Tajemnicza katarynkaTekst

Z serii: Ewa wzywa 07… #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Tajemnicza katarynka
Tajemnicza katarynka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,98  11,98 
Tajemnicza katarynka
Audio
Tajemnicza katarynka
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
9,99  7,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Barbara Nawrocka

Tajemnicza katarynka

Saga

Tajemnicza katarynkaJęzyk, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi. Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1968, 2020 Barbara Nawrocka-Dońska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726709087

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA jest wydawnictwem należącym do Lindhardt og Ringhof, spółki w grupie Egmont.

ROZDZIAŁ 1

Korta wysiadł z autobusu i rozejrzał się po ludziach. Dwie kobiety z koszami, kilku młodych robotników, sądząc po zasmarowanych olejem kurtkach, i starszy człowiek wyglądający na emeryta.

— Przepraszam, gdzie tu jest urząd pocztowy? — zapytał Korta.

Starszy człowiek zdziwił się pytaniem, wszyscy tu wiedzieli, gdzie znajduje się poczta. Machnął ręką w kierunku głównej ulicy. Chwilę patrzył za obcym. Korta oddalał się nieśpiesznie. Niósł w ręku walizeczkę. Miał na sobie ubranie z Cedetu za 1200 złotych i ortalionowy płaszcz. Listopad był dżdżysty, dni już krótkie i mgliste. Zapowiadała się wczesna zima. W szarudze miasteczko wyglądało nieciekawie. Korta pamiętał je ze służbowych przejazdów. Małe miasteczka położone obok wielkich stolic bywają na zewnątrz senne i bez — zdawałoby się — własnego oblicza. Żyją jednak podskórnym nurtem, ukrytymi dla obcego sprawami, które są okruchami interesów wielkich miast.

W Garwolinie kryją się klucze do niejednej warszawskiej sprawy — pomyślał Korta.

Rozejrzał się po sklepach, które mijał, przyglądał się ludziom, chociaż oni o tym nie wiedzieli. Nie budził w nikim zainteresowania. To oznaczało, że mógł z pewną nadzieją na powodzenie debiutować jako obywatel Garwolina. Miał leciutką tremę.

Poczta była już zamknięta. Mieszkanie naczelnika mieściło się obok, w drugiej części budynku. Korta wybrał późną porę przyjazdu. Chciał zapoznać się z urzędem po godzinach pracy, porozmawiać swobodnie z naczelnikiem.

— Czy pan Maliszek? — zapytał tęgiego, łysawego mężczyznę, który wyszedł z przedpokoju.

— Tak. Słucham? — odrzekł mężczyzna.

— Mam objąć pańskie zastępstwo — odrzekł Korta. — Od jutra.

— Dzień dobry — powiedział Maliszek i uśmiechnął się leciutko. — Wyobrażałem sobie pana zupełnie inaczej!

Korta rzucił okiem w głąb mieszkania.

— Nie — uspokoił go mężczyzna. — Nie ma nikogo. Wysłałem żonę do kina. Syn ma zajęcia w klubie sportowym. Taki głupi, na jakiego wyglądam, to ja nie jestem — roześmiał się dobrodusznie. — Pan uważa, że kierownik poczty w Garwolinie hoduje w ogródku peonie, ma kilkanaście kur, wie, jak trzeba ostemplować listy, co?

Z kolei uśmiechnął się Korta.

— Mamy po prostu trudną sprawę — powiedział spokojnie. — Cień podejrzenia w stosunku do mojej osoby i mogę zaraz brać walizeczkę, wsiadać w następny autobus do Warszawy.

— Ja wszystko rozumiem.

Korta znów uśmiechnął się lekko.

Tęgi mężczyzna roześmiał się rubasznie. Spoważniał.

— Napije się pan czegoś? — zaproponował. — Czystej? Ruskiego winiaku?

Korta usiadł na fotelu. W mieszkaniu pachniało czystością, złożoną z zapachu więdnących kwiatów, często wietrzonych chodników, domowych wypieków i na słońcu suszonych płócien. Był to zapach domu rodzinnego i Korta poczuł się w nim dobrze. Za dobrze jak na pracę, którą miał podjąć nazajutrz.

— Nawet moja żona nie wie, dokąd się udałem — powiedział ni stąd, ni zowąd, biorąc kieliszek w palce.

— Ano czasem tak bywa — mruknął tęgi mężczyzna, siadając na wprost gościa. Sprężyny jęknęły pod jego ciężarem. Był sympatyczny i nie gadał niczego, co może zirytować. Nie było w nim nic, co często nuży w innych — zbytniej ciekawości.

— Czuje się u was dom — rzucił Korta.

