Pamiętajcie, że byłem przeciw

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W kurzu wiejskiej drogi

Tak jest zawsze. Na jesieni niezmiennie wzrasta w sądach wojewódzkich liczba spraw o zabójstwo. Artykuł 225. Najcięższe przestępstwo: „Kto zabija człowieka…”.

Jesienny skok tych spraw łatwo da się wytłumaczyć:to pokłosie wiosennych i letnich wiejskich zabaw i odpustów. Nim zamknięte zostanie śledztwo, sporządzony akt oskarżenia i nim sprawa trafi na wokandę, mija zawsze kilka miesięcy. I na jesieni sypią się kary po kilkanaście lat więzienia, czasem i wyższe.

Przeważnie zaczyna się to jednakowo:odpust albo zabawa w remizie, czasem wesele, rzadziej – stypa. Koniecznie dużo wódki. A potem nóż, kłonica, sztacheta wyrwana z płotu, klucz od motocykla. Narzędzia zabijania – różne. Od tradycyjnych zaczynając, na ostatnich zdobyczach techniki kończąc. A wszystko przy dźwiękach harmonii i perkusji. „A muzyczka tirli, tirli…” Teraz modne są inne melodie. Więc grają przeważnie Walentyna twist. Piją spirytus albo czystą, albo zakrapianą – jak kto woli.

W dniach odpustów piją od rana. Zaczynają już przy śniadaniu spożywanym uroczyście z rodziną bliższą i dalszą, która z miast na takie uroczystości zjeżdża. Ci zupełnie młodzi, kilkunastoletni, piją wino najtańsze, zwykły sikacz, zwane na wsi drwiąco „czar PGR-u”. Piją w krzakach nad rzeką, na polanie pod laskiem, za zakrętem drogi. Wszystko to później spisane jest dokumentnie w protokołach śledczych, wszystko nabiera znaczenia, gdy już siedzą na ławie oskarżonych pod zarzutem najcięższym, sformułowanym w artykule 225 Kodeksu karnego.

Oto doniesienia z ostatniego miesiąca, pierwsze z brzegu, wybrane na chybił trafił: „Prokuratura wojewódzka dla woj. warszawskiego wnosi o rozpoznanie w trybie doraźnym sprawy przeciwko Ryszardowi Szymańskiemu i Wacławowi Kowalskiemu”. Szymański oskarżony jest o dokonanie dwóch zabójstw, ­Kowalski – o podżeganie do zbrodni. Akt oskarżenia relacjonuje przebieg zajścia. 17 maja 1964 roku w remizie strażackiej w Proszkowie powiatu mławskiego odbywała się zabawa taneczna. Na tę właśnie zabawę przyjechał z grupą kolegów Szymański zamieszkały na stałe we wsi Niegocin. Przed remizą, gdy orkiestra rżnęła od ucha do ucha, kawalerowie przytupywali, a panny popiskiwały z uciechy – ktoś wszczął awanturę. Komu i o co chodziło – nikt już nie pamięta. Ale wiadomo, że Szymańskiemu i Kowalskiemu nie podobali się dwaj bracia, którzy zabawę na ten dzień uważali za skończoną i chcieli wycofać się do domu. Odwrót był jednak zamknięty. Szymański miał nóż. Walił na ślepo. Jeden z braci zmarł natychmiast, drugi po trzech dniach w szpitalu.

Następna teczka akt sądowych:

W nocy z 31 maja na 1 czerwca 1964 roku w remizie strażac­kiej w Wysoczynie odbywała się zabawa taneczna. Tuż po północy przed remizą stały dwie grupy mieszkańców Wysoczyna. W jednej grupie stał Józef Bąder, lat czterdzieści siedem, rolnik, w drugiej grupie – czterech braci Rozumów. Trzeba wyjaśnić, że obie rodziny były skłócone.

W pewnym momencie Henryk Rozum opuścił swoje towarzystwo i poszedł w kierunku drugiej grupy. Bąder krzyknął: „Nie podchodź!”, a gdy to nie poskutkowało, wyjął z kieszeni pistolet i strzelił do Rozuma, trafiając go śmiertelnie. Ludzie zaczęli uciekać. Było już po wszystkim.

