Kolorowy szalikTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Barbara Kosmowska
Kolorowy Szalik


Strona redakcyjna

Barbara Kosmowska

Kolorowy szalik

© by Barbara Kosmowska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Emilia Dziubak

Redakcja i korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska, Aleksandra Różanek

Wydanie V

ISBN 978-83-7672-495-9

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630-23-81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

O TYM, JAKI ON JEST, TEN CHŁOPAK Z LEŚNICZÓWKI

Wszyscy byliśmy ciekawi, jaki on jest, ten chłopak z leśniczówki.

Mieliśmy nadzieję, że poznamy go jeszcze przed końcem wakacji. Na przykład nad naszą rzeką. Dumka ma piękny, piaszczysty brzeg, który nazywamy żółtym kocem. Gdy jest ciepło, trudno nas spędzić z tego koca, choć robota we wsi wre, aż nad Dumką słychać.

Ale Nowy nad Dumkę nie przyszedł.

Ktoś z nas słusznie zauważył, że nie każdy lubi się kąpać. Stwierdziliśmy: trudno. Może dołączy do sobotnich ognisk? Bo u nas nie ma wielkich ceregieli. Przychodzisz, siadasz przy ogniu. Nawet nie musisz nic mówić.

Jednak nie przyszedł i nie usiadł.

Mógł też pojawić się na corocznym festynie albo w świetlicy, gdzie przez całe lato uczyliśmy się grać na keyboardzie. Było tyle śmiechu, że nie uwierzycie!

Ale tam również nie dotarł.

Mijały tygodnie, wakacje zbliżały się do końca, a my widywaliśmy Nowego tylko z daleka. Najpierw rzucał się w oczy jego kolorowy szalik, a dopiero potem Nowy. Ktoś go wypatrzył na leśnej ścieżce z lornetką. Ktoś inny w sklepie, gdzie robił z mamą zakupy. Ale to się nie liczy. Nikt z nas przecież nie podejdzie i nie powie:

− Cześć, Nowy! Wpadnij nad Dumkę, pogadamy...

Albo:

− Cześć, Nowy! W soboty są ogniska, przyjdź koniecznie!

Nie jesteśmy aż tak odważni. Nawet Anka, choć ona to potrafi tak palnąć, że nawet dorosłym się dostaje.

Kiedyś przyszedł do biblioteki. A nam, jak na złość, odebrało mowę. Staliśmy z otwartymi buziami i tylko się na niego gapiliśmy. Szczególnie na błyszczący duży zegarek i czapkę Realu Madryt. To chłopcy. My, dziewczyny, oglądałyśmy jego kolorowy szalik. Bo tego dnia było bardzo słonecznie.

− Nic dziwnego, że nas nie zauważa − prychnęła potem Anka. − Jesteśmy jak gumofilce przy lakierkach!

Sytuacja robiła się napięta. Im bardziej Nowy nas unikał, tym częściej o nim rozmawialiśmy, snując różne przypuszczenia.

Już dokładnie nie pamiętam... To był chyba pomysł Zośki, żeby w sprawie Nowego zrobić naradę. Jak zawsze w stodole u Pusików, czyli dziadków Krzyśka.

Stawiliśmy się prawie w komplecie, bo rzadko kto z nas opuszcza latem Dąbrówkę. Babcia Pusikowa przygotowała pyszny kompot z jabłek i z tym kompotem ruszyliśmy po drabinie do góry.

Anka zaproponowała, żeby każdy powiedział, co wie o chłopcu z leśniczówki. Wiadomo, jak jest na wsi. Gdy przyjeżdżają obcy, aż huczy od plotek.

Jednocześnie spojrzeliśmy na Stopera.

− A co ja! − obruszył się Stoper. − Wywiad operacyjny? Albo jakiś detektyw?

− Syn listonosza − przypomniała mu cichutko Alcia. − A listonosze zawsze wiedzą najwięcej.

