Geniusz i obsesjaTekst

Z serii: Biografie
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Obsessive Genius. The Inner World of Marie Curie

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografia na okładce

© BE&W

Redakcja

KRZYSZTOF WICHARY

Korekta

DOROTA LIS-OLSZEWSKA

Redakcja techniczna

JOLANTA KRAWCZYK

Copyright © 2005 by Barbara Goldsmith

Polish edition © Publicat S.A. MMVI, MMXVI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-5632-7


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


SPIS TREŚCI

Wstęp

Wczesna młodość

„Ja naprawdę przez to wszystko przeszłam”

Paryż

Piotr

Niezwykłe przypadki

„To było zupełnie nowe zagadnienie”

„Najlepsi sprinterzy”

„Piękny kolor”

„Jakie jest źródło tej energii?”

„Uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc”

„Nasza życiowa katastrofa”

„Byliśmy szczęśliwi”

Metamorfoza

„Dzieci moje (...) nie mogą we mnie życia rozbudzić”

„Chemia rzeczy niewidzialnych”

Zaszczyty i niesława

„Jest bardzo uparta”

„Ze wszystkich mych sił”

Tworzenie mitu

Przekazanie pałeczki

Dziedzictwo Marii

Podziękowania

Przypisy

Wybrana bibliografia

Źródła zdjęć

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Dzieciom: Evelyn, Gillian, Jackowi, Jenne,

Lillian, Maxowi i ich „duchowi przygody”

Wstęp

Paryż 20 kwietnia 1995 roku. Biały dywan ciągnie się wzdłuż budynków na rue Soufflot aż do samego Panteonu, z którego kopuły niemal do chodników zwieszają się trójkolorowe flagi. Po białej połaci materiału w rytm „Marsylianki” maszerują republikańscy gwardziści. Tysiące wyległych na ulice ludzi zachowują niezwykłą powagę; niektórzy rzucają kwiaty przed przesuwający się kondukt. Za pracownikami naukowymi Instytutu Curie podążają uczniowie paryskich szkół średnich, trzymając w górze ponadmetrowej wielkości litery – greckie symbole promieni alfa, beta oraz gamma.

Zbliżywszy się do Panteonu, maszerujący uformowali się w wachlarz, podnosząc wzrok na znajdującą się pod wielką kopułą trybunę, gdzie zasiadły takie znakomitości, jak choćby prezydent Francji François Mitterrand. Chory na raka, postanowił w tych końcowych tygodniach swojej czternastoletniej prezydentury dedykować swą ostatnią przemowę „kobiecie Francji”, a także, w pełnym powagi geście, wnieść do Panteonu prochy madame Curie oraz jej męża Piotra. W ten oto sposób Maria Curie (Maria Salomea Skłodowska) została pierwszą kobietą pochowaną w tym miejscu za swoje życiowe dokonania[1]. Państwo Curie zostali ekshumowani ze swych grobów na przedmieściach Sceaux, aby dołączyć do grona tak nieśmiertelnych francuskich postaci, jak Honoré-Gabriel Riqueti (Comte de Mirabeau), Jean-Jacques Rousseau, Émile Zola, Victor Hugo, Voltaire (François-Marie Arouet), Jean-Baptiste Perrin oraz Paul Langevin.

Obok prezydenta Mitterranda zasiadł prezydent Polski Lech Wałęsa. Nie zabrakło również rodzin otoczonej czcią pary naukowców. W uroczystości wzięli udział: ich córka Ewa oraz dzieci nieżyjącej już córki Ireny i jej męża Frédérica Joliot-Curie, także dwójki wybitnych naukowców – Hélène Langevin-Joliot i Pierre Joliot.

Jako pierwszy zabrał głos Pierre-Gilles de Gennes – dyrektor paryskiej Szkoły Fizyki i Chemii Przemysłowej (EPCI), gdzie Maria i Piotr odkryli promieniotwórczość, rad oraz polon. Stwierdził on, że państwo Curie reprezentują „zbiorową pamięć narodu francuskiego oraz piękno poświęcenia”. Lech Wałęsa opowiedział o polskim pochodzeniu Marii Curie i określił ją mianem zarówno polskiej, jak i francuskiej patriotki. Następnie powstał François Mitterrand:

Przeniesienie prochów Piotra i Marii do naszego najświętszego miejsca jest nie tylko aktem pamięci, ale także aktem, w którym Francja podkreśla swój szacunek dla tych, których tutaj konsekrujemy, dla ich wielkości oraz ich życia. Dzisiejsza uroczystość jest celowym krokiem z naszej strony, aby w zaszczytnej historii Panteonu powitać pierwszą kobietę. To kolejny symbol przykuwający uwagę naszego społeczeństwa – przykładna walka kobiety, która postanowiła wyjść do społeczeństwa ze swoimi umiejętnościami, a było to społeczeństwo, w którym umiejętności, naukowe badania oraz obowiązki publiczne zarezerwowane były wyłącznie dla mężczyzn.[2]

Gdy prezydent Mitterrand wypowiadał te słowa, ponad jego głową, na frontonie Panteonu można było przeczytać: WIELKIM MĘŻOM – WDZIĘCZNA OJCZYZNA[3]. Ironia była oczywista.

Po tych przemowach rozległa się ogłuszająca owacja. Skromny Piotr Curie, który chciał być pochowany w Sceaux, ponieważ nie cierpiał „hałasu i uroczystości”[4], znienawidziłby pewnie tę ceremonię... Jednak, czy się to komu podoba, czy nie, małżonkowie Curie zostali deifikowani. Madame Curie stała się idolem na następne stulecia oraz inspiracją dla kobiet, które widziały w niej ucieleśnienie swoich własnych marzeń i aspiracji. Byłam jedną z nich.

Będąc nastolatką, na korkowej tablicy w swoim pokoju miałam przypiętą, gdzieś pomiędzy reprodukcją van Gogha Gwiaździsta noc a moją kartą kręglarską, fotografię Marii Curie, na której siedzi pod wiązem i obejmuje swoje córki, dwuletnią Ewę oraz dziewięcioletnią Irenę. Nie wiem, co takiego widziałam w tym zdjęciu, ale z pewnością nie miało to nic wspólnego z nauką. Madame Curie była dla mnie idolem i,podobnie jak w przypadku innych bożyszczy, nie trzeba było wiedzieć, czego dokonała, aby ją uwielbiać. Być może odnajdywałam pocieszenie w czymś, co wówczas odbierałam jako opiekuńcze objęcie Marii, gdy moja własna matka leżała daleko w szpitalu po tym, jak została poważnie ranna w wypadku samochodowym. Kto wie?

Na tej fotografii nie znajdziemy jednak, jak to zwykle bywa, uśmiechniętych twarzy. Cała trójka wygląda niewypowiedzianie smutno. Wtedy nie wiedziałam jeszcze dlaczego. Teraz już wiem. Pod zdjęciem umieściłam dwa cytaty Marii Curie: W życiu niczego nie należy się obawiać. Należy jedynie zrozumieć oraz Trzeba życie uczynić marzeniem, a marzenia rzeczywistością... Dopiero w trakcie pisania tej książki odkryłam, że to Piotr, a nie Maria, był autorem tego drugiego zdania.

W każdym razie nie ulega wątpliwości, że życie Marii Curie było naprawdę inspirujące. Na polu nauki była wyjątkowa niczym biały kruk. Wywodziła się z niezamożnej polskiej rodziny. Przez osiem lat musiała pracować, aby zarobić na studia na Sorbonie, przezwyciężając niezwykle trudne koleje losu. W 1893 roku Maria Curie jako pierwsza kobieta ukończyła licencjat nauk fizycznych na Sorbonie. Rok później otrzymała drugi dyplom, tym razem z matematyki. Została pierwszą kobietą mianowaną profesorem Sorbony, a także jako pierwsza kobieta w historii była laureatką nie jednej, ale dwu Nagród Nobla: pierwszej w dziedzinie fizyki wspólnie z mężem Piotrem oraz Henri Becquerelem (za odkrycie promieniotwórczości), a osiem lat później drugiej, w dziedzinie chemii (za wyizolowanie pierwiastków polonu i radu). Jako pierwsza kobieta została wybrana do posiadającej 224-letnią historię Francuskiej Akademii Medycznej. Niezależnie od spektakularnej kariery, Maria wychowała, w dużej mierze w pojedynkę, dwie córki, dopilnowując, aby były dobrze wykształcone, silne i niezależne.