2 sierpnia 1964 roku we wsi Morze powiatu hajnowskiego odbywał się odpust prawosławny pod wezwaniem Świętego Ilii. Doprawdy trudno już dziś ustalić, od czego się zaczęło i jak do tego doszło, że Jan Jakoniuk został najpierw pobity, a potem siedemnaście razy pchnięty nożem. Wszystko to działo się przed klubokawiarnią. Miała z niej promieniować na wieś oświata, miejscowi ludzie mieli tam pić kawę i przeglądać tygodniki ilustrowane. Ale stało się inaczej, bo właśnie był odpust doroczny pod wezwaniem Świętego Ilii i kto żyw pił tego dnia spirytus, o kawie oczywiście nie było mowy, a zamiast oglądać kolorowe pisma, kawalerka miejscowa, która miała już dobrze w czubie, tańczyła z dziewczynami cudzoziemskie szlagiery. A potem zwyczajnie, po miejscowemu, rozprawili się z jednym, trup jego leżał sto metrów od klubokawiarni, gdzie w najlepsze toczyła się nadal zabawa.

W „Życiu Warszawy” ukazał się reportaż Hanny Krall ze wsi Biała Stara pod Płockiem. W Białej i Białej Nowej stoi już kombinat petrochemiczny. A w Białej Starej? Cytuję:

„Ksiądz nie miałby Petrochemii nic do zarzucenia, gdyby nie soboty. W soboty są w remizie strażackiej zabawy i przyjeżdżają kawalerowie z hoteli robotniczych Petrobudowy. I jak ci kawalerowie zbyt długo tańczą z pannami z Białej Starej, to kawalerowie z Białej Starej tłuką kawalerów z hoteli czym popadnie. I panny z Białej Starej przylatują do księdza – nie, nie po to, by z krzyżem i słowem Bożym wkroczył do remizy. Przylatują do telefonu. Ale telefon często nie działa. Więc ksiądz musi wziąć do swojego samochodu zakrwawionego kawalera z hotelu albo z Białej i wieźć do Płocka. Tak jest prawie każdej soboty. Więc jak sobota przychodzi, to ksiądz w ogóle nie kładzie się spać, tylko od razu wyprowadza samochód z garażu i czeka”.

O miedzę wielki przemysł. O miedzę urbanizacja. Technika XX wieku, cywilizacja przemysłowa. Inne życie. Awans, zarobki, zawód. To wszystko w dzień powszedni. Od poniedziałku – do sobotniego wieczora. Świętem i odpoczynkiem po dawnemu rządzi stary obyczaj.

Byłam ostatnio na kilku wiejskich weselach. Na takich weselach, co to zastaw się, a postaw się. Orkiestra sprowadzona z pobliskiego miasteczka. Kawalkada samochodów (koniecznie czarne wołgi) pod kościołem, tańce w świetlicy, a w domu biesiadne stoły:nóżki w galarecie, kiełbasy i schaby, bigos, ciasto i ta z niebieską kartką. A w kościele – prezentacja zamożności. Kobiety w futrach (bez względu na porę roku), szpilki na grubych dziewczęcych nogach, moherowe swetry i wąskie czarne spódniczki. Kawalerka w koszulach non-iron i w muchach na gumce, ozdobionych szpilkami imitującymi perły. Tak ubierają się miejscowi, tak przyodziani przyjeżdżają ci, co ze wsi do miasta się wyrwali, a w ojcowskich progach zjawiają się z okazji wesel i odpustów, aby zamożność swoją i awans ziomkom zaprezentować.

Ale w miarę upływu godzin zabawy zacierają się różnice między tymi, co zjechali na gościnne występy, a tymi, co z opłotków się nie ruszyli. Bawią się tak samo jak przed laty. Jak wtedy, gdy nie wąchali jeszcze cywilizacji przemysłowej. A gdy samogon dostatecznie już krew rozgrzeje, stają się zaczepni i do samo­sądów skorzy.

Czy chcę przez to powiedzieć, że nic się na polskiej wsi w tym względzie od lat nie zmieniło? Skądże znowu! Ale niepokoić stale nas jeszcze powinna przede wszystkim atmosfera tolerancji, w jakiej bójki, samosądy i wiejskie awantury się odbywają.

Niepokoi bowiem i wstrząsa, czasem nawet bardziej od zabójstwa, to wszystko, co przez wiejską społeczność uznawane jest za normalne, ba – co zwyczajem najgorszym i tradycją usankcjonowane.

Byłam w listopadzie na rozprawie, na której sądzony był ­Tadeusz Górecki za to, iż 10 maja 1964 roku na zabawie we wsi Pustelnik pozbawił życia Feliksa Mielcarza, zadając mu cios nożem w klatkę piersiową.

W ciągu dwóch dni przez salę przedefilowali w charakterze świadków niemal wszyscy mieszkańcy wsi. Rodzina zamordowanego, koledzy zabójcy, muzykanci, strażacy ze straży ochotniczej, co w ów dzień wiosenny porządku koło remizy mieli pilnować.