Stoper rozejrzał się wokół, jednak zgodnie milczeliśmy, czekając, co powie.

− No dobra − machnął ręką. − To nic pewnego, ale słyszałem, że oni, leśniczy z rodziną, przyjechali tutaj ze względu na klimat.

− Na co? − zapytaliśmy jednym głosem.

− Na klimat. Bo jest bardzo zdrowy. − Stoperowi schlebiało, że nikt mu nie przerywa jak w szkole. Nauczyciele nie mieli dla Stopera tyle cierpliwości.

− To gdzie wcześniej mieszkali? − Maciek chciał znać szczegóły. − W Czarnobylu?

− Pewnie w mieście! − prychnęła Mała. − To wystarczy, żeby chorować. Jak jedziemy do Gdańska na zakupy, moją mamę już po godzinie boli głowa.

− No i jeszcze wiem, że zamawiają dużo książek. − Stoper podrapał się za uchem. − Obawiam się, że Nowy lubi czytać − westchnął, szczerze zmartwiony.

− Niedobrze − poparł go Sebek. − Jak lubi czytać, to po chłopie. Już on z nami w piłę nie pogra...

− A ja wam powiem − rozpoczął Maciek, specjalista od mrocznych historii − że tego kolesia łatwiej spotkać w nocy niż w dzień.

Dziewczyny zadrżały z obawy, że zaraz w stodole zaroi się od wilkołaków, dwugłowych bestii i czarnych wołg wypełnionych trupami. Maciek oglądał tylko takie filmy...

− Ostatnio widziałem go na skraju lasu. Było całkiem ciemno. Przemykał cicho między krzakami. Tak się go przestraszyłem, że prawie spadłem z roweru! To musiał być on. Z jakąś rolnetką, bo w nią patrzył...

− Lornetką − wtrąciła cicho Alcia.

− ...a wiem, że są takie dzieciaki, które nie znoszą światła. W dzień śpią, a dopiero w nocy wychodzą z domu − ciągnął Maciek i patrzył, jakie wrażenie robi na nas jego opowieść. Milczeliśmy, więc dokończył: − Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Nowy na to chorował. Ale też − głos Maćka jakby zadrżał − kiedy mu się dokładnie przyjrzałem, był biały jak... jak... nieboszczyk! Czy miał krew w kącikach ust, to już nie powiem... No, wiecie...!

Wiedzieliśmy! Przeszedł nas dreszcz niepokoju, bo znaliśmy na pamięć wszystkie książki o wampirach.

Zapadła złowroga cisza, ale na krótko.

− Moja mama słyszała co innego − odezwałam się, żeby jednak zdjąć z Nowego klątwę. − Że oni tu przyjechali tylko na jakiś czas. I że ten Nowy ma kłopoty ze zdrowiem, a do szkoły może chodzić, ale nie musi... Chodzi, kiedy chce...

− Co za niesprawiedliwość! − oburzył się Maciek.

− Jest bardzo przystojny... – To już Zośka. Nikt tak jak ona nie potrafił się zakochiwać i odkochiwać. − I jakby trochę rzeczywiście podobny do Edwarda Cullena, ale taki delikatny. Nie to, co... − Zośka rozejrzała się wokół, machnęła ręką i zamilkła w pół zdania.

− Delikates to on jest. Aż spodni dla takiego szkoda! − żachnął się Krzyś. − Jak to mieszczuch! Blada lala i tyle!

Uśmiechnęliśmy się, bo Krzysiowi wcale nie chodziło o dokuczenie Nowemu. Krzysiowi już od minionych wakacji chodziło tylko o Zośkę. Teraz też się zaczerwienił i zapytał, kto chce jeszcze kompotu.

− No i ma fajne ciuchy − westchnęła Mała. − Widziałam w kościele.

Mała zna się na ciuchach i na muzyce. Kiedyś będzie telewizyjną gwiazdą. Na razie śpiewa w kościelnym chórze, bo twierdzi, że Whitney Houston też tak zaczynała.

