Pozłacana RybkaTekst

Z serii: Plus minus 16
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Barbara Kosmowska

Pozłacana rybka

© by Barbara Kosmowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka:

Marta Kramarz

Skład i korekta:

Lidia Kowalczyk, Małgorzata Kur

Wydanie IX

w tej edycji

ISBN 978-83-7672-552-9

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Zamiast dedykacji

Letni wieczór przyniósł duszny zapach maciejki, gdy z moją przyjaciółką M. usiadłyśmy pod jabłonią. Nad nami pierwsze gwiazdy bawiły się w berka. Moja przyjaciółka momentami milkła i zerkała do góry. Gwiazdy mrugały do niej, jakby chciały dodać coś od siebie do opowieści, która pięknie i odważnie płynęła przez mrok.

Gdyby nie M., nie potrafiłabym napisać tej książki.

Listy do samej siebie

Na początku byłam Bardzo Rozpieszczoną Jedynaczką. Nawet mama i tata zwracali się do mnie słowami: „Bardzo Rozpieszczona Jedynaczko, czy mogłabyś ściszyć ten rozwrzeszczany zespół? Zmyć po sobie naczynia? Zakręcać tubkę pasty do zębów? Nie wrzucać brudnych skarpetek bezpośrednio do pralki? Nie buszować po naszym gabinecie i nie przekładać fiszek na biurku?”.

Tak było na początku. I choć wówczas uważałam, że żyję w świecie bezpodstawnych oskarżeń, szybko się okazało, jak ciepły i bezpieczny był tamten świat.

Przestałam być Bardzo Rozpieszczoną Jedynaczką w dniu, kiedy mama zdjęła z drzwi starą wizytówkę i zastąpiła ją nową. Z tej wizytówki jasno wynikało, kto już z nami nie mieszka. Imię taty powędrowało razem z nim na inną ulicę. Niby nic takiego. Pół naszej kamienicy zmieniało wizytówki, a tatusiowie przestawali mieszkać ze swoimi żonami i Bardzo Rozpieszczonymi Jedynaczkami. Tata zaczął po prostu dzwonić do drzwi własnego mieszkania i częściej się ze mną spotykać niż przedtem. Dziwne, bo wcześniej miał więcej sposobności. Ale pewnie tak już jest, że dorośli lubią komplikować wszystkim życie i trzeba być dorosłym, żeby to pojąć.

Do tego, że tata dzwoni jak pan Kawka, który wypożycza od nas książki, zdążyłam się już przyzwyczaić. Chciałabym tylko, żeby mnie nie traktował jak nową powieść skandynawską. Albo jak paczkę, którą trzeba przewieźć swoim audi pod wskazany adres. A już w żadnym wypadku jak córkę po rozwodzie, bo ja się z nim przecież nie rozwiodłam. I żeby mnie gdzieś nie zapodział, co mu się przytrafiło z miłością do mamy.

Bo z tą miłością rodziców stała się rzecz dziwna. Topniała jak lody i stygła niczym nikomu niepotrzebna herbata. A także milkła. Jakby już nic nie miała do powiedzenia. Jakby jej nie zależało, żeby w naszym domu znowu krążyły pod lampą kolorowe rozmowy i dobre słowa. Ale najbardziej zdziwiło mnie w tym wszystkim jedno: że rodzice rozwiedli się dla mnie! Uwierzyłby kto? Zrobili to dla mojego dobra! Co za wielkoduszność! Ciekawe, jak by się czuli, gdybym to ja ich porzuciła. Dla ich dobra, ma się rozumieć. Po to, by byli jeszcze szczęśliwsi i bardziej ze mnie zadowoleni.

Nie porzucę. Nie znoszę roztopionych lodów. Nie pijam zimnej herbaty. Lubię, kiedy moje uczucia mają pokojową temperaturę, a ja – dużo cierpliwości. Pewnie dlatego czasami odnoszę wrażenie, że jestem dużo starsza od własnych rodziców. Na szczęście gołym okiem wcale tego nie widać.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Być tam i tu

Sierpień miał się ku końcowi. Coraz krótsze, chłodne wieczory wypraszały Alicję z werandy wilgotnym zmierzchem, nie zważając na jej naburmuszoną minę. Z żalem opuszczała dziadkowy fotel z przetartego ratanu, na którym ponoć dorastała jej matka.