 

Maria z Ewą (po lewej) oraz Ireną (po prawej) w ogrodzie w Sceaux w 1908 roku

To są fakty z życia madame Curie. Zostały one jednak przyozdobione romantycznym mitem, stworzonym po to, aby odpowiadać wyobrażeniom i upodobaniom wielu ludzi – dziennikarzy, naukowców, lekarzy, feministek, biznesmenów, przemysłowców, a nawet... jej samej. Została zapamiętana jako Joanna d’Arc nauki. Jej imieniem oraz imieniem jej męża nazywane są paryskie ulice; wizerunek jej twarzy widnieje na francuskim 500-frankowym banknocie (obecnie kolekcjonerski unikat), na którym ukazane jest również jej „nędzne laboratorium” oraz kilka scen z jej życia. Jej podobizna znajduje się na znaczkach i monetach. Wyposażone w aparaty rentgenowskie samochody z okresu I wojny światowej były znane jako „Les Petites Curie” („małe Curie”). Jej legendę współtworzą liczne programy dokumentalne oraz filmy fabularne. Jako dziecko byłam oczarowana Greer Garson w roli Marii oraz grającym męża uczonej Walterem Pidgeonem w filmie z 1943 roku pt. Madame Curie. Jak dziś pamiętam filmową Marię: ze lśniącą od potu twarzą, mieszającą w kadzi gotującą się rudę. Nigdy nie zapomnę sceny, gdy w mroku nocy Maria i Piotr przekraczają próg laboratorium, aby zobaczyć w jednym z naczyń malutką, fosforyzującą plamkę. – Ach, Piotrze! Czy to możliwe? Czy to może być to?! – wykrzykuje Maria, a po jej policzkach spływają łzy. Tak, to było to. Rad!

Musiało upłynąć wiele lat, zanim głupiutka dziewczynka została natchniona przez hollywoodzką bohaterkę. Teraz kobiety, a także obyczaje oraz historyczne aspekty czasów, w których żyły, dostarczają mi inspiracji w mojej pracy pisarskiej. Dlaczego niektóre z nich tkwiły w okowach swojego otoczenia, podczas gdy innym udało się uciec, ominąć bądź zignorować stojące na drodze przeszkody? Jak duży wpływ na ich aspiracje miały rodzina i społeczeństwo? Dlaczego niektóre kobiety dążyły do niezależności, podczas gdy pozostałe pragnęły podążać wyznaczoną przez innych ścieżką? Jaką wspólną strunę w psychice, zwłaszcza kobiet, porusza Curie? To tylko kilka pytań, które mnie intrygują.

Moja własna obsesja polega na badaniu rozbieżności pomiędzy stworzonym wizerunkiem a rzeczywistością. Legendarna już madame Curie pozostaje bodajże najsłynniejszą kobietą-naukowcem na świecie. Za jej kolosalne odkrycie powszechnie uważa się rad, któremu nadano ogromne znaczenie w leczeniu raka za pomocą radioterapii. Jednak czy tak jest w rzeczywistości? Czy istotnie był to jej największy wkład w naukę? Nie ma wątpliwości co do tego, że w ciągu ostatniego stulecia obraz życia madame Curie wyewoluował w kierunku niebywałej wręcz doskonałości, a przecież pod tym wizerunkiem kryje się prawdziwa kobieta. I to jej śladami chciałabym podążyć w tej książce.


Scena z filmu Madame Curie z 1943 roku. Na zdjęciu Greer Garson i Walter Pidgeon

Wczesna młodość

Wielkie odkrycie nie jest gotowym wytworem umysłu naukowca, niczym w pełni uzbrojona Minerwa wyskakująca z głowy Jowisza; jest ono owocem akumulacji prac przygotowawczych – pisała Maria Curie. A sławne powiedzenie Louisa Pasteura brzmiało: Szczęście sprzyja przygotowanym umysłom. Jednak te największe osiągnięcia wymagają czegoś więcej niż tylko naukowego przygotowania; wymagają, aby osoba była stworzona do określonego zadania. Maria Curie, której charakter ukształtowały dyskryminacja, naciski i ambicje rodziców, patriotyzm oraz skrywanie własnych uczuć, była właśnie taką osobą.

Jako jedna z czwórki dzieci, niczym porażona, stawała przed szklaną gablotą z kilkoma półkami, pełną przedziwnych i uroczych przedmiotów: leciutkich wag, tubek szklanych, próbek minerałów... Ach, znajduje się tu nawet elektroskop z płytkami ze złota![1] Profesor Władysław Skłodowski wyjaśnił córce, że w gablocie znajdują się „przyrządy fizyczne”. Maria Salomea Skłodowska[2], nazywana zdrobniale Manią, która stać się miała kiedyś światowej sławy madame Curie, nie miała pojęcia, co oznaczają te słowa, lecz „nie zapomniała ich”... Anegdota ta, zacytowana przez Ewę Curie, sugeruje jej wczesne związki z nauką, choć w rzeczywistości mówi nam więcej o jej dziecięcym przywiązaniu do ojca. Szklana gablota pozostała zamknięta, ponieważ po krwawym powstaniu w styczniu 1863 roku, gdy rosyjskie władze zakazały polskim profesorom nauczania fizyki oraz chemii, zajęcia z nauk ścisłych profesora Skłodowskiego zostały odwołane. Maria Curie pisze, że jej ojciec został przez te rosyjskie represje najprawdopodobniej pozbawiony możliwości zrobienia kariery w dziedzinie nauk ścisłych. Mimo że kontynuował czytanie naukowych czasopism i raportów, nie posiadał pracowni i nie mógł wykonywać doświadczeń[3]. Z pewnością to nie ona miała być pierwszym dzieckiem, które zrealizuje niespełnione marzenia ojca.