− Jeśli ten cały Nowy jest taki idealny, to dlaczego go tu nie ma? − obruszył się spokojny dotąd Adam.

− No właśnie, dlaczego? − zapytałam, patrząc po kolei na całą naszą paczkę. − Może z nami jest coś nie tak?...

Od naszego spotkania w stodole minął tydzień. Mieliśmy teraz znacznie mniej czasu, bo Dąbrówka ciężko pracowała, szykując się do jesieni i zimy. A my razem z nią.

Dopiero w niedzielę ruszyliśmy na siano do Pusików. Babcia Krzysia tym razem miała dla nas pyszny drożdżowiec. Następnego dnia zaczynała się szkoła.

Koniec wakacji witaliśmy z ulgą.

No tak... Myślicie, że ściemniam. Już widzę, jak się pukacie w czoło. Bo kto przy zdrowych zmysłach cieszy się z końca lata! Ale my z dwojga złego wolimy szkołę. Wtedy przynajmniej nie jesteśmy „dodatkowymi rękami do pracy” i zamiast tyrać do zmierzchu na polach, łąkach czy w ogrodach, siadamy do lekcji. Nie wszyscy rodzice pozwalają swoim dzieciom spokojnie się uczyć. Na przykład Adam potrafi zasnąć podczas zajęć, taki przychodzi zmęczony do szkoły. Nasza polonistka, pani Eliza, wciąż prosi jego tatę, aby pozwolił Adamowi zająć się nauką, ale co z tego, skoro Adam dalej przysypia i nigdy nie ma odrobionych zadań domowych.

Drożdżowiec pachniał na całą stodołę. Początkowo omawialiśmy przyszłe sprawy klasowe. Zaczęło się od prośby do Alci, żeby znowu została gospodarzem klasy. Alcia jako jedyna działa kojąco na naszą wychowawczynię. Zagroziliśmy, że jak się nie zgodzi, to wielki szlaban na przyjaźń. Po długich namowach uznała, że może zostać zastępcą.

Maciek zaproponował wspólne grzybobranie. A za zdobyte w ten sposób pieniądze – wycieczkę do pobliskiego miasta.

− Zjemy lody w prawdziwej kawiarni, a potem skoczymy do kina! − przekonywał.

Tak nam się spodobał jego pomysł, że wybraliśmy go od razu na gospodarza, choć też nie chciał. Przepadł jednak w głosowaniu, bo liczy się zawsze większość.

Zbieraliśmy się już do domu, gdy Stoperowi przypomniał się Nowy.

− Słuchajcie! Mój tata mówił, że jak ostatnio był w leśniczówce z paczką i poleconym, to widział tego chłopaka, jak się kręci po domu. Lato, upał, wszyscy szukają cienia, a on zapięty pod szyję, w ciepłej kamizelce i w szaliku! Jak pod sztuczną kwoką! − zarechotał Stoper.

− Mnie Nowy już nie obchodzi − wzruszył ramionami Maciek. − Skoro chce być sam, niech sam kombinuje − dokończył.

− A my tylko plotkujemy jak pani Wziątkowa! − prychnęłam ze złością. − Z Michałem też tak było, pamiętacie? Jeszcze go nie poznaliśmy, a już powiesiliśmy na nim wszystkie wiejskie psy!

 

− Michał to co innego! − w głosie Krzysia zabrzmiała tęsknota. Byli przyjaciółmi i aż do dnia wyprowadzki Michała nie rozstawali się na krok.

− Maryśka ma rację − poparła mnie Zosia. − Właściwie nic o nim nie wiemy. I wiecie, co myślę? − dodała, patrząc na nas z błyskiem w oku. – Że ten Nowy ma zwyczajnie pecha, bo wyjechał Michał, którego lubiliśmy, a przyjechał ktoś, kogo w ogóle nie znamy. I my wszyscy teraz huzia na Józia!