— Ot, małe miasteczko — odrzekł mężczyzna. — Rzadko jeżdżę do Warszawy. Żona też. Chłopak to lata, młody. Przywykliśmy do miejsca jak żółwie do skorupy. Kto ma jedną skorupę, stara się, żeby była najznośniejsza.

Korta pomyślał, że jego życie składa się z wielu skorup i że ten familijny dom rozbraja. Na ogół był zadowolony ze swoich skorup.

W jednej byś się udusił — pomyślał. —W ciągu miesiąca byś się udusił.

— Gdzie ulokował mnie pan na mieszkanie? — zapytał.

— A myślałem i myślałem —odrzekł flegmatycznie naczelnik — pomyślałem, że jeżeli chce się pan czegoś dowiedzieć o nieboszczyku Kamińskim, to najlepiej będzie zamieszkać u jego pomocnicy. Ma taki kurnik, dwie izby, ale własny. Kwaterunek nie wtrąca się do drugiego pokoju.

— Hm? — mruknął Korta. — Ktoś obcy nagle wynajmuje pokój u pomocnicy zmarłego. Akurat tu, a nie gdzie indziej.

— Nie jest pan obcy. Kogo ja daję na zastępstwo podczas swojego leczenia w sanatorium — nie jest obcy. Urodziłem się w Garwolinie i mieszkam tu całe życie. U nas to przepustka do ludzi. Ta kobieta, Czarnkowa, jest samotna, potrzebuje dorobić sobie coś do pensji. Wszyscy o tym wiedzą. Sama teraz prowadzi magazyn. Męża jeszcze Niemcy jej zabrali. Córka zginęła w Warszawie w powstaniu. Życie jej dosyć żółci nalało, nawet najgorsza zaraza ominie ją ze swoim jęzorem. To dobre miejsce na mieszkanie dla pana. Od niej dowie się pan wszystkiego, czego się w ogóle można dowiedzieć. Może ona... Chociaż... — machnął ręką i zatrzymał się.

— Pan uważa, że w śmierci magazyniera w czasie pożaru nie kryje się nic podejrzanego.

— Tak uważam.

— A sam pożar? — zapytał Korta.

— Włączył maszynkę elektryczną i zasnął — powiedział naczelnik. — Ile razy sam zostawiałem palący się gaz, gdy żona wyjeżdżała do rodziny. Raz wychodząc rano z domu zostawiłem czajnik na gazie. Nie było mnie osiem godzin. Woda wyparowała, a czajnik rozgrzał mi się tak, że na płytce stała ognista kula. Tylko cud, że coś się w kuchni nie zajęło.

Korta dopił kieliszek. Tylnymi drzwiami przeszli z kierownikiem do urzędu pocztowego. Paliły się jeszcze jarzeniówki, dwóch konwojentów przerzucało paczki na stos, pod ścianę, szykując je do rannej ekspedycji.

Korta obrzucił spojrzeniem dosyć obszerną halę. Była już zmodernizowana i na ladach stały nowoczesne wagi.

— Porządny urząd pocztowy — powiedział.

— Rok temu zmienialiśmy cały system oświetleniowy, przerabiało się wnętrze. Chce pan przejść do mego biura? Mam pana wprowadzić w pańskie obowiązki?

— Pobieżnie — uśmiechnął się Korta. — Odbyłem niezłą praktykę, tak sądzę. Mam nadzieję, że pana nie skompromituję.

Zauważył na twarzy naczelnika wyraz prostodusznej, chytrej, dobrze ukrytej ironii.

— Ja tu trzydzieści lat naczelnikuję — zauważył tylko starszy mężczyzna.

ROZDZIAŁ 2

Czasem jest taki rok — powiedziała Czarnkowa — że nieszczęścia spadają jedne za drugimi.

— Ludzie zawsze umierają — rzucił Korta.

— Pewnie, ale zwyczajnie. Z chorób albo ze starości — obruszyła się kobieta. — Na taką śmierć człowiek się nie buntuje.

Buntuje się, buntuje — pomyślał Korta. — I ty się buntujesz, chociaż zdaje ci się, że żałujesz tylko młodzika od sąsiadów, który zginął na motorze. Albo swego kierownika. W pięćdziesiątym roku życia podpalił się z powodu zbytniego pociągu do butelki. Mógł żyć dłużej, pewnie że mógł. Ale tobie, pani Czarnkowa, chodzi w ogóle o tę przykrą konieczność, która i nas czeka.