Są w aktach tej sprawy zdjęcia z miejsca zabójstwa. A na zdjęciach rozwidlenie wiejskich dróg, jakiś mostek nad rzeczką. Krzaki i olchy, które wówczas jeszcze nie zdążyły się dobrze zazielenić. W głębi podwórka zaryglowana stodoła, jakieś drzewo rozłożyste. Na zdjęciach pusto i trochę jakby smutno. Krajobraz dobrze znajomy, mazowiecki.

Ale wtedy, na wiosnę, inaczej było w Pustelniku. Wtedy od rana już zjeżdżali różni z okolic na odpust, który się dnia tego – zaznaczonego czerwoną kartką w kalendarzu i uświęconego imieniem Izydora – na placu przed kościołem odbywał. Do Mielcarzów, co mieli obejście pośrodku wsi, przyjechał syn ze stolicy. Żona wprawdzie błagała go w Warszawie: „Felek, daj spokój, co cię tak ciągnie na te zagony?”. Ale ten słuchać nie chciał, tylko ciągle o tym odpuście gadał. Jeszcze w kwietniu zaczął się na niego wybierać.

Wdowa po Mielcarzu ma żal do męża, że go tak ciągnęło do tej wioski na zabawę. Mówi do mnie na korytarzu sądowym:

– Przeczucie jakieś miałam czy co? Bo to nam źle było w mieście? „Feluś, mówię, chcesz się zabawić, to do kina pójdziemy albo i do jakiej restauracji”. Ale on nie słuchał, tylko na odpust i na odpust. Tak po prawdzie to i ja myślałam, że jest okazja różne rodzinne sprawy pozałatwiać. Wie pani, chodziło o ziemię, co się Felkowi z ojcowizny należała. Więc ja swoich rodziców też do Pustelnika ściągnęłam na ten dzień z innej wsi, żeby się z teściami poznali. A rozmawiać o rozpisaniu ziemi to dobrze przy wódce, no i odpust to niezła okazja, bo humory lepsze…

Więc przyjechali. On w tenisie i białej koszuli, ona wystrojona. Żeby sąsiedzi wiedzieli, jak im się tam w mieście żyje. Felek miał przecież szkołę mechaniczną skończoną. Hartownikiem był w fabryce urządzeń dźwigowych. Co roku awansował. Mówiło się o tym przy śniadaniu – tym dużym, „co to się teście poznawali”. Na stole stały butelki, był spirytus i była czysta. Potem biesiadnicy nie mogą sobie przypomnieć, ile właściwie wypili, ujmują tych półlitrówek na sali sądowej, zaklinają się, że nikt pijany nie był, skądże znowu. Tylko mecenas przypomina, iż Mielcarz nieboszczyk – o którym mówią, że może kieliszek jeden wychylił, no, może dwa – jeszcze na czwarty dzień po śmiertelnym zranieniu, gdy robili sekcję zwłok, miał we krwi 1,76 promille alkoholu. A przy 0,8 promille występują już zaburzenia czuciowe, mowy, chwiejny chód. Obrońca zabójcy przypomina to dla porządku, dla właściwej oceny prawdy materialnej, tak ważnej przy ustaleniu winy tego, który siedzi pod ścianą między dwoma milicjantami.

 

Tadeusz Górecki, urodzony w roku 1946 we wsi Budziska powiatu wołomińskiego. Ma skończone siedem klas. Do pracy dojeżdżał do Warszawy.

– Byłem pracownikiem fizycznym w Miejskim Szpitalu Chirurgii Urazowej – mówi o sobie.

Tego dnia, na wiosnę, wybrał się z Budzisk razem z innymi:z Olszewskim, Sokołowskim, Rychliczem, Szubą – do Pustelnika. Jakżeż mógłby się odbyć bez nich odpust gdzieś w okolicy? Przyjechali na rowerach, rowery zostawili w stodole starego Mielcarza – ojca późniejszego denata. W tej samej stodole dokładnie widocznej na zdjęciach dołączonych do akt śledczych. Tylko że stodoła nie była wtedy zaryglowana, wrota były szeroko otwarte, pieńkiem podparte. Więc oni wprowadzili tam swoje rowery i poszli nad rzekę. Doszlusowali do nich inni:Król, Rek, Kulfanowski i jeszcze jacyś, ale kto, to oni nie wiedzą – gdzie tam pytać w takich okolicznościach o nazwisko. Przecież był odpust! Słońce już dawno przetoczyło się ponad chałupami, w remizie rżnęła orkiestra, przez otwarte okna wybiegała na wieś muzyka. W chałupach pito, więc i oni pili. Nie, nie wódkę. Oni młodzi – więc pili „czar PGR-u”, to taniutkie wino, ale było go niemało, po butelce na głowę, może i więcej.