– Tak to już jest, kochanie. – Babcia pojawiała się w drzwiach z kubkiem dymiącego mleka. – Bez jesieni świat byłby ubogi jak bosy Antek – mówiła, patrząc na wciąż imponujące czupryny buków, strzegących brzegu niewidocznego jeziora.

– Nie chcę wracać. – Alicja wydęła wargi. Z miną małej kapryśnicy wzięła w dłonie kubek z mlekiem. – Ohyda! – mruknęła, ale w jej oczach już rozbłysły iskierki przekory. Uwielbiała droczyć się z babcią o codzienną porcję świeżych kożuchów.

– Widzisz? – uśmiechnęła się babcia, tuląc głowę wnuczki do fałd fartucha. – Mleko potrafi zdziałać cuda. Jeszcze przed chwilą przerażał cię koniec lata, a teraz masz całkiem inne zmartwienie.

– Muszę do dna?

– Musisz. – Babcia w tej jednej sprawie była nieugięta. – Panna Fryzunia miałaby ci za złe, gdybyś pogardziła jej prezentem.

Ośmioletnia Panna Fryzunia uchodziła za najpiękniejszą krowę we wsi. Urodziła się wprawdzie w sąsiedniej zagrodzie i z powodu jakichś krowich wad miała zostać uśmiercona, ale jakby świadoma czekającego ją losu, każdego ranka przekraczała bramę podwórza dziadków i kopytem niemal stukała do drzwi werandy. Zachowywała się tak, jakby przez pomyłkę przyszła na świat pod innym adresem i dziadkowie, oczarowani jej wizytami, postanowili to przedziwne, rozbrykane cielę adoptować. Nie byli rolnikami, więc rozpoczęli żmudną naukę hodowli bydła, aby zapewnić ulubienicy właściwy rozwój i godną krowią przyszłość. Panna Fryzunia, choć mocno rozbrykana i rozpieszczona niezliczonymi komplementami dziadka, szybko nauczyła się dziękować swym wybawcom. Czyniła to na krowi sposób, dając najwięcej mleka w okolicy ku wiecznemu niezadowoleniu poprzednich właścicieli.

Alicja też pokochała Fryzunię. Mogła godzinami patrzeć w jej mądre oczy i odganiać natrętne muchy. Wprawdzie mokre buziaki, jakich Panna Fryzunia nie szczędziła Alicji, należały do trudnych pieszczot, ale przyjmowała je ze śmiechem, klepiąc przyjaźnie Fryzunię po aksamitnych biodrach.

I teraz, odstawiając pusty kubek, uśmiechnęła się na myśl o Pannie Fryzuni.

– Wiesz, babciu – westchnęła cicho. – Czasami żałuję, że to nie ja zastukałam kopytkiem do waszych drzwi. Też byś mnie zaadoptowała, prawda?

Babcia spojrzała na nią bez uśmiechu. Zawsze gdzieś się zawieruszał, ilekroć Alicja wyrażała ochotę pozostania na wsi. I twarz babci stawała się odrobinę starsza, a może tylko podłużna zmarszczka na czole robiła się głębsza. Trudno powiedzieć.

– Panny Fryzuni nikt nie chciał. No, może poza rzeźnikiem – babcia z trudem siliła się na żartobliwy ton. – A ty masz rodziców, którzy cię kochają...

– Wiem, wiem, wiem. – Alicja wstała energicznie z fotela. – I brata, który za mną tęskni. I Sarę. I szkołę...

– Nie psuj sobie ostatniego tygodnia wakacji. – Babcia patrzyła na Alicję spod zmrużonych powiek. – Przyjedziesz zimą i będziemy razem paliły w piecu. Zrobisz kilka ważnych zdjęć...

– Potem znowu wyjadę i będę wygrzewała się przy kaloryferze... Wywołam kilka fotografii z białymi pejzażami...

– Sama widzisz, że takie zmiany są potrzebne. – Babcia zamaszyście strzepnęła niewidoczny pyłek ze stołu. – Do zwyczajnego szczęścia – dodała.