Nie wypowiedział jednak głośno swoich myśli. Odkładał na bok sentencje kapitana Korty, ponieważ był chwilowo zastępcą naczelnika poczty. Ludzie, którzy nie odznaczają się żadną dociekliwością i na pozór są naiwni, mało rozgarnięci, podświadomie rejestrują wszystkie fakty i słowa nie pasujące do człowieka, którym on jest albo za jakiego chce uchodzić. I potem nagle to wypływa. Korta nieraz przekonywał się o tym w śledztwach. Zwykle taki świadek miewał minę odkrywającego Amerykę. Korta strzegł się każdego ruchu i słowa nie pasującego do naczelnika poczty. Obserwował spod oka kobietę, przymierzającą papierowy wykrój do rozłożonego na stole materiału. Była pochylona, ale w świetle lampy odcinały się wyraźnie na jej twarzy dwie głębokie bruzdy, biegnące od nosa, żłobiące brodę.

Siedział w jej mieszkaniu drugi tydzień, chodził rankami na pocztę, po pracy wstępował na piwo do restauracji drugiej kategorii, która nazywała się „Nowa” — jak inni mężczyźni. Czasem zjadał obiad w drewniaku, u Modrzejewskiego. W małej gospodzie trzeciej kategorii. Prywatnej. Zaglądał do „Kolorowej”, zamawiał ciastko na stojąco albo wypijał lemoniadę przy stoliku.

Do diabła — pomyślał. — Dlaczego ten wypadek zbiegł się z kontrolą w magazynie? Żadnych nadużyć nie wykryli. Ogień pochłonął 280 tysięcy z majątku państwowego. Rocznie z dymem idą miliony. Zaprószenia, czasem podpalenia z różnych motywów, łatwo wykrywalnych. Dochodzenie tutejszej milicji też jest szczegółowe, kompletne i nic nie pozostawia do życzenia. Żadnych luk, budzących podejrzeń nielogiczności.

Został naczelnikiem poczty w Garwolinie, ponieważ istniał jakiś procent możliwości, że pożar magazynu z materiałami włókienniczymi wiązał się z grubszą aferą w tej branży, na której trop Komenda Milicji dopiero wchodziła. Garwoliński magazynier mógł być jednym z mniej ważnych ogniw sprawy. Na tyle jednak poinformowanym, że komuś zależało, aby się go pozbyć. Z tych względów spadła na niego kontrola z NIK-u, która tylko wykazała absolutną zgodność buchalterii z przychodem i rozchodem, a także ze stanem magazynu. Mimo to Komenda Milicji w dalszym ciągu interesowała się tym tropem. Korta poczuł się nagle sam przez siebie wystrychnięty na dudka.

 

Kobieta przy stole cięła nożycami materiał wzdłuż papierowego wzoru. Chłód wiał od jej samotności, z tego mieszkanka w drewniaku, pamiętającym pierwszą wojnę światową. Fotografie jej bliskich stały na komodzie przybrane nieśmiertelnikami i z jednego zdjęcia patrzył surowo mężczyzna, z drugiego uśmiechała się 18-letnia dziewczyna. Listopad za oknem zapowiadał już. grudzień, padał śnieg z deszczem. Korta wyobraził sobie swoje mieszkanie warszawskie. Biurko porządnie oświetlone, półkę z książkami, każdy papierek na miejscu — tylko ręką sięgnąć. Codzienna prasa na stojaku, telewizor. Telefon łączący z Komendą.

Do diabła — pomyślał — nic mniej ciekawego niż życie urzędnika pocztowego w małym miasteczku. Po kiego licha ugrzązłem w tym garniturku?

— A żeby pan wiedział — odezwała się Czarnkowa. — Jednego tygodnia ojciec kupił synowi motor, a w trzy dni chłopak zabił się na głównej ulicy. Tuż przy stacji benzynowej. Taki zdolny chłopak. Jedyny syn. Tam w domu są jeszcze tylko córki. Był na pierwszym roku politechniki. Najlepszy na całym kursie. Rósł na moich oczach. Ledwo ludzie ochłonęli po tym nieszczęściu, pan Kamiński spłonął w magazynie.

Korta zaczął słuchać, gdy gospodyni wspomniała o magazynierze, ale zapytał bez zainteresowania:

— Jeden wypadek zdarzył się zaraz po drugim?

— Gdzie tam zaraz! Niemal jednocześnie. Jednego dnia chowali Tadka, znaczy — rano. A wieczorem wybuchł pożar w naszym magazynie. Z początku nikt nie myślał, że pan Kamiński tam jest. Dopiero jak straż ugasiła — milicja znalazła zwłoki.

Korta dokładnie znał akta dotyczące pożaru, stenogramy przesłuchań świadków i żony zmarłego, wreszcie jego pomocnicy, która w tej chwili niczego nie przeczuwając kroiła przed kapitanem materiał na stole.