I tam, nad rzeką właśnie, nad Czarną, Górecki pokazał kumplom nóż z białą rękojeścią i powiedział, że „jakby ktoś coś tam tego – to on kichy tym nożem wypuści”. To pamiętał wyraźnie jeden ze świadków, tak zeznał w śledztwie, tak powtórzył na rozprawie. To miało swoje znaczenie. To podchwycił prokurator, o zdanie to indagował po kolei wszystkich znad rzeki, czy ich to nie zdziwiło, że na zabawę z nożem przyszedł.

Po kolei wzruszają ramionami:

– Każdy na zabawę bierze coś ze sobą.

– Co to znaczy „coś”?

– No, coś do bicia.

A bo to co dziwnego?

Wysoki sąd się nie dziwi. Bo wysoki sąd nie pierwszą taką sprawę sądzi. I pani sędzia wie, że na odpustach używa się i noża, i wypchanej kamieniami rowerowej dętki, i klucza francuskiego od traktora.

Więc zabawa trwała już dobre kilka godzin. Ludzie z Pustelnika coraz to wyskakiwali do domów, żeby się czymś mocniejszym zaprawić. Wyszedł też z tańców Mielcarz. Z ojcem i kuzynami wstąpili na piwo, w chałupie stały jeszcze nieodkorkowane butelki. Żona (na rozprawie już wdowa) prosiła:

– Feluś, dajże już spokój, nie wracaj tam, zwady nie szukaj.

Ale dobrze już podpity małżonek nie zwracał uwagi na ślubną połowicę. On chciał się dziś bawić. Po dawnemu, po swojsku. Więc gdy zagrodziła mu drogę, gdy szarpała go za rękaw, żeby nie szedł już więcej do remizy – podskoczył do płotu i wyrwał sztachetę. Pobiegła przed siebie, chciała w ciżbie bawiących się odnaleźć brata i siostrę męża – żeby jej pomogli. A gdy po kilku minutach wróciła na zakręt drogi, Felek leżał w koleinie. W kurzu. Już nie żył.

– Chciałem jechać do domu – zeznaje oskarżony – szedłem do stodoły Mielcarzów po rower. On mnie zaczepił. Chciał mnie bić.

Więc wyciągnął ten nóż i uderzył. W klatkę piersiową, między żebra. Ostrze wbiło się w serce.

I teraz toczy się rozprawa. Jeden po drugim defilują świadkowie. Wszyscy na pytanie sądu odpowiadają:

– Nikt nie był pijany. Górecki – to tylko aby trochę wina. A po Mielcarzu to nawet nie było widać. Przecież nikt się nie przewracał!

Bo dla nich stan zamroczenia alkoholowego zaczyna się wtedy, gdy ktoś zwali się pod stół albo do rowu i nie może się ruszyć. Na próżno szukać by wśród świadków i osób przysłuchujących się rozprawie słów potępienia dla alkoholików. Nie wstrząsnął nimi fakt śmierci jednego z nich. Na pytanie: „Co świadkowi wiadomo w tej sprawie?”, odpowiadają: „Ja nic nie wiem. No, popiliśmy trochę, a co więcej, to nie wiem”.

Gdy Mielcarz leżał w kurzu wiejskiej drogi, a żona jak oszalała obijała się o sztachety pobliskiego płotu, tam w remizie rżnęła nadal orkiestra, tam trwała zabawa taka, co to tylko raz na rok przy odpuście – więc nie można jej z byle powodu przerywać.

Więc leżał Feliks Mielcarz niedaleko mostku, co przerzucony jest nad Czarną. Zbiegła się rodzina, stary ojciec wygrażał kosturem w kierunku remizy, siostry zabitego biegały tam i na powrót, w stronę Cisówki i w stronę Choin. Było już dobrze ciemno, gdy zjechał do wsi milicyjny radiowóz i starszy sierżant z Wołomina napisał pierwsze zdanie protokołu.

„Dn. 10 maja 1964 roku wieczorową porą w Pustelniku zostało dokonane zabójstwo”.

W remizie tymczasem grali, tańczyli. Świt szarzał nad lasem, gdy muzykanci zziajani, czerwoni, zlani potem od zaduchu, od przyśpiewek i od alkoholu pakowali instrumenty na opustoszałej, wysypanej trocinami sali.

W listopadzie – w pół roku po zabójstwie – świadkowie zeznali ze stoickim spokojem:

– Nic się takiego znów nie stało.

– Nikt nie był pijany.

– No, jeden tam dostał noża.

Oskarżony ma siedemnaście lat i osiem miesięcy. Został skazany na dziesięć lat więzienia, bo zabił człowieka. Ale tu nie chodzi przecież o Góreckiego ani o ten odpust, co na wiosnę odbył się w Pustelniku. Aspekty obyczajowe i społeczne tej sprawy są znacznie szersze.