Profesor Skłodowski wiódł niepewny żywot jako podinspektor oraz nauczyciel w warszawskim gimnazjum dla chłopców, prowadzonym przez rosyjskie władze. Rosyjskie gimnazja były wtedy jedynymi szkołami, które mogły wydawać dyplomy. Wielu polskich nauczycieli, którzy pracowali w tych szkołach, rodacy uważali za skażonych przez Rosjan. Jednak po cichu Władysław wierzył, że za pośrednictwem swego nauczania, będzie w stanie podtrzymać polski patriotyzm oraz kulturę.

Polska była niegdyś potężnym i silnym krajem. W drugiej połowie XVIII wieku dostała się jednak pod zabór Rosji, Prus i Austrii, a na kongresie wiedeńskim rosyjski car Aleksander I został obwołany „królem Polski”. Nawet sama nazwa Polska została usunięta z wielu map; nazywano ją teraz Przywiślańskim Krajem. Spośród zaborców Rosjanie byli najbardziej surowi. W szkołach zabroniono używania języka polskiego, podobnie jak nauczania polskiej historii oraz samego języka. Językiem urzędowym stał się rosyjski, a wszystkie nazwy ulic i sklepów zaczęto pisać cyrylicą.

Podczas rosyjskiej okupacji wybuchły dwa powstania, które zakończyły się jednak fiaskiem. Oba dotknęły rodzinę Skłodowskich. W pierwszym, w listopadzie 1830 roku, w oddziale artylerii walczył ojciec Władysława Józef, szanowany profesor fizyki oraz chemii. Schwytany przez Rosjan, został zmuszony do przemaszerowania na boso 225 kilometrów w drodze do obozu jenieckiego. Stracił wtedy na wadze prawie dwadzieścia kilogramów. Jego broczące krwią, opuchnięte stopy sprawiały mu ból już do końca życia. Wówczas jakimś cudem zdołał jednak uciec.

Powstanie z 1863 roku było jeszcze większą klęską. Przez półtora roku polscy bojownicy – niektórzy uzbrojeni jedynie w rolnicze czy gospodarskie narzędzia – stawiali czoło carskiej armii. W rezultacie tysiące polskich powstańców albo zginęły, albo zostały zesłane na Syberię. Jeden z wujków Mani odniósł rany w bitwie. Inny spędził cztery lata na Syberii. Około stu tysięcy powstańców zabrało tyle swego dobytku, ile tylko było w stanie unieść, ratując się ucieczką do innych krajów, głównie do Francji. W sierpniu 1864 roku stracono przywódców powstania. Ich ciała zostały powieszone na wałach obronnych Cytadeli Aleksandra, w odległości kilku ulic od domu Skłodowskich. Pozostawione w ten sposób zwłoki rozkładały się w upale przez całe lato.

Profesor Skłodowski toczył wewnętrzną walkę. Jak wielu intelektualistów, zdawał sobie sprawę, że na nic zda się otwarty bunt. W 1860 roku, kiedy nastroje powstańcze zaczęły się nasilać, mając dwadzieścia osiem lat poślubił piękną i starannie wykształconą młodą kobietę, Bronisławę z Boguskich. Oboje pochodzili ze szlachty. Mimo że przedstawiciele tej klasy zdołali zachować pewne przywileje, jak herby rodowe czy wioski, których nazwy często pochodziły od ich rodowych nazwisk, to wraz z upływem lat większość z nich utraciła zarówno swoje ziemie, jak i bogactwa. Zachowali oni jednak umiłowanie do nauki, piastując stanowiska księży, podejmując pracę jako lekarze, nauczyciele, muzycy. Około czterdziestu procent chłopstwa przewyższało ich bogactwem, szlachta jednak, podtrzymująca pamięć o dawnej świetności oraz pielęgnująca tradycje kulturalne i intelektualne, uważała się za bez porównania lepszą od tych, dla których miarą były jedynie dobra doczesne.