Po swoim płomiennym przemówieniu Zośka rozejrzała się wokół z lekką pogardą. A ja pokiwałam głową, zgadzając się z nią całkowicie.

Wracaliśmy do domów wczesnym popołudniem. Wtedy rzeczywiście nic nie wiedzieliśmy o Nowym. Ale nikomu z nas nie przyszło do głowy, że może tak zostać do końca.

Tego wieczoru mieliśmy głowy zaprzątnięte innymi myślami.

Już jutro pani Beata zbierze nas w ciasnej klasie. W jej oczach znajdziemy smutek, że znowu musi nas uczyć. Jutro Maciek z Adamem dostaną po pierwszej uwadze za przeszkadzanie w apelu. Alcia przyniesie książkę z horoskopami i po uroczystym otwarciu usiądziemy pod dębem, żeby przeczytać, co kogo spotka w tym roku. Stoper pokłóci się z Krzysiem, a ja wysmaruję długopisem białą bluzkę.

Żadne z tych zdarzeń nas nie zaskoczy. Nic nas nie zdziwi. Dlatego wracaliśmy w ciszy i chyba każdy miał nadzieję, że dzięki tajemniczemu chłopakowi z leśniczówki coś się wreszcie wydarzy...

O TYM, JAK NIC SIĘ NIE WYDARZYŁO

Zaczęło się!

Pani Beata w nowym dzienniku wpisała uwagi Maćkowi i Adamowi za celowe zakłócanie uroczystego apelu. Dyrektor w swojej mowie wyraził nadzieję, że wyrosną z nas porządni ludzie. Pani wyjaśniła, że słowa dyrektora nie dotyczą naszej klasy, a gdy chciała poprzeć to licznymi przykładami, w drzwiach stanął on, chłopak z leśniczówki.

Milczał, ale to normalne. Nam też odebrało mowę.

− A to jest Tomek, wasz nowy kolega − pani Beata wykrzesała z siebie uśmiech.

Nowy rozejrzał się po klasie. Jednak nikt na niego nie spojrzał. Dziewczyny zaczęły szeptać, a chłopcy bazgrać na kartkach z planem lekcji.

Przeszedł środkiem sali i usiadł w ostatniej ławce. Nie mógł wybrać gorzej, bo całkiem straciliśmy go z oczu.

Potem musieliśmy się przedstawić. On stanął przed trudniejszym zadaniem niż my.

− Opowiedz nam o sobie − zarządziła pani Beata.

To musiało być okropne! Na pierwszej lekcji mówić o sobie. Ale Nowy nie miał wyboru.

Powiedział krótko i na temat.

− Mam na imię Tomek. Mieszkam w leśniczówce. Rodzice tu przyjechali ze względu na zdrowy klimat.

I zamilkł.

Pomyślałam, że to „ze względu” ładnie zabrzmiało, ale patrzyliśmy po sobie rozczarowani. Akurat tyle to już dawno o nim wiedzieliśmy!

Pani Beata jak zwykle dorzuciła swoje trzy grosze.

− Dodam, że Tomuś jest od was starszy. Dużo chorował i musi powtórzyć piątą klasę.

Biedny Nowy! W dodatku „Tomuś”! I te nowiny... Nikt z nas nie chciałby słuchać o sobie takich rewelacji!

Zośka od razu szepnęła Małej, że jeszcze nigdy nie miała starszego chłopaka. No, może poza Maćkiem, ale to się nie liczy, bo z Maćkiem chodziła tylko dwa dni.

Maciek wzruszył ramionami, przypominając półgłosem, że on też siedział w trzeciej klasie.

– Też mi wielka sztuka! – prychnął zarozumiale.

Po dzwonku na wyścigi opuszczaliśmy klasę. Lekcja to zły moment na zawieranie znajomości, a pytań mieliśmy mnóstwo.