Rocznik statystyczny 1965 wymienia blisko trzysta osób skazywanych niemal co roku z artykułu 225. Za ciężkie i bardzo ciężkie uszkodzenia ciała skazywanych jest blisko pięć tysięcy osób. Nie ma takich obliczeń, ale praktycy wymiaru sprawiedliwości twierdzą, że blisko 70 procent tych przestępstw dokonywanych jest na wsi, głównie w czasie zabaw, odpustów, wesel. Stąd wzmożony spływ tych spraw na wokandę sądów wojewódzkich właśnie w jesieni.

I jakże tu nie myśleć o tych wszystkich kontrastach, o epokach, które się w naszym kraju nad Wisłą tak ściśle jeszcze zazębiają?

listopad 1964

Mięso i inne sprawy

Dziś zaczął się proces aferzystów mięsnych. Tak w skrócie mówi się o dziesięciu ludziach, którzy w pierwszej kolejności zasiedli na ławie oskarżonych. Piszę „w pierwszej kolejności”, gdyż sto kilkadziesiąt osób aresztowanych w związku z przestępczym procederem uprawianym w stołecznym handlu mięsem odpowiadać będzie przed sądem w następnych, przygotowywanych już procesach.

Jest jesień 1964. Na dworze już ostre chłody, wiatry i deszcze.

Burość sali 17 rozbita reflektorami, matowe żarówki zawieszone nad sędziowskim stołem, nad stertami akt. Dębowe ławy jeszcze puste, przy barierce odgradzającej miejsca dla publiczności kręcą się nerwowo technicy z obsługi radia i powtarzają do mikrofonów jednostajnie: „…raz, dwa, uwaga, powtarzam…”.

Przed dziesiątą wszystkie ławki dla publiczności wypełniają się do ostatniego miejsca. Są biegli i cała plejada adwokatów, są dziennikarze i stenotypiści. Gdzieś w tłumie zapłakane żony, koledzy, obserwatorzy. Reszta to ciekawscy. Już wprowadzają oskarżonych. Między twarzami milicjantów podpiętych służbiście paskami – twarze tych dziesięciu:zmarszczka nad nosem, w poprzek czoła, dalej ziemista cera i czupryna kędzierzawa, teatralny, zły gest osłaniający twarz przed kamerą, czyjaś szyja purpurowa nad rozchylonym kołnierzykiem i rzadkie, ryżawe włosy sczesane na łysiejące skronie.

Idzie sąd. Proszę wstać. Sędzia Kryże, potem sędzia Wołek, Gerczak i Rymkiewicz, wreszcie czerwone otoczki przy togach:prokuratorzy Wojnar i Policha.

Można usiąść. Sąd przystąpi do sprawdzenia tożsamości oskarżonych.

Wawrzecki Stanisław, urodzony w roku 1921 w Mławie, pochodzenie robotnicze, wykształcenie średnie, troje dzieci w wieku dziewięciu, czternastu i piętnastu lat, zatrudniony od roku 1957 w MHM-ie, ostatnio na stanowisku dyrektora przedsiębiorstwa Warszawa-Praga.

Gradowski Henryk, pochodzenie robotnicze, wykształcenie podstawowe, dwoje dzieci w wieku jedenastu i piętnastu lat. Zatrudniony od roku 1960 w MHM-ie. Ostatnio na stanowisku dyrektora przedsiębiorstwa Warszawa-Północ.

Witowski Kazimierz, pochodzenie chłopskie, wykształcenie średnie, dwoje dzieci w wieku dwunastu i szesnastu lat, zatrudniony od roku 1953 w MHM-ie. Ostatnio na stanowisku dyrektora przedsiębiorstwa Warszawa-Południe.

Skowroński Tadeusz, pochodzenie robotnicze, wykształcenie średnie, dwoje dzieci w wieku szesnastu i osiemnastu lat. Od roku 1959 zatrudniony na stanowisku dyrektora Stołecznego Zjednoczenia Przemysłu i Handlu Artykułami Spożywczymi.

Fabisiak Mieczysław, pochodzenie robotnicze, wykształcenie średnie. Jedno dziecko w wieku dziewiętnastu lat. Od roku 1952 zatrudniony w Państwowej Inspekcji Handlowej, ostatnio na stanowisku naczelnika Wydziału Inspekcji Handlu Artykułami Mięsnymi.

Stokłosiński Adam, pochodzenie drobnomieszczańskie, wykształcenie podstawowe, zawód:wędliniarz, dwoje dzieci w wieku dziewięciu i dwunastu lat. Zatrudniony od roku 1951 w MHM-ie, ostatnio jako kierownik sklepu numer 40 przy ulicy Hożej.