— Zaraz mieliśmy drugi pogrzeb — dodała kobieta. — Cały Garwolin był poruszony.

Korta lubił pamiętać okoliczności towarzyszące, sytuacjom, które go interesowały.

— Wygląda na to, że zgadzała się pani ze swoim szefem — zauważył. — To rzadkie.

— Ee tam, rzadkie. To nie wielkie miasto, gdzie ludzie gryzą się o każdą kość. Pan Kamiński był porządny człowiek. I życie mu się nie złożyło, i śmierć miał byle jaką.

— Pani objęła po nim magazyn?

— A tak. Ale wcale mnie to nie cieszy. Obowiązki duże, odpowiedzialność, a pensja mało co większa. Zresztą nie cheiałabym i stanowiska cudzym kosztem.

— Podobno pił dużo — rzekł Korta ostrożnie.

— A pił — obruszyła się kobieta. — Dzieci nie miał. A co robić w życiu bez dzieci? — Urwała i spojrzała na fotografię dziewczyny z komody. Korta zauważył, że bruzda na jej twarzy pogłębiła się, usta mocniej zacięły. — Nic sobie nie robił z życia — dodała. — Taki, co dba o życie, nie spali się przypadkowo.

— Ee — uśmiechnął się Korta — o wypadek nietrudno, nawet przezornemu.

— Pan Kamiński nie był przezorny. Ani chytry na pieniądze. Ta jego żona... — urwała, zdjęła ze stołu przykrojony materiał. — At, co zresztą mówić. Wdowa już. Też sama została. Ja będę teraz szyła na maszynie — powiedziała. — Nie będzie panu przeszkadzał stukot?

Korta spojrzał niechętnie na zgrabny wykrój w rękach gospodyni. Rozgadała się pierwszy raz, od kiedy u niej zamieszkał. Nie wszczynał z nią pogawędek. Miał wrażenie, że uznała go za milczka, człowieka mało zainteresowanego otoczeniem. Osiągnął cel swoich zabiegów. Taka postawa zabierała cenny czas, ale pośpiech w zdobywaniu informacji nigdy mu się nie opłacił. Pośpiech przeszkadzał przyglądać się ludziom. Ludzie czasami więcej mu powiedzieli milczeniem, nieświadomi obserwacji, niż pociągani za język. I czas był taki — listopadowy — skłaniający każdego do zamykania się w sobie. Korta też odczuwał przedzimowy stan adaptowania się organizmu do zimy jak do snu.

Inaczej gada się z ludźmi w maju — stwierdził — a zupełnie inaczej w listopadzie. Będę musiał przekazać to cenne spostrzeżenie porucznikowi Małkowi. Ubawię go.

— Nie — powiedział. — Lubię stukot maszyny.

Czarnkowa uśmiechnęła się do niego przychylnie.

— Mężczyźni uciekają od domowych hałasów — zauważyła.

— Rzecz gustu — mruknął Korta.

— Pan Kamiński ostatnie lata niemal mieszkał w magazynie. Wstawił tam łóżko. Gdyby nie to łóżko, żyłby sobie. Poszedłby do domu. Tego wieczoru. Człowiek nigdy nie wie, co będzie przyczyną jego nieszczęścia. Głupie łóżko, na którym można się przespać.

— Miał dużą rodzinę? — zapytał Korta od niechcenia.

— Nie. Tylko brata. Mieszka w Zaciszu pod Warszawą. Z bratem to się kochali. Brat naprawdę rozpaczał. Przyjechał na pogrzeb swoją taksówką. Ma taksówkę. Zamożny człowiek. Wdowa nie lubiła się z bratem. Odjechał prędko z cmentarza, bo ona po pogrzebie zaprosiła na kieliszek kierownika ze sklepu mięsnego. Mówiło się u nas, że ona kombinuje z kierownikiem. Kto tam wie, jak było naprawdę. Nigdy nie zachodziła do mieszkania kierownika. Ani ja nie widziałam, żeby on był kiedyś u niej. Pan Kamiński dawniej wysyłał mnie w czasie pracy do domu, jak było coś ważnego. Ludzie muszą plotkować, gdy w małżeństwie nie idzie jak trzeba. Szukają dziury w całym.

Muszę sobie koniecznie kupić kawałek szynki — pomyślał Korta, a głośno powiedział: — Zgoda rozbija się przez wódkę. To jest najczęstsza przyczyna tragedii rodzinnych.