Maciek zamierzał ustalić, z jakiego przedmiotu była odsiadka. Stoper aż przebierał nogami z ciekawości, czy Nowy wystartuje w leśnych przełajach. Mała chciała wiedzieć, jakiej słucha muzyki, a Alcia zaproponować mu, żeby został skarbnikiem. Ja postanowiłam pogadać o książkach, bo ponoć lubi czytać. Tak twierdzi moja mama, a bibliotekarka wie najlepiej, kto czyta książki, a kto tylko szkolne lektury.

Każdy z nas coś zaplanował. Ale Nowy szybko przemknął obok dębu, przeciął boisko, wsiadł do samochodu taty i tyle go widzieliśmy.

− Rzeczywiście, głupi ten jego szalik − wydął wargi Krzyś.

− Też mi kozak! − Stoper splunął w stronę dębu.

− Już nie żyje − wycedził Sebek, nasz klasowy piłkarz. − Nawet drużyny poznać nie chciał. Już nie żyje...

− Przestańcie! − zaprotestowałam.

Spojrzeli na mnie ze zdziwieniem.

− Chcę tylko powiedzieć, że trzeba dać mu trochę czasu.

− Miał dwa miesiące − przypomniał Maciek. − Skreślam go!

Przez następne tygodnie Nowy wciąż trzymał się od nas z daleka. Gdy go o coś pytaliśmy, grzecznie odpowiadał, ale wyraźnie nas unikał. My też mieliśmy swoją dumę...

− I co, Maryśka? − Wszyscy patrzyli na mnie jak na winowajcę. − Ile jeszcze czasu potrzebuje ten twój Pieszczoch, żeby z nami pogadać? − pytali ironicznie.

− Rzeczywiście, Pieszczoch! − ucieszył się Stoper. − Wycacany aż strach!

− No to się Nowy dorobił imienia. Zagłosujmy, kto jest za Pieszczochem? − zarządził szybko Maciek.

Zagłosowaliśmy. A potem już nikt nie pamiętał, jak Pieszczoch ma naprawdę na imię.

Od tego czasu coraz rzadziej mówiło się o Pieszczochu, a ja czułam, że popełniamy jakiś błąd. Tomek często był w porządku. Gdy nie zrobiliśmy zadań z matematyki, on też się nie przyznał, że je ma. Z rozwiązaniem podkreślonym dwa razy, jak lubi Plusminus, nasz matematyk. Sama widziałam. Na polskim udawał, że nie przeczytał Krzyżaków. To nieprawda! Czytał, ponieważ czekałam na pierwszy tom. Poza tym moja mama wie, kto co czyta. No i zawsze się śmiał z kawałów, jakie Stoper robił katechetce. A szczególnie z tego, kiedy katechetka wytargała pół klasy za uszy, a po przerwie na tablicy czekała na nią wiadomość: „Jezus kocha wszystkich poza panią Urszulą”.

Próbowałam to wyjaśnić na naszym zebraniu w stodole u Pusików (pani Pusikowa zrobiła naleśniki, które wciągnęliśmy na górę specjalną windą z pudełka i sznurka. Pycha!). Ale ta szczerość wcale mi się nie opłaciła.

− Maryśka jest zakochana! − wypaliła Zośka. − A przecież chciałaś zostać lekarzem! − zwróciła się do mnie tonem pełnym pretensji.

− Nadal chcę zostać lekarzem! − Spiekłam raka i z tego wszystkiego zapomniałam zaprzeczyć, że wcale się nie zakochałam.

− Dajcie spokój! − broniła mnie Alcia, ale ostatecznie to ja dałam spokój, a oni dalej kpili, dopóki nie skończyły się naleśniki.

Wieczorem, gdy już wyłączyłam nocną lampkę, myślałam o tym, że jak się jest samemu, nikt nie przyzna ci racji. A przecież możesz ją mieć. Są takie racje, których nie można przegłosować. Z wrażenia aż usiadłam na łóżku. Pieszczoch też jest sam! Nic dziwnego, że nigdy nie ma racji! Przynajmniej w naszej klasie.

