmazać prawie całą świnkę Jeden! – Nie rób tego! – odsuwam chłopca, a ten zaczyna okropnie wrzeszczeć, jakbym go uderzyła.

– Mateuszek! Co się stało Mateuszkowi?! – dudni grubym głosem ogromna kobieta w czerwonych legginsach. Uchylam się, gdy porywa małego na ręce. – To małe dziecko, nie widzisz?!

– Tylko go odsunęłam. Zepsuł mi rysunek – robię krok do tyłu.

– Maluchy mają prawo tak się zachowywać. – Duża baba odgarnia sobie z czoła sklejone włosy. Jest jeszcze zimno, to nawet nie wiosna, a ona ma tylko bluzkę i legginsy, a cała jest spocona. – Najgorsi są ci jedynacy… – mruczy i nie odchodzi, więc odkładam kawałek kredy i wycofuję się.

Plac zabaw – też mi nazwa! Że też jestem dziś sama na tym placu! Mama tonie w pracy przed komputerem, Babcia Narzekalska stoi w kolejce do lekarza. Nie miał kto ze mną wyjść na powietrze. Zresztą plac jest dosłownie pod domem, mogłam zejść sama. Nic takiego. Gdyby nie dzieciaki i ich rodzice…

– Głuptasy! – to nauczycielka Weronika Wykoś dodaje otuchy małym uczniom, którzy dłubią w nosach, toczą po piasku plastikowe autka i bezcelowo podskakują w miejscu. – Niezdary! Skupcie się! Patrzcie na tablicę! Tu! Liczymy! Dwa plus dwa! Równa sięęę!!! – Widzę, że nauka nie posunęła się ani o krok.

Eee, wracam do swoich świnek. Trzeba będzie kupić nową, większą klatkę. Choć, prawdę mówiąc, nawet ta mała ledwo mieści się w moim pokoju. Co tam. Najwyżej zlikwiduję skrzynię z zabawkami. Skrzynię się wyrzuci, a zabawki umieści na półce przybitej do ściany. Trzeba kupić półkę. Ale… teraz nie możemy niczego kupować. No tak.

– To jak, dołączasz do mojej klasy?! – drze się doświadczona pani nauczycielka, a na moje przeczące kręcenie głową dostaje furii. – Pała! No i masz pałę!!! Czwartą pałę! Jutro przychodzisz z matką! Mam rację?!

– Nieee! – wrzeszczą chórem przedszkolaki i rzucają zabawkami w tablicę, Weronikę, a nawet we mnie, chociaż są teraz po mojej stronie. Odpieram atak, a po chwili kotłowania się w piasku wstaję i z chęcią ruszam do domu, do świnek. Tuż przed bramą na moment odwracam się. Plac zabaw… znaczy „plac walki” – widać i słychać chyba nawet z kosmosu. Kłębiące się ubranka w jaskrawych kolorach, krzyki i płacze. Fontanny piachu i spaliny samochodów dookoła. Czasem jakaś foremka czy misio na aucie. Starsze dziewczynki dookoła ogrodzenia, z komórkami w dłoniach. Wiatr zabawia się z błyszczącymi torebkami po chipsach i żelkach. No, przynajmniej wiatr się bawi. Ja bawiłam się dziś słabo. Jednak najważniejsze, że byłam na świeżym powietrzu.