Woźnica Aleksander, pochodzenie chłopskie, wykształcenie podstawowe, zawód:rzeźnik, dwoje dzieci w wieku dziewięciu i dziesięciu lat. Od roku 1949 zatrudniony w MHM-ie, ostatnio jako kierownik sklepu numer 76 przy ulicy Solnej.

Walendziuk Władysław, pochodzenie chłopskie, wykształcenie podstawowe, zawód:rzeźnik. Jedno dziecko w wieku dwudziestu trzech lat. Zatrudniony od roku 1951 w MHM-ie, ostatnio jako kierownik sklepu numer 74 przy ulicy Świerczewskiego.

Balczarek Ludwik, pochodzenie robotnicze, wykształcenie podstawowe, zawód:masarz, bezdzietny. Zatrudniony od roku 1954 w MHM-ie, ostatnio jako kierownik sklepu numer 401 przy ulicy Szanajcy.

Zawadzki Antoni, pochodzenie robotnicze, wykształcenie podstawowe, zawód:mistrz wędliniarski, jedno dziecko w wieku sześciu lat, właściciel prywatnego warsztatu masarskiego (firma A. Zawadzki, Tykocińska 104).

Sąd interesuje jeszcze data urodzenia, imiona rodziców, miejsce zamieszkania i czy oskarżeni posiadali odznaczenia państwowe. Wstają kolejno. Mówią:brązowy, srebrny, złoty krzyż zasługi. A. Zawadzki:odznaka sportowa „Honor i Ojczyzna”, nadana w roku 1927.

To wszystko:personalia najskromniejsze, które się tu powtarza. Ale przecież w śledztwie oficerowie interesowali się całym życiem podejrzanych, wszystko zostało skrupulatnie opisane, dołączone do akt w formie zeznań, wyjaśnień, zaświadczeń. W sumie kilkanaście tomów piętrzy się teraz na sędziowskim stole, przygotowano dwieście siedemdziesiąt jeden dowodów do odczytania.

Ale proces dopiero się zaczyna. W błysku fleszów i terkocie filmowych kamer przewodniczący sądu zaczyna odczytywać stustronicowy akt oskarżenia. Pod oknem – oskarżeni między siwymi mundurami milicyjnymi, przed nimi – na dwóch ławach – gęsto togi z zielonymi wypustkami. W sumie blisko dwudziestu obrońców. Jest w tym i trochę teatru. Tak powiedział mi pewien reżyser, który prosił mnie, aby zabrać go na rozprawę. „Tu zawodowcy dają ostatnią szansę amatorowi, aby wygrał los swojego życia”. Tylko co mają do wygrania ci oskarżeni?

Proces ten przygotowywano kilka miesięcy. Opinia społeczna zbulwersowana była wykryciem afery mięsnej. Nim ukazały się w prasie pierwsze informacje na ten temat, powtarzano najrozmaitsze wieści bardziej i mniej prawdziwe. Aresztowania w warszawskim handlu mięsem, w Zakładach Mięsnych na Służewcu i w rzeźni miejskiej były znaczne. Aresztowano ponad trzysta osób. Ludzie w sklepach podejrzliwie patrzyli na personel, wymyślali od złodziei sprzedawczyniom. Uczciwi pisali do gazet, odwoływali się do „radiowej fali”: „Nie możemy pracować w tej atmosferze. Inni kradli, a nas wszystkich to obciąża. Ogłoście, że ogromna większość pracowników handlu mięsem jest uczciwa”. Wobec tego obliczono, ile osób zatrudniają warszawskie MHM-y, podano, jaki procent stanowią aresztowani. Był znikomy.

Ale nie uspokoiło to opinii publicznej. Ogłoszono bowiem pierwsze szacunkowe kwoty zagarniętych pieniędzy. Były to miliony.

W całej aferze chodziło o fakty zorganizowanej kradzieży znacznych ilości mięsa i jego przetworów z Zakładów Mięsnych Służewiec oraz z rzeźni miejskiej i sprzedawanie ich „na lewo”, bez faktur, przez sklepy państwowe MHM. Chodziło także o przywłaszczanie przez kierowników sklepów nadwyżek towarowych i pieniężnych powstałych przy rozbiorze tak zwanych tusz i półtusz, chodziło wreszcie o nadużycia polegające na podmianie gatunków, niedowagach i tym podobnych złodziejskich praktykach, bijących bezpośrednio w interes klienta i popełnianych permanentnie od wielu lat w warszawskich sklepach.