O TYM, JAK TRUDNO JEST BYĆ SAMEMU

Miałam więcej szczęścia niż inni, bo szłam z Pieszczochem przez wieś i rozmawiałam z nim jakby nigdy nic!

Po prostu przypadek.

Moja mama pracuje w bibliotece do późnego wieczora. Często się zdarza, że wpadam do niej pod koniec dnia wypożyczyć coś do czytania. Mama nigdy nam nie przynosi książek do domu. Tylko babcia ma ten przywilej. Kiedy już tam jestem, lubię mamie pomóc z papierowym bałaganem. Wiem, jak ustawić książki i uporządkować karty. Czasami nawet liczę frekwencję odwiedzających bibliotekę i wpisuję dane do specjalnego zeszytu.

Tym razem nie czekałam na mamę. Z Tajemniczym ogrodem pod pachą zamierzałam wrócić do domu, a przedtem wpaść do Małej, żeby mi pomogła wybrać na muzykę piosenki o jesieni.

I gdy już zmierzałam do drzwi, w progu biblioteki stanął Pieszczoch.

Mama przywitała go jak starego znajomego. On też się ucieszył, że ją widzi (tak powiedział!) i zaczęli rozmawiać, nie zwracając na mnie uwagi. O Tolkienie i Księdze dżungli, o nowej grze komputerowej, o encyklopedii zwierząt, którą zamierzał oddać. A nawet o rożkach nadziewanych borówkami! Moja mama słynie na całą wieś z tych rożków, ale przecież Nowy nie mógł o tym wiedzieć. Okazało się, że jednak wie, bo tak mu smakowały ostatnim razem, że poprosił moją mamę o przepis, a swoją o to, by mu upiekła takie same.

Mama, dumna z pochwał, rzuciła się do półki z Tajemniczym ogrodem i posmutniała, widząc, że wypożyczyłam ostatni egzemplarz.

− Marysiu − zwróciła się do mnie. − Czy możemy obiecać Tomkowi, że szybko przeczytasz?

− Jasne − odszepnęłam, wciąż zdumiona ich wesołą rozmową.

A gdy to powiedziałam, on na mnie spojrzał i też się uśmiechnął.

Wracaliśmy razem. Wprawdzie mieszkał znacznie dalej, bo pod samym lasem, ale i do mojego domu trzeba było przejść pół wsi, a potem skręcić w stronę Nowej Dąbrówki, którą nazywano Jeziorkami. Nie wiadomo dlaczego. I o tym właśnie rozmawialiśmy. Że mieszkam na Jeziorkach, gdzie nie ma nawet stawu. A Dumka też opływa zabudowania wielkim łukiem.

Starałam się nie wspominać Pieszczochowi o klasie. Napomknęłam tylko o wspólnym grzybobraniu.

− Gdybyś chciał pójść z nami, byłoby fajnie − dodałam odważnie.

Trochę go chyba przestraszyłam, bo przestał się uśmiechać. Obiecał, że pomyśli, ale to nic pewnego. Rodzice chyba się nie zgodzą na taką wyprawę.

Dziwne... Przecież nie namawiałam go na afrykańskie safari czy choćby niebezpieczny spływ naszą Dumką. Już od lipca biegaliśmy po lesie w poszukiwaniu grzybów. Niektórzy ciężko pracowali, zarabiając w ten sposób na swoje zeszyty i książki. A Pieszczocha przeraża wspólny spacer po dąbrówkowych zagajnikach.

Uznałam, że nie chce się do nas zbliżyć, i tyle! Nawet mu się nie dziwiłam. Chłopcy wciąż nazywali go Pieszczochem, pytając, czy aby nie potrzebuje kożucha i termosu z gorącą herbatą. Zbywał te docinki uśmiechem, ale na pewno wolałby ich nie słyszeć.

− Ciekawe, czy znowu nie przeczytasz lektury. − Zmrużyłam oczy, dając mu do zrozumienia, że znam jego sekret.