– A jeśli wiem, że tu jestem szczęśliwa... Czy to wystarczy, aby zostać?

– Wszystkiego to ty, kochanie, nie wiesz. Gdybyś zamieszkała na stałe w Kruszynie, dokąd przyjeżdżałabyś na wakacje? Sama widzisz – babcia zbierała się do wyjścia – trzeba być i tam, i tu.

Jej słowa wtopiły się w delikatny szum deszczu, który z każdą chwilą przybierał na sile. Krople coraz natarczywiej atakowały małe okienka werandy. Najpierw zniekształciły bzy i akacje, rosnące tuż obok domu, potem przesłoniły rząd starych buków. A po chwili stało się tak, że Alicja słyszała już tylko śmiałą ulewę, wstrząsającą pobliskimi drzewami. Pomyślała, że taki deszcz zawsze nadchodzi wtedy, gdy i w niej zbierają się smętne chmury wypełnione wilgotną goryczą. Z tą różnicą, że z jej płaczu nigdy nie wynika nic dobrego, a deszcz za oknem obiecuje jeszcze jeden rześki dzień. I Alicja postanowiła z tego daru skorzystać. Uśmiechnęła się do babci i już bez ponurych myśli ruszyła do kuchni po kolejną porcję mleka.

Karton ze zdjęciami

Alicja potrafiła „być i tu, i tam” tylko w jednym, bardzo szczególnym przypadku – gdy wybierała się na wycieczkę ze starym dziadkowym nikonem przewieszonym przez ramię. Właściwie dziadek dał jej w prezencie ten piękny aparat już dawno.

– Najwyższy czas, abyś mnie zastąpiła – oświadczył kiedyś, wręczając jej swego wieloletniego przyjaciela.

Alicją owładnęła duma. I choć pierwsza seria zdjęć była zestawem przypadkowych szczegółów anatomicznych członków rodziny, niezrażona tymi porażkami dalej mierzyła obiektywem nikona w bliskich. Czuła, że któregoś dnia zostanie najprawdziwszym fotografikiem.

No i ciemnia – maleńki pokoik na poddaszu, w którym dotąd mógł przebywać tylko dziadek – teraz też stanęła przed nią otworem. Wprawdzie wywoływanie kliszy było niezwykle żmudne, ale zwyciężała reporterska ciekawość i Alicja nauczyła się czerpać przyjemność z oczekiwania na kolorowe efekty swych wędrówek.

A było na co czekać. Każde wakacje obfitowały w tematyczne pomysły. Zdjęcia robione przez Alicję dojrzewały razem z nią. Wprawdzie zbiór otwierały przesłodzone widoczki, które nadawałyby się na pocztówki z Kruszyny, ale w miarę upływu czasu ten widokowy cukier rozpuszczał się w coraz bardziej śmiałych ujęciach notujących już nie tylko piękno natury, ale i jej dramaty.

 

Najlepsze zdjęcia Alicja oprawiała w małe ramki i wieszała w swoim pokoju. Te pierwsze wystawy oceniał dziadek. Nie żałował wnuczce krytycznych uwag. Bywało więc, że pokaz kończył się łzami, wielką obrazą i mściwą obietnicą zerwania z pstrykaniem. Ale już następnego dnia Alicję budził ze snu duch walki. Przewieszała aparat przez ramię i ruszała w plener szukać nowych wyzwań.

Nadszedł wreszcie czas fotograficznych żniw. Dziadek z uwagą przypatrywał się nowym zdjęciom i mówił tylko: „No, no...”. A portret rannego kormorana sam powiększył i wysłał na konkurs. Alicja zdobyła wówczas wyróżnienie i jej nazwisko znalazło się na wcale niedługiej liście znacznie od niej starszych zwycięzców.

Teraz, gdy otwierała kartony z debiutanckimi fotkami, sama zachowywała się jak dziadek, sarkając na niski poziom pierwszych prób.

Wysypała zawartość koperty zatytułowanej „Babcia”. Uśmiechnęła się do swoich usiłowań sportretowania tego najmniej wdzięcznego obiektu. Bo babcia miała w zwyczaju uciekać, ilekroć wnuczka celowała w nią aparatem.