Zakłady Mięsne Służewiec uruchomione zostały w roku 1960. Na południowym krańcu Warszawy zbudowano ogromny, nowoczesny, zmechanizowany zakład przetwórczy, w którym to zakładzie niemal zaraz po rozruchu zorganizowała się wytrawna grupa przestępcza, w skład której weszli:dyrektor techniczny, niektórzy kierownicy działów, majstrowie, wagowi, konwojenci, kierowcy. Powstaje pytanie:jak kradli? Otóż w Zakładach Mięsnych istnieją normy dla tak zwanych ubytków, czyli przewiduje się, że w procesie przerobu mięsa część jego odpada. Podejrzani fałszowali rzeczywiste ubytki, które były dużo niższe, niż przewidywały normy, dorzucali przemielone kości tam, gdzie ich być nie powinno, dolewali wody do mrożonek, jednym słowem fałszowali, gdzie się dało. W ten sposób powstawały nadwyżki mięsa, które trzeba było wyprowadzić z zakładów i sprzedać. Wywozili je będący w zmowie konwojenci i kierowcy i dostarczali… do sklepów mięsnych, ale już bez faktur, gdzie personel sprzedawał niemal od ręki. Kierownicy sklepów zostawiali sobie ze sprzedaży średnio 25–30 procent wartości. Reszta wracała na Służewiec – do podziału. Tak więc niektóre sklepy miejskiej sieci handlowej stawały się ni mniej, ni więcej tylko paserami sprzedającymi kradziony towar. Ale nadwyżki mięsne ze służewieckich zakładów były wyprowadzane nie tylko do sklepów. Część z nich trafiała do prywatnych masarni jako dodatkowy przydział, również nigdzie nie ewidencjonowany, a więc wymykający się wszelkiej kontroli, podatkom obrotowym i tak dalej. Prywatni masarze przerabiali skradziony towar na wędliny, kiełbasy i tym podobne i dostarczali do sprzedaży sklepom mięsnym. No i koło się zamykało.

 

Ponadto personel sklepów popełniał nadużycia na własną rękę. Oszukiwano na wadze, podmieniano gatunki. Były to przestępstwa drobne, ale notoryczne, powszechne. Wszystkie godziły bezpośrednio w interes klienta, ale były trudne do uchwycenia, klient wychodził ze sklepu i przestępstwo zanikało. W świecie prawniczym nazywa się to przestępstwem zanikającym.

Do pierwszego procesu, który zaczął się przed sądem wojewódzkim, wydzielono spośród aresztowanych dziesięciu oskarżonych. Proces toczy się w trybie doraźnym. Zgłoszono dwustu trzydziestu siedmiu świadków. Ponad połowa zostanie doprowadzona na salę rozpraw z więzienia.

Już blisko tydzień składają wyjaśnienia oskarżeni. Wawrzecki, Witowski, Gradowski, Skowroński i Fabisiak opowiadają szczegółowo sądowi, jak się ta machina przestępcza toczyła, jak oni sami zaczynali.

– Od mojego pierwszego zwierzchnika w MHM-ie, Grzegorzewskiego, przyjąłem zaraz na wstępie mojego urzędowania pięć tysięcy złotych. Powiedział on, że powinienem sobie sprawić garnitur. Rzeczywiście, ten, w którym chodziłem do biura, był słaby – to Wawrzecki.

– Przyjąłem pierwsze pieniądze, bo powiedzieli mi, że w MHM-ie wszyscy biorą – to Gradowski.

– Zaczęło się od imienin. Mam na imię Tadeusz. Był to prezent. Złoty zegarek. Dyrektorzy powiedzieli, że to ze składek – to Skowroński.

Tak się zaczynało. A potem już bardzo szybko poleciało. Koperty z pieniędzmi i dolary. Złote pierścionki i znów koperty z pieniędzmi. Potem nie było już kopert, tylko lista płatników – kierowników sklepów. Każdego pierwszego zjawiały się na niej „ptaszki” i „fajki”, że taki a taki już „uiścił”. Oczywiście lista zobowiązywała. Do zwiększonych przydziałów puli mięsnej. Chodziło głównie o to, aby do sklepów trafiały tusze i półtusze, na których rozbiorze kierownicy tak zarabiali, że mogli skrupulatnie wypełniać swoje powinności wynikające z owej listy.

Tymczasem skorumpowani dyrektorzy patrzyli przychylnym okiem na produkcję wędlin na zapleczach sklepów, na machlojki i spekulacje, na okradanie konsumentów. Zażalenia wpisywane do książek życzeń nie miały dalszego biegu, kontrole były rzadsze. Wszystko to opłacało się sowicie. Z góry płynęły grzeczności, w górę płynęły pieniądze.

Było ich coraz więcej.

– Jak chomik gromadziłem to wszystko – wyznaje Wawrzec­ki. – Nie mogłem już nadążyć z wydawaniem, więc zakopywałem. Dziś straciłem wszystko. Na co mi to było potrzebne?