Józef Skłodowski, dziadek Mani, w przeszłości studiował na Uniwersytecie Warszawskim, jednak sam postanowił nauczać w mniej represyjnych obwodach. Jej ojciec także chciał podjąć naukę na Uniwersytecie Warszawskim, jednakże po powstaniu w 1830 roku uczelnia ta została tymczasowo zamknięta. Władysław był zmuszony brać prywatne lekcje z biologii, a następnie rozpocząć studia na politechnice w Sankt Petersburgu, gdzie zdobył stopień naukowy z matematyki oraz fizyki. Następnie powrócił do Warszawy, gdzie znalazł zatrudnienie jako asystent nauczyciela. Skromna pensja nie pozwalała mu jednak na założenie rodziny. Jego sytuację zmieniło spotkanie Bronisławy Boguskiej.

Panujący powszechnie w owych czasach pogląd, jakoby kobiety nie były ani fizycznie, ani psychicznie zdolne do pracy zarobkowej, nie miał odniesienia w rzeczywistości: kobiety pochodzenia chłopskiego pracowały za grosze w zakładach i fabrykach, a także w gospodarstwach, uprawiając ziemię i zbierając plony. Podczas powstania w 1863 roku to właśnie one skutecznie przejęły obowiązki mężczyzn. Po upadku powstania kobiety, często niechętnie, po raz wtóry zostały zepchnięte do roli żon, rodzących dzieci oraz wypełniających obowiązki domowe. Zakres zawodów, w których mogły pracować, był ograniczony, a do najbardziej powszechnych należała praca guwernantki i pielęgniarki.

Rodzice Bronisławy nie byli zamożni, zdołali jednak wysłać ją do szkoły przy ulicy Freta, jedynej prywatnej szkoły dla dziewcząt w Warszawie. Wszystkie tego rodzaju prywatne placówki były kontrolowane przez rosyjskich urzędników, lecz w wypadku szkół żeńskich ich nadzór nie był aż tak ścisły, jak w szkołach dla chłopców, ponieważ uważali oni, że kobiety nigdy nie odegrają większej roli w życiu publicznym czy polityce, ani też nie zajmą jakiejkolwiek znaczącej pozycji w świecie mężczyzn.

Zanim Bronisława w 1860 roku poślubiła Władysława, wspinała się wyłącznie dzięki swej inteligencji oraz wyjątkowym zdolnościom akademickim, po kolejnych szczeblach kariery zawodowej od nauczycielki do dyrektorki szkoły przy ulicy Freta. Dysponowała stałym źródłem dochodu oraz przestronnym mieszkaniem na parterze, przylegającym do jednego ze skrzydeł szkoły. Po ślubie Bronisława zaczęła prowadzić życie typowe dla kobiet w owych czasach, biorąc przy tym na siebie dodatkowy ciężar finansowego wspierania męża. W ciągu kolejnych sześciu lat urodziła piątkę dzieci: w 1862 roku Zosię, rok później Józefa, w 1865 Bronisławę, w 1866 Helenę, a 7 listopada 1867, w tym samym roku, w którym Karol Marks opublikował pierwszy tom Kapitału, a Alfred Nobel opatentował dynamit, urodziła swoje ostatnie dziecko – Marię Salomeę. W tym czasie Bronisława zwierzyła się swej przyjaciółce: Muszę przyznać, że teraz, kiedy widzę, jak trudne jest życie kobiety, nie miałabym nic przeciwko temu, aby ponownie zostać panną Boguską.

W 1867 roku[4] mąż Bronisławy został mianowany na stanowisko wicedyrektora rosyjskiego gimnazjum przy ulicy Nowolipki. Oprócz stanowiska otrzymał również mieszkanie. Nie było wątpliwości co do tego, że kariera profesora Skłodowskiego przesłoni karierę jego żony. Rodzina szybko przeniosła się z centrum Warszawy na zachodnie obrzeża miasta. Przez krótki okres Bronisława pokonywała całkiem spory dystans do szkoły na Freta, jednak oddalenie od swych dzieci w połączeniu z wieloma innymi obowiązkami spowodowało, że zaczęła podupadać na zdrowiu. Zrezygnowała z pracy i została gospodynią domową, dając w domu lekcje Zosi i Józefowi. Aby zaoszczędzić kilka rubli, nauczyła się także zawodu szewca i na specjalnej ławce szyła buty dla swoich dzieci, jedynie za cenę skóry. Stukot młotka mamy był dla nich w dzieciństwie częstym akompaniamentem przy odrabianiu lekcji.