— Ale kto go wpędził w wódkę! — krzyknęła kobieta przy maszynie i szarpnęła gwałtowniej materiał. Nić się splątała i zamotała na ściegu. — Dzieci mieć nie chciała czy nie mogła, nie wiem. On mówił, że najpierw nie chciała, była jeszcze wojna, a potem czasy niepewne. Aż na koniec lata przeleciały i mówiła, że jest za stara, nie ma nerwów ani sił do wstawania po nocach, prania pieluch, do zmian w domu. Była ładna i jeszcze jest niczego. Od początku wszystko ją w nim irytowało. Lubił majsterkować. Warsztacik, jaki tam sobie uzbierał, wyprowadziła mu z domu. Dłubał wieczorami w magazynie. Często i mnie radio naprawił.

— Może był dziwakiem — zauważył Korta delikatnie.

— Mężczyzna jak inni. Życie w każdym jakieś dziwactwo wyrobi. I co z tego? Czy to jest zaraz dziwactwo, że ktoś lubi dłubać w elektrycznych maszynkach albo że sobie podchmieli i pogra na katarynce? Po trzeźwemu nie brał się do katarynki.

Kortę ogarnęła nagła chęć śmiechu, mimo, a nawet wbrew sytuacji, w jakiej się znajdował, mimo wagi, jaką miała dla niego każda informacja gospodyni.

— Proszę pani, kto dzisiaj grywa na katarynkach nawet po pijanemu! Niech pani wejdzie w położenie tej kobiety.

Katarynka i pociąg do majsterkowania — zanotował sobie w myślach.

— Proszę pana — rzekła Czarnkowa i odsunęła się od maszyny. — Czy harmonia też pana pobudza do śmiechu? Albo fortepian?

— Ależ nie, oczywiście nie, proszę pani — odrzekł Korta uprzejmie.

Źle się zachowujesz, stary — powiedział sobie w myślach — bardzo źle. Zapominasz, po co tu zamieszkałeś. Chyba masz zamiar osiąść dożywotnio na poczcie. Twoja własna żona ucieszyłaby się tym niebywale. Miałaby nareszcie upragniony spokój.

— Katarynkę też wyrzuciła mu z domu — powiedziała kobieta przy maszynie. — Jednego dnia przyniósł ją do magazynu i schował za belami. To magazyn był ostatnio jego domem. Właściwie w nim mieszkał. Ludzie wszystko widzą, proszę pana. Chociaż pił, wszyscy byli za nim. Nie za nią. Ludzie są sprawiedliwsi, niż pan myśli.

— Doprowadzili już pani magazyn do porządku? — zapytał nagle Korta.

— Ale gdzie tam! Przecież to ruina, Dwa wozy z sikawkami nie mogły dać rady. Za późno spostrzegli ogień.

— Ach, tak — mruknął Korta. — Myślałem, że dom został uratowany.

— Dom tak, stropy się nie zapadły. Ale kiedy wezmą się do roboty!

— Widzę, że pani chodzi do pracy, myślałem, że straty są niewielkie.

— Chodzę. Na prowizorkę. Co nam przywieźli do sklepów, częściowo zwaliło się na zaplecze, częściowo leży w dawnym magazynie apteki. Tam jest taka szopa, barak. Na razie musi służyć za magazyn. Zimno tam, boję się reumatyzmu. Zima idzie. Przed zimą w starym magazynie już nic robić nie będą.

A to dobrze — pomyślał Korta. — To bardzo dobrze.

Zachciało mu się kawy. Wrócił do swego pokoju i zamknął się starannie. Z głębi domu dobiegał terkot maszyny do szycia. Nalał sobie kawy do szklanki i usiadł, spokojnie popijając, potem wygarnął z niej fusy, zawinął w kawałek Trybuny Ludu.

Najpierw rzeźnik — pomyślał. — Potem trzeba zajrzeć do spalonego magazynu.

Nie uśmiechały mu się przedwczesne kontakty z tutejszym posterunkiem.

Przeprowadzę mały rekonesansik i może obejdzie się bez komendanta. Zobaczymy. Najwyżej wezmą mnie za złodzieja i wylecę z poczty, ale ponieważ nie mogę wylecieć z poczty... Z dwojga złego jest trzecie wyjście, muszę tak obejrzeć magazyn, żeby mnie nikt nie obejrzał. Zupełnie proste.

ROZDZIAŁ 3

Kierownik sklepu mięsnego stał za ladą. Pomagała mu jedna ekspedientka. Ufarbowana blondynka, z klipsami w uszach. Biały fartuch, utytłany na krągłości jej brzucha, znaczyły przyklejone do mięsnej posoki strzępki trocin. Niepohamowana chęć życia — manifestująca się żarliwością gestu, potokiem słów, ruchliwością twarzy i zagarnianiem ku sobie każdego, kto niebacznie znalazł się w pobliżu — wylewała się z niej niemal na klientów, zatapiając sklep jak wzbierająca woda.