− Zachowam się tak samo jak ty − odpowiedział, dając mi do zrozumienia, że też zna mój. Roześmialiśmy się. Obiecałam, że połknę Tajemniczy ogród najszybciej, jak się da.

Chciałam powiedzieć mu jeszcze tyle różnych rzeczy, ale jak na złość robiło się zimno i mroczno.

− Muszę lecieć − uśmiechnął się jeszcze raz. A potem patrzyłam, jak jego wąskie plecy znikają za przydrożnymi drzewami. Po dłuższej chwili można go było już tylko rozpoznać po pstrokatym szaliku. A gdy zmrok rozprawił się także z szalikiem, weszłam do domu.

Z powodu tego zamieszania całkiem zapomniałam o Małej i jesiennych piosenkach.

E tam! − machnęłam ręką, dziwnie szczęśliwa i podekscytowana. − Piosenki można wygooglować, a Pieszczocha nie − znalazłam szybkie usprawiedliwienie i zapisałam w pamiętniku, że był to całkiem miły wieczór.

Następnego dnia i jeszcze przez następne nic się nie działo. Jakbyśmy z Pieszczochem razem nie wracali z biblioteki i nie rozmawiali o Jeziorkach, których nie ma. Jakby nie stał przed moim domem, przestępując z nogi na nogę i nie pokazał mi klucza odlatujących żurawi.

Przychodził punktualnie na lekcje. Zawsze przygotowany. Nigdy się nie zgłaszał. Cierpliwie znosił szkolne drwiny i prześmiewki. Puszczał je mimo uszu i szybko znikał po ostatnim dzwonku. Ale w piątek, dzień przed grzybobraniem, czekał na nas przy starym dębie.

− Wiem, gdzie możecie znaleźć dużo kurek − powiedział, a klasa w śmiech. To tak, jakby chciał nas oprowadzać po Dąbrówce, tłumaczyć zakrętasy Dumki czy rysować mapę, dzięki której trafimy do domu!

− Chyba te grzyby w nocy oglądałeś! Przez tę swoją rolnetkę! − zwijał się ze śmiechu Maciek.

− Lornetkę − skwapliwie poprawiła go Alcia. − A ja uważam, że to dobry pomysł. Każda pomoc nam się przyda − uśmiechnęła się do Pieszczocha.

− Ja też tak uważam − dodałam szybko. Za szybko, bo Zośka z Anką od razu puściły do siebie oczko.

− Dobra − Maciek przypomniał sobie, że tu rządzi. − Najpierw pójdziemy na nasze polany, a jak będzie kiepsko, Pieszczoch nam pokaże, gdzie są jego grzyby.

− Nie ma sprawy − uciął Pieszczoch i szybko się oddalił.

− Ale numer! − Stoper aż przysiadł z wrażenia. − To się chłopak wygłupił! Lepiej by nas francuskiego nauczył niż latania po lesie!

Z tym francuskim Pieszczocha też był kłopot. A wszystko przez pana Łapę, ojca Stopera. Kiedyś usłyszał w leśniczówce rozmowę leśniczyny z synem. Ponoć mówili jak prawdziwe żabojady! Tak się wyraził pan Łapa. Same bonżur, la mur, keske se, sa wa, la coś tam! − śmiał się z nich na całą wieś. Bo niby normalni ludzie, a mówią, że la nie wiesz la o czym! Jeszcze żeby po angielsku, to pan Łapa by rozumiał. Tajm ist manej, na przykład. Kiedyś przez miesiąc pracował w Szkocji. Ale kto dziś zna francuski?!

 

Nowina obiegła Dąbrówkę i wszystkim wydało się to podejrzane. Bo kto dziś zna francuski?!

Powiedziałam o tym mamie. Wcale się nie zdziwiła.

− Bielscy to mądrzy ludzie, a z niej żadna tam leśniczyna, tylko tłumaczka francuskich książek − ucięła jednym zdaniem. − Kilka z nich jest nawet w naszej bibliotece − dodała z dumą, jakby miała w tym swój udział.