 

W 1871 roku, gdy Mania miała cztery latka, jej mama zaczęła tracić na wadze. Ciągle kaszlała, co było typową oznaką gruźlicy. Mania nie miała już nigdy doświadczyć matczynego pocałunku czy pieszczot. Bez wątpienia był to ze strony matki środek ostrożności, takim był również jej własny zestaw talerzy oraz osobne przybory kuchenne. Jako mała dziewczynka, spragniona czułości, Mania boleśnie to odczuwała. Przez owe zwyczaje zwiększała się coraz bardziej przepaść pomiędzy rodzicami i dziećmi. Rodzice Mani byli absolutnymi autorytetami, do których należało się zwracać w sposób formalny. Dziewczynka robiła to, co jej kazano. Nie wolno jej było nigdy pytać o to, co się dzieje z mamą.

Za radą dwóch lekarzy Władysław, mimo że bez grosza przy duszy, postanowił wysłać swoją żonę na serię kuracji. Bronisława przystała na to, aczkolwiek niechętnie. W owych czasach uważano, że na gruźlicę leczniczo wpływa dłuższy pobyt w łagodnym klimacie, ewentualnie w górach, a na samą kurację składał się wypoczynek oraz picie uzdrawiających wód. Dopiero dziewięć lat później wyizolowano pałeczkę gruźlicy i ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę, że jest to choroba zakaźna. Nie mogąc sobie pozwolić na pielęgniarkę, Bronisława zabrała ze sobą dziesięcioletnią córkę Zosię... Dziewczynka, niczym prawdziwa pielęgniarka, we wzruszający sposób zajęła się swoją matką.

Coraz dłuższe rozstania powodowały u Bronisławy coraz większe przygnębienie. Po kuracji w austriackich Alpach nieopodal Innsbrucku przyszła kolej na następną, w Nicei. Bronisława najbardziej martwiła się tym, jak dużo kosztuje jej leczenie. Gdy terapia przeciągnęła się na następny rok, razem z Zosią coraz bardziej zaczęły tęsknić za domem. W Nicei podczas wigilii Bożego Narodzenia Zosia zastawiła stół w taki sam sposób, jak zwykła to robić w domu, i obie, ze łzami w oczach, podzieliły się przysłanym z Warszawy opłatkiem. Niech Bóg sprawi, aby... były to ostatnie Święta z dala od rodziny, modliła się Bronisława.

Pod nieobecność żony profesor Skłodowski zajął się pozostałymi dziećmi, a wszystko wskazywało na to, że ów stan się nie zmieni aż do momentu, gdy dorosną. Mężczyzna ten, noszący czarny sfatygowany płaszcz, został głównodowodzącym swojego małego oddziału. Dni oraz wieczory dzieci były wypełnione nauką i ćwiczeniami. Mania przypominała sobie, że nawet najzwyklejsza rozmowa musiała zawierać jakieś moralne lub naukowe przesłanie, spacer po okolicy był zatem dobrym sposobem, aby wyjaśnić pewne fizyczne zjawiska lub tajemnice natury, a zachód słońca pretekstem do wykładu na temat ruchu ciał niebieskich. Ponieważ ich matka była zagorzałą katoliczką, dzieci uczyły się ze swoich katechizmów, a ciotka każdej niedzieli zabierała je do kościoła, gdzie modliły się o powrót mamy. W domu były uczone, aby dodawać do swojej wieczornej modlitwy słowa: „przywróć zdrowie naszej mamie”.

Władysław wpajał dzieciom miłość do ojczyzny i głęboką nienawiść do carskiej Rosji. Po drodze do szkoły Mania z koleżanką często zatrzymywały się przed obeliskiem ufundowanym przez cara dla uczczenia polskich przeciwników powstania listopadowego niedaleko placu Saskiego, na którym widniała inskrypcja: „za wierność swojemu monarsze”. Dobrze celując, opluwały ten znienawidzony napis. Gdy car Aleksander II został zabity w zamachu bombowym w Sankt Petersburgu, Mania razem z koleżankami odtańczyły w klasie taniec radości.

W poddanym reżimowi życiu dzieci sobotnia noc stanowiła miły przerywnik. Od siódmej do dziewiątej ich ojciec – który znał biegle nie tylko swój ojczysty język, ale także rosyjski, francuski, niemiecki i angielski – czytał im na głos książki, takie jak Dawid Copperfield, tłumacząc od razu tekst na język polski. Manię szczególnie wzruszyła Opowieść o dwóch miastach, w której pewien patriota był zmuszony robić buty, podobnie jak jej mama.