Uff — westchnął Korta w myślach — ale babsztyl.

— Poproszę ćwierć szynkowej — powiedział do mężczyzny, omijając przezornie ekspedientkę.

Kierownik rzucił na niego krótkie, taksujące spojrzenie. Korta zorientował się w tej samej chwili, że kierownik sklepu zanotował sobie jego twarz. Był, w przeciwieństwie do swojej pracownicy, powściągliwy i w sposób zamierzony obojętny wobec tłoczących się ludzi.

— Szynkowej? — wykrzyknęła ekspedientka, uśmiechając się do Korty wylewnie. — Pan chciał szynkowej? Ćwierć szynkowej — powtarzała w chęci służenia obywatelowi.

— Tak — potwierdził Korta sucho.

Ekspedientka zgasła, odęła wargi, spojrzała na Kortę jak na osobistego wroga. Nie chciał się poddać hojności jej ciała i usposobienia. Rzuciła szynkową na wagę gestem wyrażającym zobojętnienie i urazę.

Korta wyszedł ze sklepu zadowolony z dokonanej prezentacji własnej osoby.

Jeden krok i następny — pomyślał — mały i nieznaczący, każdy przybliża do celu.

Na rynku czy placu położonym przy głównej ulicy, którą biegła szosa, zatrzymał się niezdecydowany. Zabudowa miasteczka świadczyła, że kiedyś musiało być wsią. Centrum biegło wzdłuż drogi jak w każdej polskiej wsi. Miasteczko rozrasta się promieniście od rynku. Rynek jest środkiem jak pestka w śliwce. Rynek garwoliński wyglądał, jakby go ktoś doczepił do szosy.

Korta zastanawiał się, gdzie zjeść obiad. W „Nowej” kręciło się kilka kelnerek i atmosfera była tam bardziej anonimowa. U Modrzejewskiego, w małym drewniaku, kontakt z jedyną kelnerką nawiązywał się szybko. Zazdrostki w niskich oknach parterowego domku, ciasnota, stali goście, kwiatki w wazonikach i znajoma, zawsze ta sama dziewczyna z talerzem w ręku prowokowały do męskich zwierzeń po pijanemu.

Korta stwierdził, że można nie lubić takiej atmosfery, ale trudno nie przyznać, że jest użyteczna. Zdecydował się na obiad u Modrzejewskiego. Poznali się już z kelnerką, witała go jak stałego gościa, chociaż niedawno przyjechał do Garwolina. Na progu drewniaka zawsze wycierał nogi z błota, co, jak zauważył, od pierwszej chwili nastroiło ją do niego życzliwie. Przypuszczał, że do jej obowiązków należała dbałość o podłogę. Deska była pomalowana na czerwono i co ranka prezentowała się tak, jakby z wieczora dziesiątki męskich nóg nie zabrudziły jej dokumentnie.

U prywaciarza nie ma etatu sprzątaczki — pomyślał Korta zgryźliwie. Pilnował jednak wycieraczki, ponieważ ten prymitywny sposób okazał się drogą do serca kelnerki.

— Dzień dobry panu — rzuciła mu zaraz w przejściu. Korta strząsnął deszcz z płaszcza. Domowo tu było i negliżująco, jakby człowiek wkładał bambosze i rozbierał się do piżamy.

— Dziś są pierożki z mięsem — oznajmiła mu poufnie. — Zatrzymać panu porcję? Zaraz nie będzie.

Kiwnął mechanicznie głową. Mimo wszystko wolał restauracje, w których był tylko konsumentem, mógł zachować swoje incognito, dla nikogo nie był zastępcą kierownika poczty ani panem iks czy ygrek.

 

Anonimowość współczesnego życia weszła człowiekowi w krew — stwierdził. — Nie bardzo umiem wrócić w stare koleiny. Dopiero jak wpadnie się do takiego lokalu, człowiek uświadamia sobie nawyk.

Kelnerka postawiła przed nim pierożki.

— Kieliszek? — zapytała.

Nie pił do obiadu, ale kieliszek mógł mu dopomóc w pogłębieniu przyjaźni z kelnerką.

Sama wycieraczka to mało — stwierdził rzeczowo. — Oprócz czegoś dla ducha potrzebne jest coś dla kieszeni.

— Niech będzie. Setka.

Jadł wolno, kończyła się pora obiadowa, nowi goście napłyną po szóstej. Między wpół do piątej a szóstą można było liczyć na względny spokój, ucięcie sobie rozmówki z dziewczyną. Usiadła właśnie w kącie pokoiku, podliczyła bloczki, z westchnieniem obejrzała kostki u nóg, roztarła je dłonią.

— Nachodzi się pani, co? — rzucił Korta.