– O, co to, to nie! – Zasłaniała się obiema rękami i właśnie taką, zasłoniętą kolejną babcię Alicja odkrywała w kuwecie z wywoływaczem.

– Dlaczego nie lubisz być na zdjęciu? – pytała z żalem po nieudanych sesjach.

– Bo stara jestem! – śmiała się babcia. – I nieuczesana! A poza tym twój dziadek zmarnował na mnie kilometry swoich filmów. Wystarczy.

Na pewno babcia ma jakiś inny powód, żeby nie być na moich zdjęciach – zastanawiała się Alicja, patrząc w zamyślone oczy starszej pani na całkiem udanej fotografii z zeszłego roku. Zapada już pierwszy mrok. Babcia siedzi na niskiej ławeczce. Opiera głowę na dłoni. Tak ciężko, jakby na zgiętym łokciu trzymała wszystkie rodzinne kłopoty i zmartwienia. Nie wie, że Alicja czai się z fleszem, ukryta w gęstwinie niskiej olchy. Dopiero za chwilę błyśnie lampa aparatu, a babcia aż podskoczy przestraszona. Alicja wybuchnie gromkim śmiechem, zadowolona, że podstęp się udał. Ale jeszcze w tym momencie babcia niczego nie podejrzewa. Jest przekonana, że wokół nie ma żywej duszy, więc najspokojniej pozwala smutkowi wkraść się do swych myśli.

– Ciekawe, o czym tak dumała? – Alicja przybliża do oczu fotografię, ale babcina twarz dalej pozostaje dla niej zagadką. I nagle przychodzi jej całkiem niespodziewanie do głowy, że babcia też musiała bardzo przeżywać tę całą małżeńską awanturę. Przecież wciąż lubi tatę. Zawsze miała dla niego tyle serdeczności... Tylko przy niej, Alicji, nadrabia miną, powtarzając w kółko, że dorośli mają prawo do swoich decyzji.

A na tych dziadkowych zdjęciach jest rzeczywiście całkiem inna babcia. Alicja pamięta ją jak przez mgłę. Wiecznie roześmiana i nawet trochę frywolna. To unosi rąbek zbyt krótkiej jak na babcię spódnicy. To kokietuje jakiegoś pana przy remiku. To stoi oparta o ramę roweru, ale tak, że jest bardziej podobna do mamy Alicji niż do babci. W tym czasie babcia chętnie wyjeżdżała z dziadkiem na wczasy, a o małej Alicji mówiła „Moje Hałasówko [1]”. No tak, Alicja bardzo ciężko pracowała na ten zaszczytny tytuł, zawzięcie mieląc językiem przez całe dzieciństwo.

Zdjęć dziadka jest więcej. Ale też dziadek urodził się modelem! Postawny i wciąż prosty jak świerk, staje przed obiektywem z nieukrywaną przyjemnością, a wyraz jego twarzy mówi: „Fotografowanie wręcz wskazane”. Może babcia ma rację, gdy przekomarzając się z nim, twierdzi, że większego narcyza nikt nie wyhodował i że to ona powinna wystawić dziadka na jakiejś kwiatowej giełdzie. Ale wciąż się kochają. O, na przykład tu, gdzie Alicja zastosowała sepię, nadającą zdjęciu trochę staroświecki charakter. Dziadek trzyma dłoń na ręce babci. Babcia wprawdzie chowa się za niego, ale on i tak delikatnie przytula się do jej lekko wystawionego ramienia. No, no... Jak na taką wiekową parę, to całkiem śmiałe jest to ujęcie.

Alicja chowa zdjęcia do starannie podpisanych kopert. Mówi o nich „mój album”. Kopertę podpisaną „Robert” też przez chwilę waży w dłoni. Jakby chciała ocenić ciężar zamkniętych w niej uczuć.