Wszystkie dzieci w rodzinie Skłodowskich były bystre i wyróżniały się w nauce, jednak to Mania była najbardziej uzdolniona. W wieku czterech lat, obserwując, jak jej starsza siostra Bronia zmaga się z czytaniem, wzięła od niej książkę i przeczytała bezbłędnie na głos pierwsze zdanie. Następnie, widząc wokół siebie zdumione twarze, zaczęła płakać, myśląc, że popełniła jakiś ciężki grzech. Ja nie chciałam – powiedziała, żałośnie pochlipując – ale to było takie łatwe. Kilka lat później pewien kolega przeczytał jej wiersz, a ona poprosiła go o jego kopię. Drocząc się z nią, znajomy ów odpowiedział, że może jej przeczytać ten wiersz raz jeszcze i jeżeli rzeczywiście ma tak dobrą pamięć, to z pewnością będzie w stanie go wyrecytować. Jak powiedział, tak też zrobił. Mania na pół godziny znikła w drugim pokoju, po czym pojawiła się z idealnie napisanym tekstem.

Razem z siostrami początkowo uczęszczała do szkoły przy ulicy Freta, ale gdy miała sześć i pół roku została w raz z Heleną przeniesiona do szkoły znajdującej się bliżej ich miejsca zamieszkania. Mania trafiła do klasy trzeciej, mimo że wielu jej rówieśników było o rok lub dwa lata starszych. Szkoła ta była ściślej niż poprzednia kontrolowana przez rosyjskich urzędników. Kierowała nią jednak polska patriotka pani Jadwiga Sikorska, która aby zwieść urzędników, prowadziła potajemny podwójny plan lekcji. Jej uczniowie wiedzieli, że zamiast znajdującej się w planie „botaniki” będzie historia Polski, natomiast lekcja języka polskiego w miejsce „języka niemieckiego”. Wymyślono także specjalny system na wypadek, gdyby w szkole pojawili się rosyjscy urzędnicy: zadzwoni wtedy dzwonek i z klasy znikną polskie podręczniki, a zamiast nich pojawią się rosyjskie. Jednego razu, podczas wizyty inspektora, Mania, będąca najlepszą uczennicą w klasie, została wybrana, aby odpowiedzieć na jego pytania swoim perfekcyjnym rosyjskim. Ostatnim pytaniem, jakie zadał było: A jak na imię ma nasz ukochany Car? Mania na chwilę zaniemówiła, jednak zdławionym głosem odpowiedziała: Car Aleksander II. Gdy tylko za urzędnikiem zamknęły się drzwi, zalała się łzami, że zmuszona została do takiej odpowiedzi. Zaczęła się jednak uczyć, że okazywanie swoich prawdziwych uczuć może doprowadzić do katastrofalnych skutków.

Ojciec jej, którego zresztą uwielbiała, także prowadził podwójne życie, mając potajemne wykłady na temat polskich naukowców, chcąc wpoić swoim studentom dumę z własnego dziedzictwa. W gimnazjum na Nowolipkach naczelny inspektor, który był Rosjaninem, zdemaskował wywrotową działalność profesora Skłodowskiego, który natychmiast został zwolniony, tracąc zarówno swoje mieszkanie, jak i pensję. Było to właśnie wtedy, gdy Bronisława postanowiła, bez względu na stan zdrowia, powrócić do domu. Gdy Mania ujrzała swoją matkę i starszą siostrę, rzuciła się Zosi w ramiona, matka jednak uniosła tylko dłoń, dając znak, aby nie podchodziła zbyt blisko. Sześcioletnia dziewczynka z trudem się przed tym powstrzymała. Ledwo rozpoznawała wyniszczoną przez chorobę matkę, zanoszącą się suchym kaszlem. Tej niedzieli Mania klęczała i modliła się w kościele. Powiedziała Bogu, że oddałaby swoje życie za zdrowie mamy.

Rodzina wynajęła teraz dom i profesor Skłodowski, aby móc opłacić koszty utrzymania, otworzył prywatną szkołę z internatem dla chłopców, głównie uczniów z prowincji. Napoczątku było ich pięciu, później dziesięciu, aż wreszcie dwudziestu. W kwaterach tych nie za wiele było prywatności. Mania sypiała na kozetce w jadalni. Wstawała każdego dnia o szóstej rano, aby podać śniadanie.