— Aa, jeden taniec. Od rana do wieczora — jęknęła.

— Goście obiadowi nie są tacy męczący jak wieczorni — zauważył.

— Nie, pewnie, że nie. Ale za to ruch. Wieczorem trzeba się użerać z pijakami.

— Grubsze awantury? — zaryzykował Korta.

— Czasem — przeciągnęła — ale rzadko. Mamy swoich gości. Jeszcze jak pan Kamiński żył... ten to pił! Teraz pijaki nie mają towarzystwa.

— No, zawsze znajdzie się następca — zażartował Korta.

— Znajdzie się, pewnie. Ale to już nie to. Kamińskiego się lubiło. Człowiek mu niejedno darował. Pił, bo pił, ale nigdy nie wszczynał awantur. Cichutko wychodził, jak już czuł, że ma dość. Inni rozrabiali, co z nim przychodzili.

— Nie przychodzą już?

— Przychodzą, ale im także brak magazyniera. Przenieśli się do „Nowej”. Więcej chodzą do „Nowej”.

— Ma pani przynajmniej spokój.

— Taki tam spokój. Zarobi się mniej.

— Może nieszczęście by się nie stało, gdyby tego dnia nie wypił — zauważył Korta.

— Co miało być, stało się. Nie dziś, to jutro. A rzeczywiście wypił tego dnia z litra. Ale wie pan, dziwne, jak to w życiu bywa, wyszedł mniej pijany niż zwykle. Wydawał mi się całkiem trzeźwy. Jeszcze popatrzałam za nim na drogę, bo czasem trzeba było mu pomóc. Nieraz zamykałam lokal i nawet go podprowadzałam. Często pan nauczyciel odprowadził go do domu.

— Przyjaciel od kieliszka? — uśmiechnął się Korta.

— A nie. Pan nauczyciel w ogóle nie pije. Daje w szkole polskiego. Kilka lat temu zorganizował amatorskie kółko teatralne. Dla dorosłych. Magazynier różne role grał w przedstawieniach i od tego czasu się zaprzyjaźnili. Nauczyciel myślał, że w ten sposób wyciągnie Kamińskiego z wódki, ale się nie dało. Na czas prób, owszem, nie zaglądał do nas ani do „Nowej”. Jak zaczynali grać, wracał. Tylko w dni przedstawień był trzeźwy. To przebieranie w teatrze okropnie irytowało jego żonę.

— Przestał grywać — zainteresował się Korta.

— Nie. Wcale się nie przejmował. Dobrze to nawet robił. Jak urodzony aktor. Pan nauczyciel mówił, że gdyby się za młodu uczył, kto wie, co by wyszło. Ale już był za stary, żeby go gdzieś przyjęli na naukę.

Poznać nauczyciela — zanotował Korta w myślach. — Coraz ciekawszy jest ten zmarły magazynier, chociaż obawiam się poważnie, że zupełnie nie w ten sposób, jaki sprawiłby mi satysfakcję.

— Zapłacę — powiedział do dziewczyny. — Deszcz i ciemno, trzeba zobaczyć, co słychać w domu.

Podniosła się ciężko od stolika.

— Nawet się człowiek nie obejrzał i zima. O czwartej robi się noc.

Korta wyszedł z ciemności, paliły się nieliczne światła. Z „Nowej” od witryn lało się więcej jasności na chodnik i rozpełzało w mglistym deszczu. Mało ludzi przechodziło placem, w przecznicach zupełnie pusto. Postawił kołnierz deszczowca i ruszył w stronę Jagodzińskiej. Leżała na peryferii miasteczka. W taką pogodę spodziewał się, że będzie jedynym przechodniem. Namacał w kieszeni latarkę. Dom, w którym mieścił się magazyn, był porządnie zrujnowany. Części drewniane zupełnie wypalone. Korta wszedł w otwarty, osmalony korytarz. W dwóch izbach brakowało drzwi, trzecia zaparta furtką z jakiegoś parkanu, zaczepioną o zawias prowizorycznie wbity w cegłę, skobel zatkany hakiem.

Odciągnął furtkę i rzucił snop światła na ściany. Ocalało kilka nadpalonych półek, żelazne, skręcone w ogniu łóżko i metalowa siatka. Zaczął myszkować wśród poniewierającego się żelastwa. Jakieś haki, kilka prętów, wyglądały na ramy podtrzymujące żaluzje w oknach. Śrubokręt bez rękojeści, strawione przez ogień spiralki do elektrycznych maszynek, potłuczone lampy radiowe. Ukląkł na podłodze i szczegółowo, część po części, przeglądał każdy kawałek metalu, najmniejszy gwoździk. Kawałki metalu już pordzewiały od wody z wężów strażackich i wilgoci listopada. Stracił na to godzinę, chociaż nie było tego więcej niż na kwadrans oględzin. Gasił latarkę kilka razy, gdy zdawało mu się, że ktoś idzie ulicą. Ale było na niej ciemno i pusto.