Oczywiście na kolejnym zebraniu w stodole Pusików ogłosiłam tę rewelację. A efekt był taki, że Pieszczocha dodatkowo nazwali Markizem i kpinom nie było końca. Chyba się lekko obraziłam, bo nawet nie zjadłam pysznej kanapki ze swojskim twarożkiem babci Pusikowej.

Tylko Mała zaczęła się wahać, czy nie wziąć kilku lekcji francuskiego, bo języki w robieniu kariery mogą się zawsze przydać.

O szóstej rano spotkaliśmy się przy Trzech Mogiłkach. Dbaliśmy o te groby, choć nikt nie wiedział, kto w nich leży. Mogiłki były w Dąbrówce na długo przed nami. Przychodzili tu nasi dziadkowie i rodzice. A potem my. Jeśli chciało się nazbierać dużo grzybów, zawsze należało wyruszyć spod Mogiłek.

Brakowało tylko Pieszczocha. Czekał na nas nieopodal leśniczówki stojącej pod ścianą lasu.

Dziewczyny aż zawyły na widok jego kaloszy. Najgłośniej Zośka. Ona zawsze wie, co jest trendy.

− Ale żarówy! − zakpił natychmiast Krzysiu. Nie spodobał mu się ten zachwyt Zośki. − Pewnie starzy go w nie ubrali, żeby zające nie zdeptały Markiza! − drwił jeszcze, zanim zrównaliśmy się z Nowym.

Ruszyliśmy na Skaławsko. Rozczarowani pustymi koszykami przenieśliśmy się w okolice Czaplowego Dworu. I tam już nic się nie złociło w jagodzinach i szarych mchach.

− Na pewno będą na Koziej Łące − tracił cierpliwość Maciek. W końcu najlepszy grzybiarz w Dąbrówce.

Staliśmy na Koziej Łące jak spragnione trawy kozy. Ktoś nas uprzedził i wszystko wskazywało na to, że czas przestać marzyć o lodach i kinie.

− Znam jeszcze dwa inne miejsca. − Pieszczoch nie patrzył na nikogo z nas. Śledził rozprawiające na gałęzi kwiczoły. − Jeśli chcecie, możemy tam pójść. To niedaleko.

Rozczarowani, z pustymi koszami powlekliśmy się we wskazaną przez niego stronę. Nikt już nie wierzył w planowany wyjazd.

− To tu − odezwał się Pieszczoch po półgodzinnym marszu.

− O rany! − Maciek aż złapał się za głowę. − Zupełnie zapomniałem o Sarnich Zagajnikach!

Przed nami wyrosły niewielkie ściany młodych świerków, a tuż za nimi pas niskiej zieleni, który żółcił się i mrugał gdzieniegdzie rubinem borówek.

Zaniemówiliśmy na widok kurkowego dywanu. Żółtego jak piasek nad Dumką.

Super, że nikt tu nie dotarł przed nami − pomyślałam.

− Skąd znasz to miejsce? − Maciek po raz pierwszy próbował spojrzeć na Pieszczocha z uznaniem.

− E, przypadek − powiedział Pieszczoch i jakoś tak wszyscy odsapnęli. A potem siedzieliśmy na polanie, udając, że to piknik. Każdy wyłożył swoje kanapki na wymiankę. I było naprawdę super. Patrzyliśmy na pełne kosze, a już widzieliśmy siebie w prawdziwej kawiarni przy pucharkach z lodami waniliowymi. No i w kinie, gdzie są wyściełane czerwonym pluszem fotele, a nie drewniane krzesła jak w naszej klubowej sali.

Pieszczoch nie usiadł na trawie. Położył na niej kurtkę i dopiero wtedy wygodnie się rozparł.

Wszyscy to widzieli, ale nawet Stoper, Sebek i Krzyś udawali, że nie widzą.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?