Kiedy po jej przyjeździe do Kruszyny babcia wspomniała mimochodem, że Roberta nie ma i że wróci dopiero pod koniec wakacji, Alicja poczuła się oszukana. Głośno nigdy by się do tego nie przyznała. Nie wspomniałaby też ani słowem o swoim ubiegłorocznym odkryciu, że Robert jest niezwykle fotogeniczny, o czym świadczył pokaźny zbiór wakacyjnych fotek. Nazbyt pokaźny – jak sama zauważyła podczas porządkowania kolekcji. Część z tych zdjęć, na których poza Robertem nie było nic, schowała głęboko, na dno kartonu. Pomimo zawodu, jaki jej sprawił, nie dołączyła do odrzuconych próbek ich wspólnego portretu. Technicznie słabego i wykonanego przy użyciu samowyzwalacza. Pamięta, jak długo i cierpliwie ustawiała aparat, a potem biegiem ruszyła w stronę Roberta. Potknęła się. Na szczęście chłopiec zdążył chwycić ją w ramiona i ten długo planowany portret stał się sceną wyreżyserowaną przez przypadek. Alicja, badawczo wpatrując się w fotkę po raz setny, doszła do wniosku, że przypadek może być całkiem sympatyczny.

Przez pierwsze dni nawet nie sięgnęła po futerał z nikonem. Na pytania dziadka o tegoroczne plany plenerowe odpowiadała wymijająco, że jeszcze nie wie. Dopiero wiadomość o jaszczurce zwince, która prawdopodobnie zamieszkała w pobliżu nasłonecznionego skalniaka, sprawiła, że Alicja wyciągnęła aparat z plecaka i zajęła się jego czyszczeniem. Dziadek z babcią na ten widok odetchnęli z ulgą.

Portret

Dziadkowie kupili dom na wsi właśnie wtedy, kiedy urodziła się Alicja. Bez żalu zostawili jej rodzicom mieszkanie w mieście. Alicja jeszcze pamięta gabinet dziadka adwokata. Wielki i ciemny. Pełen oprawionych w skórę książek, zajmujących trzy ściany. Czwartą przytłaczało ogromne biurko, nad którym wisiał portret jakiegoś mędrca. Dopiero po latach Alicja dowiedziała się, że to jeden z jej pradziadów. Skończony bankrut i zakała rodziny. Wiecznie siedział w więzieniach, roztrwaniał familijny majątek, a mimo to był bardzo czułym i dobrym człowiekiem. Niewykluczone, że ów pradziad, ulubiony wuj dziadka, skłonił go do adwokatury. Dziadek do dziś powtarza, że bardziej ufa szczerym draniom niż zakłamanym porządnisiom.

Gabinet jest w dalszym ciągu gabinetem. Tyle że mamy. Wielkie kodeksy i przepisy prawne dziadek przekazał w darze bibliotece akademickiej, a ich miejsce zajęły lekkie i zwiewne książki, które przesłoniły mamie cały świat. Do tego stopnia, że czasami nie zauważała nawet Alicji. Mama nie czuła do swego dziada awanturnika żadnej sympatii, więc szybko ściągnęła go z wysokości, wieszając w zamian wielki portret Astrid Lindgren, który otrzymała od Szwedów. Był to prezent za popularyzowanie twórczości pisarki. Alicja długo nie mogła pojąć, po co mama popularyzuje to, co wszyscy świetnie znają.

Lubiła przyglądać się obco brzmiącej dedykacji dyskretnie umieszczonej w dolnym rogu portretu. Uważała, że rzeczywiście taki dar mamie się ze wszech miar należał, skoro Astrid Lindgren zajmowała jej więcej czasu niż własna córka. A może Alicja w jakimś magicznym sensie była córką wielkiej Astrid? W końcu swe imię zawdzięczała właśnie jej, bo została polską Lisą. I ojciec też, dopóki rodzice stanowili zgodną parę, był trochę podarunkiem od Astrid Lindgren, gdyż także zajmował się literaturą szwedzką, tyle że dla dorosłych czytelników. To z tych powodów Alicja w głębi ducha podejrzewała, że gdyby nie ta najważniejsza w ich rodzinie twórczyni, mogłoby nie być na świecie ani jej, Alicji, ani rodziców, którzy ponoć kiedyś bardzo się kochali. Nie byłoby również wielkiego obrazu przedstawiającego zamyśloną Szwedkę, a na ścianie wciąż wisiałby podstępnie uśmiechnięty i ustrojony w minę filozofa pradziad.