W styczniu 1874 roku jeden z uczniów zaraził Bronię i Zosię tyfusem. Choroba przenoszona przez wszy i szczurze pchły gnieżdżące się w brudnych ubraniach, pościeli czy futrach szerzyła się szczególnie w warunkach przeludnienia. Podczas dwóch wcześniejszych epidemii zginęły w Warszawie tysiące ludzi. Tak więc w jednym pokoju leżały trzęsące się pod wpływem gorączki siostry Mani, podczas gdy w drugim, dzień i noc, słychać było kaszel matki. Po dwunastu dniach Bronka wyzdrowiała. Dwa tygodnie później umarła jednak dwunastoletnia Zosia, nieodłączna towarzyszka mamy. Bronisława, zbyt chora, aby udać się na cmentarz, z okna obserwowała wolno sunący kondukt pogrzebowy. Wkońcu w maju 1878 roku, na skutek gruźlicy, także ona umarła. Mania miała napisać, że w wieku czterdziestu dwóch lat moja mama została okrutnie dotknięta utratą swojej córki i złamana przez niedającą szans chorobę. Następnej niedzieli Mania jak zwykle udała się do kościoła. Klęcząc, poprzysięgła sobie tym razem, że już nigdy nie uwierzy w dobroć Boga.

Bolesne przeżycia objawiały się „głęboką depresją”, jak to określała, i był to zalążek syndromu, który pojawiał się w jej dalszym życiu. W okresie późniejszym, jako madame Curie, na którą patrzyły oczy całego świata, wypowiadała się już w mniej otwarty sposób, nazywając te epizody „zmęczeniem” lub „wyczerpaniem”, albo też „problemami z nerwami”. Dzisiejsi eksperci zapewne zdiagnozowaliby jej stan jako nawracające zaburzenia depresyjne, wywoływane często przez żal lub utratę bliskiej osoby. Minęły miesiące, zanim przestała chować się po kątach i płakać, co czyniła w ukryciu przed rodziną i szkolnymi koleżankami. W szkole nie okazywała nawet cienia smutku, pozostając najlepszą uczennicą w klasie. Zaraz po śmierci matki Mania niemal kompletnie zatracała się w książkach, czasami godzinami, a czasami całymi dniami. Niewiele mówiła. Jedynym sposobem, aby przetrwać, było dla niej odrzucić świat i skoncentrować się z maniakalnym uporem na jakimś temacie, utrzymując w ten sposób na dystans uczucie pustki. Wiele lat później jej córka Ewa przypomniała sobie, jak pewnego razu, wracając o trzeciej nad ranem do domu, zobaczyła zapalone światło w pokoju matki. Weszła więc, ale matka nie dostrzegła nawet jej obecności, ślęcząc nad naukowymi materiałami. Jak widać, depresja i zamknięcie się w sobie w okresie dzieciństwa wycisnęły swoje piętno nie tylko na Mani, ale też na dorosłej Curie.

Pod koniec roku szkolnego 1879 pani Sikorska, dyrektorka szkoły, do której uczęszczała Mania, złożyła wizytę profesorowi Skłodowskiemu, informując go, że pomimo tego, iż Mania nad wyraz dobrze radzi sobie w szkole, jest przy tym niezwykle wrażliwa i słaba psychicznie. Zasugerowała, aby poczekał rok, zanim puści ją do następnej klasy. On jednak uczynił coś zupełnie przeciwnego. W związku z tym, że szkoły rosyjskie były jedynymi, które umożliwiały wyższą edukację, zabrał córkę z opiekuńczego środowiska szkoły Sikorskiej i zapisał ją do rosyjskiego Gimnazjum nr 3. Poziom nauczania w tym gimnazjum, które niegdyś było szkołą niemiecką, był doskonały, natomiast wysiłki Rosjan, aby wyplenić polską kulturę, napawały zgrozą... Podczas lat nauki w tym miejscu Mania odczuła na własnej skórze, że nauczyciele traktowali polskich uczniów jak prawdziwych wrogów. Jako dziecko pisała, że czuła się czasami tak wściekła, opuszczona czy zmuszona do kłamstw, że chciała nieraz rzucić się z pazurami jak kot[5], okazywała jednak swój bunt w bardziej zawoalowany sposób. Gdy jedna z nauczycielek udzieliła jej reprymendy za wyniosłe zachowanie mówiąc: Nie pozwalam ci spoglądać na mnie z góry!![6] – Mania, która w rzeczywistości była wyższa od swej nauczycielki, odpowiedziała na to z nieukrywaną ironią: Kiedy niestety nie mogę inaczej.