Nie ma — stwierdził.

W pokoju sublokatorskim otworzył kluczykiem teczkę chowaną w szafie i pogrążył się w odczytywaniu na nowo protokołu oględzin dokonanych w magazynie przez technika dochodzeniowego zaraz po pożarze. Zatrzymał się przy spisie zabezpieczonych przedmiotów.

Nie ma — pomyślał. — Pamiętałem, że nie ma. Musiała zostać na pogorzelisku, ale ogień nie strawiłby metalowych części. Oprócz łóżka, prętów od żaluzji i zniszczonych drobiazgów do majsterkowania niczego nie było.

Mógł przypuszczać, że tak jak on sam, ktoś wszedł i zabrał poniewierający się metal, którego szukał. Ale w ten sam sposób zniknęłyby pręty czy do niczego nieprzydatne już łóżko.

Dzieci zbierają różne żelastwa — pomyśiał. — Do zabawy. Na złom. Psiakrew, dlaczego nie zamknęli tej jednej izby na kłódkę!

Poczuł irytację, wszystkie okna stały otworem, należało je zaraz zabić deskami. Deszcz, a później śnieg zawilgocą do reszty mur.

Niedbalstwo — pomyślał.

Ale w tej chwili nie chodziło mu o budynek. Przedmioty lub przedmiot, których szukał, mogły się znajdować w czyichś rękach, przypadkowo podjęte z podłogi. Nie miał pewności, czy tak właśnie nie było.

Schował kopie protokołów.

Do ukończenia śledztwa milicja nikogo nie wpuściła — rozumował spokojnie. — Po zabezpieczeniu śladów zdali magazyn użytkownikowi. Nie było niczego do szukania ani zabierania ze spalonego pomieszczenia. Wchodzi w grę tylko przypadek. Przypadek zaś nie jest nigdy tak celowy ani konsekwentny, żeby zatrzeć wszystkie ślady aż do ostatniej śrubki. Technik również zwróciłby uwagę na dziwne kawałki metalu. Najwyraźniej nie było ich, gdy wszedł tam ze swoim arsenałem. Gdyby je nawet przeoczył, znalazłby coś dzisiaj. Na pewno.

Zajrzał do kuchni, gospodyni gotowała kapuśniak. Korta z lubością pociągnął nosem. Wydawało mu się, że dojrzał punkt na pustyni idealnie zgranych faktów, chociaż na razie jego spostrzeżenie do niczego nie pasowało. Coś zawdzięczał jednak tej zgorzkniałej, przedwcześnie starej kobiecie. Nad komodą, nad fotografiami w nieśmiertelnikach wisiała mandolina. Zastanowił się, czy potrafiłby jeszcze wyciągnąć z instrumentu chociaż jeden ton. Gdy był wyrostkiem, całkiem nieźle akompaniował kolegom do śpiewu.

Czarnkowa pochwyciła kierunek jego spojrzenia.

— To męża — powiedziała.

— I ja kiedyś brzdąkałem — powiedział Korta. — To chyba stąd pani sentyment do grajków — zauważył i znów spojrzał na mandolinę.

— Nie wiem — zawahała się kobieta.

— A kiedy to ostatni raz przygrywał sobie pani zmarły szef? — powiedział ciepło i konfidencjonalnie.

Czarnkowa uśmiechnęła się do Korty.

— Prawie co wieczór sobie pograł — rzekła. — Już do niczego nie miał humoru, biedak, ale do tego pudła był przywiązany jak do czegoś żywego. Na jakieś parę dni przed wypadkiem to chyba nie grał, bo chodził trzeźwy. Od tej kontroli z NIK-u, cośmy ją mieli. Chce pan kapuśniaku?

— Hm? — zawahał się Korta. — Prawdę mówiąc, chcę. A może katarynka powędrowała z magazynu do domu?

— Co? — zapytała Czarnkowa, nalewając lokatorowi gęstego, drażniącego powonienie płynu. — Ach, nie. Skąd. Ona by mu dała wprowadzić taki przedmiot z powrotem do domu!

— Może ją sprzedał? — ciągnął Korta pół żartem, pół serio.

— E tam, gdzie on by ją sprzedał! Była w magazynie. Jeszcze w dzień pożaru. Szukałam akurat szufelki. Straszne zimno mieliśmy w magazynie i chciałam przegarnąć popiół w piecach. Katarynka spaliła się razem z nim.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?