Akt oskarżenia stwierdza, iż Wawrzecki zagarnął na szkodę przedsiębiorstwa kwotę 3 milionów 500 tysięcy złotych, stanowiącą nadwyżki towarowo-pieniężne powstałe w sklepach detalicznych. Gradowski – 2 milionów 300 tysięcy złotych, ­Witowski – 1 miliona 500 tysięcy złotych, Skowroński przyjął w formie łapówek 340 tysięcy złotych, a Fabisiak – 227 tysięcy złotych, czym pomogli zagarnąć w sklepach ponad 1 milion 600 tysięcy złotych.

Gdy oskarżeni wyjaśniali przed sądem, jak w krótkim czasie bogacili się i gwałtownie podnosili swój standard życiowy, gdy opowiadali o bankietach i imieninach, o pierścionkach, które przynosili żonom, i o tym, że pośpiesznie budowali domki za miastem – nie mogłam nie pomyśleć: „I nikt tego nie zauważył? Nikogo to nie raziło, że obok ktoś szasta pieniędzmi, nikt się nie zdziwił, nie zapytał, nie zastanowił?”.

W warszawskiej prasie ukazują się codziennie relacje z procesu mięsnego. Proces rozpisany jest na kilka tygodni. Na sali sądowej widać już pierwsze oznaki zmęczenia. W sekretariacie wydziału nie ustawiają się już kolejki po karty wstępu, jak w pierwszych dniach procesu. Adwokaci zmieniają się, major milicji nadzorujący konwój poznał już rodziny oskarżonych i upomina w przerwach: „Pani Gradowska, proszę wyjść z sali, z oskarżonymi rozmawiać nie wolno. Pani Woźnica, proszę nie stać w drzwiach, to nie czas na rozmówki”.

Gdy jadę rano do sądu, taksówkarz pyta mnie:

– Pani na „mięsiarzy"? No i co tam nowego? Kradli, kradli, aż ich przyskrzynili…

Dlaczego po kilku poprzednich głośnych procesach gospodarczych opinia społeczna została zbulwersowana sprawą mięsa? Czy w aferze tej istnieją jakieś momenty szczególne, usprawiedliwiające niepokój?

Otóż wydaje mi się, że takie momenty istnieją.

Najważniejszy powód do niepokoju to chyba fakt, że grzęzawisko ujawnione przez śledztwo i odkryte na sali sądowej zataczało tak szerokie kręgi, że ci, którzy zarabiali setki tysięcy złotych na zagrabianiu społecznego mienia, skorumpowali administrację handlu mięsem i kontrolę, demoralizowali ludzi wokoło, przez lata narzucali określony sposób postępowania: „Smaruj, a sam kradnij”. I ten stan rzeczy trwał latami. Co więcej, dyrektorzy MHM-ów stali się inspiratorami i motorem przestępczej działalności. To oni przypominali kierownikom sklepów o ratach łapówkowych, to oni nagabywali, że już pierwszy minął, że święta idą, że imieniny się zbliżają. To dyrektorzy żądali kopert pozostawianych już wcale nie skrycie – na biurku, na stoliczku, w kieszeni płaszcza – ale przekazywanych wprost, z ręki do ręki, z zaznaczeniem wysokości sumy i ścisłym odnotowaniem na liście, że płatnik taki a taki „już się uiścił”.

Przed wysokim sądem składali wyjaśnienia oskarżeni, przez wysoki sąd przesłuchiwani są świadkowie. Mniej niż połowa odpowiada z wolnej stopy. Raz po raz padają na sali stwierdzenia: „Proszę sądu, u nas w mięsie wszyscy brali”. Mówią tak oskarżeni, zeznają tak świadkowie. Nie tylko odmalowują atmosferę grzęzawiska, oni w ten sposób bronią się. Przytaczają ludowe przysłowie: „Jeśli wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one”.

Wiadomo było, że źle się dzieje w sklepach i administracji handlu mięsem. Wybrano więc w partii ludzi, którzy cieszyli się dobrą opinią, i posłano ich „na mięso”.

Żaden z nich nie miał zawodowego przygotowania do objęcia takiego stanowiska, żaden z nich nie znał się na mięsie, na organizacji handlu. Jeden spośród oskarżonych – Gradowski – miał wykształcenie podstawowe, pozostali – średnie, niektórzy dość późno uzupełnione. W drodze kolejnych awansów dotarli do kierowniczych stanowisk w aparacie gospodarczym. Wszyscy teraz przedstawiają się jako ofiary awansu, jest to jedna z przyjętych linii obrony.

„Nie znaliśmy się na mięsie. To skomplikowana dziedzina. Ogromne możliwości do powstawania nadużyć. Trzeba się orientować w rozbiorach, gatunkach, trzeba wiedzieć”.

Inne książki tego autora