Pewnego razu z całą powagą Alicja zwierzyła się ze swych podejrzeń babci. Starsza pani śmiała się długo, a potem zapytała całkiem od niechcenia, czy jej wnuczka przypadkiem nie obwinia biednej Astrid o wszystkie trudne chwile, jakie zdarzają się w każdej rodzinie.

– Nie, babciu – odpowiedziała wtedy Alicja. – Dzięki jej książkom jest mi nawet łatwiej. – I pokazała okładkę czytanej właśnie powieści o dwóch braciach.

Ale przecież wszystkiego nie mówi się nawet własnej babci. Nikt nie napisze takiej książki, która uśmierzyłaby ból, gdy nagle dom pustoszeje, lub, jak kto woli, rozpada się na dwie wizytówki. Rodzice niby rozstawali się grzecznie i po amerykańsku, jak oceniła to zachwycona Sara, przyjaciółka Alicji. Niby nic się nie zmieniło i Alicja miała nadal ich oboje. Niby miłość do córki tylko przybrała na sile. Wszystko to jednak poprzedzało słówko „niby” i w takie czary to Alicja nie uwierzyłaby nawet wtedy, gdyby była dziewczynką z krainy czarów, nie z Bullerbyn.

– Jesteś naszym największym szczęściem – zapewniała ją mama po kolejnej poważnej rozmowie z ojcem na temat podziału majątku.

– Bez ciebie nie wyobrażamy sobie życia – dodawał tata, gdy pakował swoje książki do ogromnych kartonów i dopełniał je pośpiesznie wyjmowanymi z szafy ubraniami.

– Jakim waszym, skoro was już nie będzie? – dziwiła się ośmioletnia wówczas Alicja, zaniepokojona bałaganem i pułapką domowej ciszy, w jaką od pewnego czasu wpadli rodzice.

– Będziemy, kochanie – zapewniali zgodnie i próbowali się do siebie uśmiechnąć. Właśnie tak jakoś filmowo, czyli całkiem nieprawdziwie.

– Dlaczego nie możemy dalej mieszkać razem? – pytała, śledząc z niepokojem twarze rodziców. A twarze uciekały przed nią. Trochę jak pradziad przed wymiarem sprawiedliwości. Trochę jak łobuzy przed dyrektorem szkoły. Uciekały zgodnie, nieszczerze uśmiechnięte. W tym samym czasie usta rodziców wykonywały ciężką pracę kłamania. Że tak będzie lepiej dla Alicji i dla nich. Że czasami trzeba. Że przyjaźń jest ważniejsza od miłości, bo miłość może się skończyć, a przyjaźń trwa. I że oni właśnie próbują tę swoją przyjaźń ratować...

– Jak można coś uratować, kiedy się od tego ucieka? – dopytywała się Alicja, a rodzicielskie usta wykrzywiały się w bezradności.

– Kiedyś zrozumiesz – mówił tata.

– Jak dorośniesz, będziesz nam wdzięczna – zapewniała mama.

– Znajdziemy więcej czasu dla ciebie – obiecywał tata.

– Nasze szczęście stanie się twoim – wtórowała mu mama.

– Masz super! – zawołała Sara. – Gdyby moi starzy zechcieli się rozwieść chociaż na godzinę, byłabym szczęśliwa. Ale oni będą siedzieć w tym piekle do śmierci – wzdychała żałośnie.

– Szczęśliwa? – Oczy Alicji z trudem ukryły przykre zdumienie.

– Jasne! Bo ja myślę – szeptała złowieszczo Sara – że oni wzięli ten swój ślub z nienawiści. A mają jej tyle, że wystarczy do emerytury. – I z zazdrością spoglądała na przyjaciółkę.

Teraz, kiedy obie skończyły już czternaście lat, Sara wciąż lubiła wracać do tego tematu.

– Widzisz? – przypominała zawistnie. – Mówiłam ci, że będziesz miała w życiu luzik. A ja? Znowu była afera i starzy prawie pozabijali się z powodu telewizora.

– Telewizora? – nie dowierzała Alicja.

– Bo mamy jeden. A jak jest i mecz, i film, to nie ma ani meczu, ani filmu. Rozróba jest, moja kochana. No, ale co ty możesz o tym wiedzieć. Masz tak fajnie...